Strona 3 z 34

: 20 marca 2016, 22:49
autor: zmarly
[center]Calli, Wieczór, 13 Pani Trzcin (Ilaxo), 1599 Eonu Ilaxoul
[/center]


Ehecatlem wysłuchał przemówienia gospodarza z należytą uwagą.
I pomyśleć, że to ta sama osoba, z którą polowałem na ptaszniki w dżungli i z którego piskliwego głosu śmiali się rówieśnicy.
Syn Słońca wiedział, że nie warto było próbować wszystkich potraw w większych ilościach - w takim przypadku dla nieszczęśnika uczta mogła się skończyć szybciej, niż by chciał. A poza tym pozostawała jeszcze kwestia taktu. Mimo to wiedział, że i tak straże będą tej nocy możliwie dyskretnie wyprowadzać część pijanych gości z komnaty.

Sama uczta nie wydawała się zbyt interesującym pomysłem dla paladyna, odciągała do wszak od medytacji i szlifowania fizycznych umiejętności. Wiedział jednak, że odmowa starszemu bratu w tej sytuacji mogłaby być bardzo kłopotliwa w skutkach, toteż spokojnie, choć z maskowanym znużeniem pozdrawiał kolejnych gości skinieniem głowy. Całe szczęście, że z nich dwóch to właśnie Ahtactl Maxcaill zajmował się polityką. Jaki jest sens sztucznego uśmiechania się i obietnic, niekoniecznie mających pokrycie w rzeczywistości?

Ciekawił go także powód, dla którego oroni An'harat chciał z nim pomówić. Wiedział jednak, iż musi być cierpliwy, by go poznać - etykieta rządziła się swoimi prawami, a większość spraw załatwiało się już po oficjalnej części uczty, kiedy wszelkie obrządki zostały wypełnione, a i uwaga części gości rozproszona alkoholem.
A zatem czekał...

: 21 marca 2016, 22:22
autor: Keth
[center]Pałac An'harata, 13 Pani Trzcin (Ilaxo)[/center]
Uczta okazała się oszałamiającym dla alchemika przeżyciem, bo chociaż bywał on już wcześniej na biesiadach w posiadłościach bogatych Lenja'kare, kulinarny przepych w pałacu szlachetnego oroni wprawił Khema w prawdziwe uniesienie. Podawane przez służących potrawy powszechnie uchodziły za rarytasy niedostępne dla zwyczajnych śmiertelników. AjArdczyk postawił sobie za punkt honoru spróbowanie wszystkiego, co znalazło się w zasięgu jego rąk, chociaż dbał jednocześnie o konwenanse, a jego manierom nikt nie mógł niczego zarzucić!

Obtoczona w migdałowych płatkach modliszka wręcz rozpływała się w ustach. Czarnoskóry mężczyzna obmył leciutko zatłuszczone palce w miseczce z wodą, napił się złotego wina, po czym pozwolił łaskawie, by jeden ze służących podał mu roztaczające różaną woń jajo ghizzuaria.

Khem wiedział, że prędzej żołądek mu pęknie niż zdoła pomieścić wszystkie smakowitości szlacheckiego stołu, toteż umysł mężczyzny jął powoli rozważać możliwości wyniesienia przynajmniej niektórych rarytasów do domu i odłożenia rozkoszy ich konsumpcji na następny dzień.
Kulinarna orgia trwa! Khem będzie próbował wszystkiego, co TatTvamAsi mu poda! ;)

: 22 marca 2016, 17:29
autor: Zin-Carla
[center]Calli, Wieczór, 13 Pani Trzcin (Ilaxo), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]

Zyanya opuściła dzielnicę świątynną i udała się na ucztę do domu Oroni. Czuła na sobie lekki wiatr, który zabłąkał się wśród krętych uliczek, a do jej nozdrzy doleciał łagodny i słodki zapach Cenyohual - Nocnych Lilii. Nie miała na sobie żadnych ozdób, a jej ciało pokrywała czarna, skromna szata z głębokim kapturem i szerokimi rękawami, pod którymi ukrywała przymioty swojej rasy przed oczami przypadkowych przechodniów. Wielu wciąż reagowało panicznym strachem na widok Ixari. Pod spodem szaty widać było piękną lecz równie skromną suknię, odsłaniającą białą szyję i dekolt dziewczyny. Czarny, lejący się materiał podkreślał zgrabnie jej kobiece kształty, opinając dokładnie biust i talię. Od bioder zaś suknia rozszerzała się nagle, a zwoje czarnego materiału spływały w dół kaskadami. Przez swój wysoki wzrost i piękną sylwetkę, Zyanya wyglądała jak dumny, alabastrowy posąg odziany w obsydian nocy. Skręciła. Jej myśli znów zwróciły się ku wydarzeniom dnia dzisiejszego. Zaledwie kilka oddechów, kilka uderzeń serca, a tak wiele się zmieniło...

[center]***[/center]
Po audiencji u najwyższej kapłanki poszła odszukać swoją przełożoną. Jej pokój znajdował się na drugim piętrze, a prowadził doń przestronny korytarz okolony filarami dzielącymi przestrzeń na trzy osobne nawy. Między czarnymi kolumnami znajdowały się płytkie nisze, w których tliły się delikatne ogniki magicznych kryształów - jedyne źródła światła w przybytku Pani Ciemności i Ciszy. Od bocznych naw odchodziły liczne drzwi i przejścia przesłonięte grubymi zasłonami z całkowicie czarnego atłasu. Przebyła pospiesznie długi korytarz, znajdując się u drzwi do niewielkiej komnaty jej Ixlanii. Niewielki pokój urządzony był skromnie, lecz z prawdziwym gustem. Nieliczne umeblowanie wykuto z czarnego kamienia: okrągły stolik, na którym znajdował się równie czarny wazon zawierający świeże kwiaty, obok srebrzył się dzban na wodę oraz niewielka, gliniana lecz pięknie zdobiona czarka. Łoże zaścielone było wielowarstwową, czarną materią - całkowicie gładką jak większość elementów otoczenia. Całe pomieszczenie oświetlało ledwie wątłe światło dostające się przez niewielkie okno, znajdujące się niemalże pod samym sufitem. W chłodnym półmroku komnaty zobaczyła swoją przełożoną - Ain'saarę. Kobieta była dość drobnej budowy. Jej jasno miedziana skóra odcinała się od czerni szaty, oraz draperii upiętej na głowie, spływającej jedwabną kaskadą na kruczoczarne włosy. Twarz mimo, że wciąż tak młoda, odznaczała się pewną surowością, charakterystyczną dla kobiet, które nie jedno już w życiu przeszły i posiadały właściwą sobie determinację. Duże, ciemne oczy lśniły szkliście, a ostry nos oraz czerń zdobionych pojedynczymi piórami szat upodabniały kapłankę do rzadko spotykanych ptaków Navikarru - posępnych, padlinożernych zwierząt kołujących wysoko między szczytami gór. Zyanya skłoniła się lekko przed nauczycielką i rzekła:

- Ain'saara, Axcan Amnantl powiedziała mi o mej szlachetnej misji ku chwale Matki. Poleciła również by zgłosić się do ciebie po dalsze instrukcje - po czym spuściła głowę czekając w cieszy na odpowiedź przełożonej.

