- Nic nie zginęło, wszystkie relikty są na swoim miejscu - powiedział, oddychając ciężko. Po chwili kontynuował. - Dobrze więc - powiedział spokojnie stary mnich i rozkładając ręce rzekł: - Lecz miejcie się na baczności. Nie możemy was teraz wspomóc, musimy zająć się rannymi i oczyścić to miejsce, by nie zostało splugawione na wieki. Niech kami Kitinase ma was w swojej opiece... - mężczyzna zamknął oczy i opuścił na chwilę głowę. Następnie otworzył oczy i krzyknął:
- Eri! Pozwól na chwilę!
Przywołana mniszka szybko pojawiła się u boku starca. Na oko liczyła ze dwadzieścia wiosen: jej zniszczona ospą cera poniekąd tłumaczyła los mniszki. Lecz ta nie wydawała się być tym przygnębiona: wręcz przeciwnie. Znajdowała pocieszenie w niesieniu pomocy i pomimo zmęczenia jej usta były uśmiechnięte.
- Pójdziesz z dostojnymi samurajami by służyć im pomocą. Mają słuszne obawy, że siły ciemności nie opuściły jeszcze Kitijimy.
- Tak, ojcze - powiedziała krótko i szybko wzięła trzy lampiony oraz ćwiczebny kij do walki. - Nie umiem dobrze walczyć, ale w razie niebezpieczeństwa nie przejmujcie się mną, dostojni panowie - Eri skłoniła się w zwyczajowym powitaniu.
***
Las był gęsty, ciemny, cichy. Panowała tu ciężka, brudna wręcz atmosfera. Mirumoto Seibei miał wrażenie, że może odcinać kawałki ciemności, rozświetlanej jedynie słabymi promykami światła wydobywającymi się z lampionów. Za to Satsu zdawał się być w swoim żywiole. Rozglądał się bacznie, chodził miękko z kataną w ręku i szukał śladów. Obok szła Eri, rozglądając się uważnie i próbując zamaskować strach. Dłoń z lampionem lekko jej drżała, a cienie drzew zdawały się ciągle ku niej sięgać.
Ekipa powoli, lecz nieubłaganie zbliżała się do linii wybrzeża. Stąd było widać nikłe światła oświetlonych promów, na których ewakuowali się pozostali pielgrzymi. Ciszę w lesie przerwała młoda mniszka.
- Przez te ostatnie wojny na granicy nikła będzie szansa, że rodzina Isawa przybyłaby na czas, by obronić Kiti-jimę - powiedziała smutnym głosem, ale zaraz zmieniła ton głosu i kontynuowała. - Nie lekajcie się wszak, panowie, że daymio Isawa będzie robił wam jakieś problemy. Lecz lepiej będzie, jeżeli nie będziecie, panowie, rozpowiadać o wydarzeniach na wyspie.
Dziewczyna chciała powiedzieć coś jeszcze, ale Satsu przerwał jej ostrym tonem. Usłyszał znajome, podłe głosy. Rzucił się biegiem na przełaj i w świetle księżyca, odbijając się od głazu na skraju urwiska, wyskoczył robiąc salto w powietrzu i zniknął w ciemnościach.
Mirumoto Seibei poczuł ukłucie zazdrości widząc taki pokaz zdolności.
Podszedł bliżej do urwiska i krew się w nim zagotowała ze wściekłości.
Na brzegu leżał wielki karp wyciągnięty z wody, który rozpaczliwie ruszając ustami próbował złapać powietrze w skrzela. Wokoło niego kręciło się sześciu goblinów i ich przywódca: większy goblin w kabuto, paskudnie rechocząc i szczekając coś w swoim języku. Potwory na przemian dźgały mieczami i włóczniami kami i rechotały się złowieszczo. Niedaleko za nimi zakradał się Satsu, gotowy do uderzenia.
- Kami Kitinase! - pisnęła Eri.
Panowie, pozwólcie, że nie będę wrzucał tutaj mechaniki. Testy rozgrywam u siebie, a chciałbym, by z tego wyszło opowiadanie.
Przy okazji: inicjatywę ma Satsu, który jak dotąd skrada się niezauważony do przeciwników. Potem jest Seibei (zaczniesz atak w tej samej turze co ronin - o ile się na niego zdecydujesz).
Hitomi Mirumoto została pomagać w światyni. Opiekuje się młodym mnichem, z którym wcześniej rozmawiał Satsu.