Zachodnia Wirginia, pogranicze Federacji Appalachów, 3 maja 2055
Chociaż Wilson prowadził z prędkością zaledwie ośmiu mil na godzinę, pikap podskakiwał na nierównej wyboistej drodze niczym rozjuszony muł, kołysząc się na boki i wpadając co chwila z jękiem maltretowanych amortyzatorów w głębokie wyrwy. Wiodąca przez lesiste wzgórza szosa była w fatalnym stanie, ale stanowiła jedyny sensowny objazd w kierunku Bluewell, bo droga stanowa numer 19 biegnąca w stronę Princeton praktycznie nie istniała, a te jej odcinki, które wciąż jeszcze zachowały popękaną warstwę asfaltu zatarasowane były rozpadającymi się od korozji wrakami samochodów.
Słońce zaczynało się zniżać ku lesistym grzbietom wzgórz, a wysokie masywy rzucały coraz dłuższe cienie na zniszczoną szosę przypominając podróżnym, że już niedługo okolice te obejmie we władanie noc.
Przewrócony na bok i przymocowany do paki łańcuchami motor Radeforda podskakiwał na każdym wyboju wydając z siebie metaliczne dźwięki, które zdawały się sprawiać kaznodziei fizyczny ból. Ebenezer siedział w szoferce pikapa, z nogami podciągniętymi pod brodę, uparcie starając się nie zwracać uwagi na dobiegający z tyłu hałas i bawiąc się machinalnie paskiem od obrzyna. Jego zamyślony wzrok błądził po gęstych lasach górujących ponad krętą szosą, podchodzących pniami młodych drzewek aż po linię spękanego asfaltu. Przyroda odbierała zniszczonej cywilizacji ziemię, rok po roku zacierając ślady po gatunku, który kilkadziesiąt lat temu stanowił dominującą formę życia na Ziemi.
- Co to? - odezwał się po raz pierwszy od kwadransa kaznodzieja, odwracając głowę w kierunku mijanego po prawej ogrodzenia z aluminiowej siatki, za którym pośród gęstych traw tkwił niewielki betonowy budyneczek pozbawiony szyb i ziejący wielkimi dziurami w dachu.
- Stacja pomp wodnych - odpowiedział Wilson zerknąwszy wpierw na ledwie czytelną tablicę zwisającą z otwartej szeroko bramy - Przed wojną podobno używano ich do nawadniania pól, gdzieś o tym czytałem.
- Zajrzymy? - zaproponował Radeford przekrzywiając głowę w tył i odprowadzając mijaną stację wzrokiem - Może napełnimy manierki?
- Woda najpewniej jest skażona - wzruszył ramionami Paul, nawet nie zdejmując stopy z pedału gazu - W takich miejscach roi się od szczurów i innych gryzoni. Mam resztkę tabletek chloru, lepiej nimi nie szastać na prawo i lewo.
- Jak tam chcesz - ziewnął kaznodzieja opierając się wygodniej w wytartym siedzeniu pikapa - A to co?
Palec wskazujący mężczyzny wycelowany był w przekrzywiony metalowy słup, który wychynął zza przesłoniętego drzewami zakrętu szosy. Wilson zwolnił nieco, odbił w bok omijając wielką dziurę wypłukaną pośrodku drogi przez ulewne deszcze. Cała lewa strona szosy zasypana była wysokimi ziemnymi muldami, naniesionymi z pobliskich zboczy wzgórz przez intensywne opady i nawarstwiającymi się od lat na zaniedbanym, przez nikogo nie konserwowanym szlaku.
- Drogowskaz - odpowiedział po chwili kierowca - Gdzieś tu musi być zjazd na miejscowe lotnisko...
- Lotnisko? - na surowej twarzy Radeforda pojawił się wyraz autentycznego zaciekawienia - Byłem raz na lotnisku w Detroit. Niesamowita sprawa, mówię ci. Wszędzie sterty złomu, nic, tylko grzebać i wykręcać, co się da. Jeden ziom zmontował sobie na swojego Chryslera kompletny pancerz z grubej blachy, którą wykroił z jakiegoś rozbitego Boeinga! Nawet z M60 ciężko go było przebić!
- Tak? - udał zainteresowanie Wilson, wciąż skoncentrowany na prowadzeniu wozu pomiędzy wielkimi dziurami i jednoczesnej obserwacji pobliskich wzgórz. W cieniu rzucanym przez wielkie drzewa mogły się czaić liczne niebezpieczeństwa, o których kierowca wolał nie zapominać: zmutowane dzikie zwierzęta, wędrujące gangi szabrowników, być może nawet zapuszczające się daleko na południe automaty zwiadowcze Molocha - A ile wyciągał na zegarze?
- Nic - zaśmiał się dźwięcznie Radeford, po raz pierwszy od opuszczenia zajazdu okazując iskrę dobrego humoru - Był tak ciężki, że nie silnik nie potrafił go uciągnąć z miejsca.
- Oto i zjazd - Paul pokazał palcem odchodzącą w prawo zniszczoną drogę, która niknęła za gęstym pasem drzew - Lotnisko hrabstwa Mercer. Jest jakieś półtorej mili na północ od szosy. Jack! Dojeżdżamy do lotniska!
Wątek techniczny
Odsypiających szaleństwa sobotniej nocy uczestników sesji pragnę uświadomić, że zakończenie wyżej zamieszczonego updatu jest jednocześnie zakamuflowaną prośbą o ewentualną deklarację w kwestii zjazdu na lotnisko 
Oczywiście nie jest to obowiązkowe, a zapewne nawet kryje w sobie jakieś okropne niebezpieczeństwo, ale czuję się w obowiązku podrzucać Wam czasami jakieś ciekawe motywy, żebyście nie nudzili się w trakcie podróży! Inną kwestią jest jednak coraz bliższy zmierzch, a penetrowanie różnych zakątków po zmroku może nieść ze sobą pewne niebezpieczeństwa. Lotnisko nie zając, przez noc nigdzie nie ucieknie, zawsze będziecie tu mogli wrócić jutro po świcie, za dnia łatwiej przyjdzie szabrować.
Co robicie?!