PBF - Ścigając samego siebie
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
- Co ty bredzisz? Jakie odciski? - chudy z coraz większym zdziwieniem przypatrywał się domorosłemu detektywowi, zupełnie nie mogąc zrozumieć po jaką cholerę ma szukać niedorajd którzy nawet nie potrafili ich zabić. Sam nie potrafił w przybliżeniu określić jak ma na imię, a miał szukać frajerów do których zapewne bez większej giwery lepiej było się nie zbliżać. A samemu nie miał nawet kapsla w kieszeni powycieranych dżinsów, nie wspominając o broni. Zresztą czy potrafiłby się nią posłużyć?
- Pierdolić to, chodźmy się lepiej napić...
- Pierdolić to, chodźmy się lepiej napić...
- Chudy, czy jak tam masz na imię, niby za co masz zamiar się napić? Sprzedasz buty? - wymamrotał albinos, nie przestając grzebać w mogile. - A poza tym lepiej wiedzieć ilu było gości, co nie? Właśnie po to są ślady. - wciąż odgarniając ziemię deską, dodał po chwili - Nawet jeżeli pamiętacie swoje prawdziwe imiona, nie przedstawiajcie się nimi. Oni mogą wciąż tu gdzieś być. Dla was jestem... - wstrzymał pracę i się zamyślił - Jon "Sugarman" Jensen. Jeśli chodzi o umiejętności walki, mówiłem że łapy mi się trzęsą, a fizycznie jestem słaby jak galareta, więc raczej ani nie strzelałem ani nie tłukłem po mordach. Coś czuję, że narzędziem mojej pracy jest - a raczej było - to - albinos wskazał na swój czerep. Po tych słowach wrócił do grzebania w mogile deską.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Goodsprings, cmentarz na wzgórzu
Chudzielec znowu zaczął zdradzać objawy nerwowego podekscytowania, zapewne powodowanego silnym uzależnieniem od jakiegoś chemicznego specyfiku. Albinos prychnął obserwując towarzysza kątem oka, otrzepał spodnie i machnął ręką na ponurego zabijakę dając znać, że zakończył oględziny.
Widząc to chudzielec natychmiast wyprzedził obu bezimiennych druhów, ruszył w dół cmentarnego wzgórza pogwizdując wesoło i kręcąc na wszystkie strony głową.
Chudzielec znowu zaczął zdradzać objawy nerwowego podekscytowania, zapewne powodowanego silnym uzależnieniem od jakiegoś chemicznego specyfiku. Albinos prychnął obserwując towarzysza kątem oka, otrzepał spodnie i machnął ręką na ponurego zabijakę dając znać, że zakończył oględziny.
Widząc to chudzielec natychmiast wyprzedził obu bezimiennych druhów, ruszył w dół cmentarnego wzgórza pogwizdując wesoło i kręcąc na wszystkie strony głową.
Jak wcześniej wspomniałem, niczego ciekawego raczej już tutaj nie znajdziecie, zatem do baru! 
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Goodsprings, Prospector Saloon
Nie siląc się zbytnio na konwersację, trzej mężczyźni zeszli z jałowego wzgórza pomiędzy zabudowania Goodsprings, kierując się w stronę wskazanego im wcześniej budynku. Ich oczy myszkowały po okolicy, ale dostrzegani wcześniej tu i ówdzie mieszkańcy osady, zajęci nawadnianiem i plewieniem warzywniaków bądź doglądaniem kozłorogów, teraz gdzieś zniknęli i Goodsprings zaczęło przypominać znienacka prawdziwe miasteczko duchów.
Zbudowany z cegieł piętrowy budynek baru migotał blaskiem zawieszonych nad wejściem neonowych liter, składających się na wielobarwne słowo "saloon". Przed drewnianą werandą tkwiły pokryte grubą warstwą piaskowego pyłu motocykle, rdzewiejące zapewne od wielu lat w tym miejscu, pozbawione większości części i sprawiające żałosne wrażenie.
- Chyba się żadnego nie da odpalić - zauważył przelotnie chudzielec, zatrzymując się na chwilę przy jednym z pojazdów - Kurde, ktoś wyszarpał cały silnik, a bak rdza przeżarła na wylot.
