PBF - Aquilońskie Pogranicze
Daffyd rozejrzał się. Panujący spokój był wręcz nadnaturalny. Zmrok zbliżał się szybko i Bossończyk zastanawiał się, czy wchodzenie prawie o zmroku do wioski t dobry pomysł, czy też lepiej poczekać do rana. Z drugiej strony kolejny nocleg na pustkowiu mu się nie uśmiechał. Odwrócił się do odzyskującego zmysły Hrotha.
- Ty najlepiej znasz Wasze zwyczaje. Możemy wejść do wioski, czy lepiej odczekać do rana? Nie wiem czemu Ty tu zdążasz, ale ja idę tropem człowieka odpowiedzialnego za śmierć mojej rodziny; jeżeli zobaczy Ciebie, nic nie będzie podejrzewał; jeżeli zobaczy mnie, nie będzie miał złudzeń w jakim celu trafiłem na Północ...
- Ty najlepiej znasz Wasze zwyczaje. Możemy wejść do wioski, czy lepiej odczekać do rana? Nie wiem czemu Ty tu zdążasz, ale ja idę tropem człowieka odpowiedzialnego za śmierć mojej rodziny; jeżeli zobaczy Ciebie, nic nie będzie podejrzewał; jeżeli zobaczy mnie, nie będzie miał złudzeń w jakim celu trafiłem na Północ...
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
[center]Przemyślenia Daffyda...[/center]
Daffyd, gdyby był u siebie z dużą ostrożnością podchodziłby po zmroku do osady, nawet rodzinnej. Jego pobratymcy byli czujni, częste najazdy Piktów, czasami zaś i innych rabusiów nauczyły jego lud czujności. Po zmroku najpierw strzelali potem pytali kto idzie.
Ta wioska była dziwna, z tego co widział Bossończyk, nie miała nawet palisady. To rzadkość wśród osad Północy. Rajdy na ziemie sąsiadów to ulubiona rozrywka jarlów, i różnych pomniejszych wodzów pragnących zdobyć sławę w boju i bogactwo kosztem innych. Na ziemię Vanirów napadali także Cymeryjczycy, Aesirowie i Piktowie, czasami zaś nawet łowcy niewolników z innych ziem i ludów.
Coś musiało być powodem beztroski mieszkańców zaniedbujących budowę umocnień, co to było Pogranicznik miał się dopiero dowiedzieć. Jego nowo poznany towarzysz był nader milczący. Daffyd cieszył się z trofeum jakie zdobył, białych niedźwiedzi w jego stronach nie było. Posiadanie naszyjnika z kłów i pazurów tego białego ludojada przysporzy mu z pewnością sławy i znaczenia wśród swoich. Bo wkrótce tam wróci, po tym jak dokona zemsty.
Daffyd, gdyby był u siebie z dużą ostrożnością podchodziłby po zmroku do osady, nawet rodzinnej. Jego pobratymcy byli czujni, częste najazdy Piktów, czasami zaś i innych rabusiów nauczyły jego lud czujności. Po zmroku najpierw strzelali potem pytali kto idzie.
Ta wioska była dziwna, z tego co widział Bossończyk, nie miała nawet palisady. To rzadkość wśród osad Północy. Rajdy na ziemie sąsiadów to ulubiona rozrywka jarlów, i różnych pomniejszych wodzów pragnących zdobyć sławę w boju i bogactwo kosztem innych. Na ziemię Vanirów napadali także Cymeryjczycy, Aesirowie i Piktowie, czasami zaś nawet łowcy niewolników z innych ziem i ludów.
Coś musiało być powodem beztroski mieszkańców zaniedbujących budowę umocnień, co to było Pogranicznik miał się dopiero dowiedzieć. Jego nowo poznany towarzysz był nader milczący. Daffyd cieszył się z trofeum jakie zdobył, białych niedźwiedzi w jego stronach nie było. Posiadanie naszyjnika z kłów i pazurów tego białego ludojada przysporzy mu z pewnością sławy i znaczenia wśród swoich. Bo wkrótce tam wróci, po tym jak dokona zemsty.
Garść przemyśleń Daffyda okiem MG, w celu ukazania mojego spojrzenia na Hyborię.
Ostatnio zmieniony 25 listopada 2018, 11:56 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]Okolice osady Byrth nad Jeziorem Wdowich Łez[/center]
Nenaher brnął przez śnieg, w zapadającym zmroku, mamrocząc pod nosem kolejne przekleństwa. Musiał przyznać, że ostatnio znacznie rozwinął ich zakres, tworząc nawet kilka ciekawych neologizmów. Pieruński śnieg! Białe ohydztwo zatracone! Owszem, w czasie studiów w Luksorze wyczytał, iż w barbarzyńskich krainach pada czasami toto z nieba, lecz nigdy by nie przypuszczał, że jest tego tyle! I po cóż, na litość Seta? Nie czyniło to przecie życia lżejszym. Do tego było dosłownie wszędzie. I było zimne. To był zdecydowanie główny problem. Beznadziejnie zimne. Nawet okutany w skóry, czuł wyraźnie chłód przenikający przez grube buty i nogawice spodni.
Idąc, wspierał się na kosturze wykonanym z kawałka dziwnie powykręcanego drzewa, jaki przypadkiem znalazł jakiś czas temu. Nie miał on bynajmniej żadnych szczególnych mocy, ale po wydrapaniu na nim kozikiem kilku run, zaczął wyglądać całkiem przekonywająco. Kilka dni temu Nehaher dowiązał do niego także wyschnięte truchło nietoperza, co zdecydowanie dodało jego "szamańskiej" lasce powagi i autentyzmu. W świecie, w którym ludzie najpierw łapali za żelastwo, a dopiero później zadawali pytania, wolał, by już z daleka można było odgadnąć, jakim zawodem się para. Na szczęście bowiem szamani, jako nieliczni uzdrowiciele i skarbnice tradycji rodowej, cieszyli się na Północy względnym szacunkiem.
[center]
[/center]
Teraz także miał nadzieję, iż ta okoliczność dopomoże mu w rozmowie z obcymi. Widział ich zresztą doskonale, mimo gęstniejącego szybko mroku: dwie ciemne sylwetki, przedzierające się przez zaspy w stronę wsi. Wyższy z mężczyzn wspierał się ciężko na ramieniu drugiego. Czyżby był ranny? Czarownik poczuł ukłucie niepokoju. Ranny berserker zwiastował jedynie kłopoty... Ruszył szybciej, przebijając się przez zwały przeklętego, białego draństwa... Na jego widok obaj wędrowcy zatrzymali się nagle. Dłoń szczuplejszego uniosła się w kierunku łuku. Poza tym jednak żaden z nich nie wykonał żadnego wrogiego gestu.
- Witaj Hrocie Skrwawiony! - odezwał się czarnoksiężnik, uśmiechając się szeroko, mimo, iż żaden z przybyłych nie mógł widzieć jego twarzy, okolonej głębokim kapturem podbitym futrem. - Oby twój miecz nieustannie karmił się posoką wrogów!
Zatrzymał się kilkanaście kroków dalej, wspierając ciężko na kosturze. Nie miał bowiem zamiaru ryzykować utraty głowy. Prawą rękę wzniósł jednakże w geście pokojowego pozdrowienia, rozumianego jednako przez wszystkie ludy.
- Jestem Morethil, przyjaciel Grimnira - odezwał się znów. Mówił powoli i wyraźnie, tak, jak zwracałby się w Stygii do dziecka, starając się, by wielki barbarzyńca zrozumiał każde słowo. - I z radością powitam cię, w mej skromnej chacie - Czy to nie było zbyt wiele słów jak na tych vanirskich dzikusów? Miał nadzieję, że nie...
- Starszy Wsi zaniemógł zresztą srodze. A inni jak widać nie kwapią się, by was powitać. Chodźcie przeto za mną, pewnikiem bowiem strudzeniście okrutnie...
