Klub Zaćmienie, Mardi Gras - luty 1994
Włoch odłożył kapelusz na wieszak i zaczął ściągać z siebie ubranie, w którym przyszedł do klubu.
Zadziwiające wręcz, jak mało istot zdaje sobie sprawę z tego, że aby pokazać coś z danej epoki, trzeba stać się jego duchem, myślał kainita zakładając grafitowy garnitur. Wiedział doskonale, że sam śpiew to tylko część udanego występu.
Biała koszula.
Dobry show to taki, w którym widownia choć przez chwile czuje się tak, jakby brała udział w premierze danego utworu, jak gdyby cofnęła się w czasie i doświadczała tego magicznego tu i teraz po raz pierwszy.
Czarna muszka.
- Lauro, czy przygotowałaś i sprawdziłaś mikrofon? - Degenerat spytał ghula poprawiając jednocześnie swoje włosy w lustrze.
- Ależ oczywiście, panie Bertone! - dało się wyczuć lekkie zaaferowanie w głosie Pecker.
Jedno trzeba jej oddać, zamyślił się Toreador,
widać, że się dziewczyna stara. Właściwie dlaczego wcześniej jej nie zauważałem? Wygląda przecież całkiem nieźle. Hmm, a może by tak po występie zabrać ją ze sobą do garderoby?
Idealnie.
- Przygotuj proszę płytę, już czas.
- Oczywiście! - Laura wzięła do ręki winyl zapakowany w poszarzałą kartonową kopertę i ruszyła w stronę sceny.
Śpiewak wyszedł zaraz za nią, upewniwszy się po raz ostatni, że jego wygląd jest nienaganny.
Wszedł na scenę, wziął mikrofon do ręki i puknął w niego delikatnie dwukrotnie palcem, aby się upewnić, iż działa bez zarzutu.
W tym momencie światła w Zaćmieniu przygasły jednocześnie skupiając się na niewielkim podwyższeniu.
Wreszcie jakaś miła rzecz tej cholernej nocy pocieszył się myślami przypominając sobie wydarzenia sprzed wejścia do klubu.
- Witam wszystkich zebranych dzisiejszej nocy i dziękuję za zaproszenie mnie do tak szanownego grona.
Widząc odwracające się ku niemu twarze, czuł się coraz lepiej z każdą sekundą. Wreszcie byłw centrum uwagi, a jeśli wszystko pójdzie po jego myśli, będzie jeszcze bardziej sławny.
- Mam zaszczyt zaprezentować wam, drodzy bracia i siostry pewien utwór. Utwór ten zapewne jest większości znany, a co niektórzy prawdopodobnie znali nawet autorów. Mam nadzieję, że przypadnie zebranym do gustu. Rozsiądźcie się zatem wygodnie.
W tym momencie dał znać ghulowi ręką i pierwsze gitarowe nuty rozbrzmiały w całym pomieszczeniu, tłumiąc ostatnie szepty wśród zebranych.
[center]Podkład:
https://www.youtube.com/watch?v=6l6vqPUM_FE[/center]
I don't want to set the world on fire
I just want to start a flame in your heart
In my heart I have but one desire
And that one is you
No other will do
Był w ekstazie. O ile sama sława i fakt bycia w centrum uwagi sprawiały, że Silvio był szczęśliwy, to nikt nie mógł mu odebrać tego niemal orgazmicznego stanu, który ogarniał go zawsze, gdy występował i przeżywał grane przez siebie utwory.
To było jego sacrum.
I've lost all ambition for worldly acclaim
I just want to be the one you love
Tańczył powoli na scenie śpiewając do mikrofonu niczym swojej kochanki. Miał ich do tej pory co prawda wiele, zawsze jednak było to niepowtarzalne doświadczenie. Choć często Bertone się zastanawiał, co go bardziej podnieca - kobiety, czy sztuka.
Ów dylemat nigdy nie został jednak rozwiązany, a jego poszczególne składowe wiecznie walczyły o palmę pierwszeństwa w upodobaniach Degenerata.
And with your admission that you feel the same
I'll have reached the goal I'm dreaming of
Believe me
Włoch nie śpiewał czyjegoś utworu - stawał się jego autorem w momencie występu, taka delikatna forma opętania. A przynajmniej tak sądził - a niech tylko ktoś spróbuje zaprzeczyć!
I don't want to set the world on fire
I just want to start a flame in your heart
Dźwięki wypełniające Zaćmienie dobiegły końca. Bertone stał wyczerpany na scenie, przeżywanie występu było wszak strasznie męczące w pewien sposób.
Gdy ostatnie dźwięki gramofonu umilkły wreszcie, Toreador podziękował tylko i skłonił się nisko zebranej publiczności czekając na jej reakcję.