: 08 kwietnia 2014, 09:30
Fabularyzowany opis powyższych zdarzeń.
- Czas odejść - szepnął Chen Shu i klepnął Gomę po ramieniu. Podnieśli się i skuleni nisko zaczęli się wycofywać. Za nimi małpoludy przetrząsały rzadkie, wyschnięte zarośla, płosząc nocne stworzenia, które z piskiem uciekały im z drogi. Tranicos i Druss wycofywali się, jednakże Tranicos trzymał łuk gotowy do strzału w razie czego, kusza Drussa także była gotowa do użycia.- Ludzie przed nami - szepnął Goma.
Niewielki oddziałek żołnierzy, nadciągający od strony przeciwnej niż bumbana, próbował wziąć intruzów w dwa ognie.
- Obejdźmy ich z lewej - nakazał Tranicos i skręcił. Wiedział, że na szczęście przeciwnicy się nie orientują, ilu ich jest i uważają ich za nomadów zaznajomionych z pustynią. W przeciwnym razie, rzuciliby się na nich wszyscy naraz.
Szybko stało się jasne, że nie zdążą się wymknąć. Musieli zaatakować.
- Bierz tych dwóch na końcu! - syknął nagląco Chen Shu. - Bez bojowych okrzyków!
Goma posłuchał, ale nie mógł się powstrzymać od cichutkiego nucenia. Khitajczyk widział, że ludzie przed nimi jeszcze ich nie wypatrzyli. To działało na ich korzyść. Przełożył włócznię do lewej ręki i wyciągnął miecz.
Głownia była wysmarowana sadzą, nie mógł więc zdradzić go błysk stali.
Rzucili się na żołnierzy niczym duchy pustynnej nocy. Chen Shu był jak duch, uśpił jednego z wrogów. Nie widział toporu Gomy, ale dobiegły go odgłosy dwóch uderzeń, które nastąpiły tak szybko po sobie, że brzmiały prawie jak jedno. Potem usłyszał dźwięk, osuwającego się ciała, zakutego w zbroję.
Pozostali zaczęli pokrzykiwać jeden do drugiego, pytając, co się stało. W powstałym zamieszaniu Goma ciosem włóczni powalił następnego napastnika. Zbliżały się do nich spragnione krwi małpoludy, rycząc bełkotliwe bojowe okrzyki.
- Nie walcz z bumbana - powiedział Druss, nie zniżając już głosu do szeptu. - Są zbyt silni i zbyt liczni. Uciekajmy! - Pobiegli po własnych śladach, wśród krzyków i zamieszania. Słysząc wrzaski i szczęk, Cymmerianin zaryzykował zerknięcie przez ramię. W ciemności niektórzy z bumbana zaatakowali żołnierzy. Roześmiał się głośno, i w tej samej chwili usłyszał pytanie o hasło.
- Kto idzie? Co się tam dzieje? - dopytywali zaintrygowani wartownicy.
Było ich dwóch. Na szczęście oficer jeszcze nie zdążył podwoić straży. Chen Shu i Goma rozprawili się z nimi w jednej chwili i zniknęli w ciemności.
- Nikt nas nie ściga - powiedział Goma po półgodzinie. Zwolnili. Żaden nie był spocony, oddychali normalnie. - To była dobra walka. - Zęby przewodnika zalśniły w świetle miesiąca. - Ale teraz wiedzą, że wiemy, iż nas śledzą.
- Nie.
- Jak to nie? Wykryli nas i widzieli.
- Myślą, że to nomadowie. - Goma nie rozumiał rozmowy Sethmesa z oficerami, więc Chen Shu powtórzył mu ją w skrócie. - Wiedzą, że marynarze nie są obyci z pustynią, a Aquilończycy pochodzą z żyznego, bogatego kraju. Myślą, że ja jestem tylko góralem z zimnej krainy, a o tobie nie mają pojęcia. Tylko obecność nomadów może wyjaśnić taki zmasowany atak.
- Zmasowany atak? Ale nas jest tylko czterech.
Chen Shu roześmiał się głośno.
- Kiedy policzą martwych, nie uwierzą, że czterej ludzie zabili tylu w tak krótkim czasie. Brałeś udział w wielu wojnach, znasz wojowników. Każdy przysięgnie, że było nas pięćdziesięciu.
- Prawda! Nikt nie chce się przyznać, że został pokonany przez nielicznego wroga. Do rana sami w to uwierzą.
- Właśnie. I będą myśleć, że my nic o nich nie wiemy. Niech tak będzie. Co do naszych towarzyszy, wyszliśmy dziś w nocy na polowanie. Nie mów im nic o tych, którzy nas śledzą.
- Nawet temu wojownikowi o żółtej brodzie? - Druss wyraźnie usłyszał niezadowolenie w głosie Gomy. - Ależ on jest naszym przywódcą.
- Tak, i nie zdradzę go, ale niepokoi mnie mnóstwo rzeczy związanych z tą misją. Aquilończycy nie powiedzieli nam całej prawdy. Poczuję się lepiej, mając w zanadrzu własny sekret. Ty jesteś wojownikiem i może to być dla ciebie dziwne...
- Nie jestem jednym z tych kundli z wybrzeża - rzekł dumnie Goma. - Nie są mi obce sposoby królów i wielmożów. Zdrada i oszustwo są dla nich jak tchnienie życia. Nigdy nikomu nie ufają i zawsze są podejrzliwi. Lojalność względem jakiegoś księcia jest zwykle nagradzana ruiną albo śmiercią.
- Tak, możnowładcy są tacy sami na całym świecie. Zawsze się cieszę, że pochodzę z ludu, który cywilizowani zwą barbarzyńcami, że nigdy nie znaliśmy pana większego od naczelnika klanu, choć nawet i ci potrafią zaleźć człowiekowi za skórę.
Nim doszli do budzącego się po nocy obozowiska, każdy dźwigał na ramieniu tłuściutką gazelę.
- Myślę - zaczął Druss, nim znaleźli się w obrębie obozu - że twoje pochodzenie dla wielu może być niespodzianką, przyjacielu.
Goma poważnie pokiwał głową.
- Może i tak. Ale niezależnie od kłamstw i oszustw, które są plagą tej misji, wiesz, że ciebie nie okłamałem, wojowniku.
- To prawda, na Croma - boś w ogóle nic nie powiedział!
- I to jest wyśmienitym sposobem unikania kłamstw, nieprawdaż?
Niesiecie jeńca uśpionego przez Chen Shu, to stygijski żołnierz. Nieśli go na zmianę Goma i Druss jako najsilniejsi.
Co robicie? Jak wrócicie z nim do obozu to pozamiatane.
Ale tajemnicy pościgu się nie da długo zataić. Wkrótce Ktoś z Akwilończyków zauważy Sethmesa, to za duża grupa, odbłyski słońca na broni ich zdradzą z daleka.
Wiecie, że oni świadomie was nie doganiają. Trzymają pewien dystans.
Tranicos idzie skrycie po Vanko i Zoriana? Świt za godzinę będzie.
Co robicie? Jak wrócicie z nim do obozu to pozamiatane.
Ale tajemnicy pościgu się nie da długo zataić. Wkrótce Ktoś z Akwilończyków zauważy Sethmesa, to za duża grupa, odbłyski słońca na broni ich zdradzą z daleka.
Wiecie, że oni świadomie was nie doganiają. Trzymają pewien dystans.
Tranicos idzie skrycie po Vanko i Zoriana? Świt za godzinę będzie.