[center]Posiadłość Bentaresh, Calli, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]
Umysł Ehecatlema po zdaniu sobie sprawy z tego, co się dzieje w pomieszczeniu zaczął działać na najwyższych obrotach. Wszystkie mięśnie instynktownie się napięły, tarcza i oręż gotowe do działania. Wojownik wyszeptał jeszcze słowa, dzięki którym jego skóra w półmroku zaczęła przypominać kolorem ściany pokoju.
W tym samym momencie mocno przyspieszył ruszając prosto na bestię, nim ta zdąży wykończyć pozostałych walczących.
Muszę odwrócić jego uwagę od pozostałych - ta myśl była w zasadzie jedyną, która kłębiła się w głowie, cała reszta czynności to wyłącznie wyćwiczone przez lata odruchy i pamięć mięśniowa. W pewien sposób pomimo całego niebezpieczeństwa sprawiało mu to ekstatyczną wręcz przyjemność - po to przecież poświęcił całe swoje życie treningom. I takie właśnie chwile sprawiały, iż czuł się w pełni żywy.
Teraz jednak najważniejsze było pozbycie się plugastwa i, przy odrobinie szczęścia, także rozmowa ze strażnikiem. Paladyn musiał odwrócić uwagę stwora, by mieli jak największe szanse wyjść z tego cało.
Biegnąc wzniósł do góry swą broń i rozpędził się możliwie najbardziej, by zaatakować całą siłą mięśni.
Nim wykonał ostatni skok w stronę przeciwnika zdążył tylko krzyknąć:
- Giń pomiocie!
Po czym słychać było jedynie huk, gdy broń zetknęła się z ciałem wroga.
Biegnę na wprost najpierw tak, by znaleźć się obok Xatatla (po jego lewej stronie), a następnie stopniowo w trakcie walki małymi kroczkami przesuwam się w lewo próbując jednocześnie atakami przykuć uwagę bestii do siebie i odsłąniając jej plecy sojusznikom.
Ehecatlem używa także tarczy z żywiołu Ziemi oraz wzmacnia zwinność. Nie unika ataków, lecz będzie je parował na początku tarczą.
: 07 grudnia 2016, 17:03
autor: Keth
[center]Posiadłość Bentaresh, Calli, 15 Pani Trzcin[/center]
Potworny lęk ścisnął wnętrzności alchemika żelaznymi kleszczami, poszarpał je spazmami tak silnymi, że z ust AjArdczyka wydarł się zduszony jęk bólu. Nadnaturalne wynaturzenie człapiące na oczach Khema nie miało nic wspólnego z magicznymi sztukami praktykowanymi przez czarnoskórego adepta, czerpało swą moc z zupełnie obcych i odrażających dla Mibampesa źródeł. Instynkt samozachowawczy wrzeszczał w myślach alchemika próbując wymusić na nim natychmiastową ucieczkę, na oślep i na złamanie karku, byle dalej od tej przerażającej istoty...
Lecz jednocześnie przebłysk wspomnienia przypomniał Khemowi, kim był walczący z potworem człowiek, a waleczna szarża dzielniejszych kompanów przydała mężczyźnie odwagi, której istnienia ten nigdy u siebie nie podejrzewał.
Ściskając kurczowo bułat AjArdczyk wrzasnął nienaturalnie wysokim głosem i nim ten zawstydzający pisk przebrzmiał, Khem gnał już na poczwarę z uniesionym wysoko bułatem.
Mechanika walki wciąż pozostaje dla mnie zagadką. Odgrywając wiernie swą rolę przeprowadzę dziką szarżę próbując ciąć stwora w głowę (o ile wolno mi wykonać atak selektywny tego rodzaju). Mam cichą nadzieję, że Syn Słońca zarąbie tego dziobaka wcześniej!
: 12 grudnia 2016, 12:01
autor: TatTvamAsi
[center]Calli, Dom Bentaresh, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]
Silny odór zgnilizny zagęścił atmosferę walki. Stratis dobył szybko nóż i przemknął w głąb korytarza. Poczuł ruch Sophii na ramieniu. Szafranowy wąż napiął się czując zbliżające się niebezpieczeństwo. Czujne oczy złodzieja nie dostrzegły jednak żadnych drzwi. Żadnego przejścia do innego pomieszczenia. Ah-saa-brax przywarł do lodowatego lica ściany. Cokolwiek miało się stać, nie zamierzał zbliżać się do pokrytej oleistą mazią istoty. Kłykcie pobielały, gdy zacisnął palce na rękojeści noża do rzucania.
[center]
***[/center]
Zyanya wstrzymała oddech. Słyszała o różnych, czasem nieprawdopodobnie koszmarnych istotach. Wykręconych, przeklętych, potomstwu zatruwającej serca Ciemności. Coś, co było w pomieszczeniu, wyrzekło się światła. Sama obecność kultysty była profanacją dla tej ziemi. Dla ciszy i ciemności zrodzonej z Czarnej Matki. Dla Jej samej.
Spod jej zwykłego opanowania, z jej spokoju i wewnętrznej ciszy połączenia z Tarris, zrodził się gniew. Zacisnęła usta. Jej palce drżały pod wpływem emocji. Szybko jednak odszukała dmuchawkę. Zmysły wyostrzyły się. Była cierpliwa, gotowa użyć zatrutych strzałek we właściwej chwili.
[center]***[/center]
Tepoztopilli przecięła szybko powietrze. Xatatl pchnął włócznią istotę zrodzoną z najgłębszej ciemności poza rozumieniem i logiką. Kamienny grot nie sięgnął jednak ciała plugawego stworzenia. Opętany kultysta, wcześniej zainteresowany uśmierceniem pechowego strażnika, zwrócił się w jego stronę. Zdało się, że jego całkowicie czarne oczy dostrzegły zagrożenie - nagłe pojawienie się istot o równie ciepłej krwi i bijącym sercu, co dwójka obecnych już wojowników. Atak Xatatla nie sięgnął ciała istoty, nie drasnął mięśnia, zrywając pokryty czarną mazią ochłap skóry.
