Strona 23 z 35
: 05 kwietnia 2016, 11:39
autor: Sigil
[center]Baza na Wilczych Pustkowiach, 7 zmroczec (vajni), 360 rok Ery Silniri.[/center]
Wiedźma kazała Olafowi zdjąć koszulę i położyć się na śmiesznie krótkim legowisku Harmoniusza. Następnie szepcząc kilka cichych słów wykreśliła na ścianie znak, który zaczął się jarzyć błękitnym światłem. Zwiadowca uczynił jak mu nakazano, choć czuł, że nogi wystają mu poza posłanie gnoma. Postanowił jednak nie narzekać. Pomimo osłabienia i dreszczy starał się dzielnie trzymać, znosząc przypadłości z przyrodzoną sobie pogodą ducha.
[center]Podkład:
Mother of Times[/center]
Czarownica otworzyła torbę, wyjmując z niej przeróżne tajemnicze utensylia: parę białawych kości, trzy pęki ziół, garść kryształów górskich, pióro sokoła, grzechotkę i kilka wypchanych, skórzanych woreczków. Olaf obserwował wszystko z pewnym zaciekawieniem, choć niewiele mógł z tego pojąć. Kobieta ułożyła kryształy i kości wokół niego, a następnie zapaliła jeden z pęków ziół i poczęła okadzać ciało zwiadowcy wonnym, lekko gorzkawym dymem. Nie wiedzieć czemu, zapach ten przywiódł młodzieńcowi na myśl szerokie wrzosowiska nad rozlewiskami Akury, gdzie spędził kilka lat swego młodego życia, ucząc się strzelać z łuku i podchodząc płochliwe ptactwo. Teraz powróciło do niego to samo wrażenie beztroski i swobody, które towarzyszyło mu wtedy. Wszelkie zgryzoty stały się nagle tak odległe i nieistotne, niczym garść suchych liści niesiona jesiennym wiatrem. We wspomnieniach ponownie wdychał wiatr, niosący się szerokim niebem od północy, ponownie łowił wzrokiem iskry słonecznego blasku, odbite od fal rzeki i słyszał odlegle gęganie czaronoskrzydłych kąślaw, lecących kluczem ponad łagodnymi falami Szarych Grzbietów.
Zanurzony w ogrodzie pamięci, dopiero po chwili pojął, iż pochylona nad nim uzdrowicielka śpiewa dziwną pieśń bez słów. Pieśń, której melodia wiła się niczym błękitnawe pasma dymu i wypełniała pomieszczenie ciepłym, pulsującym rytmem, podobnym trochę do tętna wielkiego, spokojnego zwierzęcia, a trochę do odległego szumu morza. Zamknął oczy, czując jak głos Norlaug wnika w jego ciało, wypełnia swym łagodnym falowaniem jego duszę i kości, żyły, i mięśnie. Odetchnął głęboko, czując jak niepokój i napięcie spowodowany zatruciem ulatują gdzieś, zmyte kolejnymi, kojącymi falami melodii. Żar płonący wcześniej w jego ciele ustępował, zastąpiony przez delikatne mrowienie, którego rytmy poddawały się magicznej pieśni.
[center]

[/center]
Zwiadowca otworzył nagle oczy i spojrzał na własną pierś, czując na niej coś zimnego. Istotnie, na jego sercu spoczywał fioletowy kryształ. Już miał zamknąć powieki powracając do idyllicznego świata wspomnień, gdy nagle ujrzał, jak wewnątrz kamienia coś się poruszyło. Spojrzał na niego z większą uwagą, choć wymagało to utrzymania głowy pod nieco niewygodnym kątem. Istotnie, wewnątrz ametystu kłębiła się czarno-brązowa mgła. Ujrzał jak czarownica kreśli ponad kryształem jakieś znaki, nie przerywając nucenia. Tajemnicza chmura, uwięziona w fiołkowej toni minerału zaczęła powoli rosnąc, zwiększając swą objętość z każdym kolejnym nawrotem pieśni. Zdawała się teraz Olafowi ciężka, lepka i żrąca, w jakiś dziwny sposób przywodząc na myśl pająka, który ukąsił go w lesie… Było w niej i tym stworze coś, co wydawało się równie nieczyste, równie zgubne i nienawidzące światła... Po chwili cały ametyst utracił swą barwę, pożarty od środka przez brudno-brązowawą czerń. Wiedźma szybkim ruchem usunęła kamień z piersi zwiadowcy i wrzuciła go do jednego z woreczków.