[center]
[/center]
Nenaher brnął przez śnieg, w zapadającym zmroku, mamrocząc pod nosem kolejne przekleństwa. Musiał przyznać, że ostatnio znacznie rozwinął ich zakres, tworząc nawet kilka ciekawych neologizmów. Pieruński śnieg! Białe ohydztwo zatracone! Owszem, w czasie studiów w Luksorze wyczytał, iż w barbarzyńskich krainach pada czasami toto z nieba, lecz nigdy by nie przypuszczał, że jest tego tyle! I po cóż, na litość Seta? Nie czyniło to przecie życia lżejszym. Do tego było dosłownie wszędzie. I było zimne. To był zdecydowanie główny problem. Beznadziejnie zimne. Nawet okutany w skóry, czuł wyraźnie chłód przenikający przez grube buty i nogawice spodni.
Idąc, wspierał się na kosturze wykonanym z kawałka dziwnie powykręcanego drzewa, jaki przypadkiem znalazł jakiś czas temu. Nie miał on bynajmniej żadnych szczególnych mocy, ale po wydrapaniu na nim kozikiem kilku run, zaczął wyglądać całkiem przekonywająco. Kilka dni temu Nehaher dowiązał do niego także wyschnięte truchło nietoperza, co zdecydowanie dodało jego "szamańskiej" lasce powagi i autentyzmu. W świecie, w którym ludzie najpierw łapali za żelastwo, a dopiero później zadawali pytania, wolał, by już z daleka można było odgadnąć, jakim zawodem się para. Na szczęście bowiem szamani, jako nieliczni uzdrowiciele i skarbnice tradycji rodowej, cieszyli się na Północy względnym szacunkiem.
[center]
[/center]Teraz także miał nadzieję, iż ta okoliczność dopomoże mu w rozmowie z obcymi. Widział ich zresztą doskonale, mimo gęstniejącego szybko mroku: dwie ciemne sylwetki, przedzierające się przez zaspy w stronę wsi. Wyższy z mężczyzn wspierał się ciężko na ramieniu drugiego. Czyżby był ranny? Czarownik poczuł ukłucie niepokoju. Ranny berserker zwiastował jedynie kłopoty... Ruszył szybciej, przebijając się przez zwały przeklętego, białego draństwa... Na jego widok obaj wędrowcy zatrzymali się nagle. Dłoń szczuplejszego uniosła się w kierunku łuku. Poza tym jednak żaden z nich nie wykonał żadnego wrogiego gestu.
- Witaj Hrocie Skrwawiony! - odezwał się czarnoksiężnik, uśmiechając się szeroko, mimo, iż żaden z przybyłych nie mógł widzieć jego twarzy, okolonej głębokim kapturem podbitym futrem. - Oby twój miecz nieustannie karmił się posoką wrogów!
Zatrzymał się kilkanaście kroków dalej, wspierając ciężko na kosturze. Nie miał bowiem zamiaru ryzykować utraty głowy. Prawą rękę wzniósł jednakże w geście pokojowego pozdrowienia, rozumianego jednako przez wszystkie ludy.
- Jestem Morethil, przyjaciel Grimnira - odezwał się znów. Mówił powoli i wyraźnie, tak, jak zwracałby się w Stygii do dziecka, starając się, by wielki barbarzyńca zrozumiał każde słowo. - I z radością powitam cię, w mej skromnej chacie - Czy to nie było zbyt wiele słów jak na tych vanirskich dzikusów? Miał nadzieję, że nie...
- Starszy Wsi zaniemógł zresztą srodze. A inni jak widać nie kwapią się, by was powitać. Chodźcie przeto za mną, pewnikiem bowiem strudzeniście okrutnie...
[center]
[/center]
Robię dobre wrażenie na przybyłych. Zero wrogich gestów.
Spoiler!
Ostatnio zmieniony 25 listopada 2018, 21:29 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
[center]Okolice osady Byrth nad Jeziorem Wdowich Łez[/center]
Po dywagacjach Daffyda zaczął się zastanawiać, czy faktycznie on powinien tam zachodzić? Dla ludzi północy byłby człekiem mocno podejrzanym w tych stronach. No z barbarzyńcą nieco mniej. Z drugiej strony był tu jako dziesięciolatek. Obcych może s[potkać złe przyjęcie...
Po niedługiej jednak chwili podszedł do nich szaman.
- Jestem Morethil, przyjaciel Grimnira...
Mówił dostojnie i wyraźnie dla obolałego Barbarzyńcy. Ten zaś wyprostował się i powiedział donośnym głosem starając się utrzymać powagę sytuacji.
- Witam cię Morethil rad jestem cię widzieć. - Wojownik ukłonił się lekko oddając szacunek szamanowi.
- Mnie i mego druha zatrzymał niedźwiedź. Przybyłem tu by cie wspomóc i oczyścić krainę ze zła. Z chęcią skorzystamy z twojej gościny. Ciesze się, że wyszedłeś ku nam to dla mnie zaszczyt.- Spojrzał na zielonookiego towarzysza.
- Na mojego druha mówią Daffyd jest z dalekich stron, przybył do naszej krainy po śladach kogoś, kogo szuka. Nie było czasu na gawędy. Mam nadzieje, że znajdziemy na to chwile w twoich progach. Mam też nadzieje, że dowiem się, cóż za zło zagraża naszym krainom.
Dobrze, że sytuacja się wyklarowała i mamy gdzie spędzić noc. Po długim czasie w reszcie wojownik znalazł wioskę i szamana. mógł znaleźć też czas na regeneracje swych ran.
Po dywagacjach Daffyda zaczął się zastanawiać, czy faktycznie on powinien tam zachodzić? Dla ludzi północy byłby człekiem mocno podejrzanym w tych stronach. No z barbarzyńcą nieco mniej. Z drugiej strony był tu jako dziesięciolatek. Obcych może s[potkać złe przyjęcie...
Po niedługiej jednak chwili podszedł do nich szaman.
- Jestem Morethil, przyjaciel Grimnira...
Mówił dostojnie i wyraźnie dla obolałego Barbarzyńcy. Ten zaś wyprostował się i powiedział donośnym głosem starając się utrzymać powagę sytuacji.
- Witam cię Morethil rad jestem cię widzieć. - Wojownik ukłonił się lekko oddając szacunek szamanowi.
- Mnie i mego druha zatrzymał niedźwiedź. Przybyłem tu by cie wspomóc i oczyścić krainę ze zła. Z chęcią skorzystamy z twojej gościny. Ciesze się, że wyszedłeś ku nam to dla mnie zaszczyt.- Spojrzał na zielonookiego towarzysza.
- Na mojego druha mówią Daffyd jest z dalekich stron, przybył do naszej krainy po śladach kogoś, kogo szuka. Nie było czasu na gawędy. Mam nadzieje, że znajdziemy na to chwile w twoich progach. Mam też nadzieje, że dowiem się, cóż za zło zagraża naszym krainom.
Dobrze, że sytuacja się wyklarowała i mamy gdzie spędzić noc. Po długim czasie w reszcie wojownik znalazł wioskę i szamana. mógł znaleźć też czas na regeneracje swych ran.
Daffyd słuchając wymiany zdań zaczął się zastanawiać. Najwyraźniej witający ich człowiek - kimkolwiek był - wiedział o obecności barbarzyńcy nazywając go po imieniu, chociaż nie zwrócił uwagi na Bossończyka. Sam barbarzyńca najwyraźniej rozpoznał wymieniane przez niego imiona i bez wahania ruszył w ślad za zakapturzonym człowiekiem.
Hm...czyżby zło, o którym wspominał Hroth miało coś wspólnego ze ściganym przez pogranicznika człowiekiem?
Na razie najwyraźniej czekał na nich nocleg na tyle komfortowy, na ile mógł być w takich warunkach. Chociaż śnieg nie będzie się sypał na głowy.
Daffyd ruszył w ślad za Vanirem obiecując sobie, że gdy tylko dopadnie jakiegoś ogniska, to natychmiast zajmie się coraz bardziej ciążącymi mu u plecaka niedźwiedzimi łapami...Z ciekawością rozglądał się przy tym po osadzie, która wydawała się dziwnie opustoszała...
