Gdyby krew Korovieva tętniła życiem nieczułe szarpnięcie niosłoby ze sobą brutalne i nieodwracalne doznanie śmierci. Doświadczenie najtrudniejsze, zarazem nieoczekiwanie przyjemnie, ekstatyczne, wyzwalające. Błogość i ulga, niemożliwe do opisania.
Nic bardziej mylnego.
Obskurny kawałek drutu znaleziony w pobliskiej piwnicy wciąż ostentacyjnie protestował uwłaczającej roli wysłannika poselstwa śmierci. Miał służyć celom wszelako bardziej humanitarnym, jak bracia jego- druty, gumki, nakrętki.
Nakrętki, nakrętki, wieczka, pojemniczki, słoiczki... -Marcus rozmyślał nad solarną egzystencją człowieka i nad jej kainickim zaprzeczeniem.
Tysiące osób zakręcających każdego dnia słoiczki z musztardą i majonezem, tysiące azjatów nawijających drut na rolkę...
Koroviev wciąż bujał się na prowizorycznej, wżerającej się w szyję linie pogrążając się w nieopisanych wzorcach zdarzeń, egzystencji ponadempirycznej, programowalnej, nierównanie dookreślonej i pozbawionej zbędnych pytań.
Niespójna, młoda myśl osadzona w prymitywnych emocjach-
Pinki?
-Pinkiiiii! -Koroviev począł szarpać się i wyć. Powieszony w ciemnej piwnicy pobliskiego domu.
Wypadek! Jak się tu znalazłem??, Szok zmroził go przez chwilę.
Pinkiiii! Gdzie jesteś?!
Odpowiedział mu ledwie słyszalny szept wątłych płuc..
Brzytwa!
Szarpał się z brzytwą walcząc zaciekle, by wreszcie uwolniła go od ciężaru myśli, wspomnień, z każdą chwilą zapewniając mu swobodną myśl, lub przynajmniej jej iluzję.
-Nieee...! Nieeee!- zerwał się z liny upadając na wilgotną posadzkę piwnicy Cromwellów.- Zostawcie mnie!
Wyczuł, dotarło wreszcie do niego, że Pinki ledwie dyszy- stłamszony, zagoniony w ciemny kąt, obcy, głuchoniemy w krainie gawędziarzy.
-Nieeee!- szarpał się, zadzierzgnął, zerwał wreszcie. Doczołgał do kundla. Wiedział, że uratuje go jedynie ofiarą z krwi. Nie wahał się ani chwili. Ukrył się czerpiąc z resztek sił, wiedział jak to uczynić. Pinki, słodki Pinki- nie pozostawał niewdzięczny.
Ktoś.. coś zbliżało się... mimo prób uciszenia kundelek ujadał wściekle.
-Marcusie?! Jest Pan tutaj??- zaskakujące brzmienie głosu, który Koroviev dobrze znał w tym ponurym świecie pełnym podobnych owej sytuacji powiedzeń. Niedopowiedzeń.
[center]***[/center]
Człowiek znalazł go w owej ponurej piwnicy. Charakterystyczny, basowy tembr głosu należał do kogoś z otoczenia Xavier'a. Miał chyba na imię Clark.
Tak, Clark... Odwoził mnie kiedyś.
Zadygotał ledwie utrzymując w ryzach spłoszoną bestię. Miotała się w nim, dusiła, wiła tuż pod skórą usiłując wyrwać się na powierzchnię. Uciec!
Drżał na całym ciele, wreszcie zdołał wydusić z siebie słowa, w których treść trudno było mu uwierzyć. Słowa niepokojące, straszne.
-Price... Twój Pan...
To takie trudne!- Malkavian przetarł twarz dłonią. Nigdy nie przypuszczał, że to nastąpi. Nie chciał być aniołem śmierci ogłaszającym fatalną nowinę. Nie miał wyboru.
-Zawieź mnie natychmiast do księcia. -rzucił roztrzęsionym, skołowanym tonem.
[center]***[/center]
Klęczał pod wrotami do innego świata. Miejsca, w którym toczyły się sprawy daleko wykraczające poza jego przyziemne problemy. Wyczulone zmysły rejestrowały wszelkie napływające z zewnątrz bodźce.
Za chwilę miał zginąć. Zdał sobie z tego sprawę, gdy dotarł na miejsce. Zbyt skupiony na bólu, zmęczony i przerażony zastanawiał się dlaczego jako jedyny "przeżył". Nagła myśl uderzyła w jego umysł z taką siłą, że niemal spadł ze schodów tracąc na chwilę równowagę.
