Strona 3 z 38
: 31 października 2013, 19:28
autor: 8art
Merywyn; Karczma Łysy Łeb; Wtorek; Gorim 20 Ketash 606OR, wieczór
- Żebym Cię tu więcej nie widział! - krzyknął karczmarz wygrażając samopałem. Lufa trzymanego w rękach garłacza odprowadziła Cygnarczyka, aż pod samo wyjście i gdy Drake zniknął w mroku, dopiero wtedy śmiercionośna broń zniknęła pod szynkwasem. Karczmarz kiwnął nieznacznie do gości w karczmie i w zasadzie wszycy powrócili do porządku dziennego, tak jakby incydent nigdy nie miał miejsca. Od jednego ze stolików, nieodpiwszy swoich kufli, wstało czterech mężczyzn i ruszyło w kierunku wyjscia, Mijając szynkwas uśmiechnęli się porozumiewawczo do karczmarza, po czym wyszli wkrótce po Banderasie.
Falko zauważył tych typków o niezbyt miłej aparycji już wcześniej. Każdy z nich nosił wyraźną kraciastą apaszkę w zielono - niebieskich kolorach. Sama apaszka dla kogoś spoza Rue Cotan nie mówiła zbyt wiele, ale dla Tardiriego, który spędził w tej okolicy dzieciństwo był to wyraźny znak, że są ludźmi Terivina Ostalgi - ojca chrzestnego grupy zajmujacej się przemytem, walkami zwierząt, urządzanymi na kilku niezbyt uroczych zakątkach Rue Cotan i zapewne wieloma innymi zajęciami, które niekoniecznie stały w zgodzie z literą llaelskiego prawa. Być może właściciel Łysego Łba i ogromnego garłacza należał do zaufanych Ostalgi, lub "za rozsądną cenę" korzystał z miłej sąsiedzkiej ochrony. Tardiri nie potrafił odpowiedzieć na cisnące się pytania, ale wydawało mu się, że czwórka bandziorów ma zdecydowaną ochotę zamienić na osobności kilka słów z krewkim Cygnarczykiem.
Magianik odprowadził wzrokiem rzezimieszków i miał już wstać, gdy z zamyślenia wyrwały go słowa otyłego Ryna stojącego tuż przy ich stoliku. Mężczyzna, pomimo niespodziewanego ataku Drake'a i tak podszedł do siedzących przy stoliku agentów. Słowa jakie wypowiedział były długo, bardzo długo oczekiwanym hasłem:
- Kupię chętnie trollowych żołądków. Jeśli tylko macie oczywiście, lub możecie zoorganizować coś. Zapłacę dobrze. Wyglądacie mi na ludzi, co trochę chadzają na łowy. - Człowiek w płaszczu poprawił swoje binokle i przetarł chustką kilka kropel na czole.
I co teraz? Z jednej strony szykuje się ciekawa kowersacja z nowym kontaktem CRS (o ile oczywiście podacie odzew;)) ale z drugiej na ulicy może zaraz dojść do o wiele ciekawszych zdarzeń...
: 31 października 2013, 20:08
autor: Araven
Mam parę, ale z Kosu.
O ile to panu nie przeszkadza, dodał po chwili Ivan patrząc na ryna.
Ale teraz, nie bardzo mamy czas na pogawędki i trollowych żołądkach, musimy na moment wyjść.
: 31 października 2013, 20:43
autor: Dobro
Czy udało mi się ukryć w cieniu na ulicy?
: 31 października 2013, 20:55
autor: Keth
Karczma Łysy Łeb; Gorim 20 Ketash 606 OR, wieczór
Falko Tadiri poczuł się w jednej chwili głęboko rozdarty. Przy stoliku pojawił się znienacka wypatrywany od wielu miesięcy łącznik CRS, ale nadmierna brawura Banderasa położyła się cieniem na nieoczekiwanym spotkaniu. Odsuwając z trzaskiem krzesło Umbrianin podniósł się ze swego miejsca i poklepał tęgiego jegomościa po ramieniu wskazując mu jednocześnie drugą ręką siedzących wciąż przy stoliku towarzyszy.