Hm...czyżby zło, o którym wspominał Hroth miało coś wspólnego ze ściganym przez pogranicznika człowiekiem?
Na razie najwyraźniej czekał na nich nocleg na tyle komfortowy, na ile mógł być w takich warunkach. Chociaż śnieg nie będzie się sypał na głowy.
Daffyd ruszył w ślad za Vanirem obiecując sobie, że gdy tylko dopadnie jakiegoś ogniska, to natychmiast zajmie się coraz bardziej ciążącymi mu u plecaka niedźwiedzimi łapami...Z ciekawością rozglądał się przy tym po osadzie, która wydawała się dziwnie opustoszała...
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
Czas na jakieś rozmowy zapoznawcze i ew. przełamywanie lodów albo podrzynanie sobie gardeł, lub używanie mocy i ew. inne takie.
Mamy wieczór, na zewnątrz wieje mroźny wiatr a Wy chwilowo wewnątrz chaty na uboczu wioski oddanej do dyspozycji Morethila.
Mamy wieczór, na zewnątrz wieje mroźny wiatr a Wy chwilowo wewnątrz chaty na uboczu wioski oddanej do dyspozycji Morethila.
Zanim ruszymy dalej czekam na wynik negocjacji pomiędzy Waszymi Postaciami. Szaman jest tu już kilka dni. Daffyd w sumie nie wie o co chodzi Grimnirowi, który tu wysłał dwójkę pozostałych. Bossończyk ma swoje sprawy. Natomiast Morethil i Hroth mają swoje, związane z Grimnirem. Jakoś ogarnijcie te relacje wzajemne i ew. zwerbujcie jakoś do pomocy Daffyda, chyba, że elitarny łucznik Wam niepotrzebny.
Ostatnio zmieniony 26 listopada 2018, 13:55 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]Osada Byrth nad Jeziorem Wdowich Łez[/center]
- Proszę, siądźcie, a rozgośćcie się - zachęcał czarownik, sadowiąc się przy palenisku, na którym bulgotał garniec parującej zupy. W półmroku chaty błyszczało kilka zawieszonych pod stropem czaszek, majaczyły wypisane na belkach runy. Pod jedną ze ścian znajdowało się legowisko ze skór zwierzęcych. W powietrzu wisiał zapach ryby i ostra woń suszonych ziół, przywodząca na myśl coś dawno zapomnianego a ważnego przecie, niczym krąg kamieni pod rozgwieżdżonym niebem lub dziwna pieśń niesiona wiatrem... Mimo to jednak jasnym było, iż szaman albo jest bardzo ubogi, albo zajmuje tą chatę od niedawna.
- Wiele co prawda zaoferować nie mogę: jeno tą polewkę z ryby i kilka podpłomyków - mówił dalej, lecz nagle przerwał, spoglądając na wydobyte skądś przez Daffyda niedźwiedzie łapy - Aaa... To zmienia postać rzeczy...
Odstawił szybko garnek z zupą jakby nagle stał mu się wstrętny i sięgnął do jednej z leżących nieopodal sakw:
- Hrocie, dorzuć nieco do ognia. Miałem ja gdzieś tu odrobinę soli, warto uświetnić taką okazję... - wydobył poszukiwane zawiniątko i przyjrzał się uzbrojonym w mordercze pazury łapom.
- No, no, widzę, żeście nie lada potwora ubili - odezwał się po chwili z szacunkiem. - Istna bestia. Walka to musiała być zażarta. Cieszę się przeto, iż razem żeście jej stawili czoła. Mąż jeden, nawet najdzielniejszy, mógłby nie zdzierżyć. Przeto dziękuję ci, obcy przybyszu, żeś wspomógł Hrotha. Wierzę, że sam jeden zwierza zdołałby pokonać, jeno później, na pustkowiu przyszłoby mu zemrzeć z ran odniesionych... - pokiwał głową w zadumie.
Ogień, ożywiony nową porcją drewna strzelił wyżej, wysyłając fale kojącego ciepła. Szaman odrzucił kaptur ukazując posiwiałe włosy i pokryte zmarszczkami wychudzone oblicze, któremu wszakże nie brakowało rysu mądrości i szlachetności.
[center]
[/center]
- Rzeknijcie mi przeto, co was tu sprowadza? - zwrócił się już wprost do Bossończyka. - Wszak dalekoście zawędrowali od rodzinnego domu, a nie wyglądacie mi na kupca. Horoth rzekł, że kogoś szukacie? Podzielcie się z nami swoją opowieścią, a może damy radę pomóc? Jeśli nie czynem, to choć dobrą radą.
Choć uśmiech nie schodził ani na chwilę z oblicza szamana, umysł czarownika analizował sytuację z klarownością i chłodem węża. Jego, zdałoby się, przyjaznemu wejrzeniu nie umknęły ni szczegóły odzienia, ni uzbrojenia przybysza. Człowiek, który sam wybierał się na Północ, ufny jeno w siłę swego łuku musiał być doświadczonym łowczym. Nehaher zastanawiał się, co skłoniło go do podjęcia tej ryzykownej wyprawy? Istniała oczywiście opcja, że jest to kolejny zabójca, wysłany przez przeklętego Menkarę (Oby szczury gryzły jego kości!)... Opcja nad wyraz prawdopodobna, właściwie nawet spodziewał się tego prędzej czy później... Dlatego nie spuszczał przybysza z oczu, obserwując go ustawicznie kątem oka - mimo, iż mogłoby się zdawać, że interesuje go głównie suty posiłek. Jak dotąd nie wyczuł także od niego nawet śladu działania magii. Kim więc był i skąd pochodził? A także - najważniejsze - co tutaj robił? To były istotne kwestie na które czarnoksiężnik zamierzał poznać odpowiedź już za chwilę...
- Proszę, siądźcie, a rozgośćcie się - zachęcał czarownik, sadowiąc się przy palenisku, na którym bulgotał garniec parującej zupy. W półmroku chaty błyszczało kilka zawieszonych pod stropem czaszek, majaczyły wypisane na belkach runy. Pod jedną ze ścian znajdowało się legowisko ze skór zwierzęcych. W powietrzu wisiał zapach ryby i ostra woń suszonych ziół, przywodząca na myśl coś dawno zapomnianego a ważnego przecie, niczym krąg kamieni pod rozgwieżdżonym niebem lub dziwna pieśń niesiona wiatrem... Mimo to jednak jasnym było, iż szaman albo jest bardzo ubogi, albo zajmuje tą chatę od niedawna.
- Wiele co prawda zaoferować nie mogę: jeno tą polewkę z ryby i kilka podpłomyków - mówił dalej, lecz nagle przerwał, spoglądając na wydobyte skądś przez Daffyda niedźwiedzie łapy - Aaa... To zmienia postać rzeczy...
Odstawił szybko garnek z zupą jakby nagle stał mu się wstrętny i sięgnął do jednej z leżących nieopodal sakw:
- Hrocie, dorzuć nieco do ognia. Miałem ja gdzieś tu odrobinę soli, warto uświetnić taką okazję... - wydobył poszukiwane zawiniątko i przyjrzał się uzbrojonym w mordercze pazury łapom.
- No, no, widzę, żeście nie lada potwora ubili - odezwał się po chwili z szacunkiem. - Istna bestia. Walka to musiała być zażarta. Cieszę się przeto, iż razem żeście jej stawili czoła. Mąż jeden, nawet najdzielniejszy, mógłby nie zdzierżyć. Przeto dziękuję ci, obcy przybyszu, żeś wspomógł Hrotha. Wierzę, że sam jeden zwierza zdołałby pokonać, jeno później, na pustkowiu przyszłoby mu zemrzeć z ran odniesionych... - pokiwał głową w zadumie.
Ogień, ożywiony nową porcją drewna strzelił wyżej, wysyłając fale kojącego ciepła. Szaman odrzucił kaptur ukazując posiwiałe włosy i pokryte zmarszczkami wychudzone oblicze, któremu wszakże nie brakowało rysu mądrości i szlachetności.
