: 05 sierpnia 2011, 11:47
Półbogowie. Super temat - sam podjąłem się tylko dwa razy tej roli, jednak nigdy nie byłem do końca zadowolony z efektów.
Przemiana półboska. Zawsze podchodziłem do tego tematu zupełnie w oderwaniu od tak magii jak i modlitwy jako takiej. Jak Leo wyżej wspomniał przemiana to wola. Dokonanie przemiany to manifestacja woli półboga: chcę! i już. Czas trwania (wprowadzania w życie) przemiany to czas potrzebny na nadanie woli cech realnych, wyobrażenie sobie czegoś materialnego nie tylko w ogólnym wyglądzie ale i w szczegółach, detalach, materiale. Im coś bardziej skomplikowanego tym dłużej będzie trwała kreacja - ale kreacja trwa w umyśle, samo zdarzenie nie trwa więcej niż chwile. Wyobrażanie sobie uśpienie boga może być trudne bo trzeba w swojej głowie ułożyć pewnie wszystkie warunki potrzebne do tego aby ów usnął, to może trwać (a i wtedy istnieje możliwość kontry, bo nadawanie nowych cech rzeczywistości to nie jest zwykła zabawa wyobraźnią). Zawsze byłem jednak przeciwnikiem równocześnie dodawania spektakularności udanym przemianom, to nie magia, nie ma fajerwerków i wodotrysków (chyba że one były właśnie przemianą wywołane). Rzeczy się stają, w jednej chwili. To jest nagięcie rzeczywistości siłą swojej woli. Co więcej, zawsze byłem za tym aby efekty przemiany były nie percepowalne dla otoczenia. Nadanie rzeczywistości nowego kształtu owocuje faktem, że coś się stało i jest to czymś oczywistym. Tak musiało być, skoro się stało. Im bardziej ekstrawagancka rzecz się zdarzyła w wyniku przemiany, tym bardziej oczywistym był fakt zaistnienia zjawiska. Oczywiście dopuszczam wszelkie odstępstwa od tej zasady - w wypadku gdy półbóg che aby było efektywnie to będzie - budynek zamiast się po prostu pojawić będzie się budował, będą się staczać kamienie i to może trwać ale jest to element woli półboga - zaplanowany ciąg zdarzeń.
Pomijam tutaj fakt działań w opozycji - reakcji bóstw, półbogów czy innych wiernych. Mówię o ogólnym postrzeganiu gawiedzi niezaangażowanej. Wynoszę to z faktu, o którym powinienem wspomnieć nieco wyżej, w moim postrzeganiu istnienie "instytucji przemiany półboskiej" nie jest znane - lud nie wie. Bogowie wiedzą że półbogowie mogą się posługiwać taką namiastką ich Mocy. Półbogowie wiedzą - dzięki temu się pojawiają na świecie, to nie byłe chłystek który chce zostać bogiem. To osoba która rodzi się ze świadomością że da się manipulować rzeczywistością. To jest właśnie wyjątkowość która czyni półboga.
Tutaj warto nadmienić jak się moim zdaniem winno tworzyć półbogów, czy inaczej - skąd się powinni stawać. Ja nigdy w moich obu przypadkach nie zakładałem, że stworzę półboga, szczerze mówiąc zawsze omijałem tą profesję ze względu na dużo niejasności z nią związanych. Ale półbogowie u mnie się stawali jakoby sami - zawsze było to po rzutach na zdolność nadnaturalną - a że nie zdarzyło mi się to więcej niż parę razy, zawsze owocowało to drastyczną zmianą koncepcji na postać. Wobec czego byłbym za tym aby postacie półbogów były wyjątkowe także ze względu na to że są wyjątkowe jako przedstawiciele własnej rasy. Wtedy być może ominiemy problem wspomniany przez RHN'a? Bo jak będzie nasz półbóg mistrzem miecza dzięki nadnaturalce to będzie świetnym (choć niekoniecznie silnym) wojownikiem formalnie nim nie będąc prawda? Ominięcie problemu, owszem, ale jak wiecie taką mam metodę wychodzenia z sytuacji niejasnych jakimi nas częstuje KC.
Wracając do przemian. Opiszę jedną sytuację jaką półbóg kolegi stworzył aby wyjaśnić jak widzę efekty przemian, tu nieudanych. Otóż drużynowy półbóg który resztę druzyny da facto wynajął jako ochronę, był małym garbatym krasnoludem, który z oczywistych względów aspirował do zostania bogiem garbusów. Był średnio przydatny jako kompan acz czary jego czasem ratowały dupsko całej kompani. Wiele przemian używał, jednak dla naszych postaci było to wręcz niezauważalne. Po prostu na chwilę się rozluźniał i zamykał oczy. Do czasu jak ostatni raz zamknął oczy i wszystko się skończyło. Dosłownie. Prowadziliśmy kampanie której osią było dość krwawe starcie małych półbogów - nie otwarte - bardziej działania zakulisowe, wysyłanie assasynów czy przekupywanie włościan aby nie gościć na swoich ziemiach tych czy tamtych wichrzycieli. Od czasu do czasu starcia odbywały się za pomocą przemian i po jednak takiej bardzo nieudanej zakończyły się żywoty naszej drożyny, co do jednego. Bez spektakularnych błyskawic i trzęsień ziemi. Ot koniec. Prawdziwa Moc nie potrzebuje efektów specjalnych rodem z hollywood'u.
