Bournemouth, Schronienie Xaviera; 20.11.14; wieczór
Tremere usiłował sobie przypomnieć swoje życie, ale poza obrazami z hospicjum, poza scenami, gdy równiesnicy szydzili i wyśmiewali się z niego nie mógł przybliżyć sobie niczego innego. Jego matka i ojciec... Jak wyglądali? Z grubsza potrafił zarysować w myślach ich sylwetki, ale twarze pozostawał za mglistym całunem. Oprócz tego rzesze lekarzy jakie przewinęły się przez jego krótkie życie, choć i oni nie mieli twarzy. Ot, białe kitle z rękoma trzymającymi lekarskie narzędzia. I ten ostatni lekarz, spokojnym, niemalże ojcowskim głosem mówiący mu:
- Wszystko jest na dobrej drodze chłopcze. Najgorsze mamy już za sobą chłopcze. Jeszcze trochę i będziesz zdrów jak ryba...
A potem ona. Piękna jak noc, straszna jak nocna mara. Matka...
Tremere obudził się nagle zrywając z posłania i dysząc ciężko. Już sam nie był pewien czy jeszcze ją kochał czy już nienawidził...
***
Price stał i patrzył się jak setki robotników o kruczych łbach rozbierało Sprearmint Rhino. Cegła po cegle, kracząc donośnie, tak jakby rozrywały trupa. Ofiarę porzuconą bez pochówku w leśnej otchłani. Chciał ich przegonić, ale nie mógł. Tylko biernie obserwował, jak jego dom jest rodziobywany przez kruki. Co i rusz koszmarne istoty zabierały z jego domu kolejny element. Price zacisnął pięści i rosnącą złością zapamiętywał krucze łby.
Otworzył oczy w tym samym momencie w którym Steinbach zasiadł na swym posłaniu, a Malkavian krzyknął cicho przebudzając się...
***
Doktor kłamamał i Marcus wiedział dobrze o tym. Karmił Koroviewa mdłymi historiami. Opowiadał koszmarne historie o śmierci wszystkich, których znał.
Kłamca!!!
Muzyk czuł jak fałszywe tony płyną od Zachariasza. Doktor nawet nie krył się z tym. Śmiał się donośnie, jakby jego pacjent nie był w stanie dosłyszeć drwiącego tonu. Ale Marcus wszystko słyszał. Niemal czuł namacalny dotyk breji sączącej się z ust Sandsa.
Po co to? Czemu chcesz mi to zrobić? Czemu chcesz utopić mnie we własnym żalu, oddać na śmierć Księciu i jego siepaczom?
Sands doskoczył nagle do Korowiewa, niczym garou rzucający się na swą ofiarę:
- Pójdziesz do Księcia i powiesz coś widział!!! Nikt nie przeżył! Rozumiesz głupcze!!!
Marcus krzyknął i otworzył oczy...
***
Jakże wspaniałym był dotyk delikatnej wełny z jakiej wykonano jego garnitury. Toreador jeszcze raz musnął dłonią rękaw tak drogiej mu marynarki. Wyszedł z pokoju i znalazł się w sarajewskim szpitalu, pełnym rannych. Ale przecież był w garniturze, jeśli rzuci się w wir pomocy, straci coś tak cennego. Krew nie spierze się się z wełny... Zrzucił marynarkę i cisnął ją na wieszak. Pobiegł pomagać... Marynarka zsunęła się na podłogę i zaczęła w nią wsiąkać krew z podłogi...
Wrócił, gdy było już po wszystkim. Szpital znów był spokojny, ale wełna była krwistoczerowna. Podniósł ją zrozpaczony. Przez palce zaczęła mu się sączyć krew z marynarki, a jemu samemu krwiste łzy...
Otworzył oczy....
No to zaczynamy kolejną noc!