[center]
[/center]- Rzeknijcie mi przeto, co was tu sprowadza? - zwrócił się już wprost do Bossończyka. - Wszak dalekoście zawędrowali od rodzinnego domu, a nie wyglądacie mi na kupca. Horoth rzekł, że kogoś szukacie? Podzielcie się z nami swoją opowieścią, a może damy radę pomóc? Jeśli nie czynem, to choć dobrą radą.
Choć uśmiech nie schodził ani na chwilę z oblicza szamana, umysł czarownika analizował sytuację z klarownością i chłodem węża. Jego, zdałoby się, przyjaznemu wejrzeniu nie umknęły ni szczegóły odzienia, ni uzbrojenia przybysza. Człowiek, który sam wybierał się na Północ, ufny jeno w siłę swego łuku musiał być doświadczonym łowczym. Nehaher zastanawiał się, co skłoniło go do podjęcia tej ryzykownej wyprawy? Istniała oczywiście opcja, że jest to kolejny zabójca, wysłany przez przeklętego Menkarę (Oby szczury gryzły jego kości!)... Opcja nad wyraz prawdopodobna, właściwie nawet spodziewał się tego prędzej czy później... Dlatego nie spuszczał przybysza z oczu, obserwując go ustawicznie kątem oka - mimo, iż mogłoby się zdawać, że interesuje go głównie suty posiłek. Jak dotąd nie wyczuł także od niego nawet śladu działania magii. Kim więc był i skąd pochodził? A także - najważniejsze - co tutaj robił? To były istotne kwestie na które czarnoksiężnik zamierzał poznać odpowiedź już za chwilę...
Spoiler!
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
Daffyd niespiesznie odkrawał przypiekane kawałki mięsa, ze smakiem racząc się pierwszym od wielu dni naprawdę ciepłym i obfitym posiłkiem. Pozornie nie zwracając uwagi na otoczenie, bystrym wzrokiem lustrował ubogą z pozoru chatę. Dziwne. O ile słyszał o północnych zwyczajach, to szamani cieszyli się tu sporym szacunkiem, a tu zamiast spodziewanego luksusu - choćby w postaci dodatkowej ciepłej skóry do przykrycia - nie było praktycznie nic.
Wzruszył ramionami słysząc pochwały Morethila.
- zwyczajna to rzecz. W pojedynkę żaden z nas nie dałby rady bestii; razem zdołaliśmy ją pokonać. Dobra stal w ręku człowieka północy i równie dobry łuk w rękach człowieka południa razem dokonały tego, czego osobno żadna z nich nie byłaby w stanie. Może to i dobra wróżba przed dalszą podróżą...
Wgryzł się znowu w ociekające tłuszczem mięs, pozornie nie zwracając na nachylającego się w jego stronę najwyraźniej zaciekawionego szamana.
- niedźwiedź padł pół dnia drogi stąd; jeżeli padlinożercy nie poszarpali jeszcze futra, to jutro kilku wojowników z wioski mogłoby się wyprawić - po futro i zapas mięsa; tego z pewnością nigdy tu za wiele..
Hroth jadł chwilowo milcząc, a Daffyd zastanawiał się, jak wiele może powiedzieć owemu szamanowi. W końcu dalej nie wiedział, co spowodowało takie pustki w osadzie i czemu po raz pierwszy chyba widział wioskę która nie była w żaden sposób obwarowana przed napaścią z zewnątrz. Wreszcie otarł palce w spodnie i wsunął nóż za pas. Parę słów przecież wcześniej już powiedział barbarzyńcy a wątpił, aby ten czuł pokusę ukrywania ich przed szanowanym szamanem.
- podążam na północ śladem człowieka, który przyczynił się do śmierci mojego ojca i reszty rodziny. Hroth już o tym wspomniał - skinął głową w kierunku wciąż posilającego się berserkera. Nie szukam zwady z mieszkańcami północy bo nie wierzę, że ów człowiek był jednym z nich, chociaż z północy przybył i na północ odszedł...Nie wyglądał jednak na mieszkańca którejkolwiek z północnych krain; bardziej sprawiał wrażenie kogoś z południa - chociaż przyznam, że mimo że w swoich rodzinnych stronach widywałem różnych ludzi, to jego pochodzenia nie jestem w stanie jasno określić...Będzie tu równie obcy jak ja...chyba, że znajdzie sposób na skrycie się przed oczami Vanirów.
Wzruszył ramionami słysząc pochwały Morethila.
- zwyczajna to rzecz. W pojedynkę żaden z nas nie dałby rady bestii; razem zdołaliśmy ją pokonać. Dobra stal w ręku człowieka północy i równie dobry łuk w rękach człowieka południa razem dokonały tego, czego osobno żadna z nich nie byłaby w stanie. Może to i dobra wróżba przed dalszą podróżą...
Wgryzł się znowu w ociekające tłuszczem mięs, pozornie nie zwracając na nachylającego się w jego stronę najwyraźniej zaciekawionego szamana.
- niedźwiedź padł pół dnia drogi stąd; jeżeli padlinożercy nie poszarpali jeszcze futra, to jutro kilku wojowników z wioski mogłoby się wyprawić - po futro i zapas mięsa; tego z pewnością nigdy tu za wiele..
Hroth jadł chwilowo milcząc, a Daffyd zastanawiał się, jak wiele może powiedzieć owemu szamanowi. W końcu dalej nie wiedział, co spowodowało takie pustki w osadzie i czemu po raz pierwszy chyba widział wioskę która nie była w żaden sposób obwarowana przed napaścią z zewnątrz. Wreszcie otarł palce w spodnie i wsunął nóż za pas. Parę słów przecież wcześniej już powiedział barbarzyńcy a wątpił, aby ten czuł pokusę ukrywania ich przed szanowanym szamanem.
- podążam na północ śladem człowieka, który przyczynił się do śmierci mojego ojca i reszty rodziny. Hroth już o tym wspomniał - skinął głową w kierunku wciąż posilającego się berserkera. Nie szukam zwady z mieszkańcami północy bo nie wierzę, że ów człowiek był jednym z nich, chociaż z północy przybył i na północ odszedł...Nie wyglądał jednak na mieszkańca którejkolwiek z północnych krain; bardziej sprawiał wrażenie kogoś z południa - chociaż przyznam, że mimo że w swoich rodzinnych stronach widywałem różnych ludzi, to jego pochodzenia nie jestem w stanie jasno określić...Będzie tu równie obcy jak ja...chyba, że znajdzie sposób na skrycie się przed oczami Vanirów.
[center]Osada Byrth nad Jeziorem Wdowich Łez Dom Szamana[/center]
Hroth śledził w milczeniu wymianę zdań towarzyszy, jedząc solidny mięsisty posiłek. Niby skupiał się na jedzeniu, jednak interesowało go co mają do powiedzenia inni. Sam stronił od wielkich i małych słów. Wolał czyny. Z jednej strony człek z zemstą, która zepchnęła go do tych krain, z drugiej strony szlachetny szaman, próbujący pokonać zło.
- Może ktoś z wioski widział przybysza? O tej porze roku niewielu się błąka przy takich śniegach. Wielu jak ten biedak przy niedźwiedziu kończy, w ten sposób podróżując przez zaspy. Ludzie z wioski na pewno z chęcią przygarną mięso z niedźwiedzia, jak i skórę na okrycie. Zawsze to łatwiej będzie przetrwać zimę -. W sztuce władania łukiem Vanir ujrzał potencjał, nie rzecz jasna w jego rekach. W końcu gdyby nie te strzały Niedźwiedź skupił by się tylko na nim. Może i przyda się również do walki z złem?
- Daffyd'zie po tych krainach niewielu, nie będąc jego mieszkańcami, podążała szybko. Może tu gdzieś twa ofiara znalazła schronienie. I co poczniesz gdy dopełnisz swej zemsty?
Przez chwile barbarzyńca poprawiał ogień. W jego oczach widać było żar. Po czym zwrócił się do szamana.