Chuda kobieta przyjrzała się przeciągle hieroduli, po czym ozwała się suchym głosem:

- Widzę, że nie muszę nic więcej dodawać, aby uzmysłowić powagę przydzielonego ci zadania. Udasz się do pałacu oroni An'harata za raz o zmierzchu. Znajduje się on na północnym zachodzie dzielnicy Aruan, niemalże tuż przy Hool'ahutl. Budynek jest olbrzymi, więc ni powinnaś go przeoczyć. Stoi przy ulicy Karmazynowego Kwiatu 8.

Przygryzła cienką wargę a jej kościste palce zacisnęły się na ramach siedziska:

- Jest jeszcze jedna rzecz. Na uczcie pojawi się uczeń maga Ixhti'nauhitla. Możliwe, że jest ci znajomy. Wiele razy gościł w tej świątyni. Ma na imię... - zmarszczyła cienkie brwi próbując sobie przypomnieć tak zdałoby się błahą rzecz jak miano ucznia jednego spośród Alinur - Mezixtlii, Mezauxtli... - pokręciła okoloną czarną chustą głową jakby chciała przegonić niechcianą myśl. Po czym kontynuowała:

- Nieważne. W każdym razie, jego mistrz zobowiązał się pomóc w odnalezieniu zwojów i tego, kto za tym stoi... Oroni ma co do tego pewne podejrzenia i informacje, którymi może się przysłużyć. Rozmów się z nim. Obserwuj też bacznie otoczenie, a nie będziesz miała problemów ze znalezieniem się na uczcie. Bywałaś już nie raz w domach możnych, sądzę, że i teraz sobie poradzisz... Nie będzie to trudne. Czy masz jeszcze jakieś pytania?

- Nie, Ixlanii, dziękuję.

Przełożona poleciła jej się oddalić, obdarzając wpierw błogosławieństwem Bogini.

[center]***[/center]
Nim się obejrzała, była już przy wrotach prowadzących do ogrodu szlacheckiego domu. Bogaty zapach egzotycznych potraw dochodzących z domu i kwiatów z ogrodu, wraz z niekłamanym pięknem wystawnej rezydencji, tworzył przebogatą ucztę dla zmysłów. Tuż u progu natknęła się na maga, o którym wspominała przełożona. Wydawał się na lekko nieobecnego - zatopionego na wpół w świecie snów. Już od momentu przekroczenia wejścia, Hierodula zauważyła, że młodzieniec raczej rzadko bywał na salonach. Jako, że służył jak i ona Wielkiej Matce, nie mogła pozwolić by, niech ciemność nocy nas od tego uchroni, popełnił jakieś głupstwo. Trzymała się więc blisko młodego maga, bacznie obserwując jego zachowanie. Na szczęście, prócz sennego spojrzenia i widocznego roztargnienia, zdawał się pamiętać o podstawach.

Odetchnąwszy na tę myśl rozejrzała się już swobodnie wokoło. Sala wypełniona była po brzegi kolorem, przepychem i dźwiękiem. Czarne sale w świątyni Matki mogłyby się zdawać jakimś marnym schronieniem żebraka, gdyby porównać je do ociekającego złotem i girlandami kwiatów domu oroni. Zewsząd dochodziły głosy zachwytu i pochwał dla gustu Ahtactl Maxcaill An'harata i jego bogactw. Zyanyi jednak wszystko po chwili zdało się szkaradne. Nic nie było piękniejsze od czarnych oczu Matki, spoglądających na nią w ciszy z otchłani. Wiedziała, że wszystko inne było odbitym światłem iluzji. Tak, światło... Wszech panująca jasność świec i złota łapiącego jej płomyki, oślepiała jej oczy. Gdy tylko więc dopełniła wszelkich grzeczności, z ulgą osunęła się na wyznaczone sobie miejsce. Zasunęła głębiej czarny kaptur i zacisnęła w bólu oczy. Zapach potraw drażnił jej nozdrza. Nie miała jednak na razie ochoty niczego próbować. Głośnie dźwięki muzyki i dysharmonia głosów gości drażniły jej uszy przyzwyczajone do ciszy. Musiała przyzwyczaić swoje zmysły do zgiełku panującego zawsze wokół dzieci Holis. Już po drugi raz tego dnia...

[center]Obrazek[/center]
Post napisany z TatTvamAsi

: 23 marca 2016, 18:14
autor: Sigil
[center]Calli, Pałac An'harata, 13 Pani Trzcin (Ilaxo), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]
Przez chwilę obserwował ruchy Xan-saah-mah, kołyszącej się w lekkim tańcu na środku Sali. Ta kobieta zdecydowanie miała w sobie węża. Pamiętał jej szczupłą postać, gdy tańczyła boso, przed posągiem Wielkiego Ka'a, głęboko w podziemiach Calli. Jej ciało okryte jedynie przeźroczystą tuniką i pasmami ofiarnego dymu... Wirujące w półmroku sanktuarium... Obraz ten sprawiał, że często nie poświęcał mszy tyle uwagi, ile powinien. Jednak za każdym razem patrząc na dziewczynę czuł dreszcz wspinający się po kręgosłupie. Czasami, gdy budził się, lub zasypiał myślał o wzorze delikatnych, granatowych łusek na jej plecach. Zastanawiała go ich faktura...

[center]Obrazek[/center]
Wiedział jednak również, że zapewne nigdy nie dane mu będzie zaspokoić swych pragnień związanych z uroczą artystką. Xan-saah-mah była znaną pieśniarką i tancerką, posiadającą własny dom z ogrodem i służącego... Do tego była dość istotą osobą wśród Wtajemniczonych, popularną i nie pozbawioną pewnego wpływu. Cieszyła się ponoć nawet przyjaźnią Arcykapłanki. On zaś był tylko złodziejem, trzymającym się na peryferiach wspólnoty. Z pewnością w jej świecie istnieli bardziej atrakcyjni adoratorzy... Mimo to, po raz kolejny złapał się na tym, że miast gasić głód, przygląda się jej siedząc bez ruchu za stołem.

