Biegnący ostrożnie Cichy wysunął się na czoło trójki, omiatając przestrzeń przed sobą lufą rewolweru. Na ściągniętej niespokojnym grymasem bladoskórej twarzy łowcy rysował się grymas posępnej determinacji i jakiejś dziwnej złości. Poruszając się na ugiętych w kolanach nogach, trzej przybysze z Enklawy przemknęli w szaleńczym tempie przez główną uliczkę zniszczonej osady, korzystając z faktu, że uwaga bezlitosnych obcych zaprzątnięta była wyłącznie osobą ostrzeliwującego się zawzięcie Rzeźnika. Nikt nie dostrzegł trzech gnających na złamanie karku postaci, które natychmiast zniknęły w wąskich przejściach pomiędzy zbudowanymi z gliny, kamieni i blachy domków po przeciwnej stronie wioski.
Przeskakując zwinnie nad leżącymi tu i ówdzie ciałami, pokrytymi czarnym całunem żerujących w promieniach słońca much, Cichy i jego towarzysze prześlizgnęli się kilkanaście metrów w kierunku kryjówki obcych, bezpiecznie odgrodzeni od nich ścianami domostw. Odległa o kilka kroków ciemna tafla jeziora poruszała się dotykana delikatnymi podmuchami wiatru, przywodząc na myśl plamę rozlanego w ciemnym korytarzu silnikowego oleju.
Przyciskając plecy do rogu następnego budynku, Cichy wychylił się zza węgła z wyciągniętą przed siebie uzbrojoną dłonią. Oczom łowcy okazał się widziany kawałek dalej placyk, a poza nim zbocze wzniesienia, z wysokości którego jeszcze niedawno cała grupa obserwowała w napięciu okupujących osadę najeźdźców. Walczący z Rzeźnikiem ludzie w maskach wciąż pozostawali poza zasięgiem wzroku łowcy, ukryci za budynkiem, ale Cichy zapomniał o nich na ułamek chwili, dostrzegając pośrodku uliczki kształt, na widok którego w jednej chwili zaschło mu w gardle.
- Gdzie... - wyrzuciła z siebie podniesionym szeptem Blizna, która wyślizgnęła się zza pleców łowcy z uniesionym wysoko nożem - O Boże... o Jezu...