OD MG: informację tą wysłałem Ci już na PW.
PBF: DrecarE - Cienie na Śniegu
Zanim zaczniemy: Mistrzu, przybliż nam działanie czaru Śnieżny chód.
OD MG: informację tą wysłałem Ci już na PW.
OD MG: informację tą wysłałem Ci już na PW.
Ostatnio zmieniony 10 września 2015, 12:18 przez Dobro, łącznie zmieniany 1 raz.
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
[center]Beran, Plac Bukowy, 28 Sadnik (Ignia), 360 rok Ery Silniri.[/center]
[center]Podkład:https://www.youtube.com/watch?v=0MiP3wYUWs0[/center]
Ponad godzinę zajęło członkom wyprawy uzupełnienie wyposażenia. W tym czasie słońce wyłoniło się zza łagodnej linii Szarych Grzbietów i niczym świetlisty okręt, prujący wody niebieskich przestworzy, wyruszyło w swą codzienną podróż. Zapowiadał się piękny dzień. Niebo, nad głowami młodych bohaterów było tak intensywnie niebieskie, iż wydawało się wręcz nierealne.
Wspólnie dotarli na Plac Bukowy, położony tuż przy głównej bramie, gdzie mieli spotkać się z pozostałymi uczestnikami ekspedycji ratunkowej. Ruch na ulicy był dość duży, przez bramę miejską ustawicznie wjeżdżały wozy z przeróżnymi towarami, przeznaczonymi na handel miejscowy, lub do wywiezienia za ocean. Turkot kół na bruku mieszał się z pokrzykiwaniem ludzi, rykami khas i parskaniem koni. Piątce bohaterów jednak, udało się szczęśliwie wyminąć wozy z drewnem, kośćmi mamutów i płodami rolnymi, które miejscami zaczynały już blokować sobie przejazd i dotrzeć wreszcie na drugi koniec placu. Choć Tańczący kilka razy musiał uważać na to, by ktoś nie najechał mu na ogon.
Vilberg i Brnjar czekali już tam na nich, stojąc w towarzystwie wysokiej niewiasty, uzbrojonej w włócznię i tarczę. Za nimi stało kilkanaście niewielkich, włochatych koników, z których część była osiodłana, inne zaś niosły sakwojaż z wyposażeniem. Na widok nadchodzących Vilberg uśmiechnął się i przywołał ich szerokim gestem. Brjnar zaś odezwał się, gdy tylko podeszli bliżej:
- Oto niespodzianka, którą wam obiecałem - rzekł, wskazując dłonią na rosłą niewiastę. - Gunlid Hallrdottir, z Plemienia Wilka i jej konie. Gunlid jest hodowcą koni i Wilczarzem. Wyruszy z nami aby zadbać o to, by zwierzęta były w dobrej formie. Jak widzicie, to lepsze od powolnych khas - uśmiechnął się szeroko.
[center]
[/center]
Vilberg także wydawał się zadowolony. Bohaterowie ujrzeli teraz także pozostałych członków wyprawy, ładujących z boku wyposażenie do sakw, którymi następnie objuczali konie. Wśród zwalonego na ziemię dobytku, dojrzeli liny, wiązki z chrustem i worki z obrokiem.
Gunlid podeszła o krok do nowo przybyłych, uśmiechnęła się i rzekła.
- Cieszę się, iż się poznaliśmy. Brjonr rzekł mi, iż potrzebujecie dobrych wierzchowców, a moje koniki są najlepsze w Beran i okolicach! Wszystkie pochodzą z krzyżówki Kuca Koldzkiego z naszymi końmi z Torgeth. W wyniku czego posiadają niezwykłą jak na konie wytrzymałość, a także są dość odporne na mrozy. Nazwałam je kucami Agnardzkim, na cześć mego dziadka, Agnara, który pierwszy dochował się źrebca tej rasy - odwróciła się lekko w bok, głaskając jednocześnie dłonią długa grzywę najbliższego zwierzęcia. Widać było, iż mówienie o tym co stanowi jej pasję sprawia jej wielką przyjemność. - Nie są może szybkie, ani rącze, lecz dzielnością i wytrwałością przewyższają inne konie. Są ostrożne i cierpliwe i dobrze znają górskie szlaki. Z łatwością przewiozą nas przez Szare Grzbiety.
Członkowie wyprawy z uwagą przyjrzeli się opisywanym przez kobietę wierzchowcom. Faktycznie, zdawały się dość krępej budowy i porośnięte były gęstym włosem. Ich maść także nie robiła większego wrażenia - większość była koloru myszy, jedynie kilka miało na zadzie i piersi duże, białe łaty. Wydawały się nieciekawe i raczej brzydkie, lecz Olaf i Tańczący na Czarnej Spirali natychmiast uświadomili sobie, że są to tylko pozory. Pod tą przeciętną aparycją bowiem, krył się mocny kościec i potężne mięśnie, zakryte warstwą tłuszczu i sierścią zdolną wytrzymać najtęższe mrozy.
[center]
[/center]
- Nie wiem, czy wszyscy potraficie jeździć konno - zwróciła się do nich Gunlid, nadal głaszcząc konika, który z uporem próbował zjeść jej włosy. - Jednak myślę, że z moją pomocą nauczycie się szybko. Chodźcie, pomogę wam dobrać konie na miarę waszych możliwości...
[center]Podkład:https://www.youtube.com/watch?v=0MiP3wYUWs0[/center]
Ponad godzinę zajęło członkom wyprawy uzupełnienie wyposażenia. W tym czasie słońce wyłoniło się zza łagodnej linii Szarych Grzbietów i niczym świetlisty okręt, prujący wody niebieskich przestworzy, wyruszyło w swą codzienną podróż. Zapowiadał się piękny dzień. Niebo, nad głowami młodych bohaterów było tak intensywnie niebieskie, iż wydawało się wręcz nierealne.
Wspólnie dotarli na Plac Bukowy, położony tuż przy głównej bramie, gdzie mieli spotkać się z pozostałymi uczestnikami ekspedycji ratunkowej. Ruch na ulicy był dość duży, przez bramę miejską ustawicznie wjeżdżały wozy z przeróżnymi towarami, przeznaczonymi na handel miejscowy, lub do wywiezienia za ocean. Turkot kół na bruku mieszał się z pokrzykiwaniem ludzi, rykami khas i parskaniem koni. Piątce bohaterów jednak, udało się szczęśliwie wyminąć wozy z drewnem, kośćmi mamutów i płodami rolnymi, które miejscami zaczynały już blokować sobie przejazd i dotrzeć wreszcie na drugi koniec placu. Choć Tańczący kilka razy musiał uważać na to, by ktoś nie najechał mu na ogon.
Vilberg i Brnjar czekali już tam na nich, stojąc w towarzystwie wysokiej niewiasty, uzbrojonej w włócznię i tarczę. Za nimi stało kilkanaście niewielkich, włochatych koników, z których część była osiodłana, inne zaś niosły sakwojaż z wyposażeniem. Na widok nadchodzących Vilberg uśmiechnął się i przywołał ich szerokim gestem. Brjnar zaś odezwał się, gdy tylko podeszli bliżej:
- Oto niespodzianka, którą wam obiecałem - rzekł, wskazując dłonią na rosłą niewiastę. - Gunlid Hallrdottir, z Plemienia Wilka i jej konie. Gunlid jest hodowcą koni i Wilczarzem. Wyruszy z nami aby zadbać o to, by zwierzęta były w dobrej formie. Jak widzicie, to lepsze od powolnych khas - uśmiechnął się szeroko.
[center]
[/center]Vilberg także wydawał się zadowolony. Bohaterowie ujrzeli teraz także pozostałych członków wyprawy, ładujących z boku wyposażenie do sakw, którymi następnie objuczali konie. Wśród zwalonego na ziemię dobytku, dojrzeli liny, wiązki z chrustem i worki z obrokiem.
Gunlid podeszła o krok do nowo przybyłych, uśmiechnęła się i rzekła.
- Cieszę się, iż się poznaliśmy. Brjonr rzekł mi, iż potrzebujecie dobrych wierzchowców, a moje koniki są najlepsze w Beran i okolicach! Wszystkie pochodzą z krzyżówki Kuca Koldzkiego z naszymi końmi z Torgeth. W wyniku czego posiadają niezwykłą jak na konie wytrzymałość, a także są dość odporne na mrozy. Nazwałam je kucami Agnardzkim, na cześć mego dziadka, Agnara, który pierwszy dochował się źrebca tej rasy - odwróciła się lekko w bok, głaskając jednocześnie dłonią długa grzywę najbliższego zwierzęcia. Widać było, iż mówienie o tym co stanowi jej pasję sprawia jej wielką przyjemność. - Nie są może szybkie, ani rącze, lecz dzielnością i wytrwałością przewyższają inne konie. Są ostrożne i cierpliwe i dobrze znają górskie szlaki. Z łatwością przewiozą nas przez Szare Grzbiety.
Członkowie wyprawy z uwagą przyjrzeli się opisywanym przez kobietę wierzchowcom. Faktycznie, zdawały się dość krępej budowy i porośnięte były gęstym włosem. Ich maść także nie robiła większego wrażenia - większość była koloru myszy, jedynie kilka miało na zadzie i piersi duże, białe łaty. Wydawały się nieciekawe i raczej brzydkie, lecz Olaf i Tańczący na Czarnej Spirali natychmiast uświadomili sobie, że są to tylko pozory. Pod tą przeciętną aparycją bowiem, krył się mocny kościec i potężne mięśnie, zakryte warstwą tłuszczu i sierścią zdolną wytrzymać najtęższe mrozy.
[center]
[/center]- Nie wiem, czy wszyscy potraficie jeździć konno - zwróciła się do nich Gunlid, nadal głaszcząc konika, który z uporem próbował zjeść jej włosy. - Jednak myślę, że z moją pomocą nauczycie się szybko. Chodźcie, pomogę wam dobrać konie na miarę waszych możliwości...
Mechanika Jazdy Konnej:
Umiejętność Jeździectwo testuje się zwykle z Zw. (dla skoków, galopu, utrzymania się w siodle, gdy koń się spłoszy etc), lub z Odp. (dla długich rajdów).
Ci, którzy nie posiadają nawet jednego punktu rozdanego na nią, nie potrafią jeździć konno i nigdy tego nie robili. Tak więc poradzą sobie w stępie jadąc za innymi, ale ruszenie szybciej czy sytuacja, w której koń się spłoszy zapewne spowoduje, że spadną.
Ci, którzy posiadają tą umiejętność - umieją jeździć. Jeśli ktoś posiada stopień umiejętności (czyli to, wartość wpisaną w nawiasie) większy lub równy 5, jeździ na tyle dobrze, że umie walczyć z konia. Jeśli nie, może próbować, lecz ryzykuje upadek.
