W drodze do Burat-aru, 26 orakt-ran
- Czego kurwa drzesz tę japę?! - wyrzucił z siebie zawinięty w futro mężczyzna, przydeptując z rozpędu uzbrojoną w miecz rękę strażnika - Na Kielich, mało się nie posrałem ze strachu jak żeś zaczął piszczeć, bom myślał, żeś jakaś czarnoksięska zmora.
Skamieniały Eco wbił wzrok w rosłą postać brodatego człowieka, jego ozdobioną koźlimi rogami futrzaną czapę i skórzane ochraniacze na ramionach najeżone przypominającymi kolce żelaznymi szpikulcami. Obcy nie zdejmując z Ostrogarczyka nogi przeniósł spojrzenie w kierunku wozu i dobiegających stamtąd hałasów.
- Łamignat, przestań wreszcie łasić się do tych chędożonych wołów! Ty ciołku, nie widzisz, że one się ciebie lękają?! Kurwości, postaw go na ziemię, ale już!
Wrzaski przerażenia od strony zaprzęgu ucichły, chociaż przestraszone zwierzęta dalej porykiwały żałośnie, a Fleituh nadal miotał w orklashu obelżywe wyzwiska. Człowiek w futrze i rogatym hełmie odstąpił od Eco, a po chwili zastanowienia wyciągnął do niego rękę w pomocnym geście.
- Nie miejcie nam za złe, żeśmy was niechcący przerazili. Zwą mnie Trzęsikęskiem, z Burat-aru jestem - przedstawił się obcy stawiając surelianina na nogi - Wszystko wina mego druha, Łamignata. Wielce to poczciwy chłop, ale rozumu ma w tej pale mniej od wiewiórki. A na dodatek ogromną żywi czułość do wszelakich bydlątek, taki wręcz z niego bydlęcy perwersas. Ujrzał wasz zaprzęg i zapragnął poczochrać woły, uciekł mi spod ręki.
Próbując poskładać do kupy ciągniętą przyjaznym tonem opowieść Trzęsikęska, Eco spojrzał w stronę wozu, stojącego na nim Fleituha, skulonego w koźle furmana i odstępującego od wołów stwora. I wzdrygnął się mimowolnie na widok tego ostatniego.
Drugi z Buratarczyków musiał mieć za odległego przodka jakiegoś olbrzyma, tylko to tłumaczyło jego nadludzkie rozmiary. Wbity w wielką futrzaną zbroję o nastroszonym włosiu, noszący na głowie jeszcze straszniejszy rogaty hełm, dopiero po dłuższej chwili wpatrywania się w niego zaczynał przypominać dziwacznie przebranego człowieka.
- Zbójcy! - ryknął wściekłym głosem Fleituh, odzyskując dość panowania nad sobą, by przejść na zrozumiałą dla wszystkich wspólną mowę - Jak śmiecie napadać na trakcie oficera ostrogarskiej straży?!
- Wybaczcie, zacny panie - Trzęsikęsek rozłożył ręce szeroko w geście pojednania, ruszył w stronę orka - Żadnej napaści nie było, to jeno nieporozumienie. My w lesie porządku pilnujemy, bo się w okolicy naszej wioski kręciły ostatnio gobliny. Stąd takowe stroje półdzikie, coby im strachu napędzić. Jak taki zwykły goblin mego druha zoczy, od razu posrany jest po stopy, i to w locie. Ale was nie chcieliśmy przestraszyć, jeno tak to samo z siebie wyszło. Zechciejcie wybaczyć.
Niech zadość będzie życzeniu Czegoja, przyszedł dla Eca jakiś przyjemniejszy moment w przygodzie. Ale generalnie nie zgadzam się z surową oceną mojego mistrzowania. Mogliście trafić na Spiżową Arenę? Mogliście? Byliby was tam pomordowali, ale Mistrz się zlitował i próbuje wyciągnąć z pułapki. Podstawia pod nos jakiś napad, jakieś fireballe, pozwala zaprzęgowi w las uciec. Czyż to nie gest wsparcia i współczucia? A las wokól jest piękny, zapiera dech w piersiach swym majestatem. Pomyślcie o świeżym powietrzu, o czystej wodzie. Poobcujcie trochę z naturą, to też taki prezent od mistrza. Uważajcie tylko na leśne węże, te dwumetrowe. I na wilki wielkości koni, znaczy się wargi. I nie jedzcie trujących grzybów... ale spoko, trochę się rozpędziłem, najpierw wydostańcie się z tego podpalonego wozu!