- Powiedz mi o ty który rozmawiasz z duchami. Gdzie jest zło w które mam zatopić mój miecz i topór, by uwolnić krainę duchów i ludzi od cierpienia? - W jego oczach widać było płomień który rozpalał go od środka. Który go napędza. Poczuł w tym momencie też ból płynąc z ran, przez co dodał spokojnym głosem.
- I... czy nie masz może jakiś ziół lub czarów by sprawić bym szybciej wrócił do zdrowia? Z chęcią stanę czym prędzej przeciwko naszym wrogom, a nie ma czasu na zbędny odpoczynek.
Hroth śledził w milczeniu wymianę zdań towarzyszy, jedząc solidny mięsisty posiłek. Niby skupiał się na jedzeniu, jednak interesowało go co mają do powiedzenia inni. Sam stronił od wielkich i małych słów. Wolał czyny. Z jednej strony człek z zemstą, która zepchnęła go do tych krain, z drugiej strony szlachetny szaman, próbujący pokonać zło.
- Może ktoś z wioski widział przybysza? O tej porze roku niewielu się błąka przy takich śniegach. Wielu jak ten biedak przy niedźwiedziu kończy, w ten sposób podróżując przez zaspy. Ludzie z wioski na pewno z chęcią przygarną mięso z niedźwiedzia, jak i skórę na okrycie. Zawsze to łatwiej będzie przetrwać zimę -. W sztuce władania łukiem Vanir ujrzał potencjał, nie rzecz jasna w jego rekach. W końcu gdyby nie te strzały Niedźwiedź skupił by się tylko na nim. Może i przyda się również do walki z złem?
- Daffyd'zie po tych krainach niewielu, nie będąc jego mieszkańcami, podążała szybko. Może tu gdzieś twa ofiara znalazła schronienie. I co poczniesz gdy dopełnisz swej zemsty?
Przez chwile barbarzyńca poprawiał ogień. W jego oczach widać było żar. Po czym zwrócił się do szamana.
- Powiedz mi o ty który rozmawiasz z duchami. Gdzie jest zło w które mam zatopić mój miecz i topór, by uwolnić krainę duchów i ludzi od cierpienia? - W jego oczach widać było płomień który rozpalał go od środka. Który go napędza. Poczuł w tym momencie też ból płynąc z ran, przez co dodał spokojnym głosem.
- I... czy nie masz może jakiś ziół lub czarów by sprawić bym szybciej wrócił do zdrowia? Z chęcią stanę czym prędzej przeciwko naszym wrogom, a nie ma czasu na zbędny odpoczynek.
[center]Chata Morethila, Osada Byrth nad Jeziorem Wdowich Łez[/center]
Zabójca, posiadający aparycję południowca!? To było niepokojące. Choć oczywiście także pochlebiało mu. Nie wątpił bowiem nawet na chwilę, iż to właśnie wysłany przez Menkarę rezun. Choć nie przyznałby się do tego, jednak w głębi serca czuł także pewną satysfakcję, na myśl o tym, iż nadal znajduje się w centrum pajęczych intryg wrogiego demonolatry... A więc świat nie zapomniał o nim, dzięki niech będą Ojcu Węzy! Oczywiście fakt, że morderca zgładził przy okazji rodzinę Daffyda musiał być jedynie przypadkiem. Nehaher przecież doskonale wiedział o kogo chodziło mu naprawdę. Po chwili więc poczuł się nawet lekko wdzięczny obcemu przybyszowi, za wieści z wielkiego świata. A ponieważ nie był przyzwyczajony, do odczuwania tego typu emocji, roztropnie poczekał, aż mu przejdzie, udając, że skupia się na jedzeniu (co zresztą nie było trudne. Pieczeń niedźwiedzia pachniała tak smakowicie! Zwłaszcza, jeśli od tygodnia żarło się tą obrzydliwą, rybną breję...).
Oczywiście Bossończyk nie mógł zdawać sobie sprawy z prawdziwego znaczenia informacji, które przekazał. Ale nie nie było istotne i Nehaher wielkodusznie postanowił mu przebaczyć. Trudno zresztą byłoby oczekiwać, by zwykły śmiertelnik potrafił się wyrozumieć na diabolicznych machinacjach czarnoksiężników, przerastających go o całe eony zakazanej i bluźnierczej wiedzy...
Wszystkie te myśli przepływały przez czaszkę Stygijczyka z szybkością błyskawicy. Aby zyskać więc chwilę wytchnienia zajął się przeżuwaniem w skupieniu, co skutecznie zresztą pomogło mu ukryć podniecenie, które go naraz ogarnęło. I dało także okazję do tego, by wtrącił się Hroth... Na Seta! On nawet mówi pełnymi zdaniami. Niebywałe! Jednak problemy barbarzyńcy mogły poczekać. Przynajmniej jeszcze przez chwilę...
- A więc powiadacie, że tropicie mordercę? - zagadnął łucznika, ocierając tłuszcz z kącików ust. - W istocie, duchy przodków rzekły mi, że nie łżesz. W takim wypadku rozumiem zarówno twą żałobę, jak i determinację, która cię wiedzie. Oby łuk twój zaśpiewał pieśń śmierci temu, który cię tak okrutnie doświadczył. Może jednak rzekniesz nam, jak go rozpoznać? Nie słyszałem co prawda, by jakiś obcy kręcił się w tych stronach ostatnio... Nawet kupcy, którzy ongi przybywali tu często, jakoś omijać poczęli tą okolicę... - westchnął ciężko. - Wszak jeśli będziemy wiedzieli na kogo baczyć, mniejsza szansa, że zbrodniarz uniknie kary...
- Zastanawiam się również... - dodał po chwili, jakby w zamyśleniu. - Przewędrowaliście kawał drogi idąc tropem tego rezuna. I to niebezpiecznej drogi, licząc przeklętą Cymerię. Chyba, żeście samotnie kraj Piktów przebyli, a nie wiem ja co gorsze... Musicie przeto być dobrym tropicielem. Śnieg wszakże szybko ślady zaciera. O, nie gniewajcie się - dodał szybko, widząc, że łucznik spogląda na niego podejrzliwie, niezbyt pewien jak ma odebrać te słowa. - Nie poddaję ja w wątpliwość tego, coście rzekli. Zastanawiam się tylko, może macie jakiś sposób, który pozwala wam wykryć owego mordercę? Chętnie bym pomógł wam bowiem wedle mych skromnych możliwości. Wszak taki człek włóczący się samotnie, niczym wilk, stanowi zagrożenie dla wszystkich w okolicy...
Zauważył, że berserker kończy obgryzać ostatni gnat pozostały po kolacji. Niedobrze. Dzikus zauważy zaraz, że go ignoruję i jeszcze w szał wpadnie... Gładko więc zmienił śpiewkę, by zażegnać niebezpieczeństwo:
- Cny wojowniku, pozwól, iż pierw zajmę się twymi ranami. Nasze zadanie bowiem wymaga jasnego osądu i pomyślunku, a nie chciałbym by ból stał ci na przeszkodzie. Później chętnie z tobą pomówię o celu naszej misji. Albowiem i mnie Grimnir prosił o wsparcie w tej sprawie... A teraz myślę sobie, iż może to wszystko łączy się jakoś z tym mordercą z dalekich krain? - dodał chytrze, jak gdyby mimochodem, mając nadzieję, iż sprawa zainteresuje Bossończyka. - Wszak nic nie dzieje się bez woli Bogów. Zwłaszcza w tym świętym miejscu...
Westchnął i wstał, wskazując dłonią posłanie, by rosły wojownik mógł się położyć. Za czym sięgnął po swą torbę z ziołami...
- Możecie mówić, wędrowcze - zwrócił się jeszcze do Daffyda - Rozmowa nie przeszkadza mi... Może nie od razu zawsze odpowiem, ale słuchał będę z uwagą...