Osaczona bestia zawyła. Przenikliwy wrzask wypełnił uszy zebranych. Sięgnął ich serc, najczulszego rdzenia wewnątrz każdego z nich. Krzyk przypominał zawodzenie zagubionej duszy. Samotnej, rozdartej przez wichry najciemniejszej, najgłębszej spośród nocy. Wnikał do wewnątrz ciała, do wewnątrz duszy, z której wydobywał się strach.
[center]***[/center]
Stratis przeklął gwałtownie. Przyjście tutaj było jedną z najgorszych decyzji! Powinien był wcześniej zbadać otoczenie. Niech chwalebni Synowie Słońca zajmują się walką z przeklętymi, roznoszącymi swe zatrucie istotami! Kim on w końcu jest? Na pewno nie zamierzał tarzać się w tym bagnie, nie! Młody muzyk ściskając w dłoni nóż do rzucania, przemknął szybko w głąb korytarza, z którego przyszli. Może w powietrzu wciąż roznosił się plugawy swąd maszkary, lecz było tu względnie bezpiecznie, a on nie zamierzał bezsensownie poświęcać życia.
[center]***[/center]
Silny lęk pojawił się w ciele Zyanyi. Czuła jego drżenie w każdym mięśniu, skroniach, a w końcu w umyśle, do którego wpełzł niczym czarna plama podobna do posoki przeklętej istoty. Czuła jego ciężar, niby trzepot skrzydeł niezliczonych ciem tuż pod klatką piersiową. Całe ciało krzyczało, rwało się do zwierzęcej ucieczki. Serce drżało w popłochu. Hierodula przywołała jednak imię Czarnej Matki. Zagościło na jej ustach. Jego brzmienie złożyło na wargach swój cichy pocałunek. Krótka modlitwa uwolniła jej serce. Oczyściła jej umysł i zmysły od wpływu plugawej magii. Córka ciszy nie poddała się.
[center]***[/center]
Nim Syn Słońca zdążył zadać plugastwu cios, bestia zawyła. Dźwięk, przeklęty odgłos z najgłębszej czeluści bez dna wzbudził w nim jedynie gniew. Świętą pożogę palącą, wypełniającą jego serce niczym ogień samego Holis. W tej chwili to coś, co już nie jest człowiekiem, umrze! Ogień przeniknął jego żyły, dodał mu siły, determinacji i rozpędu. Wojownik zaczął flankować maszkarę, odsłaniając ją Xatatlowi i strażnikowi. Niech atakują! Wykorzystają nadążającą się sytuację, pozbawiając życia to, co nigdy nie powinno się urodzić! Xatatl zawahał się jednak. Strach przemknął przez jego ciało. Cień lęku przez chwilę zagościł na jego twarzy. Mężczyzna nie cofnął się. Spojrzał na swego przyjaciela, brata, towarzysza w walce. Odczucie braterskiej więzi i oddanie sprawie przeniknęło jego osobę. Wzniósł więc tepoztopilli i uderzył na przeklętego kultystę.
Strażnik nie był jednak wystarczająco silnego serca. Lęk, zwierzęcy odruch ucieczki przejął nad nim kontrolę. I mimo, że wojownik nie opuścił broni, nie porzucił strachliwie oręża, uciekł do dalszego kąta komnaty. Wyraźnie zamierzał minąć bestię, przekraść się jak najszybciej pod ścianą, uciekając płochliwie przez drugie drzwi.
[center]***[/center]
Alchemik dostrzegł uciekającego w popłochu strażnika. Zwykły wojownik, jego serce zdjął magicznie wywołany lęk. Zawodzenie bestii nie wywołało w AjArdczyku żadnych emocji. Jego umysł wyostrzył się. Wiedział, że to tylko efekt magiczny. Znał jego działanie, widział już wcześniej stworzenia, a nawet część magów, którzy potrafią go wywołać. Sytuacja była nagląca. Nie miał czasu na dalsze dywagacje nad tym tematem. Z obnażonym bułatem zmierzył na wroga, aby pomóc dwóm wojownikom in zastąpić przerażonego strażnika.
[center]***[/center]
Magiczny efekt, który wyzwoliło wycie bestii, opadł również na Alinur. Mezxtli odczuł strach. Poczuł znajome mrowienie, poczuł jak plugawa magia wpływa na matrycę otoczenia. Na jego wzorzec, jego umysł. Wprowadza do skupionego, czystego umysłu pomieszanie. Schemat zwierzęcej ucieczki, prezentując obrazy i skojarzenia z najgorszych koszmarów. Wciągnął gwałtownie powietrze do płuc. Z wydechem wyzwolił lęk, energię strachu, która zakleszczała się na jego ciele i zmieniała zachowania. Stanął do walki razem z wojownikami, razem z zwykle tak spokojnym i stroniącym od starcia alchemikiem. On jednak zamierzał wykorzystać do tego swój umysł. Przelał energię w obraz. Wykreował oczyma wyobraźni wizję, w której plugawa istota cierpiała. Zwijała się w agonii, gdy jej ciało trawiły wiecznie głodne płomienie. Energia przeszła, wzorzec był załadowany. Nic się jednak nie stało. Opętany kultysta nie uległ wpływowi czaru. Skierował swą uwagę na Ehecatlema, zamierzając zadać cios. Nim jednak bezwiedne ramię targnęło orężem i cięło syna Holis, włócznia Xatatla przebiła plugawe, toczone rozpadem mięśnie. Grot przeszedł przez zbroję, przebił na wylot tkankę. Czarna posoka wzbiła się z zadanej rany. Pokryła ramiona obu wojowników, wdzierając się gwałtownym zimnem w skórę. Bestia wydała z gardzieli głos przypominający syk, bądź szelest ruchu niezliczonego robactwa. Padła na ziemię martwa. Czarna maź zabarwiła posadzkę, zaczęła się rozpływać. Z wnętrza tkanek wyklętej bestii wypełzło zaś robactwo. Wijące się, czarne niemal jak lepka maź, zaczęło toczyć tkanki, rozkładać je w zastraszającej szybkości.