Potrząsnął lekko głową i sięgnął po królewską figę, wielkości pięści. Ostrożnie rozkroił skórkę owocu pozłacanym nożem, ukazując wijące się wewnątrz, tłuste, lazurowe gąsienice yolquni. Uwielbiał gąsienice yolquni, choć zwykle nie było go stać za przysmak tego kalibru. Żarłoczne larwy pochłaniały słodycz delikatnej figi, przechodząc jej smakiem i aromatem. Pogłębiały ją zresztą, wzbogacając o kilka interesujących i unikalnych odcieni. Cała sztuka polegała na tym, by nie pozwolić im uciec z talerza...

Ujął wykałaczkę z kości ptaka muni i zręcznym ruchem przebił pierwszą z larw, unosząc ją do ust. Zmiażdżył ją w zębach i przez chwilę delektował się smakiem, podobnie, jak wcześniej tańcem i pieśnią Xan-saah-mah. Poczuł, jak Sophia poruszyła się niespokojnie spełzając z ramienia na nadgarstek i podał jej skrycie kolejną gąsienicę. Niewielki wąż nie pogardził wijącym się przysmakiem, który szybko zginął w jego szczękach.

- Nie widziałem cię tu wcześniej - odezwał się ktoś, najwyraźniej kierując swe słowa do złodzieja. - A pamiętam wszystkich, którzy bywają u drogocennego oroni... Zwę się Amareh Nehatu Seferu Ahem, poeta i pieśniarz. Z pewnością słyszałeś... A jak brzmi twe miano?

Ah-saa-brax podniósł głowę odrywając się od karmienia żararaki i spojrzał w ciemne oczy siedzącego po przeciwnej stronie mężczyzny. Był to AjArdczyk, o trefionej misternie brodzie, na której połyskiwał złotawy pył. Bystre oko złodzieja rozpoznało jednak tanią, miedzianą podróbkę, udającą jedynie szlachetny metal. Włosy mężczyzny ufryzowane były w taki sposób, by nadać głowie modny, wydłużony kształt. Siedział on nieco wyżej od Sa, co mogło tłumaczyć lekki wyraz pretensjonalnej wyższości na jego twarzy.

- Witajcie. Zwą mnie Stratis, syn Neoklisa - przedstawił się, skinąwszy lekko głową. - Bywałem tu na kilku mniejszych spotkaniach. Jednak pierwszy raz jestem na tak zacnej uczcie...

- Cóż, jeśli je ominąłem, widać musiały być istotnie niewielkie - Amareh wydął usta i sięgnął po kielich. - A cóż to za cudaczny instrument widzę przy tobie? Wygląda jak dwie połączone razem misy do wyrabiania ciasta! Czyżbyś zmajstrował go w kuchni?

Kilka osób przysłuchujących się ich rozmowie zaśmiało się cicho.

- To Din-Gu - wyjaśnił spokojnie Sa. - Pradawny instrument, wynaleziony przez przodków mego ludu. Żadko kto go używa po tej stronie gór.

- Rozumiem, że twoi przodkowie nudzili się przy gotowaniu... - rzucił AjArdczyk nie kryjąc złośliwości.

Ah-saa-brax uśmiechnął się lekko. Mógłbym rozbić nim twoją rozmiękła czaszkę - pomyślał leniwie. Ciekawe, jaki wtedy usłyszałbym dźwięk?

- Din-Gu - odezwał się ponownie. - Jest zbudowane z pięćdziesięciu warstw stali różnej twardości, które tworzą dwie pokrywy, łączone za pomocą miedzi, tak by mogły mogły wejść we właściwy rezonans. Z tego względu wykonanie jednego instrumentu trwa często wiele miesięcy i jest zajęciem, którym trudnią się jeno najsprawniejsi rzemieślnicy. Nie dziwię się wszakże, że jest on ci obcy, panie. Cenią go bowiem osoby wykształcone, biegłe w zagadnieniach estetyki i historii, które nie dworują sobie z tego, czego nie znają. A tak na marginesie... Czy bylibyście łaskawi powtórzyć mi swe miano? Jest ono dość długie i trudne do zapamiętania, gdy się je słyszy po raz pierwszy...

Tym razem śmiech osób słuchających ich rozmowy rozbrzmiał głośniej. Amareh zmrużył oczy i odstawił trzymany w dłoni kielich. Przez chwilę zbierał się na kąśliwą odpowiedź i już miał otworzyć usta, gdy do stołu powróciła Xan-saah-mah. Uwaga zebranych natychmiast przeniosła się ku tancerce, pozostawiając nieszczęsnego AjArdczyka z niezwerbalizowaną, ciętą ripostą w gardle...

: 23 marca 2016, 22:42
autor: Keth
[center]Pałac An'harata, 13 Pani Trzcin (Ilaxo)[/center]
Rozbiwszy skorupkę jaja alchemik zapatrzył się na tkwiącego w jej wnętrzu niewielkiego robaka, nie mającego już nigdy przeistoczyć się w ogromnego motyla. AjArdczyk nie przepadał za klasyczną kuchnią Lenja'kare, roiło się w niej bowiem od insektów budzących w cudzoziemcu głęboko zakorzenioną odrazę.

Jajo ghizzuaria zwróciło na siebie uwagę Khema przez wzgląd na oszałamiającą cenę specjału, praktycznie nieosiągalnego na zwykłym rynku. Rarytasy pokroju tych jaj zwykli jadać wyłącznie najbogatsi arystokraci Calli, lecz chociaż alchemik znał dobrze rynkową cenę larwy ghizzuaria, na widok wijącego się owada język stanął mu w ustach kołkiem.

- Witajcie. Zwą mnie Stratis, syn Neoklisa - jakiś siedzący w towarzystwie czarnoskórych gości mężczyzna przedstawił się uprzejmie pozostałym biesiadnikom - Bywałem tu na kilku mniejszych spotkaniach. Jednak pierwszy raz jestem na tak zacnej uczcie...

Alchemik zerknął z ukosa na człowieka rozmawiającego z Amarehem Nehatu Seferu Ahemem, nieznośnie pyszałkowatym pieśniarzem o kiepskim w opinii Khema talencie. Głos tamtego wydał się Mibampesowi dziwnie znajomy, lecz oblicze prezentującego swój instrument artysty było Khemowi zupełnie obce.
Coś mi się najpewniej przywidziało...