Strzelanie z konia odbywa się z następującymi karami: -10 do PA w stępie, - 20 w kłusie i -30 w galopie, chyba, że ktoś posiada zdolność Konne Łucznictwo, która zmniejsza te kary o 10. Siedząc na koniu nie można strzelać z łuków długich.
Umiejętność Jeździectwo testuje się zwykle z Zw. (dla skoków, galopu, utrzymania się w siodle, gdy koń się spłoszy etc), lub z Odp. (dla długich rajdów).
Ci, którzy nie posiadają nawet jednego punktu rozdanego na nią, nie potrafią jeździć konno i nigdy tego nie robili. Tak więc poradzą sobie w stępie jadąc za innymi, ale ruszenie szybciej czy sytuacja, w której koń się spłoszy zapewne spowoduje, że spadną.
Ci, którzy posiadają tą umiejętność - umieją jeździć. Jeśli ktoś posiada stopień umiejętności (czyli to, wartość wpisaną w nawiasie) większy lub równy 5, jeździ na tyle dobrze, że umie walczyć z konia. Jeśli nie, może próbować, lecz ryzykuje upadek.
Strzelanie z konia odbywa się z następującymi karami: -10 do PA w stępie, - 20 w kłusie i -30 w galopie, chyba, że ktoś posiada zdolność Konne Łucznictwo, która zmniejsza te kary o 10. Siedząc na koniu nie można strzelać z łuków długich.
Ostatnio zmieniony 23 września 2015, 23:06 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
TatTvamAsi
- Reactions:
- Posty: 423
- Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 14:54
- Been thanked: 3 times
Czarownica spojrzała z lekką niepewnością na krępe koniki. Podziwiała ich wytrzymałość i piękno jednak... wolała to robić póki co z dalszej odległości. Mimo, iż wojownicy Plemienia Kruka dosiadali wierzchowców, jednak ona sama znała zaledwie... chłód cienistych borów i szum morskich fal, rozbijających się o brzegi.
- Są naprawdę piękne i nie wątpię, że zdołają nas ponieść aż za Szare Grzbiety. Jednakże moje zdolności jeździeckie są niestety na tyle znikome, a właściwie, to mam pierwszy raz kontakt z końmi... wolałabym zatem jechać na jak najspokojniejszym z kuców.
Po tych słowach kobieta z plemienia Wilka ze zrozumieniem i pewnym rozbawieniem, poprowadziła czarownicę do jednego z wierzchowców - konika o pękatym brzuchu, złotawej, gęstej sierści oraz ciemniejszej prędze na grzbiecie.
- Ma na imię Rogitr - po czym kobieta wyciągnęła z sakwy niewielkie jabłko i ofiarowała czarownicy - myślę, że się ze sobą zaprzyjaźnicie.
Konik z głośnym parsknięciem ugryzł jabłko, pozwalając się pogładzić po lekko zmierzwionej sierści. Po chwili czarownica z większym już spokojem dosiadała grzbietu silnego, niewielkiego zwierzęcia.
- Są naprawdę piękne i nie wątpię, że zdołają nas ponieść aż za Szare Grzbiety. Jednakże moje zdolności jeździeckie są niestety na tyle znikome, a właściwie, to mam pierwszy raz kontakt z końmi... wolałabym zatem jechać na jak najspokojniejszym z kuców.
Po tych słowach kobieta z plemienia Wilka ze zrozumieniem i pewnym rozbawieniem, poprowadziła czarownicę do jednego z wierzchowców - konika o pękatym brzuchu, złotawej, gęstej sierści oraz ciemniejszej prędze na grzbiecie.
- Ma na imię Rogitr - po czym kobieta wyciągnęła z sakwy niewielkie jabłko i ofiarowała czarownicy - myślę, że się ze sobą zaprzyjaźnicie.
Konik z głośnym parsknięciem ugryzł jabłko, pozwalając się pogładzić po lekko zmierzwionej sierści. Po chwili czarownica z większym już spokojem dosiadała grzbietu silnego, niewielkiego zwierzęcia.
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Tańczący po Czarnej Spirali wraz z resztą grupy zbliżył się do czekających na nich Vilberga i Brnjara. Ten ostatni zaraz przedstawił im Gunlid Hallrdottir z Plemienia Wilka i jej konie. Wilkołek szybko jednak zorientował się, że zapomniał o jej psie. Czarny, rosły czworonóg kręcił się im pod nogami, co jakiś czas spoglądając na swoją panią. Machał przy tym ogonem i ogólnie wyglądał na podekscytowanego.
Kiedy podeszli bliżej, Tańczący szybko spostrzegł, że pies na jego widok podkulił ogon i zaczął z cicha powarkiwać. Rozbawiony tym faktem wilkołek, podszedł o krok bliżej, tym samym niemal przyprawiając biednego zwierzaka o zawał serca. Kiedy psu z nów udało się zmienić pozycję, na taką w której jego pani znalazła się pomiędzy nimi, Tańczący również ruszył się o kilka kroków. Kontynuowali ten taniec jeszcze parę chwil, póki mocno już zestresowana psina nie poskarżyła się swej pani cichym skamleniem. Gunlid natychmiast zareagowała, schylając się do swego przyjaciela i kładąc mu dłoń na łbie.
- Garm, co się z tobą dzieje? - powiedziała, po czym dodała jeszcze parę słów, jednak w narzeczu którego nie szło zrozumieć.
To oznaczało koniec zabawy, bowiem Tańczący nie chciał wywrzeć wrażenia nieokrzesanego głupka. Oddalił się więc od (jak się okazało) Garma, i przysiadł lekko z boku, czekając cierpliwie, aż reszta załogi dobierze sobie odpowiednie wierzchowce. A czekając, i ukradkiem spoglądając co jakiś czas na płochliwego psiaka, pomyślał o swoim towarzyszu. Spojrzał więc w niebo, wypatrując jego obecności. Nie zauważył go jednak. Zawył więc, krótkim, urywanym skowytem.
Czarodziejka zdążyła już wybrać sobie wierzchowca, kiedy z charakterystycznym sobie wrzaskiem, na grzbiecie wilkołka, na specjalnym uchwycie będącym wymyślnym dodatkiem do jego zbroi, wylądował rosły, śnieżny sokół. Wymienili oni między sobą parę uwag w sokolim narzeczu, po czym ptak ponownie wzbił się w niebo. Tańczący tymczasem spokojnie sobie przysiadł, czekając aż wszyscy dopasują sobie środek lokomocji.
Kiedy podeszli bliżej, Tańczący szybko spostrzegł, że pies na jego widok podkulił ogon i zaczął z cicha powarkiwać. Rozbawiony tym faktem wilkołek, podszedł o krok bliżej, tym samym niemal przyprawiając biednego zwierzaka o zawał serca. Kiedy psu z nów udało się zmienić pozycję, na taką w której jego pani znalazła się pomiędzy nimi, Tańczący również ruszył się o kilka kroków. Kontynuowali ten taniec jeszcze parę chwil, póki mocno już zestresowana psina nie poskarżyła się swej pani cichym skamleniem. Gunlid natychmiast zareagowała, schylając się do swego przyjaciela i kładąc mu dłoń na łbie.
- Garm, co się z tobą dzieje? - powiedziała, po czym dodała jeszcze parę słów, jednak w narzeczu którego nie szło zrozumieć.
To oznaczało koniec zabawy, bowiem Tańczący nie chciał wywrzeć wrażenia nieokrzesanego głupka. Oddalił się więc od (jak się okazało) Garma, i przysiadł lekko z boku, czekając cierpliwie, aż reszta załogi dobierze sobie odpowiednie wierzchowce. A czekając, i ukradkiem spoglądając co jakiś czas na płochliwego psiaka, pomyślał o swoim towarzyszu. Spojrzał więc w niebo, wypatrując jego obecności. Nie zauważył go jednak. Zawył więc, krótkim, urywanym skowytem.
Czarodziejka zdążyła już wybrać sobie wierzchowca, kiedy z charakterystycznym sobie wrzaskiem, na grzbiecie wilkołka, na specjalnym uchwycie będącym wymyślnym dodatkiem do jego zbroi, wylądował rosły, śnieżny sokół. Wymienili oni między sobą parę uwag w sokolim narzeczu, po czym ptak ponownie wzbił się w niebo. Tańczący tymczasem spokojnie sobie przysiadł, czekając aż wszyscy dopasują sobie środek lokomocji.
-
zapalki_chaosu
- Reactions:
- Posty: 167
- Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57
Na widok Gunlid serce Vidgara zabiło szybciej. Determinacja z którą opuszczał świątynie nie opuściła go jednak jeszcze w związku z czym przyjrzał się z uwagom wierzchowcom. Ojciec pokazał mu podstawy jazdy konnej nie cały rok temu. Mówił, że wojownik musi nauczyć się wielu sztuk, poza władaniem mieczem a Vidgar się z tym nie kłócił. Poza tymi kilkoma lekcjami nie miał więcej kontaktu z końmi. Czekając na swoją kolej podszedł do jednego z koników i zaczął gładzić go po szyi i po grzbiecie nosa. Kiedy Gunlid podeszła do niego i zapytała o jego doświadczenia z końmi powiedział:
- Ojciec powiedział, żeby na początku się rozluźnić i poczuć jak zwierze się porusza, i zachowywać się tak, żeby wiedziało co się dzieje.
Kobieta nic nie odpowiedziała tylko uśmiechnęła się lekko patrząc młodemu wojownikowi w oczy. Vidgar miał nadzieję, że na jego policzkach nie pojawiają się rumieńce. Wskazała ruchem głowy by poszedł za nią i po kilku krokach zatrzymała się przy jednym z bardziej włochatych wierzchowców. Wręczając mu jabłko powiedziała:
- To jest Brumfur. Chód ma specyficzny ale nie powinno stanowić to problemu, jeśli się przyzwyczaisz. Poza tym jest wyrozumiały, więc wybaczy ci błędy w dosiadzie. Powinieneś do niego często mówić, jest bardzo towarzyski. - Pożegnała go kolejnym uśmiechem i odeszła zająć się resztą podróżników.
Nardlens podarował konikowi jabłko, ten schrupał je pozostawiając kilka kropel gęstej śliny na rękawicy.
- Witaj szlachetny Brumfurze. Cieszę się, że będziemy podróżować razem. Masz piękne futro, to bardzo rozsądnie, będzie ci ciepło, na pewno jesteś z niego bardzo dumny - po czym zawahał się, zaczął mówić do Brumfura jak do dziecka - Długo już podróżujesz z Gunlid? - z oczu Brumfura nie odczytał nic poza może lekką niepewnością - zgaduję, że nie. Przed nami daleka podróż, i wiele niebezpieczeństw. Umówmy się, że ty pomożesz mi z podróżą a ja będę dbał o twoje bezpieczeństwo... - Dookoła trwała krzątanina, kiedy wyprawa przygotowywała się do wyjazdu. Kilka płatków śniegu zawirowało w powietrzu, zapewne zdmuchniętych z pobliskiego dachu. Od czasu do czasu słychać było parsknięcie i głos Gunlid, spokojny ale zdecydowany, nie zbyt głośny ale wyraźny. Wuj i Brjnar w tle wydawali polecenia przy ładowaniu bagażu. Serce Vidgara znów zabiło szybciej, już niedługo opuszczą Beran i wyjadą na zasnute śniegiem, okrutne ziemie Torgeth.