- Gdyby były cokolwiek warte, na pewno by tutaj nie leżały - zauważył zdawkowo posępny zabijaka - Ktoś już dawno by je sprzedał na części.
Z wnętrza baru dobiegał gwar ludzkich głosów, ale szyby z mlecznego szkła wprawione w ścianę po obu stronach drzwi nie pozwalały niczego we wnętrzu dostrzec.
- Na pewno nie macie żadnej kasy? - upewnił się z markotną miną chudzielec - Nic, może ktoś się zlituje i postawi piwo za dobrą historię o ucieczce z grobu.
[center]
[/center]
Nie siląc się zbytnio na konwersację, trzej mężczyźni zeszli z jałowego wzgórza pomiędzy zabudowania Goodsprings, kierując się w stronę wskazanego im wcześniej budynku. Ich oczy myszkowały po okolicy, ale dostrzegani wcześniej tu i ówdzie mieszkańcy osady, zajęci nawadnianiem i plewieniem warzywniaków bądź doglądaniem kozłorogów, teraz gdzieś zniknęli i Goodsprings zaczęło przypominać znienacka prawdziwe miasteczko duchów.
Zbudowany z cegieł piętrowy budynek baru migotał blaskiem zawieszonych nad wejściem neonowych liter, składających się na wielobarwne słowo "saloon". Przed drewnianą werandą tkwiły pokryte grubą warstwą piaskowego pyłu motocykle, rdzewiejące zapewne od wielu lat w tym miejscu, pozbawione większości części i sprawiające żałosne wrażenie.
- Chyba się żadnego nie da odpalić - zauważył przelotnie chudzielec, zatrzymując się na chwilę przy jednym z pojazdów - Kurde, ktoś wyszarpał cały silnik, a bak rdza przeżarła na wylot.
- Gdyby były cokolwiek warte, na pewno by tutaj nie leżały - zauważył zdawkowo posępny zabijaka - Ktoś już dawno by je sprzedał na części.
Z wnętrza baru dobiegał gwar ludzkich głosów, ale szyby z mlecznego szkła wprawione w ścianę po obu stronach drzwi nie pozwalały niczego we wnętrzu dostrzec.
- Na pewno nie macie żadnej kasy? - upewnił się z markotną miną chudzielec - Nic, może ktoś się zlituje i postawi piwo za dobrą historię o ucieczce z grobu.
[center]
[/center]
Na ilustracji jedyny bar w Goodsprings. Nie widać tego na obrazku, ale tuż z lewej znajduje się też jedyny w osadzie sklep wielobranżowy, teraz zamknięty na cztery spusty. W środku słychać dźwięki ożywionych rozmów, co pozwala sądzić, że aktualna populacja osady zgromadziła się właśnie w barze.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Goodsprings, Prospector Saloon
Drzwi zazgrzytały głośno, ale zgromadzeni w salonie ludzie nie zwrócili na ów dźwięk większej uwagi, otaczając kręgiem stojącego przy barze człowieka w kuloodpornej kamizelce i przysłuchując się z wyjątkowo nieprzyjaznymi minami jego słowom. Większość miała na sobie znoszone ubrania, uszyte z dżinsu, sztruksu bądź wyprawionej zwierzęcej skóry, ale stojąca za kontuarem baru kobieta o twardej zdecydowanej twarzy nosiła zadbaną na miarę możliwości przedwojenną sukienkę.
- Sprzeciw zupełnie wam się nie opłaci, nie potraficie tego zrozumieć? - zapytał podniesionym głosem mężczyzna w kuloodpornej kamizelce, uderzając dla podkreślenia wagi swych słów pięścią w blat kontuaru - Chcemy mieć Ringo, najlepiej żywego, ale martwy też się nada.
- Ten człowiek jest naszym gościem - odparła kobieta za barem, poparta pomrukami części przysłuchujących się sprzeczce osadników - Dopóki przebywa w Goodsprings, jest pod naszą opieką. Odejdź stąd i daj nam spokój.
- Chyba ci się poprzewracało w głowie, głupia krowo! - sarknął człowiek w kamizelce - Chyba zapominasz, z kim masz do czynienia. Jeśli nie wydacie nam po dobroci tego małego skurwysyna, zabierzemy go sobie siłą, ale wtedy wam też się oberwie.