- Ci tutaj to myśliwi, z upodobaniem zajmują się patroszeniem różnistych cudacznych stworów - oznajmił magianik, siląc się na fałszywy spokój i spoglądając jednocześnie porozumiewawczo na Dennisona i Ivana - Na mniej już pora, panowie. Miłego wieczoru.
Rzuciwszy na blat stolika złotą monetę Umbrianin owinął się płaszczem i ruszył w stronę wyjścia, sprawiając wrażenie człowieka śpieszącego się w zacisze własnego domostwa.
Pozostawiam łącznika w rękach towarzyszy, wychodzę w ślad za zbirami jako asekuracja porywczego Cygnarczyka!
: 31 października 2013, 21:10
autor: Araven
Dennison, może ty też idź, ukochana czeka.
Ja jednak pogadam z panem.
Ile tych trollowych żołądków byście chcieli nabyć panie????
Ja zostaję, jednak wdając się w rozmowę o interesach.
: 01 listopada 2013, 17:35
autor: Keth
Karczma Łysy Łeb; Gorim 20 Ketash 606 OR, wieczór
Tadiri ominął kilka sąsiadujących z wejściem stolików opuszczając wzdłuż uda rękę skrywającą w cieniu rękawa sprężynowy nóż i pchnął osadzone na dobrze naoliwionych zawiasach drzwi. Panujący na ulicy mrok gęstniał z każdą chwilę, płosząc ostatnich przechodniów do domów. Nieubłaganie zbliżała się chwila, od której patrolujący stolicę Llaelu okupanci mogli strzelać bez ostrzeżenia do napotkanych na swej drodze nieznajomych... nie znaczyło to rzecz jasna, że za dnia byli mniej niebezpieczni, bo w karczmach i na targowiskach wciąż krążyły nowe szeptane cicho opowieści o zbrodniach najeźdźców, ale w nocy nikt zdrowy na rozumie nie kręcił się po ulicach bez dobrego powodu.
Merywyn tkwił w żelaznym uścisku wojennego prawa, a raczej jego khadoriańskiej interpretacji. Tadiri zacisnął wargi przypominając sobie dzień, w którym Czerwoni wybrali spośród członków królewskiego parlamentu trzydziestu siedmiu najbardziej wpływowych i zarazem niechętnych im arystokratów, a następnie stracili ich w ramach grupowej egzekucji wystawiając na widok publiczny odcięte głowy zamordowanych patriotów, wśród nich również diuków i arcydiuków składających się na śmietankę llaelijskiej szlachty.
Puszczając na chwilę w niepamięć nienawistne wspomnienia, Falko jął się rozglądać wzdłuż ulicy szukając wzrokiem niechybnych prześladowców Drake'a.
I jak, Mistrzu, co ci szubrawcy czynią?
: 03 listopada 2013, 16:53
autor: Waylander
...Nie byli gotowi...
- Formować batalion Panowie! - krzyknął generał McBreyd po otrzymaniu rozkazów od posłańca, po czym pogonił konia ruszając szybkim tempem wzdłuż szeregów na inspekcje . Po kilku sekundach potrzebnych na przekazanie rozkazu dobosze uderzyli w werble ogłaszając wszem i wobec że nastała chwila aby ich brygada zajęła pozycja.
Pierwsza do przodu ruszyła Piechota Okopowa maszerując w kierunku okopów które jak wiedział większość ich oficerów nazwała kiepskim żartem, albo pieprzoną prowizorką jak woleli mówić szeregowcy.
Szybko przekonał się czemu mimo takiej niskiej opinii dla fortyfikacji"Grabarze" nie zajęli się przez poprzednią noc ich ulepszeniem.
Początkowy uporządkowany marsz Grabarzy szybko zastąpił trucht ,a po tym bieg kiedy z naprzeciwka odezwały się Khadorskie moździerze. Pierwsze pociski spadły za blisko, ale następne rozerwały się wśród piechoty okopowej która właśnie kryła się, razem z kilkoma wspomagającymi ją Grenadierami w płytkim rowie mającym służyć im dziś za pozycje.