- Już po wszystkim, Olafie - rzekła z uśmiechem, choć z jej rysów przebijało maskowane zmęczenie. - Usunęłam truciznę z twej krwi. Jesteś zdrowy.
Norlaug: test Medycyny Ezoterycznej (Inu + Medycyna Ezoteryczna):
36 + 11 = 47. Rzut: 10. Osiągasz 3 przebicia i udaje ci się usunąć truciznę z organizmu Olafa (wymagało to jednego przebicia)
Odpisz sobie takze 1 punkt Energii za użycie Świetlistego Runu (jak bowiem zgaduję nie przeprowadzasz operacji po ciemku).
Olaf: Norlaug usuneła truciznę. Jesteś całkowicie zdrowy.
Pozostali: Leczenie Olafa zabiera pół godziny. Jeśli coś chcecie robić w tym czasie to działajcie!
Grupa Gunlid nadal nie wróciła.
: 06 kwietnia 2016, 15:17
autor: zapalki_chaosu
[center]Baza na Wilczych Pustkowiach, 7 zmroczec (vajni), 360 rok Ery Silniri.[/center]
Siadając w ciepłej chacie wypełnionej zapachem jedzenia, Vidgara dogoniło zmęczenie. Rozluźnił się i oklapł. Używał tylko tych mięśni, które zapobiegały osunięciu się na ziemię. Kiedy Norlagu podeszła do niego i podała mu miskę, wyciągnął tylko rękę i już miał podciągnąć ją sobie pod brodę i zacząć pałaszować, lecz wiedźma usiadła tuż obok. Zaskoczony jej bliskim towarzystwem, podniósł się szybko by przybrać bardziej godną pozę, co o mal nie skończyło się rozlaniem gulaszu.
Cieszył się jej towarzystwem. Ostatnie wspólne przeżycia rozwiały zupełnie skojarzenia z babcią. Przestał też zwracać uwagę na jej czasem dziwne zachowanie, uznał że ci z kruczego lasu pewnie tak mają i że jakby sam tam pojechał to dla nich mógłby być dziwny. Chociaż wiedział, że tak naprawdę oni byli dziwni. Całe życie w końcu spędzali w lesie. Vidgar natomiast, jak inni z plemienia wilka czy nawet niedźwiedzia, wiele podróżowali po świecie, byli bardziej obyci, normalni....
Vidgar chciał więc nawiązać jakiś kontakt i powiedzieć coś, niestety jak na złość nic sensownego nie przychodziło mu do głowy. Pomysły jakieś miał ale jeden wydawał mu się gorszy od drugiego. Na początku o mal nie palnął czegoś w stylu "Fajnie, że nie wpadłaś tym razem w tą szczelinę, jak ten potwór wyskoczył" albo, "podobało Ci się jak uratowałem Wilkołka?". W pewnym momencie miał już nawet dobry pomysł, niestety stało się to kiedy łyżką nabrał dość duży kawał mięsa i zanim zdążył go przeżuć Norlaug wstała i poszła opiekować się Olafem.
Taki obrót wydarzeń zaskoczył młodego wojownika i sposępniał tylko, zwłaszcza że wtedy też dostrzegł jak blado Olaf wyglądał. Skoro Norlaug zajęła się leczeniem, on dokończył swoją porcję i poszedł po dokładkę. Wiedźma leczyła dalej a on już zdążył zapomnieć co chciał jej powiedzieć. Czas mijał a on stawał się coraz bardziej nie spokojny. Gdzie jest Gunlid i jej grupa? Próbował sobie przypomnieć gdzie mieli pójść i porównać dystans. Efekt tych rozważań jednak ani nie uspokoił go ani nie wytłumaczył mu, czemu jeszcze nie wrócili.