- Bądź przeklęty! Niech plugawe moce, którym służyłeś, nie znajdą tu miejsca! - wykrzyknął Xatatl i jednym, płynnym pchnięciem przebił czaszkę kultysty. Robactwo, które zaczęło rozpełzać się po posadzce, przemieniło się nagle w ciemną, oleistą substancję. Mimo, iż swąd istoty dalej unosił się w powietrzu, walka skończyła się.
1. Stratis dobywa broni i wycofuje się dalej od drzwi do pomieszczenia. W korytarzu nie ma jednak żadnego wejścia do innego pomieszczenia.
2. Zyanya nie włącza się do walki, lecz przygotowuje broń.
3. Xatatl uderza włócznią na wyznawcę Ciemności. Grot mija jednak ciało przeciwnika, nie zadając mu obrażeń!
4. Opętany i pokryty czarną mazią kultysta dostrzega zagrożenie i zawodzi upiornie. Każdy wykonuje test Siły Woli przeciwko lękowi, który wzbudza głos tej istoty:
Ah-saa-brax: brak sukcesu. Budzący wręcz pierwotny lęk dźwięk powoduje, że Stratis wróci do korytarza, z którego przyszli. Gdy zagrożenie minie, gwałtowne emocje muzyka opadną.
Ehecatlem: 02! Krytyczny sukces! Syn Słońca już zawsze będzie odporny na skutki zawodzenia tego typu istot! Wojownik jest nieustraszony, a krzyk bestii wręcz dodaje mu determinacji do walki! (krytyczny sukces wynika wyłącznie z bardzo dobrego wyrzutu kośćmi. Ehecatlem zachowuje dalej swoje błogosławieństwo od Patrona).
Khem: Duży sukces - cztery przebicia! Zawodzenie opętanego kultysty nie robi na nim najmniejszego wrażenia!
MezXtli: sukces bez przebić. Zawodzenie wstrząśnie magiem. Dzięki ćwiczeniu umysłu, Mezxtliemu uda się jednak opanować z pewnym trudem strach.
Xatatl: początkowo wojownika odrzucił ów dźwięk, jednak po chwili zawahania, tiba otrząsnął się i stanął znów do walki.
Zyanya: sukces marginalny. Krzyk potwora zmroził aż krew w żyłach Ixari. Hierodula nie spotkała się jeszcze nigdy z takim plugastwem. Siła jej wiary i zaufania do Czarnej Matki sprawi jednak, że hierodula nie ulegnie lękowi i nie ucieknie. Wciągu rundy opanuje odczuwalny strach.
Strażnik: Przerażające wycie dotknęło serca strażnika, który szybko odsunął się do dalszej części pomieszczenia.
5. Ehecatlem przed walką rzuca na siebie zaklęcie Wyzwolenie Mocy - podniesienie Zwinności (-1 Energii). Flankuje opętanego kultystę.
6. Strażnik jest przerażony i ucieka do dalszej części pomieszczenia. Rozgląda się, szukając tylko okazji do ucieczki z komnaty.
7. Khem zbliża się do kultysty z przygotowanym bułatem.
8. Mezxtli rzuca zaklęcie Koszmar (-1 Energii; wcześniej -1 Energii za użycie Marzenia) na opętanego kultystę. Zaklęcie nie przynosi jednak upragnionego efektu, nic się nie dzieje.
[center]2 Runda[/center]
1. Ah-saa-brax oddala się od komnaty - miejsca zagrożenia.
2. Zyanya opanowuje w końcu ujmujący lęk.
3. Xatatl atakuje ponownie stwora włócznią. Tym razem trafia! Grot tepoztopilli przebija skórzaną zbroję poczwary, przeszywając jej tors. Opętany kultysta wiotko pada na ziemię pod wpływem ciosu i umiera! Po chwili z jego ciała dobywa się czarne robactwo, które zaczyna trawić tkankę.
[center]KONIEC WALKI[/center]
Podsumowanie waszego stanu po walce:
Ah-saa-brax: pełna pula Punktów Życia, -1 Energii (za wcześniejsze użycie czaru Cienisty Płaszcz).
Ehecatlem: 4 Punkty Życia (- 9 z poprzedniej walki; -1 za odmrożenie od krwi stwora), 4 Energii (-1 za rzucenie zaklęcia Wyzwolenie Mocy).
Khem: 8 Punktów Życia (- 3 przez upadek ze schodów i wcześniejszy atak węgorza), -2 Energii (za użycie zaklęcia Lśniący Run w swoim domu oraz przed leczeniem Xatatla).
Mezxtli: 8 Punktów Życia (-3 za upadek ze schodów do piwnicy oraz atak węgorza), -2 Punkty Energii (-1 za rzucenie zaklęcia Marzenie - tarcza lodu, oraz -1 za rzucenie czaru Koszmar na kultystę).
Zyanya: Maksimum Punktów Życia, 3 Energii (-2 za przekazanie jej Mezxtliemu przed wejściem do składu, -1 za przekazanie Xatatlowi przy wychodzeniu z piwnicy).