Widok pierwszych zabitych i rannych wołających o pomoc uderzył w niego z niespodziewaną siłą, widział już w drodze do tego miejsca sporo trupów o kilkunastu szpitalach polowych których przelotny widok przyprawiał o mdłości nie wspominając. Ale to było coś innego, teraz sam brał w tym wszystkim udział, i to nie w jakiejś tam potyczce patroli na jaką napatoczył się dwa dni wcześniej tylko w walnej bitwie, i to bitwie której choć nikt w sztabie tego głośno nie powiedział przy nim, wygrać raczej nie mieli szans... .
O dziwo, pomimo makabry tego co widział przed sobą, spektakl trwał dalej, Strzelcy zajęli pozycje w dwóch rzutach, po dwa szeregi za niewielkim wypiętrzeniem terenu które pozwalało pierwszemu klęczącemu szeregowi wystawiać na ostrzał tylko ramiona i głowy a drugiemu zapewniał osłonę do pasa. Znajdowali się na skraju lasu którym biegła droga, mieli ja utrzymać, jak określił to McBreyd"jak długo się da"...
- Ciekawe ile to będzie to"jak długo się da" i ile nas będzie to kosztować... - pomyślał spoglądając z mieszanką fascynacji i (jak miał nadzieje dobrze ukrytego) strachu na to co działo się dookoła.
- Zajmij pozycje i rób co do Ciebie należy Lo, tylko tyle- Słowa wypowiedziane z bliskiej odległości przywrócił go do rzeczywistości, to kapitan Porter, jego przełożony botmistrz zbliżył się do niego od tyłu. Po wyrazie jego starej, zmęczonej twarzy i tonie głosu widać było że na niewiele zdały się jego próby ukrycia strachu. Porter też nie wyglądał na szczęśliwego ale przynajmniej trzymał się porządnie na koniu w przeciwieństwie do niego. Nie było w tym w sumie nic dziwnego , strzaskane przed laty przez pocisk z garłacza kolano nie pozwalało mu na inny udział w walce niż konno. Tak naprawdę to nie powinien brać udziału w walce w ogóle, ale zmobilizowano go jako wykładowce razem z reszta ich rocznika.
- Tak jest sir, - powiedział siląc się na lekki nerwowy uśmiech- Do zobaczenie później Panie kapitanie... i powodzenia-salutując powoli zaczął kierować konia w kierunku swoich dwóch parobotów.
Przydział dwóch parobotów dla zwykłego porucznika po akademii byłby niebywałym zaszczytem, oznaką zaufania jakie podkładali w nim przełożeni. Teraz dwie masywne maszyny tylko podkreślały powagę sytuacji. Z jednym poradził by sobie całkiem nieźle ale dwa naraz całkowicie go przerastały, nie był w stanie ich kontrolować jednocześnie, musiał wydawać raz rozkazy jednemu raz drugiemu co powodowało że żaden nie osiągał szczytu efektywności. Powinien zajmować się jednym, ale w ich dywizji pomimo braku kompletu parobotów nie było i tak dość Lalkarzy żeby kontrolować te które dostali, więc łatano braki jak się tylko dało.
Dojechawszy do obydwu maszyn- Łowcy i starego Szpona który na dobrą sprawę nie powinien trafić już na front chyba że jako część śmiecio-zbrojowni jakiejś kompanii najemników. Zaczął mozolną prace skierowania obydwu na pierwszą linie co było szczególnie trudne w wypadku tego ostatniego... .