Zabójca, posiadający aparycję południowca!? To było niepokojące. Choć oczywiście także pochlebiało mu. Nie wątpił bowiem nawet na chwilę, iż to właśnie wysłany przez Menkarę rezun. Choć nie przyznałby się do tego, jednak w głębi serca czuł także pewną satysfakcję, na myśl o tym, iż nadal znajduje się w centrum pajęczych intryg wrogiego demonolatry... A więc świat nie zapomniał o nim, dzięki niech będą Ojcu Węzy! Oczywiście fakt, że morderca zgładził przy okazji rodzinę Daffyda musiał być jedynie przypadkiem. Nehaher przecież doskonale wiedział o kogo chodziło mu naprawdę. Po chwili więc poczuł się nawet lekko wdzięczny obcemu przybyszowi, za wieści z wielkiego świata. A ponieważ nie był przyzwyczajony, do odczuwania tego typu emocji, roztropnie poczekał, aż mu przejdzie, udając, że skupia się na jedzeniu (co zresztą nie było trudne. Pieczeń niedźwiedzia pachniała tak smakowicie! Zwłaszcza, jeśli od tygodnia żarło się tą obrzydliwą, rybną breję...).
Oczywiście Bossończyk nie mógł zdawać sobie sprawy z prawdziwego znaczenia informacji, które przekazał. Ale nie nie było istotne i Nehaher wielkodusznie postanowił mu przebaczyć. Trudno zresztą byłoby oczekiwać, by zwykły śmiertelnik potrafił się wyrozumieć na diabolicznych machinacjach czarnoksiężników, przerastających go o całe eony zakazanej i bluźnierczej wiedzy...
Wszystkie te myśli przepływały przez czaszkę Stygijczyka z szybkością błyskawicy. Aby zyskać więc chwilę wytchnienia zajął się przeżuwaniem w skupieniu, co skutecznie zresztą pomogło mu ukryć podniecenie, które go naraz ogarnęło. I dało także okazję do tego, by wtrącił się Hroth... Na Seta! On nawet mówi pełnymi zdaniami. Niebywałe! Jednak problemy barbarzyńcy mogły poczekać. Przynajmniej jeszcze przez chwilę...
- A więc powiadacie, że tropicie mordercę? - zagadnął łucznika, ocierając tłuszcz z kącików ust. - W istocie, duchy przodków rzekły mi, że nie łżesz. W takim wypadku rozumiem zarówno twą żałobę, jak i determinację, która cię wiedzie. Oby łuk twój zaśpiewał pieśń śmierci temu, który cię tak okrutnie doświadczył. Może jednak rzekniesz nam, jak go rozpoznać? Nie słyszałem co prawda, by jakiś obcy kręcił się w tych stronach ostatnio... Nawet kupcy, którzy ongi przybywali tu często, jakoś omijać poczęli tą okolicę... - westchnął ciężko. - Wszak jeśli będziemy wiedzieli na kogo baczyć, mniejsza szansa, że zbrodniarz uniknie kary...
- Zastanawiam się również... - dodał po chwili, jakby w zamyśleniu. - Przewędrowaliście kawał drogi idąc tropem tego rezuna. I to niebezpiecznej drogi, licząc przeklętą Cymerię. Chyba, żeście samotnie kraj Piktów przebyli, a nie wiem ja co gorsze... Musicie przeto być dobrym tropicielem. Śnieg wszakże szybko ślady zaciera. O, nie gniewajcie się - dodał szybko, widząc, że łucznik spogląda na niego podejrzliwie, niezbyt pewien jak ma odebrać te słowa. - Nie poddaję ja w wątpliwość tego, coście rzekli. Zastanawiam się tylko, może macie jakiś sposób, który pozwala wam wykryć owego mordercę? Chętnie bym pomógł wam bowiem wedle mych skromnych możliwości. Wszak taki człek włóczący się samotnie, niczym wilk, stanowi zagrożenie dla wszystkich w okolicy...
Zauważył, że berserker kończy obgryzać ostatni gnat pozostały po kolacji. Niedobrze. Dzikus zauważy zaraz, że go ignoruję i jeszcze w szał wpadnie... Gładko więc zmienił śpiewkę, by zażegnać niebezpieczeństwo:
- Cny wojowniku, pozwól, iż pierw zajmę się twymi ranami. Nasze zadanie bowiem wymaga jasnego osądu i pomyślunku, a nie chciałbym by ból stał ci na przeszkodzie. Później chętnie z tobą pomówię o celu naszej misji. Albowiem i mnie Grimnir prosił o wsparcie w tej sprawie... A teraz myślę sobie, iż może to wszystko łączy się jakoś z tym mordercą z dalekich krain? - dodał chytrze, jak gdyby mimochodem, mając nadzieję, iż sprawa zainteresuje Bossończyka. - Wszak nic nie dzieje się bez woli Bogów. Zwłaszcza w tym świętym miejscu...
Westchnął i wstał, wskazując dłonią posłanie, by rosły wojownik mógł się położyć. Za czym sięgnął po swą torbę z ziołami...
- Możecie mówić, wędrowcze - zwrócił się jeszcze do Daffyda - Rozmowa nie przeszkadza mi... Może nie od razu zawsze odpowiem, ale słuchał będę z uwagą...
Leczę Hrotha za pomocą umiejętności i jakiś ziół. Na początek jednak rzucam na niego zaklęcie: Złagodzenie Bólu, by mi przypadkiem nie urwał głowy, jeśli coś go zakole.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
[center]Chata Morethila, Osada Byrth nad Jeziorem Wdowich Łez[/center]
Szaman wyszeptał jakieś dziwne słowa, wykonał też tajemnicze gesty w pobliżu ran jakie odniósł Hroth w boju z białym ludojadem.
Ból zniknął całkowicie, barbarzyńca poczuł się w pełni sił. Jednakże ku jego zdziwieniu szaman nacierał go jakimiś ziołami i zmienił mu opatrunki.
Szkoda zachodu pomyślał Hroth, skoro on już jest zdrowy. Ale nie przeszkadzał. Było mu ciepło i był najedzony. Ponadto Szaman uzdrowił go mocą duchów.
- Morethilu dzięki Ci za pomoc.
Proste podziękowania są najlepsze, wojownik nie jest od tego by dużo gadać.... pomyślał barbarzyńca.
Hroth obejrzał jeszcze mocno poszarpaną zbroję, po namyśle zmienił ją na grubą skórę z niedźwiedzia, będzie mnie chronić i przed ciosami i przed zimnem.
Szaman wyszeptał jakieś dziwne słowa, wykonał też tajemnicze gesty w pobliżu ran jakie odniósł Hroth w boju z białym ludojadem.
Ból zniknął całkowicie, barbarzyńca poczuł się w pełni sił. Jednakże ku jego zdziwieniu szaman nacierał go jakimiś ziołami i zmienił mu opatrunki.
Szkoda zachodu pomyślał Hroth, skoro on już jest zdrowy. Ale nie przeszkadzał. Było mu ciepło i był najedzony. Ponadto Szaman uzdrowił go mocą duchów.
- Morethilu dzięki Ci za pomoc.
Proste podziękowania są najlepsze, wojownik nie jest od tego by dużo gadać.... pomyślał barbarzyńca.
Hroth obejrzał jeszcze mocno poszarpaną zbroję, po namyśle zmienił ją na grubą skórę z niedźwiedzia, będzie mnie chronić i przed ciosami i przed zimnem.
Wpis w uzgodnieniu z Fobetorem. Proszę kontynuować rozmowy. Wkrótce na Północy mogą pojawić się nowe kurhany, pytanie kto zostanie w nich pochowany?
Ostatnio zmieniony 28 listopada 2018, 06:23 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
[center]Chata Morethila[/center]
Rozpinając poszarpaną niedźwiedzimi pazurami skórznię, Hroth przechylił się do przodu, a wówczas coś znienacka wypadło spod jego odzienia i uderzyło z metalicznym szczękiem w opróżnioną z jadła miskę.
Rachityczne płomienie paleniska zalśniły w złotym kształcie przedmiotu, przyciągając natychmiast uwagę zajmującego się gościem szamana.