: 24 marca 2016, 11:52
autor: Mystic
[center]Calli, Wieczór - pałac oroni Ahtactla Mezcaill An'harata, 13 Pani Trzcin (Ilaxo), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]

Na dzisiejszą ucztę u wspaniałego oroni, MezXtli przykazał służbie przygotować swój najlepszy strój - zwiewne szaty z szlachetnego atłasu w delikatnym, szarobłękitnym kolorze. Dla kontrastu zostały przełamane fragmentami materiału w kolorze bladego fioletu. Zaproszenie na bankiet było dla młodzieńca nie lada zaszczytem, toteż chciał zaprezentować się na nim z jak najlepszej strony. Dla uzupełnienia stroju młody mag dobrał wisior z niezwykle czystego selenitu okutego srebrem, zaś za miedzianą obręcz zatkniętą na ramię wsunął pióro Quithila, samo w sobie przepiękne, a stanowiące jednocześnie zaproszenie na bankiet u Jaśniejącego. Całość prezentowała się gustownie i taktownie, acz bez zbędnego przepychu.

Lenja'kare opuścił swe domostwo i zwrócił swe kroki w kierunku pałacu Ahtactla Mezcaill An'harata. Przemierzawszy kolejne uliczki Calli, zewsząd dobiegała do niego muzyka, odgłosy świętowania czy rozmowy ludzi. Całe miasto huczało, tętniło życiem i radością przesycone stygnącym dopiero powietrzem dziennej spiekoty. W widmowych oczach maga jawiło się to jak kolorowy kalejdoskop, wypełniający niemal całą przestrzeń metropolii. Powietrze było wręcz gęste od energii, więc mag przeczuwał, że biesiady i zabawy będą trwały do białego rana. Słabiutki wietrzyk ze wschodu przyjemnie muskał twarz bohatera i delikatnie rozwiewając jego nienaganny strój.

Zatopiony w tyglu wrażeń i barw, młody mag dotarł do pałacu szlachcica. Droga nie zajęła mu długo, gdyż dzielnica Alinur położona była nieopodal szacownego przybytku. Przed wejściem, przedziwnym zrządzeniem losu, napotkał na Zyanya'ę. Swym tajemniczym i mrocznym ubiorem intrygowała wyobraźnię maga. Była jakże odmienna od rdzennych mieszkańców Calli, jak kontrastująca ze zgiełkiem miasta i wrzawą zabaw. Cisza i tajemnica biła z jej sylwetki i oblicza, jednocześnie urzekając swym pięknem.

- Witaj, pani - rzekł Mezxtli kłaniając się uprzejmie.

Oboje okazali swe zaproszenia pełniącym straż Tiba i udali się do pełnego przepychu pałacu oroni.

: 24 marca 2016, 16:59
autor: TatTvamAsi
[center]Calli, Wieczór - pałac oroni Ahtactla Mezcaill An'harata, 13 Pani Trzcin (Ilaxo), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]

Uczta trwała w rozmowach, dźwiękach trącanych strun cytr i winy, a przede wszystkim w bogactwie niespotykanych smaków oraz zapachów. Kolejne potrawy dochodziły wnoszone na srebrnych tacach przez służki przybrane w odsłaniające zgrabne nogi, złote tuniki przepasane szarfami gęsto przybranymi błękitnymi piórami. Goście zabawiani byli przez jedne z najurodziwszych tancerek jakie można było podziwiać na dworach szlachty Lenja'kare. Każdy ich ruch dźwięczał salwą małych dzwonków przypiętych do bransolet u kostek. Kobiety były piękne. Ich usta lśniły niczym nasączone świeżym miodem w blasku licznych, ciepłych świateł nadających pomieszczeniu złotego kolorytu. Z gracją lawirowały między stołami i podium, cały czas uginając swe kocie ciała w zmysłowym tańcu. Zabawiały nielicznych kawalerów z najwyższych kast, swoich czarem i elokwencją w rozmowie.

Jedna z nich przysiadła się do AjArdzkiego alchemika. Pochyliła się nad szerokim stołem sięgając po zdobny dzban zawierający aromatyczne, niemalże wrzące jeszcze kakao. Leniwym ruchem napełniła nim niewielką czarkę przedstawiającą scenę bitwy między wojskiem rywalizujących ze sobą miast - Calli oraz Sewr. Z delikatnym uśmiechem na pełnych ustach podała napój elegancko ubranemu kadi. Sięgnął po czarkę. Jego dłoń musnęła jedwabistą skórę tancerki, a miedziane bransoletki zadźwięczały. Pod wpływem rozgrzewającego ciało i pobudzającego zmysły trunku, dotyk kobiety zdawał się wyraźny jak rozgrzane promienie słońca na jednej z AjArdzkich pustyń. Skórę przebiegł dreszcz. Kobieta, zwiewna tancerka nie była tak urodziwa jak AjArdzkie damy, mimo to nie mógł oderwać od niej wzroku. Jej głęboko zielone oczy okolone czarnymi, długimi rzęsami zdawały się wciągać wewnątrz siebie całą jego uwagę. Wrażenie podsycał aromat olejku brzoskwiniowego pokrywającego ciemno miedzianą skórę niewiasty.

[center]***[/center]

Kielichy napełniały się wybornym winem z kwiatu lotosu błękitnego, a na tacach pojawiały się kolejne porcje orzecha intui, sprawiając, że część gości czuła się co raz swobodniej. Nie na tyle jednak, aby uchybić godności uczcie zorganizowanej przez patrona wielu twórców - artystów, rzemieślników, alchemików - oroni Ahtactl Maxcaill An'harata. Postawny szlachcic prowadził ożywioną dysputę z jednym z nielicznych obecnych magów. W pewnej chwili dał znać gestem. Wszyscy ucichli, a kobiety przystanęły zaprzestając swych uwodzicielskich pląsów. Gdy w komnacie nie słychać było nawet szmeru bransoletek, czy najlżejszego dźwięku stołowej zastawy, szlachcic przemówił:

- Przygotujcie się teraz, bowiem czeka was prawdziwa uczta zmysłów. - tymi słowy, skinieniem głowy odesłał służącego do przylegającego do komnaty korytarza. Wszyscy zebrani czekali w niecierpliwości, co też mogą za raz zobaczyć. Nagle wszystkie światła oświetlające dotychczas pomieszczenie, zgasły. Goście oniemieli z zachwytu, gdyż ich oczom ukazał się niezwykły widok. Szklany dach pomieszczenia można bowiem było ujrzeć miliardy gwiazd rozsianych po głębokim granacie nocnego nieba. Komnatę natomiast zalał fluorescencyjny, zimny blask. Wiele z przyniesionych potraw - drobnych owoców, jagód, karmelizowanych, jadalnych pnączy Quatt, zaczęło emanować przedziwnym blaskiem. Najmniejsze nawet, soczyste jagody Shviw gorały błękitną poświatą. Komnatę rozświetlało też światło wzbijające się z ozdobnych roślin, oplatających swymi pędami ściany pięknego wnętrza. Wtedy, gdy oddech każdego zatrzymał się na chwilę, zadźwięczały delikatne nuty fletni...