Nagle kanonada wroga która nękała dotąd wysunięty do przodu okop wzmogła się, więc zamiast zajmować się nieporadnym Szponem odwrócił się żeby spojrzeć w kierunku wroga i przekonać się co też takiego kombinują... i zobaczył Ich, trzy khadorskie pułki Gwardii Zimowej poderwały się zza osłony którą zapewniał im niewysoki kamienny mur jakieś niespełna 2000 tysiące stóp od nich i zaczęły maszerować powoli w ich kierunku. Ich szyk w przeciwieństwie do ich płytkiego był znacznie głębszy, po cztery szeregi w trzech rzutach. Przestrzeń pomiędzy wąskimi frontami pułków wypełniała tyraliera wrogich karabinierów, nowego nabytku w siłach zbrojnych Khadoru. Za ich linią posuwali się znaczni groźniejsi przeciwnicy w postaci Zbrojnych Bombardierów w sile drużyny na pułk oraz pary wielkich wrogich parobotów, w każdej po jednym Juggernaucie i Niszczycielu. Tuż za nimi toczono po cztery lekkie działa polowe które z pewnością niedługo zatrzymają się aby otworzyć ogień. Całość maszerując powoli pod rozpostartymi szkarłatnymi sztandarami sprawiała wrażenie czerwonego walca śmierci który nieśpiesznie ale niepowstrzymanie przetoczy się po każdym kto stanie mu na drodze.
A wiedział przecież że siły te mają tylko związać ich brygadę walką aby nie mogła pomóc pozostałym dwóm na odcinku gdzie spodziewali się głównego natarcie na ich dywizje... .
Ocknął się ze stupory w który wpadł na widok nadchodzących wrogów i pognał swoje paroboty na wyznaczone miejsce wśród strzelców.
Kiedy tam dotarł, padła pierwsza odpowiedź z ich strony na wrogie natarcie, bateria ciężkich starych dział ich sojuszników z Llaelu otworzyła ogień
i trafiła dwoma pociskami w prowadzący batalion Khardów w centrum. Ci zatrzymali się na sekundę aby zamknąć wyrwę w szeregach po czym ruszyli dalej przerywając ciszę w której dotąd maszerowali:
-Niech Żyje Królowa Ayn!, Niech Żyje Królowa Ayn!, Niech Żyje Królowa Ayn!, Niech... - stary gardłowy okrzyk bitewny Khardów rozbrzmiał nad polem, mrożąc krew w żyłach większości cygnarskich żołnierzy dla których to miała być pierwsza walka w ich życiu...
Nie byliśmy gotowi... ja nie byłem gotowy...
***
Lewis Armstead poderwał się z łóżka zrzucając na ziemie przepoconą pościel. Na szczęście dzisiaj udało mu się obudzić bez krzyku, ale była to mała pociecha. Koszmary powtarzały się coraz częściej, teraz już niemal codziennie. Lewis wiedział że jeszcze z tydzień, dwa spędzone w zamknięciu a rzeczywiście zwariuje, a nie tylko będzie udawał wariata, w celu uwiarygodnienia przykrywki. Sam pomysł na początku wydawał się świetny, bo tak naprawdę nikt nigdy nie powiedział że jest wariatem, ale niewychodzenie z domu które było dla niego bardzo korzystne na początku, połączone z kilkoma pozornie przypadkowymi sugestiami jego gospodarza dało początek plotce. Ta oczywiście zaczęła żyć własnym życiem i choć żaden z sąsiadów nigdy tego z uprzejmości nie przyznał wszyscy współczuli jego towarzyszowi kłopotliwego krewnego który postradał rozum w trakcie wojny, a którego ten z dobroci serca nie chciał oddać do przytułku.
Podniósł się gniewnie z łóżka podchodząc do szafy, musi się ubrać i być gotowym. W końcu dzisiaj jest dzień, a raczej noc nawiązywania kontaktu, więc musi być gotowy...:
- Ciekawe na co? Nie łudź się idioto- mruknął pod nosem sam do siebie ubierając spodnie.
Już chociażby to gadanie było jawnym świadectwem że powoli wariuje. Pomimo wielkiej ochoty rzucenia wszystkim w okolicy, a najlepiej wyjścia na dwór i poszukania jakiegoś patrolu okupantów w celu przeprowadzenia "przyjacielskie rozmowy" przy pomocy rewolweru ubrał się i posprzątał pościel z wyuczoną w akademii dokładnością. Po czym usiadł w fotelu i zaczął czytać po raz kolejny "Historia Cean: Era Tysiąca Miast".
