: 27 sierpnia 2013, 18:55
Nadwodne zaułki, zniszczona osada
Biegnący ostrożnie Cichy wysunął się na czoło trójki, omiatając przestrzeń przed sobą lufą rewolweru. Na ściągniętej niespokojnym grymasem bladoskórej twarzy łowcy rysował się grymas posępnej determinacji i jakiejś dziwnej złości. Poruszając się na ugiętych w kolanach nogach, trzej przybysze z Enklawy przemknęli w szaleńczym tempie przez główną uliczkę zniszczonej osady, korzystając z faktu, że uwaga bezlitosnych obcych zaprzątnięta była wyłącznie osobą ostrzeliwującego się zawzięcie Rzeźnika. Nikt nie dostrzegł trzech gnających na złamanie karku postaci, które natychmiast zniknęły w wąskich przejściach pomiędzy zbudowanymi z gliny, kamieni i blachy domków po przeciwnej stronie wioski.
Przeskakując zwinnie nad leżącymi tu i ówdzie ciałami, pokrytymi czarnym całunem żerujących w promieniach słońca much, Cichy i jego towarzysze prześlizgnęli się kilkanaście metrów w kierunku kryjówki obcych, bezpiecznie odgrodzeni od nich ścianami domostw. Odległa o kilka kroków ciemna tafla jeziora poruszała się dotykana delikatnymi podmuchami wiatru, przywodząc na myśl plamę rozlanego w ciemnym korytarzu silnikowego oleju.
Przyciskając plecy do rogu następnego budynku, Cichy wychylił się zza węgła z wyciągniętą przed siebie uzbrojoną dłonią. Oczom łowcy okazał się widziany kawałek dalej placyk, a poza nim zbocze wzniesienia, z wysokości którego jeszcze niedawno cała grupa obserwowała w napięciu okupujących osadę najeźdźców. Walczący z Rzeźnikiem ludzie w maskach wciąż pozostawali poza zasięgiem wzroku łowcy, ukryci za budynkiem, ale Cichy zapomniał o nich na ułamek chwili, dostrzegając pośrodku uliczki kształt, na widok którego w jednej chwili zaschło mu w gardle.
- Gdzie... - wyrzuciła z siebie podniesionym szeptem Blizna, która wyślizgnęła się zza pleców łowcy z uniesionym wysoko nożem - O Boże... o Jezu...
Biegnący ostrożnie Cichy wysunął się na czoło trójki, omiatając przestrzeń przed sobą lufą rewolweru. Na ściągniętej niespokojnym grymasem bladoskórej twarzy łowcy rysował się grymas posępnej determinacji i jakiejś dziwnej złości. Poruszając się na ugiętych w kolanach nogach, trzej przybysze z Enklawy przemknęli w szaleńczym tempie przez główną uliczkę zniszczonej osady, korzystając z faktu, że uwaga bezlitosnych obcych zaprzątnięta była wyłącznie osobą ostrzeliwującego się zawzięcie Rzeźnika. Nikt nie dostrzegł trzech gnających na złamanie karku postaci, które natychmiast zniknęły w wąskich przejściach pomiędzy zbudowanymi z gliny, kamieni i blachy domków po przeciwnej stronie wioski.
Przeskakując zwinnie nad leżącymi tu i ówdzie ciałami, pokrytymi czarnym całunem żerujących w promieniach słońca much, Cichy i jego towarzysze prześlizgnęli się kilkanaście metrów w kierunku kryjówki obcych, bezpiecznie odgrodzeni od nich ścianami domostw. Odległa o kilka kroków ciemna tafla jeziora poruszała się dotykana delikatnymi podmuchami wiatru, przywodząc na myśl plamę rozlanego w ciemnym korytarzu silnikowego oleju.
Przyciskając plecy do rogu następnego budynku, Cichy wychylił się zza węgła z wyciągniętą przed siebie uzbrojoną dłonią. Oczom łowcy okazał się widziany kawałek dalej placyk, a poza nim zbocze wzniesienia, z wysokości którego jeszcze niedawno cała grupa obserwowała w napięciu okupujących osadę najeźdźców. Walczący z Rzeźnikiem ludzie w maskach wciąż pozostawali poza zasięgiem wzroku łowcy, ukryci za budynkiem, ale Cichy zapomniał o nich na ułamek chwili, dostrzegając pośrodku uliczki kształt, na widok którego w jednej chwili zaschło mu w gardle.
- Gdzie... - wyrzuciła z siebie podniesionym szeptem Blizna, która wyślizgnęła się zza pleców łowcy z uniesionym wysoko nożem - O Boże... o Jezu...
Od strzelców dzieli Was bardzo krótki dystans - albo przesuniecie się do krawędzi placyku bieżącą uliczką, by ostrzelać zza węgła ich prawą flankę albo obejdziecie tyłem sąsiedni budynek, by znaleźć się na następnej uliczce wychodzącej wprost na plecy obcych... tyle, że natrafiliście właśnie na coś... interesującego...