Ruszyliście klucząc, idziecie cały dzień. Słońce chyliło się ku zachodowi. Byliście już głodni. O świcie pochłonęliście nieco suszonego mięsa i od tego czasu nic nie mieliście w ustach. Źródła, na które się czasami natykaliście, dostarczały wam wody.
Teren stawał się coraz bardziej nierówny. Pojawiły się poszarpane wzniesienia i strome zbocza. Wciąż zbliżaliście się do stóp milczących gór. Nadal nie widzieliście swych prześladowców. Jedynie kiedy oglądaliście się za siebie, dostrzegaliście nieznaczne poruszenia, jakiś przemykający cień, chylącą się trawę, prostującą się nagle gałązkę, ruch wśród liści. Dlaczego są tacy ostrożni? Czemu nie podejdą i nie zakończą tej zabawy?
Zapadła noc. Dotarliście do zboczy, wiodących ku podnóżom gór, które czarne i groźne wznosiły się teraz ponad nim. Były jego celem, miał nadzieję, że tam zmyli swych prześladowców. A jednak czuliście, jak odpycha was od nich jakaś dziwna niechęć. Kryło się w nich tajemne zło, wstrętne niby zwoje śpiącego w trawie wielkiego węża.
Panowała nieprzenikniona ciemność i tylko gwiazdy mrugały czerwono w ciężkim skwarze tropikalnej nocy. Zatrzymaliście się na chwilę w niezwykle gęstym zagajniku. Dalej drzewa przerzedzały się. Usłyszeliście cichy dźwięk, nie będący jednak szumem nocnego wiatru, żaden bowiem podmuch nie kołysał ciężkimi liśćmi.
Odwracając się dostrzegliście jakiś ruch w mroku. Niewyraźny cień skoczył na
Drussa ze zwierzęcym rykiem. Cymeryjczyk uniknął ciosu dzięki gwiazdom, które odbijały się w ostrzu; poczuł, że oplatają go szczupłe, żylaste ramiona, a spiczaste zęby wbijają się w ciało. Walczył zażarcie. Tylko przypadkiem zdołał pochwycić trzymającą żelazny nóż rękę. Wyszarpnął sztylet. Czuł nieprzyjemny dreszcz, w każdej chwili oczekując włóczni w plecach.
Zastanawiał się, dlaczego inni nie przychodzą z pomocą swemu towarzyszowi, lecz nie przeszkadzało mu to walczyć z całą mocą swych stalowych mięśni.
Konwulsyjne szarpnięcia rzuciły ich na oświetloną blaskiem gwiazd polanę i Druss dostrzegł kółko z kości słoniowej w szerokim nosie i spiczaste zęby, które jak zęby dzikiej bestii sięgały do jego krtani. Zdołał odepchnąć w dół i do tyłu trzymającą jego nadgarstek rękę i wbił sztylet głęboko między żebra Murzyna.
Wojownik wrzasnął, a w powietrzu rozszedł się drażniący, ostry zapach krwi.
W tej samej chwili uderzenia wielkich skrzydeł powaliły Drussa, ogłuszonego, na ziemię, a jego przeciwnik znikł z krzykiem śmiertelnego strachu. Wszyscy, słyszeliście cichnący krzyk półżywego kanibala, jaki dobiegał gdzieś z góry.
Natężyliście wzrok. Wydało wam się, że na tle nocnego nieba dostrzegacie przesłaniające gwiazdy bezkształtne, straszne Coś , wijące się ludzkie członki, wielkie skrzydła i niewyraźna sylwetka, co znikło tak szybko, że nie byliście pewni, czy istotnie to widzieliście.
Zastanawialiście się, czy całe zajście nie było jedynie sennym koszmarem.
Skrzydła! Skrzydła wśród nocy! Szkielet w wiosce, poszarpane strzechy chat, okaleczony Murzyn, którego rany nie pochodziły od noża ani włóczni i który skonał krzycząc o skrzydłach! Z pewnością kraina ta to teren łowiecki gigantycznych ptaków, które z ludzi uczyniły swój łup. Lecz jeśli to ptaki, to dlaczego nie pożarły do końca tego nieszczęśnika przy palu? A zresztą w głębi serca żaden z was nie wierzył, by jakikolwiek ptak mógł rzucać taki cień, jaki przesłaniał gwiazdy.
Jest wieczór, kolejny zwiadowca kanibali się napatoczył, zaatakował Drussa na uboczu, jak ten poszedł się odlać. Potem coś porwało w górę rannego kanibala. Zmęczenie jesteście mocno i głodni, musicie odpocząć. Kwestia, czy wchodzicie na wielkie drzewa, by tam pospać, czy też nocujecie na ziemi?