Strażnik, gdy stwór umrze, uspokoi się. Jest jednak wyraźnie ranny i osłabiony - ma spore rozcięcie na lewym ramieniu, jego zbroja jest zakrwawiona jego własną krwią i uszkodzona.
Czarna maź, posoka opętanego kultysty dotknęła skóry Ehecatlema i Xatatla zadając im po 1 Obrażeniu od odmrożenia.
Później pojawi się jeszcze grafika i muzyka.
: 14 grudnia 2016, 21:02
autor: Keth
[center]Posiadłość Bentaresh, Calli, 15 Pani Trzcin[/center]
Khem opuścił bułat ku posadzce uświadamiając sobie, że drży na całym ciele. Nic w dotychczasowym życiu nie przygotowało go na równie brutalne i mroczne doznania, toteż spierzchnięte usta i lodowaty pot na czole wcale alchemika nie zdziwił.
- Niechaj cię pochłoną piekielne czeluści! - wydyszał pod adresem okropnego truchła, po czym przeniósł spojrzenie na zdjętego lękiem strażnika, którego poznał wcześniej na ulicy przed składem - Nie lękaj się o esencję swej duszy, albowiem my nie mamy sobie równych w tępieniu złych mocy. Pozwól żwawo bliżej i mów, co tu się stało! A niczego nie próbuj przemilczać!
Khem przyciśnie strażnika: jak znalazł się w środku, po co właził, czy wie, kto jeszcze jest w pobliżu, czy wie, kim był opętany kultysta, etc
: 15 grudnia 2016, 19:33
autor: Sigil
[center]Calli, Dom Bentaresh, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]
Ah-saa-brax nigdy nie uważał się za tchórza. W wieku dziewięciu lat uciekł z domu, by wraz z karawaną kupiecką przemierzyć zielone piekło Neufu. W ciągu swego krótkiego życia wielokrotnie nocował pod jednym dachem z handlarzami niewolników, banitami i mordercami. Paru złodziejaszków w Pchlim Mieście wciąż nosiło na żebrach ślady po jego zakrzywionym nożu, a kilka tych, które nie mieli tyle szczęścia spłynęło z prądem Ivit... Nie, nie uważał siebie za tchórza... Ale to co zobaczył w komnacie tego przeklętego domu... Na Węża! To była zupełnie inna para sandałów... Ten stwór nie przypominał cwaniaczków ze slumsów. Nawet całą banda Jednookiego Iva wypadała przy nim blado, niemal śmiesznie. Nie przypominał też żadnej z zamieszkujących dżunglę bestii, które choć budziły grozę, były jednak częścią tego świata, zrodzoną z praw natury i magii... Nie, to coś, co czekało na nich w mroku - a co widział o wiele wyraźniej, niż tego by sobie życzył - było plugawą, bezduszną kreaturą zrodzoną z wypaczonego i szalonego kultu Zapomnianych Bogów... Słysząc jego potępieńczy skowyt zacisnął zęby, niemal siłą powstrzymując się od panicznej ucieczki...
Ale przecież... Dalej mogło być ich więcej...
Był wściekły na siebie, że dał się wciągnąć w to wszystko. Wciąż jednak jeszcze nie było za późno, by się wycofać... Mógłby niepostrzeżenie wrócić do okna. Niech koszmar pochłonie pogan! I tak nikt z nich nie będzie pamiętał jego imienia, gdy ta szalona noc odbiegnie końca... O ile oczywiście przeżyją... Nikt nie powinien zauważyć jego zniknięcia, mają przecież ważniejsze sprawy... Znał przejście przez mur i kilka ścieżek w górach... A później, gdy uda mu się zgubić pościg, mógłby wyruszyć do Sewr lub Nohtli... Zresztą, kto powiedział, że Oroni wyśle jakiś pościg? Poganie zginą tu, wszyscy... Nie ma dla nich ratunku...
I wtedy właśnie krzyk urwał się, zakończony triumfalnym okrzykiem Xatatla.
Ah-saa-brax otworzył oczy. Drżał z zimna, a jego skóra była mokra od potu. Zaciśnięte dłonie i szczęki przypominały o sobie, pulsując bólem. Powoli rozluźnił je. Nigdy, przenigdy wcześniej nie bał się do tego stopnia... Ostrożnie, na wciąż niepewnych nogach ruszył do przodu, zaglądając do pomieszczenia... Strzęp, który leżał na podłodze, pokryty wijącą się masą robactwa musiał być tym, co pozostało z maszkary. Złodziej przełknął ślinę. A później spojrzał na zebranych. Jego wzrok prześlizgnął się po Hieroduli, Magu i Alchemiku, by spocząć na Synu Słońca i jego towarzyszu.
- To coś - wychrypiał, wskazując na czarną ciecz, pokrywającą ich ręce - może być zaraźliwe... Chyba trzeba to jakoś, nie wiem... zneutralizować czy jak się to mówi...?
Wciąż nie mógł uwierzyć, że udało im się pokonać stwora. Mimo wszystko jednak mogło ich być tu więcej. Ciała, które znaleźli w poprzedniej komnacie świadczyły o tym, że maszkara nie była sama... Wyglądało jednak na to, że w kompanii znaleźli się specjaliści, zdolni do rozprawienia się z tym pomiotem koszmarów. I Sa nie omieszkał w myślach podziękować Wielkiemu Wężowi za tą szczęśliwa okoliczność. Chwilowo postanowił nie oddalać się więc zanadto od obu zbrojnych - przynajmniej do czasu, aż nie będzie pewien, że wszystkie stwory spotkał podobny los...
"Młody artysta" nadal wygląda kiepsko - jest blady i głos mu drży. Najwyraźniej to co właśnie zobaczył mocno go przerosło.