Słysząc inwektywy kobieta za barem zacisnęła gniewnie usta, ale nie zrobiła niczego innego, pozostając w miejscu i świdrując rozmówcę gniewnym wzrokiem.
- Nie szukamy zwady i wam kłopoty też pewnie nie są potrzebne - odezwał się stojący w grupie osadników doktor Mitchell, silący się na zachowanie przyjacielskiego, a jednocześnie rozważnego w swym brzmieniu tonu - Dlaczego po prostu nie rozejść się w swoje strony, przyjacielu?
- Wasz wybór, wasze życie, wsioki - odpowiedział człowiek w kamizelce - Macie czas do zmierzchu. Albo wydacie nam Ringo, w pętach czy w plastikowym worku, albo weźmiemy go sobie wieczorem sami, ale wtedy umrze więcej ludzi. Wasz wybór!
Nie panując do końca nad swym wzburzeniem mężczyzna uderzył pięścią w stojące na kontuarze radio, zrzucając je na podłogę pośród głośnego huku pękającej obudowy.
[center]
[/center]
Drzwi zazgrzytały głośno, ale zgromadzeni w salonie ludzie nie zwrócili na ów dźwięk większej uwagi, otaczając kręgiem stojącego przy barze człowieka w kuloodpornej kamizelce i przysłuchując się z wyjątkowo nieprzyjaznymi minami jego słowom. Większość miała na sobie znoszone ubrania, uszyte z dżinsu, sztruksu bądź wyprawionej zwierzęcej skóry, ale stojąca za kontuarem baru kobieta o twardej zdecydowanej twarzy nosiła zadbaną na miarę możliwości przedwojenną sukienkę.
- Sprzeciw zupełnie wam się nie opłaci, nie potraficie tego zrozumieć? - zapytał podniesionym głosem mężczyzna w kuloodpornej kamizelce, uderzając dla podkreślenia wagi swych słów pięścią w blat kontuaru - Chcemy mieć Ringo, najlepiej żywego, ale martwy też się nada.
- Ten człowiek jest naszym gościem - odparła kobieta za barem, poparta pomrukami części przysłuchujących się sprzeczce osadników - Dopóki przebywa w Goodsprings, jest pod naszą opieką. Odejdź stąd i daj nam spokój.
- Chyba ci się poprzewracało w głowie, głupia krowo! - sarknął człowiek w kamizelce - Chyba zapominasz, z kim masz do czynienia. Jeśli nie wydacie nam po dobroci tego małego skurwysyna, zabierzemy go sobie siłą, ale wtedy wam też się oberwie.
Słysząc inwektywy kobieta za barem zacisnęła gniewnie usta, ale nie zrobiła niczego innego, pozostając w miejscu i świdrując rozmówcę gniewnym wzrokiem.
- Nie szukamy zwady i wam kłopoty też pewnie nie są potrzebne - odezwał się stojący w grupie osadników doktor Mitchell, silący się na zachowanie przyjacielskiego, a jednocześnie rozważnego w swym brzmieniu tonu - Dlaczego po prostu nie rozejść się w swoje strony, przyjacielu?
- Wasz wybór, wasze życie, wsioki - odpowiedział człowiek w kamizelce - Macie czas do zmierzchu. Albo wydacie nam Ringo, w pętach czy w plastikowym worku, albo weźmiemy go sobie wieczorem sami, ale wtedy umrze więcej ludzi. Wasz wybór!
Nie panując do końca nad swym wzburzeniem mężczyzna uderzył pięścią w stojące na kontuarze radio, zrzucając je na podłogę pośród głośnego huku pękającej obudowy.
[center]
[/center]
Wchodząc do baru staliście się świadkami mało przyjaznej konwersacji pomiędzy człowiekiem, który chyba nie jest stąd, a grupą miejscowych. Na obrazku wnętrze salonu, chociaż musicie nałożyć na nie gromadę miejscowych ściśniętych teraz w lewym pomieszczeniu tuż przy kontuarze. Są stoliki, jest bilard, jest barek, a w tylnej części toalety i pokoje, gdzie można się przespać.
Ale awantura wciąż trwa, więc ciekaw jestem, w jaki sposób macie zamiar się teraz zachować...