[center]
***[/center]

Zza szklanych płytek składających się na dach przestronnego pomieszczenia, zaczęło się dobywać szarawe światło zbliżającego się świtu. Gdy uczta miała się już ku końcowi, a wielu z obecnych albo wcześniej opuściła zdobną salę, albo rozmawiała głosami zdradzającymi stan wyraźnego rozweselenia powodowanym działaniem mocnego kakao, dostojny oroni zwrócił się do gości tymi słowy:

- Dziękuję wszystkim za przybycie na tą ucztę mającą jak najlepiej uświetnić narodziny dziedzica. Oby wzrastał w mądrości, a czas jego rządów był rozkwitem dla całego Calli. Niech Holis ma go w swej opiece. Pragnę, abyście zapamiętali tą noc i wszystkie jej rozkosze jako łaskę Aru Ari, tego który jest synem Holis. Słońcem, które zstąpiło na ziemię, aby prowadzić swój ukochany lud ku wzrośnięciu w chwale. Nastaje jednak nowy dzień, pragnę więc was wszystkich pożegnać. Udajcie się do swoich domów, niech następne dni będą dla was owocne.

Szlachcice i ich dostojne małżonki, zamożni kupcy i wiele innych zaproszonych osób zaczęło powoli opuszczać komnatę. Słudzy uwijali się pod naporem obowiązków. Jedni odprowadzali możnych aż do samych bram rezydencji, inni zaczynali zabierać ze stołu świecące już pustką wazy, półmiski i platery. Ongiś opływający przepychem stół zdobiły nieliczne szczątki obranego z mięsa ptaka aat'luu, pojedyncze owoce, o których zacne, łaknące delikatesów podniebienia szlachciców raczyły zapomnieć, oraz wszechobecna barwna gama śladów po rozlanym lotosowym winie, kakao i kawie. Wtedy to oroni zwrócił się do swojego brata:

- Za raz będzie można pomówić o tym, czemu poprosiłem ciebie o pomoc. Udamy się do moich prywatnych komnat.
Po tych słowach przyzwał jednego ze służących i wydał mu krótkie polecenie.

- Prosiłem również inne osoby, aby stawiły się tej nocy w sprawach, które są powiązane z tym, do czego przyda się twoja pomoc. Służba przyprowadzi je do moich kwater. A teraz chodź ze mną, nie ma sensu tutaj tracić czasu.

Ahtactl pożegnał swoją małżonkę i udał się do wschodniego wyjścia z Sali, prowadzącego na przestronną, rozświetloną galerię.

[center]***[/center]

Wśród śmiechów, przedniej zabawy i smaku zacnych potraw można było stracić rozeznanie. Wielu już zaczęło tracić kontrolę prawiąc co raz swobodniejsze żarty i podszczypując soczyste ciała tancerek. On jednak nie po to tu przyszedł. Jedzenie owszem, było wyborne. Zapamiętywał smak i zapach potraw, których prawdopodobnie nigdy więcej nie będzie miał szansy skosztować. Pamiętał jednak o swym celu, zadaniu, które postawił przed nim patron. Wypite wino lekko tylko buzowało we krwi nie mącąc wzroku ni umysłu. Biesiada zaczynała dobiegać końca, oczekiwał więc lada chwili do rozmowy z oroni An'haratem. Szlachcic dał zaproszonym wyraźnie do zrozumienia, że winni skierować się do swych domów. Odszedł, a w raz z nim jakiś postawnej postury młodzieniec, przybrany w lśniącą zbroję dobitnie świadczącą o jego funkcji jako jednego z Synów Słońca. Ah-saa-brax powoli zaczynał się niepokoić. Nikt nie dał mu wcześniej znać kiedy się stawić przed obliczem szlachcica, a teraz, gdy komnata zaczynała być co raz bardziej wyludniona, obawiał się, że czegoś nie dopatrzył. Zasady etykiety były mu jednak znane i wiedział, że chodzenie samemu po rezydencji dostojnika byłoby głupstwem. Po chwili jednak pojawił się przy nim młody służący. An'harat jednak nie zapomniał o całej sprawie. Niebawem artysta i złodziej na zlecenie, kroczył długim korytarzem do umieszczonych w głębi domu komnat patrona.

[center]***[/center]

Ku rozpaczy AjArdzkiego alchemika wystawna biesiada dobiegła końca, a służba zaczęła wynosić wszelaką zastawę, łącznie z jego własnym talerzem, na którym jeszcze czerwieniał soczysty pączek vitqul, przytykany srebrnymi gałązkami onu-inth, z nadzianymi na ich końcach żółtymi oczami samahulla. Jego pracodawca sam już opuścił jadalnię. Pozostała przy nim jedynie Ratni, bo tak było na imię tej powabnej tancerce o pełnych biodrach i rozkosznie zarumienionych policzkach. Przybył po niego jeden ze służących z poleceniem stawienia się przed oroni. Alchemik z trudem, kolosalnym wręcz wysiłkiem uwolnił się od ciepła objęć kobiety. Ku jego zdumieniu ten, który wcześniej przedstawił się jako Stratis również prowadzony był w kierunku siedziby jego patrona.