: 16 grudnia 2016, 22:10
autor: zmarly
[center]Calli, Dom Bentaresh, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]
Szczęśliwie przeciwnik zainteresował się poczynaniami Ehecatlema nie zauważając jednocześnie, że z każdym kolejnym ruchem coraz bardziej odwraca się plecami do pozostałych walczących. Dawało to pewną hipotezę, iż te stwory nie dysponują zbyt wielką inteligencją ani doświadczeniem w walce. Trzeba to będzie częściej wykorzystywać, pomyślał paladyn i na widok reakcji Xatatla uśmiechnął się.
Gdzie były te czasy, kiedy on sam cieszył się z każdej wygranej potyczki? Lata treningu zebrały swoje żniwo - wojownik reagował niczym dobrze zaprogramowana maszyna, umysł zaś pozostawał czysty.
Tylko ten, kto zjednoczy w walce umysł i ciałem, jednocześnie je kontrolując, osiągnie prawdziwe zwycięstwo - te słowa starego instruktora z akademii lubiły o sobie przypominać w takich chwilach. Ich autor, stary Meutlec był bardzo spokojnym paladynem i choć wysławiał się cicho, czuć było wibrującą w powietrzu stanowczość jego słów. Miał też sporo blizn na ciele. A wszyscy Synowie Słońca wiedzieli, co się mówi o wojownikach, którzy w swoim fachu dożywają starości... Dlatego też każdy chłonął jego wskazówki z największą uwagą.
Spokój umysłu Aru wbrew pozorom nie kolidował ze świętym gniewem. Było to coś w rodzaju stanu wyższej świadomości, w którym obie te rzeczy stają się komplementarne czyniąc z każdego sługi Holis śmiercionośną broń i każdy osiągający ten stan w trakcie swych treningów siał postrach wśród przeciwników na polu bitwy. Często bowiem postronni byli w szoku, jak to jest możliwe, iż ci ludzie są w stanie walczyć z rozległymi obrażeniami zupełnie tak, jakby ich wcale nie odczuwali? Ten stan sprawiał ekstatyczną w pewien sposób radość każdemu, kto go zaznał. Na szczęście nikt poza samymi Synami Słońca nie znał tej tajemnicy. Bardzo skutecznie potrafią strzec własnych tajemnic.
Ehecatlem najpierw pogratulował przyjacielowi wygranej walki. Wzrok towarzysza napełniał pewną nadzieją. Poza tym w tym momencie morale były bardzo ważne i nie wolno było o nich zapomnieć choćby na chwilę. Szybkie i pewne zwycięstwo fizyczne należało przkuć na mentalne, póki cała sytuacja była jeszcze świeża. Wojownik rozejrzał się i rzekł do swych towarzyszy:
- Taki będzie los każdego kultysty ciemności, którego spotkamy na swej drodze, moi przyjaciele. Nasza sprawa jest słuszna, a sam Holis czuwa nad nami i wiem, że nie pozwoli nikomu zginąć.
Po czym usłyszał, jak alchemik woła strażnika obecnego w pomieszczeniu:
- Nie lękaj się o esencję swej duszy, albowiem my nie mamy sobie równych w tępieniu złych mocy. Pozwól żwawo bliżej i mów, co tu się stało! A niczego nie próbuj przemilczać!
Słysząc to paladyn miał wrażenie, że jego działania zaczynają przynosić efekty. Chciał się nawet wtrącić do rozmowy, poczuł jednak uciekające zeń siły po walce. Posoka stwora wyrządziła jednak więcej szkód niż sądził. Odezwał się do Mibampesa:
- Khem, przyjacielu, czy masz jakąś miksturę leczniczą? Obawiam się, iż potrzebuję odrobinę pomocy zanim wyruszymy dalej. Mezxtli i Zyanya, zajmijcie się proszę przez chwilę strażnikiem i uspokójcie go w międzyczasie. Nagle zdał sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy, zapytał zatem:
- A gdzie właściwie jest Stratis?
Moja postać musi się podleczyć, w tym momencie jest na ciężkich obrażeniach - i najlepiej odmedytować brakujące punkty energii jeśli będę miał ku temu możliwość.
: 17 grudnia 2016, 17:33
autor: Sigil
[center]Calli, Dom Bentaresh, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]
Młody artysta spojrzał podejrzliwie na Ehecatlema, najwyraźniej nieco zaskoczony słowami paladyna:
- Przekleństwo! To już się dzieje - zawyrokował ponuro, odsuwając się ponownie od wojownika - Zaburzenia wzroku i słuchu... Niedługo pewnie zmysły opuszczą go ostatecznie a później wpadnie w szał i... Bogowie raczą wiedzieć w co się przemieni...
- Tu jestem! - dodał po chwili już głośniej, na wypadek, gdyby Syn Słońca faktycznie nie dosłyszał. - Osłaniałem tyły, nie chcąc przeszkadzać wam w walce, Aru!
Po czym przysunął się do pozostałej trójki i odezwał się wciąż nieco drżącym, choć niewątpliwie konspiracyjnym szeptem, kierując swe słowa przede wszystkim do Maga i Alchemika:
- Będę miał na niego oko, ale jeśli zmieni się w poczwarę, niechybnie nas usiecze. On i ten drugi... - przełknął ślinę, nie była to zbyt miła perspektywa. Pospiesznie zmienił więc temat, nie spuszczając jednak wzroku ze zbrojnych. - Powiadam wam, o szlachetni uczeni, lepiej znajdźmy to, po co przyszliśmy i wiejmy stąd. Czy ktoś z was potrafi jakoś wykryć, czy te zwoje są w okolicy?
Spoiler!
Aby to zrobić należałoby mieć Zdolność Magiczną: Wizja Losu z drzewka Mistrzostwo Wzorców. Samo Skanowanie Otoczenia nie zda się na wiele, bo nie wykrywa ono przedmiotów magicznych, tylko aktywne zaklęcia w pobliżu Adepta.