Ale awantura wciąż trwa, więc ciekaw jestem, w jaki sposób macie zamiar się teraz zachować...
-
namakemono
- Reactions:
- Posty: 1552
- Rejestracja: 26 października 2012, 07:18
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Goodsprings, Prospector Saloon
Przez gromadzonych w salonie osadników przebiegł szmer zdumionych głosów, kiedy najpierw swe słowa wygłosił jeden z trzech ocalonych z grobu bezimiennych wędrowców, potem zaś siedzący dotąd w milczeniu przy najdalszym stoliku człowiek w ortalionowym płaszczu.
Mężczyzna w kuloodpornej kamizelce odwrócił się od kontuaru spoglądając złowieszczo na obu mających czelność wtrącić się do rozmowy nieznajomych. Jego prawa dłoń, zaciśnięta dotąd gniewnie w pięść, zawisła w geście oczywistej groźby nad noszonym w olstrze przy boku wielkim rewolwerem.
- A kim wy jesteście, żeby się pchać w nieswoje sprawy? - zawarczał odsłaniając w grymasie złości zęby - Coście za jedni?
Ocalony przed śmiercią w grobie jasnowłosy zabijaka zawahał się na ułamek chwili, chyba nie znajdując na pytanie rozmówcy odpowiedzi. Wykorzystał to natychmiast człowiek w ortalionowym płaszczu, podnosząc się z krzesła za stolikiem i prostując sylwetkę.
- Jestem ojciec David Gottschalk z Boneyard, głosiciel Słowa Bożego - oznajmił dźwięcznym głosem - Pokrzepiam niepocieszonych, chronię słabych i nawracam grzeszników... zazwyczaj nawracam, wszelako czasem też karzę, gdy obrót spraw wymaga takowej kary. Osada ta zaszczyciła mnie gościną, więc gotów jestem się jej odwdzięczyć w trudnej chwili.
Człowiek w kuloodpornej kamizelce nic w pierwszej chwili nie odrzekł, lustrując kaznodzieję wyjątkowo nieżyczliwym spojrzeniem. Przeciągającą się ciężką ciszę przerwała stojąca za kontuarem kobieta.
- Dość tego, Joe - powiedziała twardym tonem - Powiedziałeś, co miałeś, a teraz wyjdź. Jeśli zamierzasz na nas napaść, licz się z konsekwencjami. Nie damy się tłamsić na każde wasze życzenie. Przyjdzie taki dzień, kiedy RNK...
- W dupie mam RNK! - przerwał jej mężczyzna o imieniu Joe - Jeśli chcesz zobaczyć, co zrobiliśmy z ich strażnikami w więzieniu, możesz wpaść z wizytą. Nie ruszą nas, bo srają ze strachu przed Legionem, nosa nie wystawiają z garnizonów. Od Goodsprings po Primm i Nipton rządzą teraz Kajdaniarze i jeśli ktoś nie chce się z tym pogodzić... niech się jak najszybciej stąd wynosi albo kopie sobie grób!
Roztrącając bezceremonialnie stojących mu na drodze osadników mężczyzna wyszedł z baru, kopniakiem otwierając drzwi, a potem zatrzaskując je z hukiem tak donośnym, że na twarzy chudzielca pojawił się grymas mimowolnego bólu.
Przez gromadzonych w salonie osadników przebiegł szmer zdumionych głosów, kiedy najpierw swe słowa wygłosił jeden z trzech ocalonych z grobu bezimiennych wędrowców, potem zaś siedzący dotąd w milczeniu przy najdalszym stoliku człowiek w ortalionowym płaszczu.
Mężczyzna w kuloodpornej kamizelce odwrócił się od kontuaru spoglądając złowieszczo na obu mających czelność wtrącić się do rozmowy nieznajomych. Jego prawa dłoń, zaciśnięta dotąd gniewnie w pięść, zawisła w geście oczywistej groźby nad noszonym w olstrze przy boku wielkim rewolwerem.
- A kim wy jesteście, żeby się pchać w nieswoje sprawy? - zawarczał odsłaniając w grymasie złości zęby - Coście za jedni?
Ocalony przed śmiercią w grobie jasnowłosy zabijaka zawahał się na ułamek chwili, chyba nie znajdując na pytanie rozmówcy odpowiedzi. Wykorzystał to natychmiast człowiek w ortalionowym płaszczu, podnosząc się z krzesła za stolikiem i prostując sylwetkę.