[center]***[/center]

Zyana z niecierpliwością oczekiwała końca pełnego wszelakich nadmiernych świateł, barw i zapachów widowiska. Z trudem przychodziło jej się przyzwyczaić do hałaśliwej atmosfery otaczającej większość Lenja'kare, a w szczególności krzykliwych kupców i szlachciców, których maniery były co prawda godne naśladowania, jednakże cały ten zbytek jakim się otaczali, zdawał się być całkowicie zbędny, tylko przysłaniając to, co liczyło się naprawdę. W oczach Bogini bowiem każdy, nawet władca, był nagi - taki jaki się urodził i taki, jakim się stanie po swej śmierci. Nie chcąc tracić czasu na roztrząsaniu niedogodności związanych z wizytą w tak pełnym przepychu miejscu, zaczęła rozmawiać z siedzącym w pobliżu MezXtli. Widoczne po nim, wcześniejsze oznaki zmęczenia zaczęły wyraźnie mijać pod wpływem dźwięków różnorodnych instrumentów. Nadchodziła szarówka. Kobieta miała więc nadzieję, że niebawem będzie mogła porozmawiać z oroni na osobności. Długo wyczekiwany moment końca uczty na szczęście nadszedł, a szlachcic An'harat opuścił komnatę. Nie musieli dłużej czekać, ani ona, ani ludzki mag, aż podszedł do nich sługa i zgodnie z rozkazem dostojnika, poprowadził ich w głąb pałacu.

[center]***[/center]

[center]Obrazek[/center]

Prowadzeni byli przez szereg rozświetlonych korytarzy i otwartych na wewnętrzny dziedziniec galerii. Prowadzeni byli, bo po chwili każdy zdał sobie sprawę, że nie tylko on sam został wezwany do prywatnych komnat pana domu. Każde z nich wprowadzone zostało przed oblicze szlachcica, czekającego w komnacie. Po prawej stronie, trochę poniżej siedzącego na podwyższeniu dostojnika, zasiadał dość podobny do niego, acz wyraźnie młodszy mężczyzna w zbroi i ornamentach Synów Słońca. Strażnicy zasłonili ciężkie, tkane złotą nicią kotary, pozostawiając hierodulę służącą Czarnej Matce, jednego z Alinur, AjArdzkiego alchemika oraz muzyka znanego jako Stratis, w okrągłym pomieszczeniu rozświetlonym teraz przez pomarańczowawy blask wschodzącego słońca. Siedzący pod okazałym baldachimem szlachcic przemówił do swych gości tymi słowy:

- Witajcie w moich komnatach. Nim przejdę do rozjaśnienia wam celu spotkania, proszę abyście się przedstawili.
Jesteście przed Jaśniejącym - doradcą samego władcy Calli, odpowiednie przedstawienie swej osoby jest wiec tu niesłychanie istotne - ma wpływ na status, to jak odbierać będzie postać nie tylko szlachcic, ale również inni szacowni obywatele. Przedstawić się należy imieniem własnym i swymi przydomkami, imieniem matki/lub ojca (zależnie od kultury, z której ktoś się wywodzi), oraz miastem, z którego się pochodzi. Można też nadmienić tytuł szlachecki, jeśli ktoś posiada. Tutaj link do strony odnoszącej się do Przedstawiania się w świecie DrecarE: https://docs.google.com/viewerng/viewer ... .pdf&hl=en

: 24 marca 2016, 20:56
autor: Keth
[center]Pałac An'harata, 13 Pani Trzcin (Ilaxo)[/center]
AjArdczyk ukłonił się przed obliczem gospodarza na sposób swego ludu, następnie powtórzył ów wyraz szacunku na modłę rodowitych mieszkańców Calli. Zabieg ten, być może konfundujący dla czarnoskórych ziomków Khema z wybrzeża, miał w zamierzeniu podkreślić cudzoziemskie korzenie alchemika, ale i oddać hołd szlachetnie urodzonemu Lenja'kare.

- Jaśniejący, ukochany synu Holis, jestem kadi Khem Lateef Mibampes z Calli, syn Amedei Rere Uahbra - przedstawił się pełnym szacunku tonem - Do dzisiejszego wieczoru pewien byłem, że biegle władam twą piękną mową, panie, teraz jednak odkryłem, że nie znam słów dość wyrafinowanych, by oddać nimi niebywały zaszczyt, jaki mi uczyniłeś swym zaproszeniem.

Stojąc z lekko pochyloną głową, alchemik wpatrywał się w wyrazie szacunku w okolice kolan królewskiego doradcy, czekając cierpliwie na jego odpowiedź i przyzwolenie zarazem, by unieść wzrok ku obliczu Jaśniejącego.
Mam nadzieję, że nie popełniłem żadnej gafy...

: 25 marca 2016, 18:36
autor: Mystic
[center]Calli, Wieczór - pałac oroni Ahtactla Mezcaill An'harata, 13 Pani Trzcin (Ilaxo), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]

Droga przez pełen przepychu i bogactwa pałac wywarła pewne wrażenie na młodym magu. Nie tak często przecież bywał gościem w tak wykwintnych miejscach. Wystrój prywatnej komnaty oroni urzekł go swoją formą i sposobem dekoracji co przypieczętowało tylko uprzednio nabyte wrażenie. Nie tak długo jednak dane mu było delektować się estetyką pomieszczenia i grą światła wschodzącego słońca na tkanych ornamentach, gdyż stanowczymi słowami przemówił do nich szlachcic:

- Witajcie w moich komnatach. Nim przejdę do rozjaśnienia wam celu spotkania, proszę abyście się przedstawili.

Jako pierwszy głos zabrał alchemik przedstawiając się jako Khem Lateef Mibampes z Calli. Zdziwiło to młodego maga, bo jego wygląd wskazywał na ajardzkie pochodzenie z miast wybrzeża. Myśli te nie zagościły jednak długo w jego głowie, gdyż był następny w kolejności:

- Bądźże pozdrowiony o czcigodny oroni Ahtactl Maxcaill An'haracie! Jam jest Mezxtli, syn Tlanextli. Pochodzę stąd, z naszego wspaniałego Calli rządzonego przez umiłowanego nam Aru Ari - rzekł MezXtli kłaniając się nisko - niech Holis rozświetla jego ścieżki.

- Stokrotnie dziękuję za zaproszenie na tą przewspaniałą ucztę, na której wspólnie mogliśmy świętować narodziny potomka władcy. Być gościem w twoim domu jest dla mnie wielkim zaszczytem i doceniam to w pełni, wiedz też, że jestem pod wrażeniem bogactwa i przepychu, który tu widzę - kontynuował młodzieniec trzymając głowę pochyloną - co mógłbym zrobić dla ciebie Panie?
Niestety, nie udało mi się znaleźć pasującego do mojej postaci zdjęcia. Czekam na powrót Sigila, bo obiecał mi pomóc w tej kwestii.