Właściwie to zaczął się przygotowywać mentalnie do tego aby zebrać się i ruszyć im na ratunek. Zdenerwowanie bowiem i brak jednej z drużyn musiały być spowodowane jakąś złowieszczą przyczyną. Może dopadł ich lodowy żmij, którego larwy wcześniej ubili?
Dziwił się, że jeszcze nikt inny nie zwraca na to uwagi. Zaczął kręcić się koło okien, wyglądając co i rusz czy nikt nie idzie i spoglądać co chwila na Vilberga, czy ten nie zrobi wreszcie czegoś w tej pilnej i palącej sprawie.
: 06 kwietnia 2016, 15:40
autor: Sigil
[center]Baza na Wilczych Pustkowiach, 7 zmroczec (vajni), 360 rok Ery Silniri.[/center]
[center]Podkład:
The Fog[/center]
Zmierzch przeminął szybko, okrywając wszystko czarnym kirem nocy. Wraz z nadejściem ciemności wiatr powrócił, z nieba zaś sypnęły gęste płatki śniegu. Vilberg wydawał się tam samo zaniepokojony nieobecnością pozostałych jak Vidgar. Rozmowa się nie kleiła. Nawet Brnjar, zwykle tryskający humorem, spoglądał co chwila z niepokojem na drzwi.
Wreszcie te uchyliły się. Wtoczyła się jednak przez nie jedynie ciężka sylwetka pokrytego śniegiem Reda.
- Nie widziałeś nikogo? - zapytał Brnjar.
- Nie. - mruknął wojownik i zaczął otrzepywać ubranie.
Wszyscy zamilkli patrząc jak Red siada, sięga po miskę i nakłada sobie gulaszu. Z jakiś dziwnych powodów w izbie pojawiło się nagle napięcie nie do wytrzymania, tak jakby wszystkie niewypowiedziane obawy i podejrzenia skrystalizowały się w powietrzu. Zwykłe, codzienne czynności nabrały nagle złowróżbnego znaczenia, niczym kości rzucone w chacie wiedźmy... Lęk o towarzyszy, skryty wcześniej pod wymuszoną wesołością i zamaskowany głodem wyjrzał wreszcie na powierzchnię. I mimo płonącego, ognistego runu wszyscy poczuli wspinający się do ich serca chłód.
Ciężkiej tej ciszy nie zdołało nawet przerwać wejście Norlaug i Olafa, wracających z pokoju Harmoniusza.
- Pogoda się pogarsza - ozwał się w końcu Vilberg ponuro. - Śnieg zasypał ślady. Nie znajdziemy ich po ciemku. To wilczośpiewców pora.
Obrócił się ku Olafowi i rzekł:
- Synu, zapytaj Wiatru jaka będzie pogoda?
Młody Zwiadowca podszedł do drzwi, otworzył je i przez chwilę stał w progu wdychając zimowe powietrze. Jego sylwetka na tle wyjącej wichrem nocy i zawiei białych płatków, wydawała się dziwnie samotna. Tuż za nim, tam, gdzie kończyła się plama światła, padającego od wejścia trwałą nieprzenikniona ciemność. I wszyscy poczuli nagle bijącą z niej wrogość...
- Nie powinniśmy nigdzie ruszać - odezwał się w końcu, odwracając do zebranych i zamykając drzwi, co sprawiło, iż wszyscy niedostrzegalnie odetchnęli z ulgą. - Zawieja nie ustąpi. Będzie trwała do rana.
- Na Aurena! - warknął Vilberg - Przeklęte demony zimy! Oby ochrypły do tego wycia!
- Spokojnie - doradził Brnjar - Gunlid jest doświadczonym zwiadowcą. A Hatr i Joos także nie są młokosami. Powinni widzieć, że zmieni się pogoda. Może znaleźli jakieś schronienie i pojawią się rano...?