- Ojciec powiedział, żeby na początku się rozluźnić i poczuć jak zwierze się porusza, i zachowywać się tak, żeby wiedziało co się dzieje.
Kobieta nic nie odpowiedziała tylko uśmiechnęła się lekko patrząc młodemu wojownikowi w oczy. Vidgar miał nadzieję, że na jego policzkach nie pojawiają się rumieńce. Wskazała ruchem głowy by poszedł za nią i po kilku krokach zatrzymała się przy jednym z bardziej włochatych wierzchowców. Wręczając mu jabłko powiedziała:
- To jest Brumfur. Chód ma specyficzny ale nie powinno stanowić to problemu, jeśli się przyzwyczaisz. Poza tym jest wyrozumiały, więc wybaczy ci błędy w dosiadzie. Powinieneś do niego często mówić, jest bardzo towarzyski. - Pożegnała go kolejnym uśmiechem i odeszła zająć się resztą podróżników.
Nardlens podarował konikowi jabłko, ten schrupał je pozostawiając kilka kropel gęstej śliny na rękawicy.
- Witaj szlachetny Brumfurze. Cieszę się, że będziemy podróżować razem. Masz piękne futro, to bardzo rozsądnie, będzie ci ciepło, na pewno jesteś z niego bardzo dumny - po czym zawahał się, zaczął mówić do Brumfura jak do dziecka - Długo już podróżujesz z Gunlid? - z oczu Brumfura nie odczytał nic poza może lekką niepewnością - zgaduję, że nie. Przed nami daleka podróż, i wiele niebezpieczeństw. Umówmy się, że ty pomożesz mi z podróżą a ja będę dbał o twoje bezpieczeństwo... - Dookoła trwała krzątanina, kiedy wyprawa przygotowywała się do wyjazdu. Kilka płatków śniegu zawirowało w powietrzu, zapewne zdmuchniętych z pobliskiego dachu. Od czasu do czasu słychać było parsknięcie i głos Gunlid, spokojny ale zdecydowany, nie zbyt głośny ale wyraźny. Wuj i Brjnar w tle wydawali polecenia przy ładowaniu bagażu. Serce Vidgara znów zabiło szybciej, już niedługo opuszczą Beran i wyjadą na zasnute śniegiem, okrutne ziemie Torgeth.
Olaf mlasnął wyraźnie pocieszony. Co jak co, ale popylać taki kawał drogi piechotą to on nie miał zamiaru. Przywitał się z Gunlid Hallrdottir zgodnie z obyczajem, po czym przymocował swoje tobołki do konia, zostawiając sobie tylko jedzenie i łuk z kołczanem na wszelki wypadek. Zrobił parę rundek po placu i gwizdnął zachwycony.
- No, no! Pani Gunlid, konie to przywiozła pani przednie! Biorę tego. - Poklepał konia po karku. - Nazwę go... Przebijający Falę. Tak, to dobra nazwa dla takiego konia - zacmokał i obrócił się nim o 360 stopni w miejscu.
- Czy wszyscy są gotowi? - ryknął ile sił w płucach, widząc, jak reszta drużyny kończy ostatnie przymiarki.
Wyciągnął jeszcze swój róg - o którym wcześniej zapomniał - zagrał na nim pożegnalną pieśń dla ojca.
- No, no! Pani Gunlid, konie to przywiozła pani przednie! Biorę tego. - Poklepał konia po karku. - Nazwę go... Przebijający Falę. Tak, to dobra nazwa dla takiego konia - zacmokał i obrócił się nim o 360 stopni w miejscu.
- Czy wszyscy są gotowi? - ryknął ile sił w płucach, widząc, jak reszta drużyny kończy ostatnie przymiarki.
Wyciągnął jeszcze swój róg - o którym wcześniej zapomniał - zagrał na nim pożegnalną pieśń dla ojca.
Pieśń: https://youtu.be/dI0MCvpD8uI
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
Na widok koni Alfrowi z lekka zrzedła mina. -Trzeba było się jednak uczyć konnej jazdy, a nie siedzieć przez większość czasu studiując uczone księgi. Niektórych rzeczy nie można nauczyć się jedynie z teorii. Po chwili jednak z młodzieńczym optymizmem pomyślał, że lepiej późno niż wcale i że nauczy się teraz. Zwłaszcza, że nie chciał się zbłaźnić przed dwoma pięknymi niewiastami.
Spojrzał jakie konie pozostały do wyboru i wiedziony instynktem zbliżył się do jednego z nich, jednocześnie nawiązując z rumakiem kontakt wzrokowy. Starał się okazać, że ma przyjazne zamiary i wyczuć jego reakcję. Wzajemne zapoznanie się wypadło pomyślnie. Gunlid również zaakceptowała jego wybór, mówiąc, że jest to zrównoważony koń, dobry dla początkujących jeźdźców.
Przygotowania do drogi miały się ku końcowi. Spakował swój dobytek do sakw przy jednym z jucznych koni, a przy sobie zostawił tylko manierkę i nowo nabyte magiczne pierścienie w sakwie. Głaszcząc delikatną szyję zwierzęcia stwierdził, że nazwie go Hreiethulfr, gdyż to imię brzmiało mu wyjątkowo dźwięcznie. Po czym skinieniem odpowiedział Olafowi, że jest gotowy by wyruszać.
Spojrzał jakie konie pozostały do wyboru i wiedziony instynktem zbliżył się do jednego z nich, jednocześnie nawiązując z rumakiem kontakt wzrokowy. Starał się okazać, że ma przyjazne zamiary i wyczuć jego reakcję. Wzajemne zapoznanie się wypadło pomyślnie. Gunlid również zaakceptowała jego wybór, mówiąc, że jest to zrównoważony koń, dobry dla początkujących jeźdźców.
Przygotowania do drogi miały się ku końcowi. Spakował swój dobytek do sakw przy jednym z jucznych koni, a przy sobie zostawił tylko manierkę i nowo nabyte magiczne pierścienie w sakwie. Głaszcząc delikatną szyję zwierzęcia stwierdził, że nazwie go Hreiethulfr, gdyż to imię brzmiało mu wyjątkowo dźwięcznie. Po czym skinieniem odpowiedział Olafowi, że jest gotowy by wyruszać.
[center]Wybrzeże, Trakt ku Szarym Grzbietom, 28 sadnik (ignia), 360 rok Ery Silniri.*[/center]
[center]Podkład: https://www.youtube.com/watch?v=IdOOrLGsJ_8[/center]
Członkowie wyprawy Vilberga opuścili Beran o poranku, w piątą Ignię miesiąca sadnik. Niektórzy spoglądali przez chwilę tęsknie za siebie, na potężną palisadę z mamuciego cedru i piętrzące się nad nią dachy. Z rozrzewnieniem wspominali ulice miasta, smak piwa i słyszane w karczmach pieśni. Inni wręcz przeciwnie, z niecierpliwością wyglądali naprzód, ciekawi tego, co też przyniesie im los. Jedynie Vilberg i dwaj ponurzy wojownicy Brnjara wydawali się całkowicie nieporuszeni nową sytuacją.
[center]
[/center]
Wędrowcy podróżowali głównym traktem, wybrukowanym kocimi łbami. Wkrótce miasto zniknęło im z oczu, przed nimi zaś pojawiły się farmy i pastwiska, obramowane z zachodu siną linią Szarych Grzbietów. Pogoda dopisywała tak jak i nastroje - choć Norlaug i Kyarel mieli chwilami kwaśne miny. Zwłaszcza, gdy po rączym wybryku wierzchowca, musieli zbierać się z ziemi lub lądowali na końskiej szyi. Tworzyło to oczywiście moc okazji do żartów, którymi Vidgar i Olaf nie omieszkali się podzielić z właściwą dla Nardlens szczerością. Gościniec w tym miejscu był dobrze utrzymany i wędrowców wielokrotnie mijały wozy wiozące żelazo ze wzgórz, lub też chłopi, pędzący na targ kozy i krowy. Powietrze zdawało się złote, chwytając ostatnie w tym roku promienie słońca. Zarośla po obu stronach traktu były już zrudziałe i wyschnięte. Gdzieniegdzie między kępkami żółtej trawy pojawiała się fioletowa plama wrzosów lub puchata główka ostu. Jeden z ostatnich motyli - wyblakły i postrzępiony - przeleciał nad głową Tańczącego. Gdzieś w oddali krzyknął sokół, a w jego jasnym skwirze zawierało się wszystko - tęsknota, umiłowanie wolności i wyzwanie rzucone światu. I tak to, owiani oddechem wiatru z dalekich wzgórz, wędrowcy wkroczyli na swą Zimową Drogę...
ROZDZIAŁ I
- Śladami duchów -
Trakt wzdłuż Szarych Grzbietów, 28 sadnik - 10 mroliść, 360 rok Ery Silniri.[/center]
[center]Podkład: https://www.youtube.com/watch?v=ou3-KZo9AkQ[/center]
Trakt wiódł stopniowo w kierunku zachodnim, następnie zaś zakręcał w ku północy, biegnąc równolegle do linii wzgórz. Szóstego dnia więc wyprawa dotarła na pogórze i zaczęła się posuwać wzdłuż Szarych Grzbietów. Podróż i przetrwanie w tej okolicy nie stanowiły problemu, albowiem droga wciąż była szeroka i twarda, choć po trzech kolejnych dniach bruk stał się nieco nierówny, a chwasty z pobocza chwilami wypełzały aż na gościniec. Wciąż jednak można było spotkać tutaj karczmy, usytuowane wedle traktu i oddalone od siebie zaledwie o dzień jazdy konnej. Stanowiły one wielkie udogodnienie dla członków ekspedycji, z których większość cieszyła się z możliwości noclegu pod dachem. Wkrótce zresztą jesienna pogoda przejęła władzę nad okolicą, pozwalając im w dwójnasób docenić zalety cywilizacji. Już bowiem drugiego mroliścia z zachodu nadszedł zimny wicher, a za nim spadł nieprzyjemny, marznący deszcz, którego krople z łatwością odszukiwały drogę, wciskając się pod odzienie podróżnych. Poranki były mroźne, zasnute mgłą i spowite srebrną aureolą szronu. Ziemia, trawy i drzewa skrzyły się tedy setkami srebrzystych igieł, zapowiadających nadejście zimy. Słońce - blade teraz i wynędzniałe - niczym chory, konającyw objęciach niemocy, wyglądało z rzadka zza ciemnej zasłony chmur. Wkrótce wszyscy przyzwyczaili się do wszechobecnego zimna i wilgoci. Zdecydowanie najbardziej dokuczały one dwójce Adeptów, którzy nieprzyzwyczajeni do jazdy konnej i ciągłego wysiłku cierpieli na ciągłe przeciążenia i bóle mięśni.
