: 01 stycznia 2017, 16:21
[center]Calli, Dom Bentaresh, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]
W obecności AjArdzkiego szlachcica strażnik uspokoił się. Z cichym westchnieniem uleciało z jego płuc powietrze zabierając smutek, lęk i rozpraszając napięcie. Mężczyzna opanował gwałtowne emocje i skupił się na wciąż świeżych, wciąż bolesnych wydarzeniach:
- Wielmożny... możliwe, że jestem jedynym, który ocalał. Mój dowódca podążył za ich kapłanem, gdy nasi wojownicy natarli na nich. Nas, strażników było więcej. Byli też tam inni... ludzie najęci do pilnowania ich szemranych interesów. Uciekli jednak, wpadli w popłoch, gdy plugastwo przejmowało ciała swych wyznawców... nie wiem, czy któryś z tych psich synów przeżył... nie są warci nawet splunięcia - strażnik skrzywił się z niesmakiem na myśl o tych wszystkich zakapiorach - cwanych z pozoru, a uciekających od zagrożenia przy najbliższej okazji.
Widząc rozległe obrażenia mężczyzny, Khem Lateef Mibampes, zaczął dobywać niewielkich, pękatych flakonów zawierających lecznicze proszki, pojemniki z gęstą maścią, a także obwiązany czerwonym jedwabiem pęk ziół, przeznaczonych do okadzania chorych, rannych i wycieńczonych. Mimo swych przygotowań, nie przerywał jednak poszkodowanemu mężczyźnie.
- Walka była zaciekła. Każdy z nas, każdy syn Calli walczył do samego końca. Dzięki przewadze zdołaliśmy pozbawić życia wielu spośród nich i to za nim się przeobrazili. Ale jednak... - westchnął - Tlalli Ixthacaan, nasz mag, zaufany dowódcy, zginął, gdy mroczne siły pomieszały mu zmysły. A my nie byliśmy w stanie oprzeć się magii ciemności... Zginęli więc wszyscy... Wszyscy prócz mnie i mego dowódcy. Podążyłem za nim. Liczyłem, że będę w stanie mu pomóc. - ton głosu mężczyzny przycichł, a na jego twarzy zagościł żal - ale wtedy... pomiot ciemności zagrodził mi drogę. I wylądowałem tutaj. Z wami, w tej ciasnej, zniszczonej sali.
Alchemik spojrzał ze zrozumieniem w oczy strażnika. Sprawa wymagała pośpiechu, tak jak i stan zdrowia rannego. Khem oczyścił szybko ranę i jął przygotowywać pęk ziół do okadzania.
- Panie... dziękuję za pomoc. Stokroć dzięki bogom za to, że w porę mi pomogliście, a kreatura wróciła tam, skąd przybyła, ale obawiam się, że mamy mało czasu... lub prawie w ogóle. Gdzieś tam jest mój dowódca. Jeśli jeszcze żyje...
Alchemik skinął głową i uciszył rannego. Szybko, gdy sytuacja była nagląca, zaczął leczyć jego rany. Wargi wypowiadały cicho lecznicze formuły znane jego ludowi odkąd złote piaski ustąpiły miejsca wodom Wewnętrznego Morza.
- Saath... Baa... Ain'heresh... - każda wypowiadana głoska wnikała w ciało, wnikała w uszkodzone, krwawiące tkanki i zasklepiała rany. Koiła nadwyrężone ścięgna i napięte mięśnie. Po koniec AjArdczyk cicho złożył dziękczynienie swemu patronowi, składając delikatny pocałunek na figurce świętego zwierzęcia. - Mnumbi... ty, który widzisz dzieci Holis z głębi swych wód, usłysz moją prośbę. Otocz tego tu mężczyzną swą łaską i opieką, a ciało jego i duch wróci do zdrowia.
[center]***[/center]
Gdy alchemik samego Oroni leczył strażnika, Zyanya skierowała swe kroki ku Ehecatlemowi. Ciemna maź, budząca obrzydzenie czarna substancja zostawiła na ramionach Aru ślady odmrożeń. Hierodula łagodnie skierowała Ehecatlema ku ścianie i pomogła spocząć. Rany od lepiej substancji okazały się niemal niczym w porównaniu do obrażeń otrzymanych w walce. Kobieta ostrożnie zbadała stan rannego. Gdy dotknęła żeber, Syn Słońca syknął z bólu. Pęknięte żebro... Zyanya cicho dziękowała Bogini, że broń przeciwnika nie uderzyła z większą siłą. Tak blisko płuc... tak nie wiele. Hierodula wiedziała, co mogłoby się stać, jeśli żebro byłoby złamane. Gwałtowna rana, uszkodzenie płuca. Ranny niemogący niemal oddychać... bliski śmierci. Widziała to ongiś na własne oczy. Teraz jednak, Czarna Matka sprawowała nad nim swą pieczę...
Bladymi dłońmi pomogła zdjąć Ehecatlemowi napierśnik. Delikatnie, aby nie urazić uszkodzonych mięśni i pękniętej kości, zaczęła opatrywać rany Syna Słońca.