Inne rozwiązanie to stworzenie z Marzenia (drzewko: Zdolności Astralne) czegoś, co potrafiłoby wykryć magiczne zwoje np. nie wiem różdżki, czy latającego mola, który je zlokalizuje... Tu trzeba by ruszyć głową. Podejrzewam jednak, że jeśli mag nie widział sam zwojów, może jedynie stworzyć coś co wykrywa zwoje magiczne wogóle, a nie te konkretne.
: 20 grudnia 2016, 22:13
autor: Keth
[center]Posiadłość Bentaresh, Calli, 15 Pani Trzcin[/center]
Trudna do wyobrażenia sugestia Stratisa sprawiła, że obsychający się z zimnego potu Khem ponownie się nim oblał. Czarnoskóry alchemik nie miał większego pojęcia o mocach plugawych kultystów, ale wszystko, co ujrzał tej nocy napełniało go przeświadczeniem, że możliwości sługusów Bentaresh były praktycznie nieograniczone i tylko protekcja Mnumbi sprawiała, że adept wciąż żył.
Gdyby zatem zgodnie z przypuszczeniami Stratisa Ehecatelm znienacka przeobraziłby się w kłębowisko odrażających czarnych larw, Mibampes wrzeszczałby przeraźliwie, ale wcale nie poczułby się tym strasznym widokiem zaskoczony.
Sama próba wyobrażenia sobie takiego wynaturzenia zmusiła Khema do cofnięcia się o kilka kroków od szlachetnego wojownika, tym bardziej więc zatrwożyła go prośba wygłoszona przez Syna Holis.
Nie wiem, czy mamy na to dość czasu, ale jeśli Mistrzyni się zgodzi, spróbuję nieco podleczyć wojownika za pomocą magii holistycznej...
: 21 grudnia 2016, 12:36
autor: TatTvamAsi
[center]Calli, Dom Bentaresh, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Eonu Ilaxoul
[/center]
Przyjaciel Ehecatlema sarknął. Z wyrazem głębokiego obrzydzenia otarł swą broń o znalezioną materię - ongiś piękną, sprowadzoną z AjArd zasłonę, zwisającą smętnie z jednej ze ścian. Starł szybko czarną maź z ramion, po czym podał Synowi Słońca fragment znalezionej tkaniny.
W międzyczasie strażnik uspokoił się. Przez chwilę spoglądał z obawą na poczerniałe szczątki, zupełnie jakby sama ich obecność mogła wpłynąć na otoczenie, a nawet na jego umysł, czy duszę. Do jego świadomości dotarły jednak słowa ciemnoskórego szlachcica. Mężczyzna odetchnął wyraźnie z ulgą i podparł się na swym orężu. AjArdzki uzdrowiciel z daleka mógł już oszacować stan wojownika. Świeża rana na ramieniu krwawiła wolno, lecz dość obficie, uszczuplając siły strażnika. Wyraźnie osłabiony walką wartownik opadł na kamienną posadzkę, opierając się o rzeźbioną powierzchnię przewróconego, niskiego stolika.
- Szlachetny panie! Całe szczęście. Bogowie musieli nade mną czuwać w tej godzinie! Gdyby nie wy... - postawny wojownik mimowolnie zadrżał na samą myśl o czekającym go losie - nie wiem co by się ze mną stało... - mężczyzna westchnął ciężko i przez zamilkł pogrążony wyraźnie w obrazach minionych chwil - To była magia... magia. Plugawa magia! Widziałem ciało dziecięcia wyrzucone na brzeg. Wiedziałem, że nie było to zwykłe morderstwo. Ale... oni byli w samej rezydencji! Ci, którzy zabili tą dziewczynkę! - ciałem strażnika targnęły nagle silne emocje. Wspomnienia wyraźnie bolesne, zdarzenia jak z najgorszego koszmaru stanęły przed jego oczyma - oni więzili i inne dzieci! Dowódca zorganizował atak w odpowiednim momencie. Mieliśmy je uwolnić. Uchronić przed losem gorszym od śmierci! - urwał, jakby zdał sobie z czegoś sprawę - mam nadzieję, że jeszcze nie jest za późno. Dzieci muszą gdzieś być wciąż więzione! Uderzyliśmy na nich! Na kultystów... ludzi Wielkiego Kapłana! Może nie zdążyli pozbawić ich życia!
Khem - to wasza decyzja, czy chcecie trochę dłużej zostać w komnacie i podleczyć Syna Słońca; jemu na pewno się przyda.
Strażnik jest osłabiony i ranny, choć zapewnienia alchemika uspokoiły go do pewnego stopnia, niedawne wydarzenia odcisnęły na nim swe piętno. Wspomnienia wywołują w nim na przemienne gniew, frustrację i smutek. Będąc w obecności szlachetnie urodzonych wyraźnie stara się jednak opanować, aby opowiedzieć o całym zajściu.