- Jestem ojciec David Gottschalk z Boneyard, głosiciel Słowa Bożego - oznajmił dźwięcznym głosem - Pokrzepiam niepocieszonych, chronię słabych i nawracam grzeszników... zazwyczaj nawracam, wszelako czasem też karzę, gdy obrót spraw wymaga takowej kary. Osada ta zaszczyciła mnie gościną, więc gotów jestem się jej odwdzięczyć w trudnej chwili.
Człowiek w kuloodpornej kamizelce nic w pierwszej chwili nie odrzekł, lustrując kaznodzieję wyjątkowo nieżyczliwym spojrzeniem. Przeciągającą się ciężką ciszę przerwała stojąca za kontuarem kobieta.
- Dość tego, Joe - powiedziała twardym tonem - Powiedziałeś, co miałeś, a teraz wyjdź. Jeśli zamierzasz na nas napaść, licz się z konsekwencjami. Nie damy się tłamsić na każde wasze życzenie. Przyjdzie taki dzień, kiedy RNK...
- W dupie mam RNK! - przerwał jej mężczyzna o imieniu Joe - Jeśli chcesz zobaczyć, co zrobiliśmy z ich strażnikami w więzieniu, możesz wpaść z wizytą. Nie ruszą nas, bo srają ze strachu przed Legionem, nosa nie wystawiają z garnizonów. Od Goodsprings po Primm i Nipton rządzą teraz Kajdaniarze i jeśli ktoś nie chce się z tym pogodzić... niech się jak najszybciej stąd wynosi albo kopie sobie grób!
Roztrącając bezceremonialnie stojących mu na drodze osadników mężczyzna wyszedł z baru, kopniakiem otwierając drzwi, a potem zatrzaskując je z hukiem tak donośnym, że na twarzy chudzielca pojawił się grymas mimowolnego bólu.
Poszukujący niejakiego Ringo Joe opuścił salon w stanie wielkiego wzburzenia. Jakieś deklaracje na szybko, jakieś komentarze?
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Chudy złapał się za rozczochraną czuprynę. Jego kompani kimkolwoek byli ledwo weszli do salonu a już zaczęli kroić awanturę z uzbrojonym i opancerzonym typem. Jakież to zrządzenie losu spowodowało, że los skrzyżował ich ścieżki. No ale cóż. Trzeba było już potoczyć dalej jakąś tę gierkę, choć mężczyzna obiecał sobie w duchu, że w żadną jatkę mieszać się nie będzie.
Chudzielec stanąwszy tak aby być dobrze zasłoniętym przez jednego z kompanów, co w zasadzie nie było niczym trudnym, zważywszy na fakt, że był najmniejszy z całej tej zbieraniny, zaczął komicznie się trzęsącą w tych okolicznościach pięścią wygrażać opancerzonemu zabijace:
- Www... Właśnie po...po...popaprańcu! Jakim prawem! Chodź tu, to ci zaraz taki spierdol wpuszcze... Eeee... wpierdol spuszcze, że po... popamiętasz!
Potem skulił się jeszcze bardziej, rozglądając się na wszelki wypadek za miejscem gdzie miałby uciekać, a także za jakimiś pozostawionymi bez opieki naczyniami w których mógł być alkohol.
Wątek rechniczny
Kurde znowu spóźniłem się z wpisem!:)
Chudzielec stanąwszy tak aby być dobrze zasłoniętym przez jednego z kompanów, co w zasadzie nie było niczym trudnym, zważywszy na fakt, że był najmniejszy z całej tej zbieraniny, zaczął komicznie się trzęsącą w tych okolicznościach pięścią wygrażać opancerzonemu zabijace:
- Www... Właśnie po...po...popaprańcu! Jakim prawem! Chodź tu, to ci zaraz taki spierdol wpuszcze... Eeee... wpierdol spuszcze, że po... popamiętasz!
Potem skulił się jeszcze bardziej, rozglądając się na wszelki wypadek za miejscem gdzie miałby uciekać, a także za jakimiś pozostawionymi bez opieki naczyniami w których mógł być alkohol.
