[center]Grupa Vilberga, Dolina Mgieł, 7 zmroczec (vajni), 360 rok Ery Silniri[/center]
[center]Podkład:
https://www.youtube.com/watch?v=jzU5NsGOpnc[/center]
- Ano prawda to - burknął Vilberg rozglądając się dookoła. - Ponure to miejsce. Czarodzieju! Wiesz li może co mogło być tego przyczyną?
- Tak jak rzekłem już Olafowi - pospieszył z wyjaśnieniami Kyariel, ciesząc się, że może podzielić się ważną informacją. - To działania magiczne doprowadziły to miejsce do ruiny. Wydaje mi się że musiała tu nastąpić jakaś eksplozja... To nie był zwykły ogień, a ogień eteryczny, który niszczy ducha, formę pozostawiając nienaruszoną...Choć ślady na drzewach wskazują, że ta katastrofa była tak potężna iż odbiła się na tym miejscu nawet fizycznie...
Przez chwilę wszyscy w milczeniu rozglądali się, chłonąc atmosferę rozkładu i rozpaczy, którą tchnęła cała okolica. W końcu Vilberg przemówił:
- Dobrze prawisz, Olafie, rozejrzyjmy się. Jeno trzymajmy się razem. Bogowie raczą wiedzieć co kryje się na tym ponurym bagnisku... Miejsce więc broń w pogotowiu!
[center]

[/center]
Powoli ruszyli naprzód, rozglądając się uważnie wkoło. Martwy las trwał jednako tajemniczy i cichy. Z rzadka jedynie wiatr poruszał konarami drzew, które wydawały z siebie ponury jęk, przywodzący na myśl stare kapłanki Jezzy zawodzące na czyimś pogrzebie. Powietrze było duszne i wkrótce wszyscy rozpięli wierzchnie okrycia i ściągnęli z głowy grube kaptury. Wilgotna ziemia, pokryta ciemną warstwą gnijących liści uginała się miękko pod ich stopami. W mroku, pod zwartym stropem nagich konarów, lśniły jedynie blado fluorescencyjne grzyby, mające postać gąbczastych, chorobliwych narośli. Przez chwilę szli w milczeniu, starając się nie poślizgnąć na butwiejących korzeniach. Zagłębianie się w ten upiorny las przypominało jakiś koszmar. W końcu ujrzeli w kilku miejscach strumienie pary, buchające spod ziemi. Gleba w tych miejscach była rozmiękła i czarna. Olaf nachylił się, dotykając ziemi - poczuł bijące od niej ciepło. Vilberg w tym czasie przyjrzał się strugom wody wypływającym z gruntu:
- Gorące źródła - zawyrokował. - A więc jednak, to prawda. Znaleźliśmy Dolinę Mgieł...
Dziwnym trafem, słowa przywódcy wyprawy nie napawały radością, lecz wszyscy, słysząc je, poczuli dziwny niepokój. Tak, jakby to, co najgorsze, miało dopiero nadejść...
[center]***[/center]
[center]Grupa Vidgara, Wilcze Pustkowia, 7 zmroczec (vajni), 360 rok Ery Silniri[/center]
[center]Podkład:
https://www.youtube.com/watch?v=oCjA5GeCKlE[/center]
[center]

[/center]
Tańczący zawył krótko, widząc jak obłok gorącej pary obejmuje jego towarzyszy, po czym bez lęku rzucił się w kierunku stwora. Vidgar odskoczył, unikając głównego strumienia, a jednak nie zdołał całkowicie uniknąć ukropu buchającego z paszczy robala. Kolczuga momentalnie rozgrzała się i poczuł, jak jej oka parzą go, nawet poprzez skórzany kaftan. Gorący opar na chwilę skrył wszystko przed oczami jego i czarownicy, a gdy opadł, ujrzeli jak potworny robal zaciska swe szczęki na grzbiecie Tańczącego, podrywając wilczarza z ziemi.
Norlaug krzyknęła na ten widok, nie wiadomo, z trwogi czy z wściekłości i zamachnęła się toporkiem. Chybiła jednak. Einherier dobył miecza i z wykrzykując imię Ridviny natarł na potwora. Koło głowy śmignęła mu kolejna franceska, ciśnięta przez wiedźmę. Także i ta nie dosięgła stwora, znikając w jednej z lodowych zasp. Młody wojownik nie zwracał jednak na to uwagi. Pchnął mieczem i poczuł, jak żelazo zagłębia się w ciastowatym ciele stwora, więznąć w tłustej tkance pod skórą. Naparł jednak silniej na rękojeść i z satysfakcją odnotował, jak doskonała stal z Ars-Ardy wbija się głębiej, dosięgając witalnych organów robala. Wyszarpnął miecz, rozchlapując wszędy wokół żółto-zieloną posokę.
Potwór zdawał się nie zwracać uwagi na wysiłki ludzi, bezmyślnie próbując połknąć trzymanego w paszczy wylkołka. Tańczący chciał się wywinąć ze śmiertelnego uścisku, jednak szczęki czerwia trzymały mocno i poczuł, jak pod ich tytanicznym naporem pękają mu żebra. Przed oczyma zatańczyły mu czarne i czerwone plamy. Zrozumiał, że w oczy zagląda mu śmierć. W ostatnim odruchu sięgnął umysłem ku mocy zaklętej w złotej bransolecie i pozwolił, by ogarnął go morderczy szał... A potem, warcząc, wbił kły głęboko w ciało stwora...
Vidgar uderzał raz za razem, wbijając ostrze magicznego miecza głęboko w monstrualnego robala. W końcu jeden z toporków, ciśniętych przez wiedźmę dosięgnął bestii i ugrzęznął w jej ciele. Z paszczy czerwia dobiegał wściekły warkot oszalałego z bólu wylkołka i Nardlens nie mieli pojęcia, jak długo ich towarzysz zdoła wytrzymać w śmiercionośnych szczękach. Z siła płynącą z desperacji Vidgar wbił miecz w podbrzusze stwora, aż po rękojeść i poczuł jak ciało czerwia przenika gwałtowny spazm. Ze szczęk maszkary spływała ciemna krew, zmieszana z zielonkawą posoką. W końcu robak otworzył paszczę, wypuszczając Tańczącego, który upadł na ziemię. Stwór ociężale zwrócił się w stronę Vidgara, a w jego trzewiach coś zabulgotało. Wojownik jednak nie zamierzał dać mu szansy na kolejne zionięcie. Nie tracąc czasu pchnął mieczem w środek ohydnego łba, przebijając czerwone ślepie i posyłając bestię na zawsze, w niebyt...
Norlaug rzuciła się w stronę wylkołka, pospiesznie otwierając torbę uzdrowicielki. Tańczący wyglądał potwornie, pokryty krwią i licznymi ranami. Tocząc pianę z pyska spojrzał w kierunku nadbiegającej czarownicy, zawarczał groźnie i... Legł na śniegu, powalony nagłą niemocą. W jego oczach zgasł jednak płomień szaleństwa i wiedźma, pochylając się nad nim ujrzała, że wilczarz spogląda na nią przytomnie, zza szkarłatnej zasłony cierpienia.