: 03 listopada 2013, 20:01
autor: 8art
Merywyn; Karczma Łysy Łeb; Wtorek; Gorim 20 Ketash 606OR, wieczór
Mężczyzna otarł jeszcze raz czoło chustką i spojrzał na zdeterminowane twarze trzech osób wstających od stolika i zbierających się pośpiesznie do wyjścia. Na pewno nie był głupcem i zdawał sobie sprawę z tego co się święci. Nie chciał, nie mógł ich zatrzymać, bez wzbudzania podejrzeń. Spotkanie miało wyglądać naturalnie, ale takim nie było juz nawet zanim się zaczęło. Nowy rezydent wywiadu nie chciał go jednak psuć do końca i siląc się na pozornie obojętny ton powiedział:
- Widzę, że mus Wam iść, zatem zajrzyjcie do mnie wszyscy do kantorku na Zarzeczu. Jutro przed południem. Pogadamy o interesach. Tu jest mój bilet wizytowy. Mniemam, że któryś z Was jest czytaty? - Pytanie, zadane gdzieś na szlacheckim raucie mogło być obraźliwe i być powodem do dania satysfakcji w pojedynku. Ale w karczmie w biednym zaułku Rue Cotan umiejętność pisania i czytania nie była tak oczywista. Niemal na każdej ulicy można było znaleźć najemnego skrybę kreślącego urzędowe pisma, lub po prostu odczytującego niepiśmiennym listy za pobraniem kilku miedziaków. Dennison schwycił kawałek papieru i odzczytał kiepsko wydrukowane pismo.
[center]
[/center]
Kendrik schował papier do kieszeni skórzanego płaszcza, skinął do kupca i ruszył za przyjaciółmi. Rauthe dodał jeszcze niemal szeptem:
-Bez głupstw...
Ivan i Falko byli już na zewnątrz. Dennison niemal wpadł im na plecy. Kilka metrów przed nimi stały zbiry Ostalgi, rozgladając się bacznie wokół. Tardiri zaklął cicho, myśląc, że zachowali się jak głupcy. Wyszli, wprost na bandziorów, a tymczasem Drake rozpłynął się w ciemnościach. Widok komapanów Bandersa od razu przykuł uwagę rzeziemiszków. Najniższy z miejscowych "stróżów porządku" uśmiechnął się brzydko, odkrywając rząd mocno przetrzebionych i popsutych zębów:
- Ten wasz przyjaciel na starszych jegomościów nad wyraz chutliwy, ale do rozmów z nami juz nie skory i przepadł w ćmicy, jak nie przymierzając w rzyci. Rzeknijcie mu, że jak tu jeszcze raz jego wredna morda zajrzy, to zeżre ten swój kozik, co nim grubasa i gości zacnych w karczmie straszył. - Zbir podszedł powoli do Ivana, nie przestając się wrednie uśmiechać. Łowca nie cofnął sie o krok. Poczuł śmierdzący oddech bandyty, który podniósł prawicę w zamiarze poklepania Ivana po policzku: - Rozumiemy się?
Założyłem, że w sprzyjających okolicznosciach, jak zapyziałe, ciemne ulice Rue Cotan, Drake'owi udało się zniknąć, gdzieś w zaułkach, przylegających do wyszynku. Ale nic straconego, skoro reszta kompanii dzielnie ruszyła w sukurs nerwowemu cygnarczykowi:D
Reagujecie jakoś na oczywistą zaczepkę w postaci policzka?
PS: Dla zainteresowanych bilet wizytowy kupca w załączniku;)
: 03 listopada 2013, 20:39
autor: Araven
Ivan złapał przegub oprycha nim jego dłoń dotknęła jego policzka.
Gdzie z łapami, policzkować to sobie możesz swoją starą, nie mnie.
A ten koleś to żaden nasz znajomy, narwaniec jakiś.