Wątek rechniczny
Kurde znowu spóźniłem się z wpisem!:)
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
- Ale mu pokazaliśmy, nie? - chudy z promiennym uśmiechem, ukazującym przerzedzony rząd popsutych zębów, zdradzający zażywanie metaamfetaminy, podsumował wyjście Kajdaniarza:
- Nieźle się wystraszył. Wystarczy takiego cwaniaka trochę przycisnąć i zaraz mu jaja miękną...
Potem popatrzył przyjaźnie na zgromadzony tłumek i rozbrająco szczerze poprosił:
- Znalazłaby się jakaś butelczyna dla paru gości z klasą...
Ludzie popatrzyli się dziwnie na chudego. Mężczzna przerwał ciszę:
- No co? Jakbyście z grobu wstali to też by się Wam pić chciało...
- Nieźle się wystraszył. Wystarczy takiego cwaniaka trochę przycisnąć i zaraz mu jaja miękną...
Potem popatrzył przyjaźnie na zgromadzony tłumek i rozbrająco szczerze poprosił:
- Znalazłaby się jakaś butelczyna dla paru gości z klasą...
Ludzie popatrzyli się dziwnie na chudego. Mężczzna przerwał ciszę:
- No co? Jakbyście z grobu wstali to też by się Wam pić chciało...
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Goodsprings, Prospector Saloon
Posłane w ślad za wychodzącym obcym wyzwiska chudzielca trafiły widać w próżnię, bo człowiek w kamizelce zignorował je całkowicie i nie wrócił do salonu w zamiarze porachowania krzykaczowi kości. Wyjątkowo zadowolony z takiego obrotu spraw chudzielec pomachał dłonią spoglądającym na siebie osadnikom i zaczął lustrować bacznym wzrokiem wnętrze salonu.
Skupieni przy kontuarze miejscowi zaczęli rozmawiać ze sobą podniesionymi głosami, wyraźnie wzburzeni rezultatem wizyty Joe'ego i posiadający odmienne poglądy na temat dalszych poczynań.
- To są niebezpieczni ludzie, Trudi - powiedział jeden z osadników, zwracając się do kobiety stojącej za kontuarem - Przestępcy, mordercy. Po co mamy zginąć za jakiegoś handlarzynę? Jeśli z nimi zadarł, niech sam sobie radzi. Wydajmy go i niech wszyscy się stąd wyniosą.
- Sam, uległość tylko ich rozzuchwali - wtrącił doktor Mitchell - Nigdzie się nie wyniosą, za to będą coraz częściej wracali. Teraz chcą głowy przejezdnego, następnym razem mogą chcieć kogoś z nas.
- Niech spróbują! - sarknęła stojąca w progu zaplecza młoda dziewczyna o gładko zaczesanych jasnych włosach, przeładowując z metalicznym trzaskiem trzymany w rękach myśliwski sztucer - Rozwalę łeb każdemu, który wyciągnie na mnie rękę!
- Dobrze ci gadać, Sunny! - prychnął optujący za współpracą z Joe Sam - My mamy rodziny!
- Uspokójcie się wszyscy! - kobieta za barem podniosła głos, bo wnętrze salonu wypełnił dźwięk nakładających się na siebie zdenerwowanych wypowiedzi - Wracajcie do domów, odpocznijcie. Muszę się zastanowić nad tym, co zrobimy.
Wciąż nie przerywając wymiany zdań, zdecydowana większość osadników usłuchała wezwania Trudi, mijając w drodze do drzwi trójkę ustępujących im miejsca obcych.
W środku pozostała jedynie garstka ludzi: Trudi, doktor Mitchell, dzierżąca myśliwski sztucer Sunny, ponury mężczyzna siedzący na barowym stołku przy kontuarze oraz ojciec Gottschalk, zasiadający ponownie za swym stolikiem.
Posłane w ślad za wychodzącym obcym wyzwiska chudzielca trafiły widać w próżnię, bo człowiek w kamizelce zignorował je całkowicie i nie wrócił do salonu w zamiarze porachowania krzykaczowi kości. Wyjątkowo zadowolony z takiego obrotu spraw chudzielec pomachał dłonią spoglądającym na siebie osadnikom i zaczął lustrować bacznym wzrokiem wnętrze salonu.