...łatwy łup.. zabiłem wszystkich... wypuścili mnie, bym przywiódł wszystkich do księcia... Co narobiłeś idioto?! Uciekaj!!
Niezgrabnie stanął na nogach cofając się w kierunku wyjścia, uderzył laską o schody. Jest jeszcze szansa! -znikoma szansa, że lupini go nie wyśledzili.
Kogo próbujesz oszukać Marcusie?? Już po Tobie, zginiesz, zanim dopadną Cię wilki.
ATy kurwa dokąd się wybierasz tancereczko? - szorstki głos Antona zmroził go w miejscu. Jeśli teraz powie mu o swoich obawach Anton rozerwie go na strzępy.
Malkavian właśnie popełniał samobójstwo. Nie było innego wytłumaczenia. przeżył, bo mu pozwolono. Przeżył, by przywieźć lupinów wprost do nieumarłego serca Bournemounth. Słyszał tylko jednego wilkołaka. opowiadano mu, że zawsze poruszają się watahą.
Pozostałe czaiły się teraz w mroku. Ich pyski ociekały śliną, źrenice pałały odwieczną nienawiścią. w ciemności ostrzyły stalowe pazury oczekując chwili tryumfu.
-Pinki.. ukryj się, czekaj na mnie.. -opuścił psa na ziemię. Mizerne szanse kundelka, znacząco większe niż gdyby wraz z nim miał stanąć przed obliczem Francisa.
[center]***[/center]
-W świetle ostatnich niepokojących wydarzeń jako koteria poruszaliśmy się wspólnie, by zapewnić sobie większe bezpieczeństwo. Udaliśmy się do kryjówki torreadora Achille.-
Słowa na moment uwięzły mu w gardle.
Rozegrali razem tak wiele partii. Xavier... czyżby coś przeczuwał? Był ostatnio tak spięty... obnażył tak dalece swoje wnętrze.. przeczuwał coś, niepokoił się, gdyby tylko chciał Marcus poprosiłby doktora, by pomówił z Ventrue o nękających go problemach...
Miażdżące, nieme ukłucie wyczekiwania ocuciło błąkający się wśród wspomnień umysł Korovieva. Książę chciał odpowiedzi.
-Jest to dla mnie niezmiernie trudne książę.. -rzekł Marcus opuściwszy głowę w dłonie. Miał wrażenie, że za chwilę straci przytomność. Słowa dusiły się w nim i protestowały, za wszelką cenę unikając artykulacji.
Wypluł je z siebie.
-Dzisiejszej nocy, podczas naszej wspólnej przejażdżki zostaliśmy napadnięci przez pozbawione krzty człowieczeństwa potworności. Ryk lupina, którego nie zapomnę do końca swej egzystencji osamotnił mnie pozbawiając towarzystwa znakomitych osobistości. Wciąż czuję ołowiany zapach krwi, a w uszach słyszę krzyki i strzały. Xavier wypalił wielokrotnie ku bestii. Słyszałem dźwięk tłuczonego szkła i urwany krzyk Achille. Steinbach i Cwetan byli na miejscu. Brujah chyba także podjął walkę. Jestem tylko ślepcem, ja... tak mi wstyd... chcieliśmy uciec wraz ze Steinbachem, lecz samochód Price'a uderzył w ścianę, gdy się ocknąłem byłem sam.. wciąż czuję zapach krwi... nie jestem wojownikiem.. ukryłem się. Tak mi wstyd..
Ponownie zatopił twarz w dłoniach. Czekał na pytania, które wciąż nie padały. Czekał na wyrok śmierci, na który zasługiwał za swe tchórzostwo.
Jeśli pozwolą mu odejść stąd żywcem nigdy już nie stanie przed obliczem księcia. Zaszyje się w swym schronieniu na wieki. Tak pragnął teraz się w nim znaleźć. Wyrwać niepostrzeżenie, by nie ściągnąć na siebie tropiących go bestii, które tak głupio za sobą zwabił.
Leczę Pinkiego krwią.
Jeśli książę puści zywcem Marcusa, to zwieję do swego schronienia. Poproszę o podwiezienie Clarka. Niech gna jak szalony, by zgubić trop.
Marcus jest przekonany, że pozostali nie żyją (i słusznie, od dawna są martwi).