: 03 listopada 2013, 21:53
autor: 8art
Merywyn; Przed Łysym Łbem; Wtorek; Gorim 20 Ketash 606OR, wieczór
- Gdzie z łapami, policzkować to sobie możesz starą, a nie mnie... - Podolski nawet nie dokończył. Czterech ludzi Ostalgi wyraźnie szukało okazji do zwady i ją sobie znalazło. Takiego dyshonoru, jakim było lżenie własnej matki, nie mógł znieść żaden szanujący się doliniarz. Lewa pięść oprycha, którego Llaelczyk złapał za przegub dłoni, pomknęła błyskawicznie uderzając łowcę w podbródek. Ivan odruchowo krzyknął i poleciał do tyłu pociągając za sobą wciąż trzymanego za prawicę rzezimieszka. Obaj przewrócili się na bruk zwierając w szamotaninie.
Oprych atakuje Ivana. Zakładam jako MG, że automatycznie wygrywa inicjatywę. Rzucam na trafienie. Na kostkach wypada 8, co o jedno oczko przekracza obronę Podolskiego. W rzucie na obrażenia wypada 8, co razem z siłą oprych daje 13 obrażeń. Odejmuje pancerz Ivana i nasz łowca otrzymuje na czysto 3 obrażenia w sekcje Budowa jego Spirali Życia.
Czekam na Wasze deklaracje, może użyjecie swoich Przewag itp. Sytuajca wygląda nastepująco. Ivan i jeden z oprychów padają na ziemię, rteraz będzie akcja Aravena, więc może się odgryźć, jeśli zechce. Pozostałych trzech przestepców atakuje Dennisona i Falka. Żaden z nich nie jest widocznie uzbrojony, ale nie wykluczone, że mogą mieć jakieś asy w rękawach. Czekam na Wasze deklaracje. Inicjatywa:
Dennison: 14+8=22
Falko 13+8=21
Zbiry: 12+5=17
Drake: Ostatni, bo jest kilkanaście metrów dalej w zaułku. (Jeśli oczywiście zdecyduje się pomóc kolegom:)
: 03 listopada 2013, 22:32
autor: Araven
Ty kurwi synu, staram się wstać i pociągnąć gościa z buta albo z pięści, używam wszelkich posiadanych umiejętności walki wręcz.
Na razie nie sięgam po nóż. Mam dwa ataki, to ładuję mu 2 razy.
: 04 listopada 2013, 06:00
autor: maciej
Dennison nie lubił awantur w zaułkach,szczególnie zaś z członkami organizacji. Dla niego była to brutalna jatka. W swej karierze detektywa zetknął się kilkakrotnie z ofiarami takich porachunków. Toteż nie zamierzał czekać aż bandzior sięgnie po mocniejsze środki zaradcze.
Następuję mu mocno na stopę i walę łokciem w szczękę.
: 04 listopada 2013, 17:35
autor: 8art
Watek techniczny
Jesli chcecie uzyc jakis zdolnosci, tworzyc jakies combosy itp to bardzo prosze o konkretne deklaracje, bo nie bardzo wiem jak mam zrozumiec uzycie "wszelkich zdolnosci" czy podobnych, malo precyzyjnych deklaracji

. Czy to oznacza, ze Ivan leci plackiem na ziemie bo ma zdolnosc Find Cover?;)
Jako MG zakladam, ze nie zadeklarowanie zdolnosci w walce skutkuje tylko i wylacznie lopatologicznym mloceniu "ja jego, on mnie".
: 04 listopada 2013, 18:19
autor: Araven
Jako obyty Patfinder i Skilled odtaczam się sprytnie, potem walę go 2 razy (za Skillled).
A ja dostałem ranę za 3, czy mam zakreślone pola ran nr 1,2 i 3 ?
: 04 listopada 2013, 22:33
autor: Dobro
Drake ucieszył się, czując podniecenie rozpływające się po całym jego ciele. Bójka z tymi oprychami była dla niego jak dar boży. Wyciągnął garrotę i ruszył lekkim truchtem, z zabójczym drucikiem w obu dłoniach przy pasie, starając się biec bezgłośnie na palcach.
Zachodzę przeciwnika stojącego najbliżej mnie i zakładam mu garotę na szyję, chcąc go udusić, jednocześnie dając znać reszcie opryszków, że mają spadać na drzewo banany prostować.