Skupieni przy kontuarze miejscowi zaczęli rozmawiać ze sobą podniesionymi głosami, wyraźnie wzburzeni rezultatem wizyty Joe'ego i posiadający odmienne poglądy na temat dalszych poczynań.
- To są niebezpieczni ludzie, Trudi - powiedział jeden z osadników, zwracając się do kobiety stojącej za kontuarem - Przestępcy, mordercy. Po co mamy zginąć za jakiegoś handlarzynę? Jeśli z nimi zadarł, niech sam sobie radzi. Wydajmy go i niech wszyscy się stąd wyniosą.
- Sam, uległość tylko ich rozzuchwali - wtrącił doktor Mitchell - Nigdzie się nie wyniosą, za to będą coraz częściej wracali. Teraz chcą głowy przejezdnego, następnym razem mogą chcieć kogoś z nas.
- Niech spróbują! - sarknęła stojąca w progu zaplecza młoda dziewczyna o gładko zaczesanych jasnych włosach, przeładowując z metalicznym trzaskiem trzymany w rękach myśliwski sztucer - Rozwalę łeb każdemu, który wyciągnie na mnie rękę!
- Dobrze ci gadać, Sunny! - prychnął optujący za współpracą z Joe Sam - My mamy rodziny!
- Uspokójcie się wszyscy! - kobieta za barem podniosła głos, bo wnętrze salonu wypełnił dźwięk nakładających się na siebie zdenerwowanych wypowiedzi - Wracajcie do domów, odpocznijcie. Muszę się zastanowić nad tym, co zrobimy.
Wciąż nie przerywając wymiany zdań, zdecydowana większość osadników usłuchała wezwania Trudi, mijając w drodze do drzwi trójkę ustępujących im miejsca obcych.
W środku pozostała jedynie garstka ludzi: Trudi, doktor Mitchell, dzierżąca myśliwski sztucer Sunny, ponury mężczyzna siedzący na barowym stołku przy kontuarze oraz ojciec Gottschalk, zasiadający ponownie za swym stolikiem.
Konwersacja zaprezentowana w ostatnim wpisie Bartka zostanie wkomponowana w moją następną fabularkę! 
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Goodsprings, Prospector Saloon
Chudzielec odczekał, aż spoglądający na niego podejrzliwie osadnicy wyjdą z salonu, po czym uśmiechnął się promiennie w stronę pozostałych rezydentów.
- Ale mu pokazaliśmy, nie? - zapytał szczerząc popsute zęby zdradzające swym stopniem uszkodzeń nadmierne upodobanie do zażywania metamfetaminy - Nieźle się wystraszył. Wystarczy takiego cwaniaka trochę przycisnąć i zaraz mu jaja miękną...
Przenosząc spojrzenie na stojącą za barem Trudi mężczyzna uśmiechnął się jeszcze promienniej, ruszając zdecydowanym krokiem w jej stronę.
- Znalazłaby się jakaś butelczyna dla paru gości z klasą?
Zadziorna blondynka o imieniu Sunny prychnęła z sarkazmem na dźwięk słów chudzielca, ale barmanka skinęła w odpowiedzi głową okręcając się w miejscu i ściągając z jednej z półek szklaną butelkę wypełnioną brunatnym płynem.
- To twoi pacjenci, doktorze? - zapytała Mitchella, rozlewając jednocześnie trunek do kilku poszczerbionych szklaneczek. Widząc to albinos i jasnowłosy zabijaka ruszyli do kontuaru śladem chudzielca, odprężając się zauważalnie.
- Tak, Trudi - odparł siwowłosy doktor siadając przy jednym ze stolików naprzeciwko kontuaru - Niezwykły przypadek grupowej amnezji, jak wam wspomniałem. Ale fizyczni są już całkowicie sprawni.
- I zupełnie nic nie pamiętacie? - zapytała z pewną nutą niedowierzania Sunny, wieszając sztucer na ramieniu i przyglądając się sięgającemu po szklankę chudzielcowi - Nic, a nic?
- Wierz mi, kochanie, że ciebie chyba sobie przypominam - chudzielec puścił do dziewczyny oko - To może znaczyć, że byliśmy sobie bliscy...