Kupiec próbował przywołać na twarz pełen nadziei uśmiech. Głos jego jednak brzmiał dziwnie płasko, zdradzając napięcie. I nikt z zebranych w izbie nie umiał odegnać od siebie myśli, że stało się coś złego. Tam, na zewnątrz, w ciemności i zimnie, gdzie śnieg zacierał ślady i przysłaniał wzrok... Czaiło się coś jeszcze, jakaś nienazwana obcość, o której nie chcieli rozmawiać, ani nawet nazywać jej. Lecz która niepostrzeżenie wpełzała na ścieżki myśli, domagając się uwagi.
[center]

[/center]
Dla wszystkich: Na zewnątrz rozpoczęła się zamieć śnieżna, a wy jesteście już ostro zmęczeni. Widoki na wyruszenie dziś w nocy na pomoc pozostałym są więc nad wyraz marne.
Dla Olafa: Używając zdolności Empatia Żywiołu (wynikającej z twojego Patronatu Wiatru) określasz, że zawieja jeszcze się wzmocni i potrwa do rana.
Dla Kyariela: Odmedytujesz Energię.
Przypominam, kto jest ranny:
Vidgar jest na lekkich obrażeniach.
Tańczący po Czarnej Spirali na średnich.
: 06 kwietnia 2016, 16:40
autor: zapalki_chaosu
[center]Baza na Wilczych Pustkowiach, 7 zmroczec (vajni), 360 rok Ery Silniri.[/center]
Ostatnie słowa Bjnara powinny były uspokoić Vidgara. Brzmiały rozsądnie. Gdyby przewidywali zmianę pogody na taką jaka nastała, faktycznie, zamiast ryzykować, że nie dotrą do obozowiska na czas, powinni byli znaleźć jakieś schronienie. Pewnie musieli jakieś znaleźć, żeby przeczekać to załamanie pogody.
Mimo to, niepokój wciąż narastał i był dziwny. Vidgar miał ochotę chodzi od okna do okna i warczeć, spoglądając na zewnątrz. Gdyby był Wilkołkiem jak Tańczący z pewnością miałby zjeżoną sierść na karku. Zapomniał o oparzeniach, bólu nie zauważał, chociaż potęgował on trochę irytację.
Jego wilcza natura wyraźnie ujawniała się w tym krążeniu. Jakby coś na zewnątrz, czego nie widać, jakaś złowroga obecność przemawiała do tej zwierzęcej intuicji. Miał ochotę szczerzyć kły w tą ciemność i patrzeć się jej w oczy, ale ona nie miała oczu, Szczerzyć się za bardzo też nie mógł bo wyglądał by głupio. Dlatego tylko łaził i zatrzymywał się co i ruch gapiąc się w czarną nicość i kiedy nikt nie widział obnażał zęby i wydawał z siebie cichy warkot.
Czuł się tak zmobilizowany, że chyba mógłby tak całą noc. Zmęczenie przestało mieć znaczenie. Z jakiegoś powodu miał wrażenie, że nie fizycznie, ale w jakiś inny niewyjaśniony sposób wicher a może ta dziwna ciemność przyniosły ze sobą zapach krwi.
: 06 kwietnia 2016, 19:44
autor: Dobro
Olaf wewnętrznie odetchnął z ulgą. Znów znalazł się na krawędzi życia i po raz kolejny trud wyprawy skopał porządnie Olafowy tyłek. Myśl o tym, że mógłby niedożyć narodzin swoich dzieci... oczywiście, jak wcześniej znajdzie się kobieta godna je urodzić... ech! Przynajmniej siły natury sprzyjały i dadzą wszystkim odpocząć tej nocy. Młody zwiadowca zdawał sobie sprawę, że ojciec z pewnością zarządziłby wyprawę ratunkową dla Gunlid...
No i została jeszcze kwestia Norlaug.
- Dziękuję, młoda czarodziejko - powiedział pewnym, acz slabym głosem, gdy Norlaug oznajmiła mu o końcu swoich uzdrowicielskich poczynań. Teraz zaś młody wilk rozmyślał nad sposobami zaistnienia w oczach młódki i przy okazji - spłacie długu, jakim był jej ratunek...
A nic tak nie sprzyja rozmyślaniom, jak nocny odpoczynek.
Odpoczywam do rana śpiąc i nie wyściubiając nosa na zewnątrz bez wyraźnej potrzeby.