Mimo wszystko jednak tych kilkanaście dni spędzonych razem pozwoliło wędrowcom poznać się nawzajem i uzyskać pewne wrażenia, co do pozostałych towarzyszy podróży. Vilberg okazał się dobrym przywódcą, który umiejętnie wytyczał trasę i dbał o wszystkich członków wyprawy, mając na względzie także najsłabszych fizycznie. Brjnar nierzadko rozbawiał towarzystwo, zwłaszcza w czasie długich, słotnych wieczorów, gdy zmęczenie całodzienną podróżą dawało się we znaki. Wydawało się, że korpulentny kupiec posiada niewyczerpany zasób dowcipu a uśmiech rzadko kiedy schodził z jego twarzy. Pomagał mu w tym Joos, który w wolnych chwilach rzeźbił ze znalezionych kawałków gałęzi cudaczne zwierzątka, którymi obdarowywał Norlaug, Olafa i Vidgara. Na co dzień małomówny Hattr, zmieniał się po paru kuflach piwa w skarbnicę przerażających opowieści o duchach, trollach i Lodowych Wiedźmach, których młodzi Nardlens słuchali z zapartym tchem. Trzeźwo myśląca Gunlid cierpliwie wspomagała Alfra i czarownicę w nauce jazdy konnej. Poza tym wydawało się, iż uwielbia opowiadać o swych czworonożnych przyjaciołach i wkrótce wszyscy w uczestnicy wyprawy znali setki anegdot o hodowaniu koni. Jej pies Garm, nadal nieco boczył się na Tanczącego, przyzwyczaił się jednak do obecności Wylkołka i przestał witać go powarkiwaniem. Wciąż jednak wolał trzymać się z dala od Wilczarza. Jedynie Rad i Vani pozostawali tak samo ponurzy, jak przy pierwszym spotkaniu, wszelkie pytania zbywając monosylabami. Wydawało się, iż rozmawiają jedynie między sobą i czasami, krótko z Bjornem. Jednak w potrzebie nie szczędzili pomocy, załadowując i rozładowując codziennie sakwy z ekwipunkiem, nosząc prowiant i worki z owsem. A czynili to tak chętnie, iż wkrótce pozostali członkowie wyprawy nauczyli się doceniać ich milczącą pomoc.
Powoli liczba innych podróżnych, którzy udawali się w tą samą stronę zaczęła spadać i ekspedycja częściej mijała wozy załadowane sztabami i prętami żelaznymi, oraz niewielkie grupki rzemieślników lub zbrojnych zmierzających na zimę do Beran. Widać niewielu o tej porze chciało się zapuszczać na wzgórza. Farmy i pastwiska ustępowały powoli kamienistym nieużytkom, wrzosowiskom i świerkowym zagajnikom. Skaliste zbocza wzgórz porastały karłowate brzozy, których nagie konary wyciągały się w stronę szarego nieba w geście jakiejś beznadziejnej modlitwy. Rankiem powietrze pachniało śniegiem, choć wciąż jeszcze z nieba lał się deszcz. Nocami odległe i zimne gwiazdy mówiły wędrowcom, że oto kończy się barwny czas jesieni. Zima była tuż na wyciągnięcie ręki...
[center]
[/center]
[center]Podkład: https://www.youtube.com/watch?v=IdOOrLGsJ_8[/center]
Członkowie wyprawy Vilberga opuścili Beran o poranku, w piątą Ignię miesiąca sadnik. Niektórzy spoglądali przez chwilę tęsknie za siebie, na potężną palisadę z mamuciego cedru i piętrzące się nad nią dachy. Z rozrzewnieniem wspominali ulice miasta, smak piwa i słyszane w karczmach pieśni. Inni wręcz przeciwnie, z niecierpliwością wyglądali naprzód, ciekawi tego, co też przyniesie im los. Jedynie Vilberg i dwaj ponurzy wojownicy Brnjara wydawali się całkowicie nieporuszeni nową sytuacją.
[center]
[/center]Wędrowcy podróżowali głównym traktem, wybrukowanym kocimi łbami. Wkrótce miasto zniknęło im z oczu, przed nimi zaś pojawiły się farmy i pastwiska, obramowane z zachodu siną linią Szarych Grzbietów. Pogoda dopisywała tak jak i nastroje - choć Norlaug i Kyarel mieli chwilami kwaśne miny. Zwłaszcza, gdy po rączym wybryku wierzchowca, musieli zbierać się z ziemi lub lądowali na końskiej szyi. Tworzyło to oczywiście moc okazji do żartów, którymi Vidgar i Olaf nie omieszkali się podzielić z właściwą dla Nardlens szczerością. Gościniec w tym miejscu był dobrze utrzymany i wędrowców wielokrotnie mijały wozy wiozące żelazo ze wzgórz, lub też chłopi, pędzący na targ kozy i krowy. Powietrze zdawało się złote, chwytając ostatnie w tym roku promienie słońca. Zarośla po obu stronach traktu były już zrudziałe i wyschnięte. Gdzieniegdzie między kępkami żółtej trawy pojawiała się fioletowa plama wrzosów lub puchata główka ostu. Jeden z ostatnich motyli - wyblakły i postrzępiony - przeleciał nad głową Tańczącego. Gdzieś w oddali krzyknął sokół, a w jego jasnym skwirze zawierało się wszystko - tęsknota, umiłowanie wolności i wyzwanie rzucone światu. I tak to, owiani oddechem wiatru z dalekich wzgórz, wędrowcy wkroczyli na swą Zimową Drogę...
Testy Jeździectwa:
Norlaug: Zw 24 - 10 (kara za brak umiejętności) = 14. Rzut: 43 - test niezdany. Generalnie spadasz z końskiego grzbietu przynajmniej raz dziennie, co rano masz także problem ze wstawaniem z powodu bólu mięśni.
Kyariel: Zw 42 - 10 (kara za brak umiejętności) = 32. Rzut: 74 - test niezdany. Generalnie spadasz z końskiego grzbietu przynajmniej raz dziennie, co rano masz także problem ze wstawaniem z powodu bólu mięśni.
Pozostali nie muszą zdawać testu, bowiem poziom wyzwania nie przewyższa waszych zdolności. Poruszacie się zwykle stępa i raczej bez szaleństw (chociaż oczywiście czasami któryś koń się czegoś spłoszy).
[center]***Norlaug: Zw 24 - 10 (kara za brak umiejętności) = 14. Rzut: 43 - test niezdany. Generalnie spadasz z końskiego grzbietu przynajmniej raz dziennie, co rano masz także problem ze wstawaniem z powodu bólu mięśni.
Kyariel: Zw 42 - 10 (kara za brak umiejętności) = 32. Rzut: 74 - test niezdany. Generalnie spadasz z końskiego grzbietu przynajmniej raz dziennie, co rano masz także problem ze wstawaniem z powodu bólu mięśni.
Pozostali nie muszą zdawać testu, bowiem poziom wyzwania nie przewyższa waszych zdolności. Poruszacie się zwykle stępa i raczej bez szaleństw (chociaż oczywiście czasami któryś koń się czegoś spłoszy).
ROZDZIAŁ I
- Śladami duchów -
Trakt wzdłuż Szarych Grzbietów, 28 sadnik - 10 mroliść, 360 rok Ery Silniri.[/center]
[center]Podkład: https://www.youtube.com/watch?v=ou3-KZo9AkQ[/center]
Trakt wiódł stopniowo w kierunku zachodnim, następnie zaś zakręcał w ku północy, biegnąc równolegle do linii wzgórz. Szóstego dnia więc wyprawa dotarła na pogórze i zaczęła się posuwać wzdłuż Szarych Grzbietów. Podróż i przetrwanie w tej okolicy nie stanowiły problemu, albowiem droga wciąż była szeroka i twarda, choć po trzech kolejnych dniach bruk stał się nieco nierówny, a chwasty z pobocza chwilami wypełzały aż na gościniec. Wciąż jednak można było spotkać tutaj karczmy, usytuowane wedle traktu i oddalone od siebie zaledwie o dzień jazdy konnej. Stanowiły one wielkie udogodnienie dla członków ekspedycji, z których większość cieszyła się z możliwości noclegu pod dachem. Wkrótce zresztą jesienna pogoda przejęła władzę nad okolicą, pozwalając im w dwójnasób docenić zalety cywilizacji. Już bowiem drugiego mroliścia z zachodu nadszedł zimny wicher, a za nim spadł nieprzyjemny, marznący deszcz, którego krople z łatwością odszukiwały drogę, wciskając się pod odzienie podróżnych. Poranki były mroźne, zasnute mgłą i spowite srebrną aureolą szronu. Ziemia, trawy i drzewa skrzyły się tedy setkami srebrzystych igieł, zapowiadających nadejście zimy. Słońce - blade teraz i wynędzniałe - niczym chory, konającyw objęciach niemocy, wyglądało z rzadka zza ciemnej zasłony chmur. Wkrótce wszyscy przyzwyczaili się do wszechobecnego zimna i wilgoci. Zdecydowanie najbardziej dokuczały one dwójce Adeptów, którzy nieprzyzwyczajeni do jazdy konnej i ciągłego wysiłku cierpieli na ciągłe przeciążenia i bóle mięśni.
Mimo wszystko jednak tych kilkanaście dni spędzonych razem pozwoliło wędrowcom poznać się nawzajem i uzyskać pewne wrażenia, co do pozostałych towarzyszy podróży. Vilberg okazał się dobrym przywódcą, który umiejętnie wytyczał trasę i dbał o wszystkich członków wyprawy, mając na względzie także najsłabszych fizycznie. Brjnar nierzadko rozbawiał towarzystwo, zwłaszcza w czasie długich, słotnych wieczorów, gdy zmęczenie całodzienną podróżą dawało się we znaki. Wydawało się, że korpulentny kupiec posiada niewyczerpany zasób dowcipu a uśmiech rzadko kiedy schodził z jego twarzy. Pomagał mu w tym Joos, który w wolnych chwilach rzeźbił ze znalezionych kawałków gałęzi cudaczne zwierzątka, którymi obdarowywał Norlaug, Olafa i Vidgara. Na co dzień małomówny Hattr, zmieniał się po paru kuflach piwa w skarbnicę przerażających opowieści o duchach, trollach i Lodowych Wiedźmach, których młodzi Nardlens słuchali z zapartym tchem. Trzeźwo myśląca Gunlid cierpliwie wspomagała Alfra i czarownicę w nauce jazdy konnej. Poza tym wydawało się, iż uwielbia opowiadać o swych czworonożnych przyjaciołach i wkrótce wszyscy w uczestnicy wyprawy znali setki anegdot o hodowaniu koni. Jej pies Garm, nadal nieco boczył się na Tanczącego, przyzwyczaił się jednak do obecności Wylkołka i przestał witać go powarkiwaniem. Wciąż jednak wolał trzymać się z dala od Wilczarza. Jedynie Rad i Vani pozostawali tak samo ponurzy, jak przy pierwszym spotkaniu, wszelkie pytania zbywając monosylabami. Wydawało się, iż rozmawiają jedynie między sobą i czasami, krótko z Bjornem. Jednak w potrzebie nie szczędzili pomocy, załadowując i rozładowując codziennie sakwy z ekwipunkiem, nosząc prowiant i worki z owsem. A czynili to tak chętnie, iż wkrótce pozostali członkowie wyprawy nauczyli się doceniać ich milczącą pomoc.