: 25 marca 2016, 20:32
autor: Zin-Carla
[center]Pałac An'harata, 13 Pani Trzcin (Ilaxo)[/center]

Zyanya podeszła bliżej siedzącego szlachcica, ukłoniła się i odsłoniła kaptur, by nie zasłaniać twarzy przed oroni. Mogło by to bowiem zostać odebrane jako brak szacunku. Czarne zwoje włosów wysypały się spod kaptura ukazując zebranym piękną lecz złowrogą twarz. Duże, czerwone, lekko skośne oczy tliły się mistycznym ogniem i czerwienią krwi. Pomiędzy kształtnymi, karminowymi ustami wystawały blade kły, znacząc swój kształt na dolnej wardze. Również dłonie, które wysunęły się spod szerokich rękawów szaty miały przerażająco drapieżny kształt. Obydwie uzbrojone były kościstymi, dość długimi szponami, które wyrastały bezpośrednio z kości śródręcza. Nie trzeba było zbyt długo dywagować by wiedzieć, że stanowiły one niezwykle groźną broń. Był to mrożący krew w żyłach widok, dla tych, którzy nigdy lub z rzadka widywali tą nie tak liczną już, a pradawną i pierwszą rasę Lenji. Dialektyka piękna i śmiertelnego niebezpieczeństwa.

Poświęciła ból jej ciała w imię Czarnej Matki. Światło w komnacie bowiem drażniło wciąż jej oczy, sprawiając wrażenie jakby ktoś wbijał w nie miliony rozżarzonych igieł. Winne temu było wschodzące słońce, które po woli zacząło drażnić jej bladą jak mąka tapioki skórę. Byle tylko jak najszybciej wrócić do świątyni - myślała przeczuwając nadchodząca mękę dnia. - Za nim ten przeklęty żar z nieba znowu spłynie na ulice miasta.

- O szlachetny Panie tego domu, jaśniejący w chwale Holis - Odezwała się aksamitnym i szlachetnym głosem. Słychać w nim było melancholijną nutę jej pradawnej krwi, przeplecionej miękką ciemnością ramion Czarnej Matki. - Jam jest Zyanya, córka Wielkiej Bogini Mądrości Toarais i jej uniżona służebnica. Jestem tu z woli Arcykapłani Axcan Amnantl. Niech błogosławieństwo mądrości naszej Bogini nigdy cię nie opuszcza, o słońca klejnocie bez skazy! A wrota do jej Świątyni Trzech Tysięcy Filarów zawsze stoją dla Ciebie otworem. - Ważyła każde słowo, by nie obdarować Tariss, patronki jej rasy atrybutami, o których ludzkie dzieci Lenji nie miały pojęcia. Nie chciała też wdawać się w teologiczne dysputy z oroni lub jakimkolwiek Lenja'kare. Ukryta wiedza powinna zostać taką w oczach tych, którzy nie byli gotowi jej poznać.

Skłoniła się ponownie z szacunkiem i zrobiła krok w tył robiąc miejsce następnym, sama chroniąc twarz i dłonie na powrót w ciemności swego kaptura i rękawów. Starała się przy tym stanąć do słońca plecami i do rzucającego cień filaru, wciąż przygotowana na eksplozję bólu, która miała nastać, gdy ognista kula wychyli się w pełni zza linii widnokręgu.

[center]Obrazek[/center]
Jeżeli wasze postacie widzą kogoś z Pradawnej rasy Ixari po raz pierwszy możecie mieć ciężko. Można więc dodać coś ekstra do postów jak wasze postacie reagują na widok Zyanyi, gdy ta opuściła kaptur i odsłoniła dłonie po raz pierwszy w waszej obecności.

: 26 marca 2016, 15:24
autor: Keth
Pałac An'harata, 13 Pani Trzcin (Ilaxo)[center][/center]
Khem Lateef Mibampes uważał się za człowieka wykształconego i obytego ze światem, ale i tak nie zdołał zwalczyć wrażenia pełzających po kręgosłupie ciarek, kiedy kobieca postać odsłoniła swe oblicze i dłonie. Córka Starszej Rasy, Ixari we własnej osobie. Alchemik wiedział, że przedstawiciele tego okrytego niesławą gatunku mieszkali w Calli, czasami nawet miał sposobność spotkać ich na ulicy, ale pokolenia uprzedzeń i przesądów nie pozwalały AjArdczykowi na zawiązanie z tymi istotami bliższej znajomości. Pewna cząstka podświadomości Khema wciąż przypominała mu, że istoty zaopatrzone w kły i szpony zostały stworzone przez bogów w jakimś określonym celu - i podkreślała też fakt, że cel ten najpewniej wcale nie współgrał z planami bogów względem rozumnych istot nie posiadających kłów i szponów.

I pospólstwo i ludzie wykształceni twierdzili zgodnie, że Ixari karmiły się krwią, że z upodobaniem preferowały tę wytaczaną z ludzkich żył i że pożywiając się nie zawsze pytały o zgodę ofiar. Khem nigdy nie miał okazji stać się obiektem zakusów Ixari, za co na widok kobiety natychmiast zmówił w myślach dziękczynną modlitwę do Mnumbi.

Świadomy bliskiej obecności Ixari, pozostał w miejscu zatrzymany wyłącznie świadomością tego, że cofnięcie się na widok Starszej najpewniej okryłoby go śmiesznością, a już na pewno wzbudziłoby politowanie gospodarza.
Jeśli mamy się zaprzyjaźnić, Ixari musi wpierw obciąć paznokcie!

: 26 marca 2016, 18:51
autor: Sigil
[center]Calli, Pałac An'harata, 13 Pani Trzcin (Ilaxo), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]
Fakt, że AjArdzki alchemik, którego poznał dziś rano, także został poprowadzony w kierunku komnat oroni, wzbudził w złodzieju pewien niepokój. Wrażenie to tylko pogłębiło się, gdy po wejściu do kolejnej komnaty ujrzał, prócz An'harata, jakiegoś Syna Słońca i maga z kasty Alinur. Jak dotąd szlachcic zawsze rozmawiał z nim w cztery oczy lub przesyłał mu polecenia przez jednego z służących. Sa przełknął nerwowo ślinę, czując, że zaschło mu w ustach. Cokolwiek było przyczyną tej zmiany nie wróżyło mu dobrze. Obrzucił salę szybkim spojrzeniem szukając możliwych dróg ewakuacji. Dwa wysokie, witrażowe okna... Drugie piętro, poniżej taras i kilka drzewek laurowych... Cóż, lepsze to, niż nic. Choć musiał przyznać, że widoki na przyszłość nie są zbyt obiecujące...