Przemiana półboska. Zawsze podchodziłem do tego tematu zupełnie w oderwaniu od tak magii jak i modlitwy jako takiej. Jak Leo wyżej wspomniał przemiana to wola. Dokonanie przemiany to manifestacja woli półboga: chcę! i już. Czas trwania (wprowadzania w życie) przemiany to czas potrzebny na nadanie woli cech realnych, wyobrażenie sobie czegoś materialnego nie tylko w ogólnym wyglądzie ale i w szczegółach, detalach, materiale. Im coś bardziej skomplikowanego tym dłużej będzie trwała kreacja - ale kreacja trwa w umyśle, samo zdarzenie nie trwa więcej niż chwile. Wyobrażanie sobie uśpienie boga może być trudne bo trzeba w swojej głowie ułożyć pewnie wszystkie warunki potrzebne do tego aby ów usnął, to może trwać (a i wtedy istnieje możliwość kontry, bo nadawanie nowych cech rzeczywistości to nie jest zwykła zabawa wyobraźnią). Zawsze byłem jednak przeciwnikiem równocześnie dodawania spektakularności udanym przemianom, to nie magia, nie ma fajerwerków i wodotrysków (chyba że one były właśnie przemianą wywołane). Rzeczy się stają, w jednej chwili. To jest nagięcie rzeczywistości siłą swojej woli. Co więcej, zawsze byłem za tym aby efekty przemiany były nie percepowalne dla otoczenia. Nadanie rzeczywistości nowego kształtu owocuje faktem, że coś się stało i jest to czymś oczywistym. Tak musiało być, skoro się stało. Im bardziej ekstrawagancka rzecz się zdarzyła w wyniku przemiany, tym bardziej oczywistym był fakt zaistnienia zjawiska. Oczywiście dopuszczam wszelkie odstępstwa od tej zasady - w wypadku gdy półbóg che aby było efektywnie to będzie - budynek zamiast się po prostu pojawić będzie się budował, będą się staczać kamienie i to może trwać ale jest to element woli półboga - zaplanowany ciąg zdarzeń.
Pomijam tutaj fakt działań w opozycji - reakcji bóstw, półbogów czy innych wiernych. Mówię o ogólnym postrzeganiu gawiedzi niezaangażowanej. Wynoszę to z faktu, o którym powinienem wspomnieć nieco wyżej, w moim postrzeganiu istnienie "instytucji przemiany półboskiej" nie jest znane - lud nie wie. Bogowie wiedzą że półbogowie mogą się posługiwać taką namiastką ich Mocy. Półbogowie wiedzą - dzięki temu się pojawiają na świecie, to nie byłe chłystek który chce zostać bogiem. To osoba która rodzi się ze świadomością że da się manipulować rzeczywistością. To jest właśnie wyjątkowość która czyni półboga.
Tutaj warto nadmienić jak się moim zdaniem winno tworzyć półbogów, czy inaczej - skąd się powinni stawać. Ja nigdy w moich obu przypadkach nie zakładałem, że stworzę półboga, szczerze mówiąc zawsze omijałem tą profesję ze względu na dużo niejasności z nią związanych. Ale półbogowie u mnie się stawali jakoby sami - zawsze było to po rzutach na zdolność nadnaturalną - a że nie zdarzyło mi się to więcej niż parę razy, zawsze owocowało to drastyczną zmianą koncepcji na postać. Wobec czego byłbym za tym aby postacie półbogów były wyjątkowe także ze względu na to że są wyjątkowe jako przedstawiciele własnej rasy. Wtedy być może ominiemy problem wspomniany przez RHN'a? Bo jak będzie nasz półbóg mistrzem miecza dzięki nadnaturalce to będzie świetnym (choć niekoniecznie silnym) wojownikiem formalnie nim nie będąc prawda? Ominięcie problemu, owszem, ale jak wiecie taką mam metodę wychodzenia z sytuacji niejasnych jakimi nas częstuje KC.
Wracając do przemian. Opiszę jedną sytuację jaką półbóg kolegi stworzył aby wyjaśnić jak widzę efekty przemian, tu nieudanych. Otóż drużynowy półbóg który resztę druzyny da facto wynajął jako ochronę, był małym garbatym krasnoludem, który z oczywistych względów aspirował do zostania bogiem garbusów. Był średnio przydatny jako kompan acz czary jego czasem ratowały dupsko całej kompani. Wiele przemian używał, jednak dla naszych postaci było to wręcz niezauważalne. Po prostu na chwilę się rozluźniał i zamykał oczy. Do czasu jak ostatni raz zamknął oczy i wszystko się skończyło. Dosłownie. Prowadziliśmy kampanie której osią było dość krwawe starcie małych półbogów - nie otwarte - bardziej działania zakulisowe, wysyłanie assasynów czy przekupywanie włościan aby nie gościć na swoich ziemiach tych czy tamtych wichrzycieli. Od czasu do czasu starcia odbywały się za pomocą przemian i po jednak takiej bardzo nieudanej zakończyły się żywoty naszej drożyny, co do jednego. Bez spektakularnych błyskawic i trzęsień ziemi. Ot koniec. Prawdziwa Moc nie potrzebuje efektów specjalnych rodem z hollywood'u.