Sunny prychnęła ponownie, tym razem krzywiąc się na dodatek paskudnie, przez co jej całkiem ładna twarz przybrała bardzo nieprzyjemnego wyrazu. Przystawiając do ust szklankę mężczyzna osuszył ją za jednym razem, łapczywie pochłaniając każdą kroplę mocnego alkoholu.
- No co? Jakbyście z grobu wstali, to też by się wam pić chciało - wzruszył ramionami chudzielec, odstawiając szklankę na kontuar.
- Skoro Bóg ocalił cię przed niechybną śmiercią, bardziej od alkoholu wskazana byłaby modlitwa - oznajmił kaznodzieja - A przynajmniej jedno i drugie, skoro już nie potrafisz oprzeć się swej słabości.
- Dziękuję za życzliwe słowo, pastorze - wtrąciła Trudi odwracając głowę w stronę Gottschalka - Ale Kajdaniarze nie mają za grosz szacunku wobec duchownych, to dla nich takie same ofiary jak reszta z nas. Lepiej uważać na kierowane do nich słowa.
Chudzielec odczekał, aż spoglądający na niego podejrzliwie osadnicy wyjdą z salonu, po czym uśmiechnął się promiennie w stronę pozostałych rezydentów.
- Ale mu pokazaliśmy, nie? - zapytał szczerząc popsute zęby zdradzające swym stopniem uszkodzeń nadmierne upodobanie do zażywania metamfetaminy - Nieźle się wystraszył. Wystarczy takiego cwaniaka trochę przycisnąć i zaraz mu jaja miękną...
Przenosząc spojrzenie na stojącą za barem Trudi mężczyzna uśmiechnął się jeszcze promienniej, ruszając zdecydowanym krokiem w jej stronę.
- Znalazłaby się jakaś butelczyna dla paru gości z klasą?
Zadziorna blondynka o imieniu Sunny prychnęła z sarkazmem na dźwięk słów chudzielca, ale barmanka skinęła w odpowiedzi głową okręcając się w miejscu i ściągając z jednej z półek szklaną butelkę wypełnioną brunatnym płynem.
- To twoi pacjenci, doktorze? - zapytała Mitchella, rozlewając jednocześnie trunek do kilku poszczerbionych szklaneczek. Widząc to albinos i jasnowłosy zabijaka ruszyli do kontuaru śladem chudzielca, odprężając się zauważalnie.
- Tak, Trudi - odparł siwowłosy doktor siadając przy jednym ze stolików naprzeciwko kontuaru - Niezwykły przypadek grupowej amnezji, jak wam wspomniałem. Ale fizyczni są już całkowicie sprawni.
- I zupełnie nic nie pamiętacie? - zapytała z pewną nutą niedowierzania Sunny, wieszając sztucer na ramieniu i przyglądając się sięgającemu po szklankę chudzielcowi - Nic, a nic?
- Wierz mi, kochanie, że ciebie chyba sobie przypominam - chudzielec puścił do dziewczyny oko - To może znaczyć, że byliśmy sobie bliscy...
Sunny prychnęła ponownie, tym razem krzywiąc się na dodatek paskudnie, przez co jej całkiem ładna twarz przybrała bardzo nieprzyjemnego wyrazu. Przystawiając do ust szklankę mężczyzna osuszył ją za jednym razem, łapczywie pochłaniając każdą kroplę mocnego alkoholu.
- No co? Jakbyście z grobu wstali, to też by się wam pić chciało - wzruszył ramionami chudzielec, odstawiając szklankę na kontuar.
- Skoro Bóg ocalił cię przed niechybną śmiercią, bardziej od alkoholu wskazana byłaby modlitwa - oznajmił kaznodzieja - A przynajmniej jedno i drugie, skoro już nie potrafisz oprzeć się swej słabości.
- Dziękuję za życzliwe słowo, pastorze - wtrąciła Trudi odwracając głowę w stronę Gottschalka - Ale Kajdaniarze nie mają za grosz szacunku wobec duchownych, to dla nich takie same ofiary jak reszta z nas. Lepiej uważać na kierowane do nich słowa.
Sytuacja uległa pewnemu złagodzeniu, możemy chyba przejść do luźnej konwersacji...
Ostatnio zmieniony 14 maja 2014, 13:11 przez Keth, łącznie zmieniany 1 raz.