: 21 grudnia 2016, 15:39
autor: Sigil
[center]Calli, Dom Bentaresh, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]
- No żesz ku...! - wypalił złodziej. Jeszcze tego brakowało, by poganie poczęli szukać jakiś bachorów, miast skupić się na celu misji, zleconej przez Oroni. Musiał jakoś temu zapobiec. Nie sądził bowiem, by uratowanie nawet tysiąca szczeniaków zapewniło mu łaskę Patrona, jeśli wróci do niego z pustymi rękami. Nie mówiąc już o szkle, brzęczącym w sakiewce... Trzeba było działać i to szybko, zanim reszta kompanii zacznie myśleć w mocno niewłaściwy i nie wróżący zarobku sposób. Ugryzł się więc w język i poprawił natychmiast:
- Znaczy, rzeź ku zgrozie naszej miała tu miejsce straszliwa. Nie ma co do tego wątpliwości. Ale musimy skupić się na celu, bowiem służymy większej sprawie - mówiąc to starał się brzmieć na tyle poważnie i dostojnie na ile potrafił. A wiedział, że ma w tej kwestii pewien talent. Zaraz też zwrócił się ponownie do maga, łapiąc go dwoma rękami za ramiona i upewniając się, że Alinur z pewnością na niego patrzy:
- Szlachetny mędrcze, dzieci z pewnością są w niebezpieczeństwie, ale nie zapominajcie, że nasza misja ma za zadanie uratować całe miasto. A więc ochronić nie tylko te nieszczęsne dziadki, lecz w ogóle, wszystkie w okolicy. Błagam, miejscie to na względzie! Dlatego nie możemy się w tym momencie rozdrabniać ni rozpraszać. Musimy znaleźć zwoje. Skupcie się panie i rzeknijcie mi, jesteście w stanie wykryć je jakoś?
: 23 grudnia 2016, 11:00
autor: Mystic
[center]Posiadłość Bentaresh, Calli, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]
Mag, wciąż jeszcze wewnętrznie wstrząśnięty, dochodził do siebie po walce z pomiotem ciemności. Wrażenia ostatnich chwil powoli układały się w całość, uładzały, a napięcie schodziło. Tak jakby wszystkie to emocje i bodźce, które się pojawiły nie były w stanie przecisnąć się przez okno świadomości i dopiero teraz dawały sobie ujście. Zamyślony, z nieobecnym wzrokiem wbitym w czerniejące ścierwo, rozpuścił astralne wici w poszukiwaniu magicznych zagrożeń*.
Siła strachu odcisnęła swe piętno w sercu Alinur. Obawy i lęki dawały o sobie znać z większą mocą niż zazwyczaj, wyolbrzymiając postrzeganie problemów.
- Czym prędzej powinniśmy przenieść się do komnaty obok! - zawołał do wszystkich - Przebywanie w pobliżu truchła tego pomiotu z pewnością nam nie służy!
W następnej kolejności przeskanował obu Synów Słońca**. Miał silne przeczucia, że czarna maź, którą wystrzeliła z maszkary mogła stanowić ogromne zagrożenie dla każdego mającego z nią kontakt. Ignorując słowa Ehecatelma zbliżył się do niego i użył magicznej zdolności. Już kierował swe kroki ku Xatatlowi, gdy drogę zastąpił mu Stratis łapiąc go za ramiona:
- Szlachetny mędrcze, dzieci z pewnością są w niebezpieczeństwie, ale nie zapominajcie, że nasza misja ma za zadanie uratować całe miasto. A więc ochronić nie tylko te nieszczęsne dziadki, lecz w ogóle, wszystkie w okolicy. Błagam, miejcie to na względzie! Dlatego nie możemy się w tym momencie rozdrabniać ni rozpraszać. Musimy znaleźć zwoje. Skupcie się panie i rzeknijcie mi, jesteście w stanie wykryć je jakoś?
Skonfudowany Mezxtli przez ułamek sekundy patrzył się na młodego artystę z niezrozumieniem. Wyrwany ze skupienia nad swymi magicznymi praktykami musiał przestawić swą percepcję na fizyczną płaszczyznę rzeczywistości.
- Nie spoufalaj się zanadto, obiecujący artysto i zabierz te ręce! - zganił go czarodziej - Zrobiłem co w mej magicznej mocy by je zlokalizować, lecz z miernym skutkiem - dodał już spokojniejszym tonem. I jeśli chcesz znać moje zdanie w kwestii porwanych dzieci, to decyzję co czynić składam na ręce walecznego Ehecatelma. On jest okiem i zbrojnym ramieniem Oroni, niech zatem on podejmie tą decyzję!
Wygłosiwszy tą kwestię odwrócił się i podszedł do Xatatla by sprawdzić go swym astralnym wzrokiem.
W dalszej kolejności będę chciał zająć się opatrzeniem/leczeniem wojowników, czekam jednak na zwrotne info od MG.
Do MG:
Spoiler!
* Używam Skanowania Otoczenia by wykryć potencjalnie działające w pomieszczeniu zaklęcia i pod kątem poszukiwania tych nieszczęsnych zwojów.
** Inicjuję Skanowanie Istot na obu wojownikach poszukując ewentualnych magicznych skutków działania tej czarnej brei.
: 26 grudnia 2016, 21:19
autor: Keth
[center]Calli, Dom Bentaresh, 15 Pani Trzcin[/center]
Nie bacząc na rozmowy swych towarzyszy Mibampes podszedł do ogarniętego czarną rozpaczą strażnika i położywszy dłonie na ramionach drugiego mężczyzny zajrzał mu głęboko w oczy.
- Czy sam jeden ocalałeś z tej plugawej rzezi? - zapytał siląc się na zachowanie spokojnego tonu, chociaż w jego umyśle miotały się skrajne emocje - Gdzie twój dowódca i pozostali druhowie? I czy wiesz jak wielu kultystów wciąż przebywa w tym magazynie?
Rozgorączkowany alchemik łowił uchem strzępy konwersacji wiedzionej przez młodego naiwnego artystę oraz coraz bardziej podejrzanego astralnego maga. Stratis w swej wygłoszonej zrozpaczonym głosem argumentacji nie wykluczył ratowania nieszczęsnych dzieci, czym od razu zjednał sobie życzliwość Khema. Mezxtli dla odmiany odrzucił odpowiedzialność za losy otroków, zwalając wszystko na barki czcigodnego Syna Słońca. Sam alchemik zdecydowany był uczynić wszystko, by ocalić małych brańców, ku zbawieniu swego sumienia i przychylności boskiego Mnumbi.