: 06 kwietnia 2016, 20:28
autor: Frater_Terry
W drodze powrotnej Wylkołek był raczej małomówny, pozostając w świecie własnych rozmyślań. Owszem, wypatrywał w skupieniu jakichkolwiek zmian w bieli krajobrazu, nie podejmował jednak żadnej rozmowy.
I tym razem wszystko się dobrze skończyło. Ale tak jak poprzednim razem, było zdecydowanie zbyt blisko. Muszę bardziej na siebie uważać. Tylko jak mam uważać w takich chwilach jak ta ostatnia? Jakbym nie dał mu się pochwycić, pewnie by nas wszystkich ugotował tym swoim wrzącym oddechem. No dobra, może to i nie było całkiem umyślnie, ale nie da się ukryć, że mogłoby być ciężko, gdybym nie został jego zabawką do żucia. W ogóle jak o tym myślę, to przechodzę samego siebie podczas tej wyprawy. No może z wyjątkiem tej przeklętej butelki. Nie ma to takiego chyba znaczenia, mam nadzieję, że nie będzie mi to pamiętane. Każdemu mogło się zdarzyć, to przez ten przeklęty śnieg, nie było nic widać... No ale potem nie było chyba tak źle... Może poza faktem, że praktycznie po każdej potyczce trzeba mnie zbierać. Ale dzięki temu nie trzeba zbierać innych, a to chyba ma znaczenie... He he, najtwardszy na północy. Podoba mi się. Może się przyjmie, pożyjemy zobaczymy...
[center]***[/center]
W obozie czekała na nich strawa i ciepła izba. Tańczący pomimo iż nie narzekał i całą drogę swoje cierpienie trzymał dla siebie, to jednak nie czuł się najlepiej. Ucieszył się więc na takie powitanie. Zjadł i położył się spać.
Obudziły go odgłosy śnieżycy i rozmowy na temat tego czy ruszyć na opmoc grupie Gunlid, czy jednak poczekać do rana. Dźwignął się tedy i w milczeniu oczekiwał na podjęcie decyzji. Dopiero kiedy usłyszał, że jednak nigdzie nie wyruszają, pozwolił sobie na prawdziwy odpoczynek.
: 07 kwietnia 2016, 10:18
autor: TatTvamAsi
[center]
Baza na Wilczych Pustkowiach, 7 zmroczec (vajni), 360 rok Ery Silniri.[/center]
Na zewnątrz szalała śnieżyca. Skuteczne usunięcie pajęczego jadu z ciała zwiadowcy poprawiało trochę samopoczucie wiedźmy. Ale jednak nieznośne chwile oczekiwania... oczekiwania na resztę ich kompanii - dzielną Gunlid, oraz braci Hatra i Joosa... zdawały się ciągnąć w nieskończoność przetykaną szaleńczym zawodzeniem wichrów wznoszących swoje skrzydła ponad równinami Północy. Wiedźma nie mogła przestać wyglądać przez pokrytą grubym szronem szybę. Liczyła, ze istotnie zaginieni znaleźli miejsce, w którym mogli przeczekać ową śnieżną nawałnicę.
Gwałtowny podmuch przesłonił niezliczoną ilością śnieżnych płatków widok na pogrążoną w mroku przestrzeń dookoła dwóch chat. Nieprzenikniona ciemność zaczynała zawężać niewielki krąg światła tworzony przez lśniące fiolki. Światełka zaczynały pulsować, to przygasając, to znów ożywając nową dawką świetlistej energii. Wtedy ocknęła się. Magiczne fiolki zaczynały przygasać, a to znaczyło, że nie wiele energii pozostało zamkniętemu w skrzynce żywiołakowi.
Jak tak dalej pójdzie, to pogrążymy się w całkowitej ciemności, w której kto wie, co też się czaić. A Gunlid, Hatr i Joos... niech Jeeza ma ich swojej opiece... nie znajdą drogi do ich tymczasowego schronienia!