W obecności AjArdzkiego szlachcica strażnik uspokoił się. Z cichym westchnieniem uleciało z jego płuc powietrze zabierając smutek, lęk i rozpraszając napięcie. Mężczyzna opanował gwałtowne emocje i skupił się na wciąż świeżych, wciąż bolesnych wydarzeniach:
- Wielmożny... możliwe, że jestem jedynym, który ocalał. Mój dowódca podążył za ich kapłanem, gdy nasi wojownicy natarli na nich. Nas, strażników było więcej. Byli też tam inni... ludzie najęci do pilnowania ich szemranych interesów. Uciekli jednak, wpadli w popłoch, gdy plugastwo przejmowało ciała swych wyznawców... nie wiem, czy któryś z tych psich synów przeżył... nie są warci nawet splunięcia - strażnik skrzywił się z niesmakiem na myśl o tych wszystkich zakapiorach - cwanych z pozoru, a uciekających od zagrożenia przy najbliższej okazji.
Widząc rozległe obrażenia mężczyzny, Khem Lateef Mibampes, zaczął dobywać niewielkich, pękatych flakonów zawierających lecznicze proszki, pojemniki z gęstą maścią, a także obwiązany czerwonym jedwabiem pęk ziół, przeznaczonych do okadzania chorych, rannych i wycieńczonych. Mimo swych przygotowań, nie przerywał jednak poszkodowanemu mężczyźnie.
- Walka była zaciekła. Każdy z nas, każdy syn Calli walczył do samego końca. Dzięki przewadze zdołaliśmy pozbawić życia wielu spośród nich i to za nim się przeobrazili. Ale jednak... - westchnął - Tlalli Ixthacaan, nasz mag, zaufany dowódcy, zginął, gdy mroczne siły pomieszały mu zmysły. A my nie byliśmy w stanie oprzeć się magii ciemności... Zginęli więc wszyscy... Wszyscy prócz mnie i mego dowódcy. Podążyłem za nim. Liczyłem, że będę w stanie mu pomóc. - ton głosu mężczyzny przycichł, a na jego twarzy zagościł żal - ale wtedy... pomiot ciemności zagrodził mi drogę. I wylądowałem tutaj. Z wami, w tej ciasnej, zniszczonej sali.
Alchemik spojrzał ze zrozumieniem w oczy strażnika. Sprawa wymagała pośpiechu, tak jak i stan zdrowia rannego. Khem oczyścił szybko ranę i jął przygotowywać pęk ziół do okadzania.
- Panie... dziękuję za pomoc. Stokroć dzięki bogom za to, że w porę mi pomogliście, a kreatura wróciła tam, skąd przybyła, ale obawiam się, że mamy mało czasu... lub prawie w ogóle. Gdzieś tam jest mój dowódca. Jeśli jeszcze żyje...
Alchemik skinął głową i uciszył rannego. Szybko, gdy sytuacja była nagląca, zaczął leczyć jego rany. Wargi wypowiadały cicho lecznicze formuły znane jego ludowi odkąd złote piaski ustąpiły miejsca wodom Wewnętrznego Morza.
- Saath... Baa... Ain'heresh... - każda wypowiadana głoska wnikała w ciało, wnikała w uszkodzone, krwawiące tkanki i zasklepiała rany. Koiła nadwyrężone ścięgna i napięte mięśnie. Po koniec AjArdczyk cicho złożył dziękczynienie swemu patronowi, składając delikatny pocałunek na figurce świętego zwierzęcia. - Mnumbi... ty, który widzisz dzieci Holis z głębi swych wód, usłysz moją prośbę. Otocz tego tu mężczyzną swą łaską i opieką, a ciało jego i duch wróci do zdrowia.
[center]***[/center]
Gdy alchemik samego Oroni leczył strażnika, Zyanya skierowała swe kroki ku Ehecatlemowi. Ciemna maź, budząca obrzydzenie czarna substancja zostawiła na ramionach Aru ślady odmrożeń. Hierodula łagodnie skierowała Ehecatlema ku ścianie i pomogła spocząć. Rany od lepiej substancji okazały się niemal niczym w porównaniu do obrażeń otrzymanych w walce. Kobieta ostrożnie zbadała stan rannego. Gdy dotknęła żeber, Syn Słońca syknął z bólu. Pęknięte żebro... Zyanya cicho dziękowała Bogini, że broń przeciwnika nie uderzyła z większą siłą. Tak blisko płuc... tak nie wiele. Hierodula wiedziała, co mogłoby się stać, jeśli żebro byłoby złamane. Gwałtowna rana, uszkodzenie płuca. Ranny niemogący niemal oddychać... bliski śmierci. Widziała to ongiś na własne oczy. Teraz jednak, Czarna Matka sprawowała nad nim swą pieczę...
Bladymi dłońmi pomogła zdjąć Ehecatlemowi napierśnik. Delikatnie, aby nie urazić uszkodzonych mięśni i pękniętej kości, zaczęła opatrywać rany Syna Słońca.
Khem: uzdrawia Medycyną Ezoteryczną strażnika; rzut Med. Ezoter. + Inu., wynik = 1 przebicie. Alchemik w miarę skutecznie zajmie się ranami strażnika, który wyraźnie poczuje się lepiej.
Zyanya i Ehecatlem: leczy Ehecatlema umiejętnością Pierwsza Pomoc; rzut Pier. Pom. + Zwinn., wynik = 3 przebicia. Zdolności hieroduli przywrócą Synowi Słońca 4 punkty Żywotności (Ehecatlem jest wiec na puli Obrażeń Średnich i ma aktualnie 8 punktów Życia).
Zyanya i Ehecatlem: leczy Ehecatlema umiejętnością Pierwsza Pomoc; rzut Pier. Pom. + Zwinn., wynik = 3 przebicia. Zdolności hieroduli przywrócą Synowi Słońca 4 punkty Żywotności (Ehecatlem jest wiec na puli Obrażeń Średnich i ma aktualnie 8 punktów Życia).

[/center]