Powoli liczba innych podróżnych, którzy udawali się w tą samą stronę zaczęła spadać i ekspedycja częściej mijała wozy załadowane sztabami i prętami żelaznymi, oraz niewielkie grupki rzemieślników lub zbrojnych zmierzających na zimę do Beran. Widać niewielu o tej porze chciało się zapuszczać na wzgórza. Farmy i pastwiska ustępowały powoli kamienistym nieużytkom, wrzosowiskom i świerkowym zagajnikom. Skaliste zbocza wzgórz porastały karłowate brzozy, których nagie konary wyciągały się w stronę szarego nieba w geście jakiejś beznadziejnej modlitwy. Rankiem powietrze pachniało śniegiem, choć wciąż jeszcze z nieba lał się deszcz. Nocami odległe i zimne gwiazdy mówiły wędrowcom, że oto kończy się barwny czas jesieni. Zima była tuż na wyciągnięcie ręki...
[center]
[/center]
Testy jeździectwa, związane z obciążeniem w wyniku długiej podróży (Odp + Jeździectwo):
Norlaug: 33 - 10 (kara za brak umiejętności) = 23. Rzut: 63 - test niezdany. Cierpisz na bóle mięśni (kilka jest ponaciąganych), masz liczne otarcia i boli cię miejsce, gdzie plecy nazwę swą szlachetną tracą. Długotrwała jazda konna daje ci się we znaki. Otrzymujesz 1 obrażenie (z wyczerpania)
Kyariel: 35 - 10 (kara za brak umiejętności) = 25. Rzut: 22. Test zdany, bez przebić. Chociaż bolą cię mięśnie i masz wiele otarć, dzięki właściwej swojej rasie zręczności i wytrzymałości udaje ci się jakoś dostosować do warunków. Nie idzie ci może tak dobrze, jakbyś chciał, ale wydaje ci się, że nie jest źle.
Olaf: 36 + 7 = 43. Rzut: 64 - test niezdany. Chociaż umiesz jeździć, jednak tak długi rajd daje ci się mocno we znaki. Bolą cię mięśnie i masz kilka otarć. Otrzymujesz 1 obrażenie (z wyczerpania).
Vidgar: 39 + 2 = 41. Rzut: 18 - test zdany o 2 przebicia. Czujesz się znakomicie i z łatwością dostosowujesz do warunków podróży.
Tańczący: Test wytrzymałości, związany z długą podróżą (Odp + Przetrwanie)
40 + 11 = 51. Rzut: 03 - Krytyczny sukces! - znakomicie odnajdujesz się w trakcie wyprawy. Twoje doświadczenie pozwala ci podzielić siły na wędrówkę i zwiad. Czasami nawet udaje ci się upolować królika lub kuropatwę.
Obrażenia z wyczerpania znikną, jeśli będziecie gdzieś mogli odpocząć przez jeden dzień. Można próbować je także wyleczyć.
Norlaug: 33 - 10 (kara za brak umiejętności) = 23. Rzut: 63 - test niezdany. Cierpisz na bóle mięśni (kilka jest ponaciąganych), masz liczne otarcia i boli cię miejsce, gdzie plecy nazwę swą szlachetną tracą. Długotrwała jazda konna daje ci się we znaki. Otrzymujesz 1 obrażenie (z wyczerpania)
Kyariel: 35 - 10 (kara za brak umiejętności) = 25. Rzut: 22. Test zdany, bez przebić. Chociaż bolą cię mięśnie i masz wiele otarć, dzięki właściwej swojej rasie zręczności i wytrzymałości udaje ci się jakoś dostosować do warunków. Nie idzie ci może tak dobrze, jakbyś chciał, ale wydaje ci się, że nie jest źle.
Olaf: 36 + 7 = 43. Rzut: 64 - test niezdany. Chociaż umiesz jeździć, jednak tak długi rajd daje ci się mocno we znaki. Bolą cię mięśnie i masz kilka otarć. Otrzymujesz 1 obrażenie (z wyczerpania).
Vidgar: 39 + 2 = 41. Rzut: 18 - test zdany o 2 przebicia. Czujesz się znakomicie i z łatwością dostosowujesz do warunków podróży.
Tańczący: Test wytrzymałości, związany z długą podróżą (Odp + Przetrwanie)
40 + 11 = 51. Rzut: 03 - Krytyczny sukces! - znakomicie odnajdujesz się w trakcie wyprawy. Twoje doświadczenie pozwala ci podzielić siły na wędrówkę i zwiad. Czasami nawet udaje ci się upolować królika lub kuropatwę.
Obrażenia z wyczerpania znikną, jeśli będziecie gdzieś mogli odpocząć przez jeden dzień. Można próbować je także wyleczyć.
Jeśli w czasie podróży chcecie porozmawiać z kimś, dowiedzieć się czegoś, wymienić doświadczeniami czy lepiej poznać - teraz jest chwila na to.
Tych, którzy pragną się czegoś uczyć w czasie drogi (Jeździectwa, Przetrwania czy poćwiczyć walkę, etc.) proszę o wpisanie deklaracji na dole postów (w niebieskiej ramce). Zakładam, że Adepci posiadają jakieś notatki dotyczące swoich dziedzin magii i mogą wybrać dwie Zdolności, które będą studiować w czasie podróży (także proszę o informację o wyborze).
Aktualnie przebyliście około jednej trzeciej drogi. Możecie rozpocząć rozmowę w karczmie lub na trakcie.
Tych, którzy pragną się czegoś uczyć w czasie drogi (Jeździectwa, Przetrwania czy poćwiczyć walkę, etc.) proszę o wpisanie deklaracji na dole postów (w niebieskiej ramce). Zakładam, że Adepci posiadają jakieś notatki dotyczące swoich dziedzin magii i mogą wybrać dwie Zdolności, które będą studiować w czasie podróży (także proszę o informację o wyborze).
Aktualnie przebyliście około jednej trzeciej drogi. Możecie rozpocząć rozmowę w karczmie lub na trakcie.
Ostatnio zmieniony 25 listopada 2015, 12:42 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
TatTvamAsi
- Reactions:
- Posty: 423
- Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 14:54
- Been thanked: 3 times
Zatrzymawszy się w końcu na nocleg w karczmie, Norlaug z trudem ześlizgnęła się z znienawidzonego siodła. Bardzo podobała się jej mimo to subtelna więź ze zwierzęciem, kojarząca się w pewien sposób z kontaktem z duchami natury - pierwszą chwilą niepewności, małymi kroczkami prowadzącymi ku nawiązaniu nici porozumienia, a w reszcie obopólnym zaufaniem. Pogłaskała konika po dość krótkim pysku, a po upewnieniu się, że niczego mu nie brakuje na czas postoju, udała się do niewielkiej tawerny. Atmosfera miejsca była dość spokojna, otulała podróżnych ciepłym blaskiem kominka i koiła ich serca delikatnym śpiewem cytry.
Po opłaceniu noclegu i zamówieniu jadła u dość sędziwego już oberżysty, wiedźma zajęła miejsce za ławą między Olafem a Kyarielem. Ciekawiło ją czym zajmuje się dokładnie pochodzący z tak odległych stron Alfr. Może mogli wymienić między sobą doświadczenie odnośnie pracy magicznej? Tym bardziej, że nie dane było jej nigdy wcześniej rozmawiać z kimś z jego rasy.
Po chwili kształtna, blondwłosa barmanka przyniosła towarzyszom podróży zamówione napitki. Czarownica wzniosła swój kufel:
- Wypijmy za powodzenie naszej podróży. Niechaj Auren będzie nam przychylny, odsuwając od szlaku gwałtowne wichry. Niech Ridivna poprowadzi miecz każdego wojownika!
Po toaście, rzekła już z większym opanowaniem:
- Chciałabym abyśmy porozmawiali o posiadanych przez siebie umiejętnościach i wiedzy, aby umieć się znaleźć w każdej sytuacji, wiedząc do kogo się zwrócić w danej kwestii. Osobiście posiadam wiedzę z zakresu zielarstwa. Za pomocą ziół, oraz przez subtelne zabiegi magiczne, mogę wyleczyć za równo niegroźne, lecz uciążliwe przeziębienie, jak również poważniejsze rany, czy złamania. Prócz tego potrafię wejść w kontakt z duchami i znam się na świecie snów.
Po tych słowach wymownie zamilkła, oczekując odpowiedzi towarzyszy podróży.
Po opłaceniu noclegu i zamówieniu jadła u dość sędziwego już oberżysty, wiedźma zajęła miejsce za ławą między Olafem a Kyarielem. Ciekawiło ją czym zajmuje się dokładnie pochodzący z tak odległych stron Alfr. Może mogli wymienić między sobą doświadczenie odnośnie pracy magicznej? Tym bardziej, że nie dane było jej nigdy wcześniej rozmawiać z kimś z jego rasy.
Po chwili kształtna, blondwłosa barmanka przyniosła towarzyszom podróży zamówione napitki. Czarownica wzniosła swój kufel:
- Wypijmy za powodzenie naszej podróży. Niechaj Auren będzie nam przychylny, odsuwając od szlaku gwałtowne wichry. Niech Ridivna poprowadzi miecz każdego wojownika!
Po toaście, rzekła już z większym opanowaniem:
- Chciałabym abyśmy porozmawiali o posiadanych przez siebie umiejętnościach i wiedzy, aby umieć się znaleźć w każdej sytuacji, wiedząc do kogo się zwrócić w danej kwestii. Osobiście posiadam wiedzę z zakresu zielarstwa. Za pomocą ziół, oraz przez subtelne zabiegi magiczne, mogę wyleczyć za równo niegroźne, lecz uciążliwe przeziębienie, jak również poważniejsze rany, czy złamania. Prócz tego potrafię wejść w kontakt z duchami i znam się na świecie snów.
Po tych słowach wymownie zamilkła, oczekując odpowiedzi towarzyszy podróży.