Nie czekając na odpowiedź strażnika AjArdczyk jął obmacywać swą uprząż szukając wciąż jeszcze nieuszkodzonych pojemniczków z leczniczymi składnikami.
Prowadząc rozmowę zastosuję jednocześnie magię holistyczną na strażniku, a następnie na Ehecatlemie.
: 28 grudnia 2016, 14:17
autor: Sigil
[center]Calli, Dom Bentaresh, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]
W odpowiedzi na słowa maga młody Sa jęknął jedynie cicho. No pięknie - pomyślał z rozpaczą. Jeśli o tym co mamy czynić będzie decydował gość, któremu głowa służy jeno do walenia w posadzkę przed posągami pogańskich bożków, to szybciej znajdziemy tu śmierć, niż zwoje... W co ja się wpakowałem? Przezornie jednak postanowił nie kontynuować tematu.
- Wybaczcie... - bąknął jedynie, natychmiast puszczając Mextli i odsuwając się o krok. Uniósł przy tym obie ręce, podkreślając iż nie ma złych zamiarów. Zdecydowanie bowiem nie zamierzał wkurzać faceta, który za pomocą samej myśli mógł otoczyć się aurą ryczących płomieni, lub zrobić coś jeszcze bardziej spektakularnego i cholernie bolesnego dla otoczenia... Rozejrzał się po pozostałych, mając nadzieję, iż ktokolwiek w kompanii weźmie jego stronę. Nikt się jednak nie odezwał. Wzrok złodzieja przesunął się po milczącej jak zwykle Hieroduli i spoczął na alchemiku, który w pośpiechu przeszukiwał zakamarki swego odzienia. Na ten widok Ah-saa-brax palnął się dłonią w czoło i sam czym prędzej sięgnął do plecaka
- A, byłbym zapomniał, kadi! -zawołał, grzebiąc zapamiętale wśród wypełniających torbę zdobyczy. - Znalazłem po drodze jakieś flakony. Wyglądają mi na mikstury alchemiczne, ale po prawdzie zupełnie się na tym nie wyznaję. Może jednak okażą się przydatne? - zapytał z nadzieją, wyciągając ostrożnie trzy owinięte w worek, pękate butle.
Tak jak opisałem - daję Alchemikowi znalezione mikstury. Z tego co pamiętam było ich trzy.
: 28 grudnia 2016, 22:32
autor: voodoochild
Calli, Dom Bentaresh, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Eonu Ilaxou
Zyanya ostrożnie przeszła w stronę wojowników chcąc pomóc przy opatrywaniu ich ran. Decyzja o podjęciu tego działania nie przyszła jej z łatwością, mimo że wiedziała iż obecność i gotowość do walki Synów Słońca jest niezbędna dla powodzenia misji odzyskania zwojów. Dotychczasowe dywagacje na temat ratowania dzieci przetrzymywanych przez kultystów skierowały jej myśli w stronę melancholijnych rozważań dotyczących szacunku do życia niewinnych istot. Przypomniały jej się słowa uratowanego strażnika, które wypowiedział przy ich pierwszym spotkaniu, o okaleczonej dziewczynce z wyłupionymi oczami.
- Zanim podejmiemy kolejne działania, rozważcie możliwość że kwestię dzieci, zwojów i tego tu pomiotu ciemności mogą się łączyć. Być może nawet zwoje znajdują się w ich pobliżu.
chcę użyć umiejętności "pierwsza pomoc" przy leczeniu wojowników
: 30 grudnia 2016, 19:49
autor: Keth
[center]Calli, Dom Bentaresh, 15 Pani Trzcin[/center]
Alchemik ujął pośpiesznie w ręce podane mu przez młodego artystę flakony, zważył je w dłoniach próbując w kiepskim oświetleniu przeniknąć wzrokiem szkło. Khem nie był co prawda mistrzem w swym fachu, ale znał się na rzeczy, dzięki czemu po krótkiej chwili wiedział już wszystko na temat gęstości umieszczonego w pojemnikach płynu, jego zabarwienia oraz zauważalnej lepkości. Sproszkowany czerwony kamień wymieszany z żywicznym ekstraktem drzewa tok-tok i zwierzęcą śliną, najpewniej wydzieliną z paszczy korbumbuka.
- Mnumbi nad tobą czuwał, mój młody przyjacielu! - oznajmił AjArdczyk cofając się czym prędzej od Stratisa i wsadzając szklane flakony w swój bandolier - Gdybyś je nieopatrznie otworzył, już byś pewnikiem nie żył! W przyszłości nie wahaj sie ani chwili, tylko przynoś wszelkie takie znaleziska do mnie!
Ukrywszy niebezpieczny dla alchemicznych ignorantów łup, Mibampes obrzucił raz jeszcze niespokojnym wzrokiem miejsce krwawej jatki, po czym zbliżył się do słabnącego z upływu krwi strażnika i zaczął pośpiesznie oddzierać kawałki jego szaty.
- Usiądź tutaj i zamilcz, bo mową swą ciała nie osłabiać jeszcze bardziej - pouczył swego pacjenta - Zaraz się zajmę twą raną.
Dzięki dla MG za test Alchemii. Jak już wspomniałem wcześniej, chcę użyć swych umiejętności i magicznego talentu do podreperowania zdrowia strażnika. Jeśli nie portwa to zbyt długo, zajmę się też innymi rannymi. Jeśli w opinii MG zajmie to niebezpiecznie wiele czasu, po opatrzeniu piewszego pacjenta Khem zasugeruje ruszenie w dalszą drogę. W domostwie najpewniej przebywa kontroler szpiegowskiej kuli, który będzie chciał wiedzieć, czemu jego zaklęcie przestało działać. Lepiej nam zaskoczyć jego niż na odwrót!