Pospiesznie ubrała z powrotem swój gruby płaszcz, otulając się szczelnie przed wyjściem na śnieżną zawieję. Stojąc przed drzwiami powiedziała do maga:
- Kyarielu, chodź ze mną szybko! Energii, która rozświetla obejście za raz zbraknie. Trzeba nakarmić ducha zamkniętego w pudełku na całą noc. Inaczej nie ma co liczyć, że Gunlid i bracia dotrą do nas.
Mag z pewną niechęcią rozstawał się z ciepłym miejscem przy kamieniu domowego ogniska. Tęsknie spojrzał w stronę ciepłych skór służących mu dotychczas za osłonę przed wszelkim chłodem mogącym przedostać się do jego ciała. Sprawa była jednak nagląca, więc natychmiast ruszył, wychodząc wraz z wiedźmą w mroczną noc.
Mróz i bezlitosne tchnienia wichru zapierały dech w piersiach. Norlaug pędem dopadła drzwi szopy, a za nią Kyariel unikając zakleszczających się na ich wątłych sylwetkach szponów zimy. Zdążyli nim duch istotnie utracił całą energię. Gdyby tylko skupiła się na lekkich trzaskach odchodzących z puzderka, na pewno usłyszała by gniewne słowa poprzeplatane równie zniecierpliwionymi, elektrycznymi zgrzytnięciami. Sama nie wiedziała, czemu nie pomyślała o tym wcześniej. Zmęczenie i wszystkie wrażenia, jak również nadmierna ciekawość relacji towarzyszy, sprawiły, iż zapomniała, że ona jest odpowiedzialna za tego przywiązanego do skrzyni ducha, a w raz z nim i oświetlenia ich bazy. Dotknęła więc skrzynki. Natychmiast odczuła jak głodna istota łapczywie wchłania energię. Czułą jak kolejne jej fale przenikają mrowieniem jej palce dostając się do obitego metalem przedmiotu. Zdjęła dłoń. Tyle wystarczyło. Zrobiła miejsce Kyarielowi, który uczynił w podobny sposób. Teraz powinno wystarczyć na całą noc.
Równie pospiesznie jak się udali do szopy także z niej wrócili zastając swych towarzyszy nadal w stanie poddenerwowanego oczekiwania, a niektórych już śpiących - wylkołka zwiniętego pod ciepłym kocem tuż przy płaskim kamieniu na środku pomieszczenia. Otrzepawszy się z płatków śniegu opadłych na jej długie włosy i ciepłe, dosiadła się do przyjaciół. W końcu można było dać upust swej ciekawości. Usta wyrzuciły więc pospieszne pytanie:
- Vilbergu, Olafie, Kyarielu opowiadajcie, co spotkaliście? Wiem już, że spotkaliście na swej drodze jadowite pająki. Czy znaleźliście jakiekolwiek ślady obecności Vesteina i mojego wuja w dolinie? Jak ona w ogóle wygląda, opowiadajcie. Wyglądaliście na zmęczonych jakby was wataha wilczośpiewców ścigała.
Po wyleczeniu Olafa wiedźma idzie z Kyarielem do szopy, aby dać energię żywiołakowi elektry - sama daje mu cztery punkty energii i prosi maga, aby też dał swojej energii, aby duch mógł dostarczać tej energii i światło świeciło się jasno cała noc. Wiedźma rozmawia z towarzyszami i będzie też chciała wszystkich wyleczyć nim ułożą się do snu.
: 10 kwietnia 2016, 12:08
autor: Dobro
- Wpierw dostrzegliśmy dziwną enklawę wśród śniegów: na wpół spalone drzewa i wypalona ziemia. Zeszliśmy więc do wąwozu, gdzie niechybnie jakiś magiczny kataklizm miał miejsce. Były tam też gorące źródła buchające z trzewi ziemi; i gdyby nie te paskudne pająki wielkości konia, to może i byśmy tam rozbili obozowisko; ani wiatru, ani śniegu, ciepła woda... prawie jak w domu - Olaf się rozmarzył na chwilę, ale zaraz wrócił do rzeczywistości. - Chyba nie tamtędy droga wuja mego wiodła... a Wy? Cóżeście robili, gdy my się świetnie bawiliśmy, uciekając przed tymi paskudnymi bestiami? - zagaił Olaf, siląc się na dobry humor, mimo zmęcznia. Twardość i sztywność nie była w jego stylu; lecz zmęcznie robiło swoje i młody wilk oszczędził słuchaczom bardziej humorystycznej wersji śmiertelnego zagrożenia, jakim niechybnie było spotkanie w dolinie z pająkami olbrzymami.