Przykuwając w magnetyczny sposób wzrok siedzącego opodal południowca.
Był to złoty wisior z osadzonym pośrodku krwistym rubinem, uformowany na kształt wilczego pyska z jednym okiem..
Rozpinając poszarpaną niedźwiedzimi pazurami skórznię, Hroth przechylił się do przodu, a wówczas coś znienacka wypadło spod jego odzienia i uderzyło z metalicznym szczękiem w opróżnioną z jadła miskę.
Rachityczne płomienie paleniska zalśniły w złotym kształcie przedmiotu, przyciągając natychmiast uwagę zajmującego się gościem szamana.
Przykuwając w magnetyczny sposób wzrok siedzącego opodal południowca.
Był to złoty wisior z osadzonym pośrodku krwistym rubinem, uformowany na kształt wilczego pyska z jednym okiem..
[center]Chata Morethila, Osada Byrth nad Jeziorem Wdowich Łez[/center]
Hroth odruchowo podniósł amulet powoli uważając na swoje rany.
- To należało do mordercy z skąd to masz?! - W głosie Daffyd'a zaiskrzył gniew. Barbarzyńca zmrużył oczy. Spoglądał na zdenerwowanego łucznika nie odwracając wzroku. Patrzył na każdy mięsień jego twarzy i ciała będąc gotowy na jego atak. Jednak nie wytrzymał i parsknął śmiechem.
- HAHAHA... To świecidełko? Znalazłem przy trupie którego zabił i zjadł niedźwiedź. Którego zabiliśmy wspólnie Daffyd. - Chwile spojrzał na mięso które spożywa ów rozmówca.
- Którego teraz wspólnie jemy z szamanem. Mam nadzieje, że cię to w jakiś sposób satysfakcjonuje, przykro mi, że nie do pełnisz sam zemsty. Świecidełko mi się podoba. Myślałem, że w wiosce ktoś rozpozna czyj mógł być. Widocznie jest już w takim razie mój. Jeśli chcesz możesz jutro sprawdzić czy coś więcej rozpoznasz z trupa, jednak nie miał on twarzy. Została zjedzona, Ty znalazłeś go pierwszy, ale ja sprawdziłem go szybciej.
Po czym odłożył przedmiot tuż obok topora, miecza i tarczy. Jeszcze przez pewien czas całą ta sytuacja bawiła Barbarzyńce.
Hroth odruchowo podniósł amulet powoli uważając na swoje rany.
- To należało do mordercy z skąd to masz?! - W głosie Daffyd'a zaiskrzył gniew. Barbarzyńca zmrużył oczy. Spoglądał na zdenerwowanego łucznika nie odwracając wzroku. Patrzył na każdy mięsień jego twarzy i ciała będąc gotowy na jego atak. Jednak nie wytrzymał i parsknął śmiechem.
- HAHAHA... To świecidełko? Znalazłem przy trupie którego zabił i zjadł niedźwiedź. Którego zabiliśmy wspólnie Daffyd. - Chwile spojrzał na mięso które spożywa ów rozmówca.
- Którego teraz wspólnie jemy z szamanem. Mam nadzieje, że cię to w jakiś sposób satysfakcjonuje, przykro mi, że nie do pełnisz sam zemsty. Świecidełko mi się podoba. Myślałem, że w wiosce ktoś rozpozna czyj mógł być. Widocznie jest już w takim razie mój. Jeśli chcesz możesz jutro sprawdzić czy coś więcej rozpoznasz z trupa, jednak nie miał on twarzy. Została zjedzona, Ty znalazłeś go pierwszy, ale ja sprawdziłem go szybciej.
Po czym odłożył przedmiot tuż obok topora, miecza i tarczy. Jeszcze przez pewien czas całą ta sytuacja bawiła Barbarzyńce.
Daffyd na chwilę zacisnął pięści ale wiedział, że zabicie barbarzyńcy - na co w tym momencie miał ochotę - ani nie będzie łatwe ani sensowne. Wyciągnął rękę.
- mogę mu się dokładniej przyjrzeć?
Widząc zawahanie barbarzyńcy dodał zniecierpliwiony:
- przecież nie ukradnę Ci go w środku wioski; chciałbym sprawdzić, czy nie myli mnie pierwsze wrażenie. Trupa widziałem tylko przelotnie ale nie przypominał ściganego przeze mnie człowieka. Zresztą dobrze, że go nie przeszukiwałem. Gdyby ten niedźwiedź mnie wtedy zaskoczył to pewnie obaj leżelibyśmy na przełęczy.
Mówiąc mierzył cały czas wzrokiem i barbarzyńcę i szamana, zastanawiając się, co dalej. Wracać na przełęcz? Teraz, od razu czy jutro z ewentualnymi wojownikami? Wszelkie ślady i tak zasypał na pewno śnieg. Chodzenie po górach w ciemnościach nie było najrozsądniejszym pomysłem ale Daffyd czuł, że jeżeli nie upewni się bodajże co do medalionu to nie wytrzyma napięcia i ruszy z powrotem nie bacząc na późną porę.
- mogę mu się dokładniej przyjrzeć?
Widząc zawahanie barbarzyńcy dodał zniecierpliwiony:
- przecież nie ukradnę Ci go w środku wioski; chciałbym sprawdzić, czy nie myli mnie pierwsze wrażenie. Trupa widziałem tylko przelotnie ale nie przypominał ściganego przeze mnie człowieka. Zresztą dobrze, że go nie przeszukiwałem. Gdyby ten niedźwiedź mnie wtedy zaskoczył to pewnie obaj leżelibyśmy na przełęczy.
Mówiąc mierzył cały czas wzrokiem i barbarzyńcę i szamana, zastanawiając się, co dalej. Wracać na przełęcz? Teraz, od razu czy jutro z ewentualnymi wojownikami? Wszelkie ślady i tak zasypał na pewno śnieg. Chodzenie po górach w ciemnościach nie było najrozsądniejszym pomysłem ale Daffyd czuł, że jeżeli nie upewni się bodajże co do medalionu to nie wytrzyma napięcia i ruszy z powrotem nie bacząc na późną porę.
Ostatnio zmieniony 28 listopada 2018, 20:03 przez profes79, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]Chata Morethila, Osada Byrth nad Jeziorem Wdowich Łez[/center]
- Uciszcie się obaj! - zagrzmiał nagle szaman, wstając ze swego miejsca. Obaj mężczyźni spojrzeli nań i w tej jednej chwili, zdało im się nagle, że niewysoka postać starca urosła jakby, a w oczach jego pojawiło się światło jakowejś nieludzkiej mądrości. Głębokie odczucie szacunku nakazało im natychmiast przerwać spór. Nawet wicher skowyczący wokół chaty ucichł na chwilę, jakby nie śmiał zmącić świętości tej podniosłej chwili.
- Hrocie, podaj mi amulet - przemówił władczo mędrzec, wyciągając dłoń ku barbarzyńcy. Ten nie zastanawiał się wiele, lecz wręczył mu żądany przedmiot. Mimo to z jego twarzy nadal nie znikał uśmiech rozbawienia i gdy tylko spojrzenie bezdennych oczy szamana zsunęło się z niego, wojownik zerknął na Daffyda i zachichotał w kułak, najwyraźniej ubawiony irytacją łucznika.
Nehaher zaś, którego zebrani znali pod nieco innym imieniem i aparycją, stał przez chwilę badając znalezisko w zamyśleniu. Wreszcie zaś rzekł tak:
- Rozumiem twój ból Daffydzie i twoje do zemsty prawo. Los odebrał ci je, a jednak to co należało do zabójcy twego ojca, powinno w twe ręce trafić.
Postąpił krok naprzód i wcisnął amulet w dłonie Bossończyka, który po prawdzie nieco był zaskoczony takim sprawy obrotem. Nie spodziewał się bowiem, by ci dzicy ludzie łatwo rozstawali się ze znalezionym złotem.
