Tajemnicza dolina o północy
W promieniach obficie rozrosłego księżyca nieumarli podążali to chrzęszcząc kośćmi to mlaskając martwym gnijącym ciałem. Dwie grupy zaczęły z obu stron okrążać niezmącone tchnieniami wiatru jeziorko.
W tym samym świetle na szczycie skalnej ściany ukazała się dziwna, czarno odziana, postać. Dosiadała unoszącego się lekko ponad ziemią mglistego, jakby uplecionego z dymu, karego wierzchowca. Jej twarz skrywał głęboko nasunięty kaptur. Nieśpiesznie zatrzymała się przy krawędzi przypatrując się zajściom w dolinie jak zmaganiom na arenie gladiatorów.
Obserwatorów tego widowiska było więcej, bo po przeciwnej stronie urwiska gromadziła się pokrzykując, podskakując i wymachując bronią sfora goblinów.
Do uszu Huskuna dotarł charakterystyczny głos brzmiący jak darcie starej szmaty. Więc Uhar także znajdował się wśród goblinów. Co prawda młody adept sztuk czarnoksięskich usłyszał zaledwie strzępy słów wykrzykiwanych przez szamana, ale nie były one zbyt pocieszające.
Kanalia, nieudacznik, darmozjad i zakała plemienia to jedne z delikatniejszych określeń jakie dotarły do jego uszu. Jedyne na co mógł liczyć Huskun ze strony swojego pryncypała to to, że szaman spadnie ze skały i skręci sobie kark, co jednoznacznie rozwiąże sprawy terminowania młodego czarnoksiężnika.
Borgul jednak stał niewzruszony wpatrując się w dolinę. Huskun dał by głowę, że wpatruję się w Mordil-sana. Dopiero gdy padło wywrzeszczane słowo EGZAMIN, wzniósł dłoń dając znak do odwrotu. Na pożegnanie szaman wypiął się zadzierając szatę i prezentując pożółkłe i pomarszczone dupsko.
Wszystko to odbyło się dość szybko, a krążące po krawędziach ghule ruszyły w ślad za goblinami.
Mordil i Barthur dotarli do brzegu jako ostatni. Z uczuciem ogromnej ulgi powitali twardy i kamienisty grunt pod nogami. Barthur nie tracąc czasu uzbroił się. Do brzegu zbliżały gromadka żywych, a zapewnienia o wspólnej sprawie mogły być fałszywe.
Odrzucając linę i ze skrzywionym strachem obliczem ork spoglądał na Mordila spode łba i w końcu rzekł w mowie wspólnej z mocnym orczym akcentem.
- Z deszczu pod rynnę. Na Katana w co ja rzem wdepnął - przyłożył pięść do czoła wykonując religijny gest po czym sięgnął po szablę -
skoroś nie pływający to po co tak się śpieszył? - zagaił zakładając na przedramię tarczę -
nie łacniej było zejść po schodach, koło tych wielgachnych spiżowych wrót za wodospadem? - skrzywił się widząc minę Mordila -
co tak ślipia wytrzeszczasz, masz mnie za głupka? Sprawdziłem. Wrota nie otwierane od lat, nawet zamków z tej strony nie mają.
Bazookh