Zaraz po wejściu do komnaty, w której siedział oroni, padł na twarz przed szlachcicem, tak jak nakazywała etykieta. Pozostał w tej pozycji i podniósł się dopiero wtedy, gdy wyżej urodzeni wygłosili swoje kwestie. Mógł zrozumieć obecność pozostałych, jednak co robiła tu ta pogańska kurtyzana? Nie przypominał sobie, by kiedykolwiek miał jakieś zatargi z którąś ze świątyń fałszywych bóstw. Lub z Ixari... Chyba, że o tym nie wiedział. W końcu w tym fachu zdarzały się tego rodzaju sytuacje...

Zastanawiało go tylko, po co ta cała komedia z przedstawianiem się, skoro wszystko było właściwie jasne? Mimo to, wolał grać swoją rolę do końca. Wpatrując się w buty An'harata obliczał w myślach ile zajmie mu dostanie się do okna...

- O Jaśniejący Promieniu Cnoty, jam jest Stratis, syn Neoklisa z Egiry, leżącej daleko, na wybrzeżu Morza Snów - odezwał się, pilnując by jego głos brzmiał klarownie i nie zdradzał emocji, które przyczaiły się wewnątrz. - Muzyk, którego talent i zdolności należą do ciebie, panie. I który poczytuje sobie za najwyższy zaszczyt, tą łaskę, jaką zechciałeś go obdarzyć, przyjmując w swym sławetnym domu.
Używam Aktorstwa by zamaskować swoje emocje, a także Empatii by odgadnąć powody dla których są tutaj pozostali i to, jaki mają do mnie stosunek.
Na wszelki wypadek zmieniam też lekko dykcję z uwagi na obecność Khema - nie na tyle, by rzuciło się to w oczy oroni, oczywiście.
Generalnie Ah-sa-brax uważa, że całe to małe zebranie jest po to, by spotkało go coś nieciekawego. Jest więc na razie w stanie: "walczyć czy uciekać?" Z wyraźną przeciwwagą ku: "uciekać!" Przy pierwszym objawie zagrożenia pewnie wyskoczy przez okno.
Stara si ę wszakże nie okazywać specjalnie emocji, grając w zaproponowaną grę.

: 28 marca 2016, 14:01
autor: TatTvamAsi
[center]Calli, Wieczór - pałac oroni Ahtactla Mezcaill An'harata, 13 Pani Trzcin (Ilaxo), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]
Wysłuchawszy słów przybyłych oroni ozwał się władczym głosem:

- Witam was wszystkich. Za nim przejdziemy do omówienia celu tego spotkania, wysłuchajmy tego, czego się dowiedział Stratis. Zaprezentuj nam uzyskane informacje, oraz to, po co zostałeś wysłany.
Spoiler!
Nie zauważasz niczego szczególnego w zachowaniu obecnych. Niektórych Twoja obecność trochę zaskoczyła, inni są do niej nastawieni neutralnie. Na pewno nikt nie przejawia względem Ciebie wrogości.

: 28 marca 2016, 15:00
autor: Sigil
[center]Calli, Pałac An'harata, 14 Pani Trzcin (Xa'xaru), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]
Słuchając słów An'harata złodziej nerwowo oblizał wargi.

- Panie - odezwał się, nie wstając. - boleję nad tym, lecz nie jestem w stanie przekazać ci przedmiotu, po który mnie wysłałeś. Ktoś bowiem uprzedził mnie i odnalazł go przede mną. Nie wiem, jaką dokładnie drogą dostał się do podziemi, jednak nie był zbyt biegły w mym fachu. Nie na tyle by potrafił rozbroić magiczne zabezpieczenia, strzegące artefaktu. Użył jednak pewnych powszechnie znanych sposobów, które pozwalają na ich rozładowanie. Niewiele wiem o tej osobie, lub osobach... Dowiedziałem się jednak, że muszą być tutaj obcy. Znam wygląd pewnego człowieka zamieszanego w sprawę. To Lenja'kare. Dba o to, by zacierać za sobą ślady, ale jeśli dasz mi jeszcze trochę czasu znajdę go. Ja mam znajomości w tym mieście, on z tego co wiem, nie ma zbyt wielu... A jego aparycja rzuca się w oczy.

Przerwał i umilkł, czekając na decyzję oroni. Jakby nie było sytuacja wreszcie doszła do finału. I teraz, kiedy już przekazał najgorszą wiadomość, czuł nawet pewną ulgę, jakby zrzucił z pleców wór pełen kamieni. Reszta była już tylko kwestią nastroju szlachcica, lub po prostu szczęścia... W najgorszym zaś razie refleksu i szczęścia... Klęcząc, obserwował postacie pozostałych, odbite w lśniących krzywiznach zdobiącego salę obsydianu. Ich zachowanie jednak uspokajało nieco... Tyle istotnych osób, zebranych w jednym miejscu pozwalało mu wnioskować, że sprawa musi być poważna. Miał więc nadzieję, że zajmą się nią po swojemu, pozwalając mu wrócić do przerwanego śledztwa.

: 28 marca 2016, 15:23
autor: Keth
[center]Pałac An'harata, 13 Pani Trzcin (Ilaxo)[/center]
Obserwując z ukosa ogromnie go niepokojącą Zyanyę, alchemik starał się jednocześnie dzielić swą uwagę pomiędzy szacownego gospodarza oraz pozostałych zaproszonych na tajemnicze spotkanie gości. Rzutki na co dzień umysł Khema usilnie starał się rozwikłać zagadkę tak niezwykłego doboru towarzystwa.

Świątynna służebnica, muzyk i alchemik. Młody Syn Słońca wydawał się nie pasować do reszty gości przez wzgląd na swój status społeczny i profesję, na dodatek zaś Khem mógłby przysiąc, że łączyły go z gospodarzem zbliżone rysy twarzy, co mogło świadczyć o pewnym stopniu pokrewieństwa.

W pierwszej chwili AjArdczyk uznał, że królewski doradca podjął zamiar wykształcenia swego krewniaka w dziedzinach dalekich od żołnierskiego rzemiosła: w arkanach cielesnego obcowania, w sztuce muzycznej oraz w naukach alchemicznych - tak przynajmniej pozwalał domniemywać dobór pozostałych gości.

Lecz zdumiewające słowa Stratisa natychmiast obaliły pierwszą koncepcję Khema, wprawiając alchemika w ogromne skonfundowanie. Poszukiwany przedmiot, magiczne zabezpieczenia. Mibampes poczuł leciutki dreszcz ekscytacji, przemieszany ze sporą dawką zrozumiałego zalęknienia.
Spotkanie robi się interesujące...