- Z uwagi na prastare Prawo Północy ten amulet ci oddaję, abyś mógł nas wspomóc w misji naszej, przez wgląd na to, iżeśmy cię uczciwie potraktowali. Co więcej - rzekł Morethil, wznosząc znacząco palec dla podkreślenia wagi swych słów. - to, iż się tu znalazłeś nie przypadkiem jest, lecz zrządzeniem Bogów Północy. Oni to sprawili, że trafiłeś do tego świętego miejsca, tropiąc zło. Tu dążył morderca i jeśli los pozwoli, tu znajdziesz odpowiedzi, których szukasz. Nie odwracaj się tedy lekko, od tej szansy, albowiem duchy powiadają mi, iż źle wtedy uczynisz i szlachetne cienie przodków swych wstydem okryjesz!
Zmierzył łucznika poważnym, a głębokim spojrzeniem, po czym odstąpił nieco:
- Przedmiot ten, który nosił morderca prastary jest, zaiste. Prastary i pełen złowrogiej mocy - rzekł ciszej i jakby z bólem. - Biada temu kto go na sercu nosił będzie! Nie ludzkie dłonie bowiem go wykonały. Dlatego ten, kto go nałoży utraci nadzieję wszelką, a ciemne myśli będą go nękać dzień i noc. Wreszcie zły duch amuletu pożywiać się pocznie jego życiem jego duszy, aż na koniec doprowadzi go do nędznej i haniebnej śmierci...
Westchnął ciężko i usiadł ponownie przy ogniu:
- Dlatego nie zakładaj go, Daffydzie, bo nic dobrego cię nie spotka. A najlepiej nawet nie trzymaj go za długo w ręce - przestrzegł z naciskiem Bossończyka. - Lecz posłuchaj, co ci rzeknę, bowiem wielką odsłonię ci tajemnicę! Ludziom Północy jeno jest ona widoma, więc strzeż jej dobrze, a nie zawiedź naszego zaufania. Straszliwa klątwa bowiem spotka, jeśli to uczynisz! Otóż jezioro, które widziałeś, znajduje się w miejscu szczególnym. Tu bowiem Bogowie toczyli swoje bitwy. Amulet ten z tych czasów pochodzi i pewnikiem z odmętów wodnych ongiś wyłowiony został. Dlaczego przywiódł tu tego mordercę, nie wiem, lecz niechybnie sprowadził go tu z powrotem. Tedy wiedzieć jeszcze musisz, iż zło jakoweś pojawiło się w okolicy. O jego naturze na razie niewiele mi wiadomo. Lecz przybyłem tutaj by się tego dowiedzieć. A Hroth również ma mi pomóc w tej wielce szlachetnej misji. Teraz zaś widzę, że i ty wspomóc masz nas w wytropieniu owego zła. Ono bowiem jest przyczyną twych cierpień, bowiem sam morderca był jeno narzędziem w ręku mroczniejszej potęgi! Tako rzekły mi duchy, a ja słowa ich wam przekazuję, jako się godzi.
Pokiwał głową w zadumie i wlepił wzrok w ogień, jakby w nim jakąś kolejną tajemnicę wyczytać miał...
- Uciszcie się obaj! - zagrzmiał nagle szaman, wstając ze swego miejsca. Obaj mężczyźni spojrzeli nań i w tej jednej chwili, zdało im się nagle, że niewysoka postać starca urosła jakby, a w oczach jego pojawiło się światło jakowejś nieludzkiej mądrości. Głębokie odczucie szacunku nakazało im natychmiast przerwać spór. Nawet wicher skowyczący wokół chaty ucichł na chwilę, jakby nie śmiał zmącić świętości tej podniosłej chwili.
- Hrocie, podaj mi amulet - przemówił władczo mędrzec, wyciągając dłoń ku barbarzyńcy. Ten nie zastanawiał się wiele, lecz wręczył mu żądany przedmiot. Mimo to z jego twarzy nadal nie znikał uśmiech rozbawienia i gdy tylko spojrzenie bezdennych oczy szamana zsunęło się z niego, wojownik zerknął na Daffyda i zachichotał w kułak, najwyraźniej ubawiony irytacją łucznika.
Nehaher zaś, którego zebrani znali pod nieco innym imieniem i aparycją, stał przez chwilę badając znalezisko w zamyśleniu. Wreszcie zaś rzekł tak:
- Rozumiem twój ból Daffydzie i twoje do zemsty prawo. Los odebrał ci je, a jednak to co należało do zabójcy twego ojca, powinno w twe ręce trafić.
Postąpił krok naprzód i wcisnął amulet w dłonie Bossończyka, który po prawdzie nieco był zaskoczony takim sprawy obrotem. Nie spodziewał się bowiem, by ci dzicy ludzie łatwo rozstawali się ze znalezionym złotem.
- Z uwagi na prastare Prawo Północy ten amulet ci oddaję, abyś mógł nas wspomóc w misji naszej, przez wgląd na to, iżeśmy cię uczciwie potraktowali. Co więcej - rzekł Morethil, wznosząc znacząco palec dla podkreślenia wagi swych słów. - to, iż się tu znalazłeś nie przypadkiem jest, lecz zrządzeniem Bogów Północy. Oni to sprawili, że trafiłeś do tego świętego miejsca, tropiąc zło. Tu dążył morderca i jeśli los pozwoli, tu znajdziesz odpowiedzi, których szukasz. Nie odwracaj się tedy lekko, od tej szansy, albowiem duchy powiadają mi, iż źle wtedy uczynisz i szlachetne cienie przodków swych wstydem okryjesz!
Zmierzył łucznika poważnym, a głębokim spojrzeniem, po czym odstąpił nieco:
- Przedmiot ten, który nosił morderca prastary jest, zaiste. Prastary i pełen złowrogiej mocy - rzekł ciszej i jakby z bólem. - Biada temu kto go na sercu nosił będzie! Nie ludzkie dłonie bowiem go wykonały. Dlatego ten, kto go nałoży utraci nadzieję wszelką, a ciemne myśli będą go nękać dzień i noc. Wreszcie zły duch amuletu pożywiać się pocznie jego życiem jego duszy, aż na koniec doprowadzi go do nędznej i haniebnej śmierci...
Westchnął ciężko i usiadł ponownie przy ogniu:
- Dlatego nie zakładaj go, Daffydzie, bo nic dobrego cię nie spotka. A najlepiej nawet nie trzymaj go za długo w ręce - przestrzegł z naciskiem Bossończyka. - Lecz posłuchaj, co ci rzeknę, bowiem wielką odsłonię ci tajemnicę! Ludziom Północy jeno jest ona widoma, więc strzeż jej dobrze, a nie zawiedź naszego zaufania. Straszliwa klątwa bowiem spotka, jeśli to uczynisz! Otóż jezioro, które widziałeś, znajduje się w miejscu szczególnym. Tu bowiem Bogowie toczyli swoje bitwy. Amulet ten z tych czasów pochodzi i pewnikiem z odmętów wodnych ongiś wyłowiony został. Dlaczego przywiódł tu tego mordercę, nie wiem, lecz niechybnie sprowadził go tu z powrotem. Tedy wiedzieć jeszcze musisz, iż zło jakoweś pojawiło się w okolicy. O jego naturze na razie niewiele mi wiadomo. Lecz przybyłem tutaj by się tego dowiedzieć. A Hroth również ma mi pomóc w tej wielce szlachetnej misji. Teraz zaś widzę, że i ty wspomóc masz nas w wytropieniu owego zła. Ono bowiem jest przyczyną twych cierpień, bowiem sam morderca był jeno narzędziem w ręku mroczniejszej potęgi! Tako rzekły mi duchy, a ja słowa ich wam przekazuję, jako się godzi.
Pokiwał głową w zadumie i wlepił wzrok w ogień, jakby w nim jakąś kolejną tajemnicę wyczytać miał...
Po rzutach mych wykonanych przez MG: Szaman wydaje wam się niezwykle mądry, godny i szlachetny. Wszystko co mówi ma sens i nie będziecie w to wątpić.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]