-
zapalki_chaosu
- Reactions:
- Posty: 167
- Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57
Biorąc sobie do serca zalecenia Gunlid, Vidgar często mówił do Brumfura. Na początku myślał, że będzie się czuł z tym głupio, okazało się jednak, że jego wierzchowiec jest na tyle dobrym słuchaczem, że mówienie do niego wydawało się młodemu wojownikowi całkiem naturalne. Czasami jego monologi przekształcały się w rozmowy z innymi podróżnymi, jeżeli akurat ktoś inny znalazł się w zasięgu głosu i był zainteresowany.
- Wiesz szlachetny Brumfurze, czuję się dość dziwnie. Z jednej strony jestem podekscytowany ale z drugiej bardzo spokojny. To wspaniałe uczucie wyruszać na wyprawę, z prawdziwymi wojownikami, bez ojca nad głową i z takimi pięknościami w drużynie - mówiąc ostatnie słowa nachylił się bliżej ucha konika - Jednak też zdaję sobie sprawę, że naprawdę mogę zginąć. Ta druga myśl jednak nie napawa mnie lękiem, czuję się dziwnie spokojny, ten spokój właściwie dominuje wszystkie inne emocje. Teraz kiedy oddalamy się od Beran wszystko jest jakieś inne. Nie wiem czy to przez ten spokój? I świadomość tego, że mogę zginąć czy coś innego powoduje to wrażenie, ale kiedy patrzę na płatki śniegu albo zamarznięty lód na gałązkach drzew, na lot ptaków, kiedy słyszę wiatr... Wszystko wydaje mi się jak jakiś wielki sen... właściwie to czuję się jakbym był wewnątrz jakieś wspaniałej opowieści, opowieści o wielkich czynach i bohaterach i jak się domyślam również o śmierci. Właściwie jak o tym myślę, czuję się tak już dość długo. Myślę, że pierwszy raz zwróciłem na to uwagę kiedy Olaf zagrał pożegnalną pieść, kiedy ruszaliśmy z placu w Beran. Widziałem wtedy rodzinne strony ale widok ten nie zasłaniał mi tego co było dookoła. Słyszałem szum tamtego morza, widziałem swoje ojca jak czyści miecz przy ogniu w chacie, jak matka tka sukna..., niemal czułem zapach kóz pasących się w sąsiedztwie. Wtedy pomyślałem, że może nigdy tam nie wrócę, pierwszy raz w taki sposób myślałem o śmierci, wiesz szlachetny Brumfurze, że kiedy się umiera to pozostawia się coś co się kochało za sobą. Chyba wreszcie dorastam..., to jest wszystko jakby nowe ale w pewien sposób stare i nie wiem skąd ale znane...
[center]***[/center]
Kilka dni później, podczas kolejnego postoju w karczmie, spokój Vidgara ustąpił ponownie miejsca młodzieńczej fantazji. Pewnie umysł młodego wojownika nie był przyzwyczajony tak długo utrzymywać stan skupienia i doprowadziło go to do pewnego stanu napięcia wewnętrznego, na który najlepszym lekarstwem był trunek i dobre towarzystwo. Już miał skwitować jakimś chamskim komentarzem propozycję Norlaug picie ku chwale Aurena - nie dlatego, że miał coś przeciw samemu bogu, ale dlatego że szukał zaczepki, jakiejkolwiek - gdy ta wspomniała także Ridvinę.
- Właśnie! - Krzyknął Vidgar i rąbnął pięścią w stół aż kubki podskoczyły i zabrzęczały, po czym nalał sobie aż po same brzegi i opróżnił niemalże cały kufel za jednym razem.
- Olafie drogi, najwspanialszy z jakim prałem się po pysku, zagraj proszę dla nas jakąś wspaniałą nutę na tym najprzedniejszym rogu, który w razie potrzeby możesz jako kufel zastosować! - zachęcał nachalnie kuzyna.
Kiedy sporo alkoholu wlał już siebie i romantyczny nastrój zaczął wypierać napięcie, Vidgar nachylił się do najbliższej osoby po swej prawicy:
- Widziałeś kiedyś Ridvinę? Ale tak z bliska? Tak długo, że dałbyś radę się przyjrzeć? Dobrze przyjrzeć? Mi się kiedyś śniła właśnie. Słuchaj, to było na polu bitwy, już po bitwie. Właściwie to na początku snu bitwa właśnie się kończyła, ktoś tam jeszcze walczył, zaciekle walczyli ale umarli. No i ona tam była i już miała sobie iść ale jakiś głos zawołał ją, żeby jeszcze zaczekała. Ona zaczekała a ten głos, ten głos był albo mój albo kogoś kto stał tuż za mną. A dużo ich stało za mną. Bo w tym śnie ja byłem duchem wojownika który umarł i tam ich było wielu. Ten głos zapytał ją, że no było tam wielu dzielnych wojowników i że na pewno chociaż jeden nada się do jej hufca i czy nie raczy go wziąć ze sobą. Ona się na to roześmiała. Ale się tak ładnie śmiała, nie tak szyderczo. Śmiała się a jej długie rude włosy tańczyły dookoła jej głowy jak płomień. A ten śmiech był jak radość ale też jak jakieś takie poważne coś, takie piękno jak jakieś gwiazdy. Ręce, smukłe dłonie na których miała długie aż za łokcie rękawice, wsparła na biodrach, tak smukłych bioder to nikt nigdy nie widział. A trochę wyżej były jej piersi tak cudownie unoszące się w rytm tego cudownego śmiechu i miała wtedy zamknięte oczy ale potem je otworzyła i ooo rany, to było coś. Jakbyś widział gwiazdy ale tak z bliska, ale nie takie odległe ale takie zupełnie bliskie, jakby patrzyły na ciebie i jakby cię znały i wtedy odezwała się, ale najpierw wzięła głęboki oddech i wyobraź sobie jak jej boski biust uniósł się przy tym i powiedziała..., że jak ktoś z nich się nadaje do jej hufca to ona nie musi go zabierać stąd bo on sam ją znajdzie i odwróciła się. Powoli się odwracała i widziałeś jej długą szyję i odsłonięte ramię, spod tych długich ognistych włosów i jeszcze raz te piersi ale teraz z boku i potem te biodra, ach te biodra! Cóż to były za biodra, kiedy odchodziła, kołysały się w taki sposób że nic się tak nie kołysze, to było jak kołysanie się najpiękniejszego statku na morzu, jak chód najpiękniejszego konia a było też groźniejsze niż armia gotowa do walki i powiem i całkiem szczerze powiem, że nie chciałem nic innego jak tylko podążać za tym kołysaniem...
- Wiesz szlachetny Brumfurze, czuję się dość dziwnie. Z jednej strony jestem podekscytowany ale z drugiej bardzo spokojny. To wspaniałe uczucie wyruszać na wyprawę, z prawdziwymi wojownikami, bez ojca nad głową i z takimi pięknościami w drużynie - mówiąc ostatnie słowa nachylił się bliżej ucha konika - Jednak też zdaję sobie sprawę, że naprawdę mogę zginąć. Ta druga myśl jednak nie napawa mnie lękiem, czuję się dziwnie spokojny, ten spokój właściwie dominuje wszystkie inne emocje. Teraz kiedy oddalamy się od Beran wszystko jest jakieś inne. Nie wiem czy to przez ten spokój? I świadomość tego, że mogę zginąć czy coś innego powoduje to wrażenie, ale kiedy patrzę na płatki śniegu albo zamarznięty lód na gałązkach drzew, na lot ptaków, kiedy słyszę wiatr... Wszystko wydaje mi się jak jakiś wielki sen... właściwie to czuję się jakbym był wewnątrz jakieś wspaniałej opowieści, opowieści o wielkich czynach i bohaterach i jak się domyślam również o śmierci. Właściwie jak o tym myślę, czuję się tak już dość długo. Myślę, że pierwszy raz zwróciłem na to uwagę kiedy Olaf zagrał pożegnalną pieść, kiedy ruszaliśmy z placu w Beran. Widziałem wtedy rodzinne strony ale widok ten nie zasłaniał mi tego co było dookoła. Słyszałem szum tamtego morza, widziałem swoje ojca jak czyści miecz przy ogniu w chacie, jak matka tka sukna..., niemal czułem zapach kóz pasących się w sąsiedztwie. Wtedy pomyślałem, że może nigdy tam nie wrócę, pierwszy raz w taki sposób myślałem o śmierci, wiesz szlachetny Brumfurze, że kiedy się umiera to pozostawia się coś co się kochało za sobą. Chyba wreszcie dorastam..., to jest wszystko jakby nowe ale w pewien sposób stare i nie wiem skąd ale znane...
[center]***[/center]
Kilka dni później, podczas kolejnego postoju w karczmie, spokój Vidgara ustąpił ponownie miejsca młodzieńczej fantazji. Pewnie umysł młodego wojownika nie był przyzwyczajony tak długo utrzymywać stan skupienia i doprowadziło go to do pewnego stanu napięcia wewnętrznego, na który najlepszym lekarstwem był trunek i dobre towarzystwo. Już miał skwitować jakimś chamskim komentarzem propozycję Norlaug picie ku chwale Aurena - nie dlatego, że miał coś przeciw samemu bogu, ale dlatego że szukał zaczepki, jakiejkolwiek - gdy ta wspomniała także Ridvinę.
- Właśnie! - Krzyknął Vidgar i rąbnął pięścią w stół aż kubki podskoczyły i zabrzęczały, po czym nalał sobie aż po same brzegi i opróżnił niemalże cały kufel za jednym razem.
- Olafie drogi, najwspanialszy z jakim prałem się po pysku, zagraj proszę dla nas jakąś wspaniałą nutę na tym najprzedniejszym rogu, który w razie potrzeby możesz jako kufel zastosować! - zachęcał nachalnie kuzyna.
Kiedy sporo alkoholu wlał już siebie i romantyczny nastrój zaczął wypierać napięcie, Vidgar nachylił się do najbliższej osoby po swej prawicy:
- Widziałeś kiedyś Ridvinę? Ale tak z bliska? Tak długo, że dałbyś radę się przyjrzeć? Dobrze przyjrzeć? Mi się kiedyś śniła właśnie. Słuchaj, to było na polu bitwy, już po bitwie. Właściwie to na początku snu bitwa właśnie się kończyła, ktoś tam jeszcze walczył, zaciekle walczyli ale umarli. No i ona tam była i już miała sobie iść ale jakiś głos zawołał ją, żeby jeszcze zaczekała. Ona zaczekała a ten głos, ten głos był albo mój albo kogoś kto stał tuż za mną. A dużo ich stało za mną. Bo w tym śnie ja byłem duchem wojownika który umarł i tam ich było wielu. Ten głos zapytał ją, że no było tam wielu dzielnych wojowników i że na pewno chociaż jeden nada się do jej hufca i czy nie raczy go wziąć ze sobą. Ona się na to roześmiała. Ale się tak ładnie śmiała, nie tak szyderczo. Śmiała się a jej długie rude włosy tańczyły dookoła jej głowy jak płomień. A ten śmiech był jak radość ale też jak jakieś takie poważne coś, takie piękno jak jakieś gwiazdy. Ręce, smukłe dłonie na których miała długie aż za łokcie rękawice, wsparła na biodrach, tak smukłych bioder to nikt nigdy nie widział. A trochę wyżej były jej piersi tak cudownie unoszące się w rytm tego cudownego śmiechu i miała wtedy zamknięte oczy ale potem je otworzyła i ooo rany, to było coś. Jakbyś widział gwiazdy ale tak z bliska, ale nie takie odległe ale takie zupełnie bliskie, jakby patrzyły na ciebie i jakby cię znały i wtedy odezwała się, ale najpierw wzięła głęboki oddech i wyobraź sobie jak jej boski biust uniósł się przy tym i powiedziała..., że jak ktoś z nich się nadaje do jej hufca to ona nie musi go zabierać stąd bo on sam ją znajdzie i odwróciła się. Powoli się odwracała i widziałeś jej długą szyję i odsłonięte ramię, spod tych długich ognistych włosów i jeszcze raz te piersi ale teraz z boku i potem te biodra, ach te biodra! Cóż to były za biodra, kiedy odchodziła, kołysały się w taki sposób że nic się tak nie kołysze, to było jak kołysanie się najpiękniejszego statku na morzu, jak chód najpiękniejszego konia a było też groźniejsze niż armia gotowa do walki i powiem i całkiem szczerze powiem, że nie chciałem nic innego jak tylko podążać za tym kołysaniem...
Spoiler!
Ostatnio zmieniony 16 września 2015, 10:09 przez zapalki_chaosu, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]Karczma "Wytchnienie tułacza", trakt wzdłuż Szarych Grzbietów, 10 mroliść (xevar*), 360 rok Ery Silniri.[/center]
Ekspedycja odpoczywała w karczmie "Wytchnienie tułacza", starym, drewnianym budynku nakrytym strzechą z sitowia. Wnętrze głównej sali było zagracone i toneło w półmroku, oświetlone głownie przez wielkie, prostokątne palenisko. Ściany i podtrzymujące sufit belki pociemniały od dymu. Do siedzenia służyły ławy i proste, ociosane pniaki. Oprócz nich, w izbie było niewielu gości. Jedynie jakiś trzech wędrowców, wyglądających na ubogich górników i starzeć, który wygrywał na langeleik** podobne do siebie, monotonne melodie.
[center]Podkład: https://www.youtube.com/watch?v=snQcxM_iHmM[/center]
[center]
[/center]
Brnjar, Vilberg i dwóch jego wojów zajęli ławy przy jednym stole. Gunlid przysiadła się do nich pozostawiając młodszym miejsca przy drugiej ławie. Obaj ponurzy towarzysze kupca siedli blisko drzwi i zamówili dzban miejscowego piwa. Nie mówili wiele, jedynie pili metodycznie i ze skupieniem wartym zdawałoby się, lepszej sprawy. Joos grał z Hattrem i z Gunlid w kości, wybuchając często śmiechem, nawet jeśli los nie był po jego stronie. Obaj starsi Nardlens zaś rozmawiali przyciszonymi głosami o stanie traktu i przewidywanym terminie dotarcia do Ersor.
[center]
[/center]
Młodszym pozostała więc własna kompania, jednak to nie wydawało im się przeszkadzać. Jasnowłosa córka karczmarza przyniósł im miskę kaszy i garniec z gulaszem z zająca, który silnie pachniał czosnkiem i jałowcem. Piwa także było pod dostatkiem, co sprawiło, iż niektórym rozwiązały się języki. W efekcie Kyariel wysłuchał długiej przemowy Vidgara, która najwyraźniej była skierowana do niego, choć wzrok młodego wojownika zahaczał czasem też o Olafa. Alfr był z początku nieco zaskoczony wylewnością człowieka, jednak opowieść związana z Boginią, tak bliską jego sercu, szybko pozyskała jego zainteresowanie. Wciąż jednak pamiętał o pytaniu, zadanym przez Norlaug...
* Xevar - piąty dzień tygodnia, poświęcony mocy Elektry.
** langeleik - instrument strunowy, rodzaj cytry, używanej w Torgeth (w naszym świecie tzw. norweska cytra).
Ekspedycja odpoczywała w karczmie "Wytchnienie tułacza", starym, drewnianym budynku nakrytym strzechą z sitowia. Wnętrze głównej sali było zagracone i toneło w półmroku, oświetlone głownie przez wielkie, prostokątne palenisko. Ściany i podtrzymujące sufit belki pociemniały od dymu. Do siedzenia służyły ławy i proste, ociosane pniaki. Oprócz nich, w izbie było niewielu gości. Jedynie jakiś trzech wędrowców, wyglądających na ubogich górników i starzeć, który wygrywał na langeleik** podobne do siebie, monotonne melodie.
[center]Podkład: https://www.youtube.com/watch?v=snQcxM_iHmM[/center]
[center]
[/center]Brnjar, Vilberg i dwóch jego wojów zajęli ławy przy jednym stole. Gunlid przysiadła się do nich pozostawiając młodszym miejsca przy drugiej ławie. Obaj ponurzy towarzysze kupca siedli blisko drzwi i zamówili dzban miejscowego piwa. Nie mówili wiele, jedynie pili metodycznie i ze skupieniem wartym zdawałoby się, lepszej sprawy. Joos grał z Hattrem i z Gunlid w kości, wybuchając często śmiechem, nawet jeśli los nie był po jego stronie. Obaj starsi Nardlens zaś rozmawiali przyciszonymi głosami o stanie traktu i przewidywanym terminie dotarcia do Ersor.
[center]
[/center]Młodszym pozostała więc własna kompania, jednak to nie wydawało im się przeszkadzać. Jasnowłosa córka karczmarza przyniósł im miskę kaszy i garniec z gulaszem z zająca, który silnie pachniał czosnkiem i jałowcem. Piwa także było pod dostatkiem, co sprawiło, iż niektórym rozwiązały się języki. W efekcie Kyariel wysłuchał długiej przemowy Vidgara, która najwyraźniej była skierowana do niego, choć wzrok młodego wojownika zahaczał czasem też o Olafa. Alfr był z początku nieco zaskoczony wylewnością człowieka, jednak opowieść związana z Boginią, tak bliską jego sercu, szybko pozyskała jego zainteresowanie. Wciąż jednak pamiętał o pytaniu, zadanym przez Norlaug...
Zakładam, że większość pije piwo, poza Alfrem, który dostał miód. Trunki są zdecydowanie gorszej jakości niż w Beran. Brjnar płaci za wszystko.
* Xevar - piąty dzień tygodnia, poświęcony mocy Elektry.
** langeleik - instrument strunowy, rodzaj cytry, używanej w Torgeth (w naszym świecie tzw. norweska cytra).
Ostatnio zmieniony 23 września 2015, 23:09 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Tańczący od dłuższej chwili przypatrywał się tańcowi dwóch much, uparcie pozostających nad ich stołem. Mało interesowały go rozmowy toczone przy miernej jakości trunku, jeszcze mniej podobało mu się otoczenie. Zdecydowanie, o wiele bardziej preferował noclegi na trakcie. Ognisko było w jego opini bardziej gadko-gennym narzędziem niż piwo, a świeże powietrze luksusem na jaki żadna karczma ni żaden zajazd pozwolić sobie nie mogły. Co jakiś czas więc od niechcenia chlipnął sobie nalanego specjalnie dlań do miski piwa.
Nie brał jednak udziału w rozmowie. Po pierwsze, i tak zdarzało mu się to niezwykle rzadko. Po drugie, zadymiona i (nie oszukujmy się) zbyt głośna izba, wcale go ku temu nie zachęcała. Wręcz przeciwnie. Swędziały go oczy a nos cierpiał katusze. Z tęsknotą wyczekiwał świtu, kiedy już będą mogli sobie stąd pójść.
Umysłem swym, powrócił do każdego z wielu postojów, kiedy mógł ułożyć się do snu pod gołym niebem.
Po niedługiej chwili położył się, łeb składając na przednich łapach, spoglądając z tęsknotą na złote płomienie ognia w kominku.
Nie brał jednak udziału w rozmowie. Po pierwsze, i tak zdarzało mu się to niezwykle rzadko. Po drugie, zadymiona i (nie oszukujmy się) zbyt głośna izba, wcale go ku temu nie zachęcała. Wręcz przeciwnie. Swędziały go oczy a nos cierpiał katusze. Z tęsknotą wyczekiwał świtu, kiedy już będą mogli sobie stąd pójść.
Umysłem swym, powrócił do każdego z wielu postojów, kiedy mógł ułożyć się do snu pod gołym niebem.
Po niedługiej chwili położył się, łeb składając na przednich łapach, spoglądając z tęsknotą na złote płomienie ognia w kominku.
Nie pytany, wilkołek pozostanie milczący. Nie lubi on zatłoczonych i dachem krytych przestrzeni.
-Wytchnienie Tułacza- co za adekwatna nazwa- pomyślał Kyariel siedząc na pieńkum który mimo, że podobnie twardy jak zad konika to przynajmniej stabilny. -Ale ani mi się waż zacząć narzekać jak stary dziad- dodał zaraz cichy, lecz zdecydowany głos wewnątrz jego głowy. -Poza tym nie Ty jeden jesteś nieprzyzwyczajony do jazdy konnej, prawda? Pomyś trochę również o innych.
Młodzieniec przeciągnął się by się nieco rozluźnić i spojrzał na Norlaug, która właśnie konczyła swoją wypowiedź i wyraźnie oczekiwała co powiedzą inni. Chciał przemyśleć swoją wypowiedź nim ją wyartykułuje, bo potrafił być czasem dosyć cyniczny. Więc zanim się odezwał musiał najpierw ugryźć się w język by nie wyrazić swojej opinii o umiejętnościach magicznych czarownic. Poza tym nie chciał od razu zrazić do siebie swoich towarzyszy, a zwłaszcza tych płci pięknej. -No i przecież każdy z nas ma inne umiejętności, które mogą się nam przydać w długiej i prawdopodobnie niebezpiecznej podróży. Po tym wewnętrznym monologu chrząknął lekko i odezwał się:
-Jak zapewne wiecie jestem adeptem magii. Znam się nieco na czarach bojowych, wzmacniających a także potrafię je wykryć. Co nieco również wiem o runach. Więc w razie ataku magicznego będę robił co w mojej mocy by ochronić drużynę. Lecz nie znam się na miksturach i czarach leczących, więc Twoje umiejętności, Norlaug na pewno bedą bardzo cenne i przydatne- rzekł zwracając się w kierunku wiedźmy.
[center]***[/center]
Urzeczony, choć z lekka zazroszczący Vidgarowi jego snu, który ten skończył mu własnie opowiadać w przypływie pijackiego natchnienia- zerwał się nagle mocno poruszony i trzymając wypełniony bo brzegi róg, zawołał donośnym głosem:
-Wznoszę toast za naszą walkę, wojowników i zwycięstwo w niej lub bohaterską śmierć, jeśli Ridvinia pozwoli! Nie ma innej drogi jeśli chcemy zachować honor, a lepiej w ogóle się nie narodzić niż żyć bez niego.
Młodzieniec przeciągnął się by się nieco rozluźnić i spojrzał na Norlaug, która właśnie konczyła swoją wypowiedź i wyraźnie oczekiwała co powiedzą inni. Chciał przemyśleć swoją wypowiedź nim ją wyartykułuje, bo potrafił być czasem dosyć cyniczny. Więc zanim się odezwał musiał najpierw ugryźć się w język by nie wyrazić swojej opinii o umiejętnościach magicznych czarownic. Poza tym nie chciał od razu zrazić do siebie swoich towarzyszy, a zwłaszcza tych płci pięknej. -No i przecież każdy z nas ma inne umiejętności, które mogą się nam przydać w długiej i prawdopodobnie niebezpiecznej podróży. Po tym wewnętrznym monologu chrząknął lekko i odezwał się:
-Jak zapewne wiecie jestem adeptem magii. Znam się nieco na czarach bojowych, wzmacniających a także potrafię je wykryć. Co nieco również wiem o runach. Więc w razie ataku magicznego będę robił co w mojej mocy by ochronić drużynę. Lecz nie znam się na miksturach i czarach leczących, więc Twoje umiejętności, Norlaug na pewno bedą bardzo cenne i przydatne- rzekł zwracając się w kierunku wiedźmy.
[center]***[/center]
Urzeczony, choć z lekka zazroszczący Vidgarowi jego snu, który ten skończył mu własnie opowiadać w przypływie pijackiego natchnienia- zerwał się nagle mocno poruszony i trzymając wypełniony bo brzegi róg, zawołał donośnym głosem:
-Wznoszę toast za naszą walkę, wojowników i zwycięstwo w niej lub bohaterską śmierć, jeśli Ridvinia pozwoli! Nie ma innej drogi jeśli chcemy zachować honor, a lepiej w ogóle się nie narodzić niż żyć bez niego.
W trakcie podróży chcę się uczyć Uzdrawiania i Przekazania Mocy.
Ostatnio zmieniony 17 września 2015, 01:11 przez Hel, łącznie zmieniany 1 raz.
- Za honor! - ryknął Olaf, również wstając. Wzniósł kufel piwa, po czym opróżnił go kilkoma potężnymi haustami. Otarł wierzchem dłoni mokre od rozlanego piwa usta, po czym usiał i zwrócił się ku Norlaug.
- Ja, to jestem waszymi oczami i uszami w tej dziczy - klepnął się w pierś, a następnie wskazał Tańczącego - ten za to będzie naszym nosem! Beeerk! - skwitował lekko pijany, berkając głośno i zezując przy tym oczy. W powietrzu zdało się czuć egzotyczne nuty przetrawionego jedzenia z lekką nutką dekadencji. - Wypatrywanie niebezpieczeństwa to moja domena, ot co - dodał już normalnym tonem i sięgnął po duże udko kurczaka w miodowym sosie. Nagle Olaf sobie coś przypomniał.
- Co? Mam zagrać coś? - rozsiadł się wygodniej na ławie, wyciągając róg. - Ach Vidarze, co niejednego siniaka mi nabiłeś, a wiele więcej ja tobie, zasłużyłeś na kawałek dobrej muzyki. Wy też możecie słuchać - dodał dobrodusznym tonem spoglądając na towarzyszy i nabrawszy powietrza w płuca, rozpoczął pieśń.
Wycie rogu odbijało się echem po całej izbie i zdawać by się mogło, że przybrało formę ducha balującego między biesiadnikami. Być może były tam drobinki magii, ale nawet najsprawniejszy w fachu Adept nie mógłby ich rozpoznać. To była muzyka duszy. I tylko szczury przygryzały wargi ze złości, musząc słuchać niezrozumiałych dla nich kakofonii dźwięków.
- A swoją drogą, zacni kamraci. Myślę, że mój wujo znalazł coś, czego nie powinien. Odkrył pewnie nową żyłę srebra lub prastare artefakty, znane tylko z legend. Wcale bym się nie zdziwił też, gdyby wilkołki napadły. - Zaraz jednak Olaf ogarnął, co powiedział. - Bez urazy, Tańczący - dodał szybko. - Co o tym myślicie?
- Ja, to jestem waszymi oczami i uszami w tej dziczy - klepnął się w pierś, a następnie wskazał Tańczącego - ten za to będzie naszym nosem! Beeerk! - skwitował lekko pijany, berkając głośno i zezując przy tym oczy. W powietrzu zdało się czuć egzotyczne nuty przetrawionego jedzenia z lekką nutką dekadencji. - Wypatrywanie niebezpieczeństwa to moja domena, ot co - dodał już normalnym tonem i sięgnął po duże udko kurczaka w miodowym sosie. Nagle Olaf sobie coś przypomniał.
- Co? Mam zagrać coś? - rozsiadł się wygodniej na ławie, wyciągając róg. - Ach Vidarze, co niejednego siniaka mi nabiłeś, a wiele więcej ja tobie, zasłużyłeś na kawałek dobrej muzyki. Wy też możecie słuchać - dodał dobrodusznym tonem spoglądając na towarzyszy i nabrawszy powietrza w płuca, rozpoczął pieśń.
Wycie rogu odbijało się echem po całej izbie i zdawać by się mogło, że przybrało formę ducha balującego między biesiadnikami. Być może były tam drobinki magii, ale nawet najsprawniejszy w fachu Adept nie mógłby ich rozpoznać. To była muzyka duszy. I tylko szczury przygryzały wargi ze złości, musząc słuchać niezrozumiałych dla nich kakofonii dźwięków.
Od MG: Test Artyzmu (Cha. + Artyzm: gra na rogu)
27 + 4 + 10 (premia za przychylność lekko pijanych słuchaczy) = 41. Rzut: 19. Test zdany z dwoma przebiciami!
Dawno nie grało ci się tak dobrze. Nie jest to może arcydzieło życia, ale wyszła ci całkiem zgrabna i odpowiednia do sytuacji melodia, która sprawiła, że wszyscy na sali na chwilę umilkli. Dziadek grający na langeleik przyłączył się po chwili do ciebie, robiąc nawet niezłe tło.
[center]***[/center]27 + 4 + 10 (premia za przychylność lekko pijanych słuchaczy) = 41. Rzut: 19. Test zdany z dwoma przebiciami!
Dawno nie grało ci się tak dobrze. Nie jest to może arcydzieło życia, ale wyszła ci całkiem zgrabna i odpowiednia do sytuacji melodia, która sprawiła, że wszyscy na sali na chwilę umilkli. Dziadek grający na langeleik przyłączył się po chwili do ciebie, robiąc nawet niezłe tło.
- A swoją drogą, zacni kamraci. Myślę, że mój wujo znalazł coś, czego nie powinien. Odkrył pewnie nową żyłę srebra lub prastare artefakty, znane tylko z legend. Wcale bym się nie zdziwił też, gdyby wilkołki napadły. - Zaraz jednak Olaf ogarnął, co powiedział. - Bez urazy, Tańczący - dodał szybko. - Co o tym myślicie?
Wybaczcie za zamulanie. Wpadam już w prawidłowe rytmy.
Ostatnio zmieniony 22 września 2015, 09:02 przez Dobro, łącznie zmieniany 1 raz.
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
-
TatTvamAsi
- Reactions:
- Posty: 423
- Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 14:54
- Been thanked: 3 times
- Zapewne znalazł coś, czego nie powinien, ale obawiam się, że zetknął się z czymś groźniejszym, niż bycie napadniętym przez bestie, zwierzęta, czy bandę opryszków. Może być co prawda w letargu, ale jakoś... mam przeczucie, że jest to efekt działań potężnych duchów, bądź szkodliwej magii. A może istnieją też jakieś przeklęte artefakty, które potrafią wyrwać duszę z ciała?
- Nie wątpię co prawda w wiedzę i umiejętności magiczne mojego wuja, ale słyszałam historie o naprawdę przerażających istotach, zabierających duszę śmiertelnika z tego świata, a nawet... pożerających ją.
Po tych słowach czarownica zamilkła. Uświadomiła sobie, że może jej młodzieńcza fantazja podsuwa aż nazbyt niesamowite i straszne wizje. Bądź, co bądź warto zastanowić się co mogło spowodować zniknięcie drużyny, ale też zebrać fakty i myśleć realistycznie.
- Hmmm... no dobrze może troszkę przesadzam, ale ten efekt, o którym wspominała kapłanka, wydaje się zbyt osobliwy. Co do samej doliny, to myślę, że jest tam coś więcej niż drogocenne kruszce - po czym zwróciła się do wilkołka - Tańczący, a co ty sądzisz o całej sytuacji?
Wilkołek uniósł lekko głowę i spoglądając na Norlaug, odrzekł:
- Nie mam pojęcia co mogłoby się im stać. Zbyt wiele rzeczy by zgadywać. Nie znam tamtych terenów - po czym podnosząc się, zwrócił się tymi słowy do Vilberga:
- Jak macie coś, co nosi zapach waszego wuja, to zwrócę na niego uwagę, jeśli go gdzieś spotkamy.
- Nie wątpię co prawda w wiedzę i umiejętności magiczne mojego wuja, ale słyszałam historie o naprawdę przerażających istotach, zabierających duszę śmiertelnika z tego świata, a nawet... pożerających ją.
Po tych słowach czarownica zamilkła. Uświadomiła sobie, że może jej młodzieńcza fantazja podsuwa aż nazbyt niesamowite i straszne wizje. Bądź, co bądź warto zastanowić się co mogło spowodować zniknięcie drużyny, ale też zebrać fakty i myśleć realistycznie.
- Hmmm... no dobrze może troszkę przesadzam, ale ten efekt, o którym wspominała kapłanka, wydaje się zbyt osobliwy. Co do samej doliny, to myślę, że jest tam coś więcej niż drogocenne kruszce - po czym zwróciła się do wilkołka - Tańczący, a co ty sądzisz o całej sytuacji?
Wilkołek uniósł lekko głowę i spoglądając na Norlaug, odrzekł:
- Nie mam pojęcia co mogłoby się im stać. Zbyt wiele rzeczy by zgadywać. Nie znam tamtych terenów - po czym podnosząc się, zwrócił się tymi słowy do Vilberga:
- Jak macie coś, co nosi zapach waszego wuja, to zwrócę na niego uwagę, jeśli go gdzieś spotkamy.
Czarownica uczy się w czasie podróży Marzenia i Egzorcyzmu.