: 11 kwietnia 2016, 21:33
autor: TatTvamAsi
[center]Baza na Wilczych Pustkowiach, 7 zmroczec (vajni), 360 rok Ery Silniri.[/center]
Nie tędy droga wuja wiodła...? Ale przecież cała wyprawa kierowała się do doliny, chciała ją zbadać, poznać jej skrywane dobra i tajemnice. Ale to może i lepiej, lepiej... pająki... sama nie wiedziała co gorsze - potężne szczęki, w których giną nieszczęsne ofiary, gruby odwłok, od którego odchodzi aż osiem szczeciniastych odnóży, czy może... robak z podziemi, składający oślizgłe jaja pod truchłem zagubionego na pustkowiu khas... tak... liczyła, że może oni znajdą choć najmniejszy trop prowadzący do Vesteina i wuja Haralda.
Wyraźny cień przebiegł po twarzy młodej wiedźmy. Zmartwiała. Odpowiedziała przeto z nutą pewnego rozczarowania w swym głębokim głosie:
-Myślałam, że może wy coś znaleźliście. Drogą, którą my obraliśmy, także nie podążał Vestein i jego kompania. Za to natrafiliśmy na zmarznięte od wielu, wielu dni szczątki khas. Jednego z tych, co uciekły ze stajni. Miał nawet na boku oznaczenie. A tak poza tym... walczyliśmy z olbrzymim czerwiem, który zaatakował nas nagle. Żył pod ziemią, a nawet uwił tam swoje gniazdo. Miał chyba z sześćdziesiąt stóp długości i ział gorącą parą! Patrzył na nas tym swoim krwiście czerwonym okiem. Gdyby nie Tańczący mogłoby nas tutaj już nie być, mówię ci! Sam rzucił się na stwora i niemalże życie postradał w jego szczękach, lecz dzięki temu odciągnął jego uwagę. - powiedziała impulsywnie i już głośniej młoda czarownica jak zwykle wchodząc w właściwy sobie rozentuzjazmowany stan, w który wprawiały opowieści o stoczonych walkach.
- A później Vidgar dostrzegł jaja tej bestii. Głęboko pod lodem. Gdyby ich nie zniszczył to niedługo pobliska równina roiła by się od potomstwa tego czerwia. Ale cóż... - w tym momencie w tonie jej głosu zagościła uprzednia, cichsza nuta zawodu - nie znaleźliśmy nic prócz ogłowia khas...
Przysiadła na drewnianym stołku. To było wszystko. W sumie nie było się czym chwalić, jeno Vidgar i Tańczący wykazali się męstwem w boju, gdy ona... no cóż... pozostaje jej udzielanie pomocy towarzyszom.
Zacisnęła dłoń na niewielkim kamieniu, który zawsze trzymała przy sobie. Miał przypominać ciepło domu, rozkoszny chłód wiatru wiejącego między rozkołysanymi jodłami oraz czyste piękno strumieni płynących w okolicy jej rodzimej wioski. Kruczy Las - z wszystkimi swymi cichymi zagajnikami, ciemnymi wodami bagien, niedostępnymi gąszczami lasu, których nie odważył się nigdy zbadać żaden śmiertelnik. Wszystko to, co tak kochała, co chroniło ją i jej bliskich. Teraz potrzebowała oparcia. Szukała go w tym dotyku, delikatnym cieple chropowatej powierzchni otoczaka wyciągniętego z dna rzeki. Walka, choć stawiała ich twarzą w twarz ze śmiercią i ilekroć sprawdzała siłę charakteru, zdawała się ledwie ostrym mgnieniem w porównaniu do męczących godzin oczekiwania na Gunlid, Joosa i Hatra. A teraz doszedł do tego brak jakiejkolwiek wiedzy o losie Vesteina i Haralda.
: 12 kwietnia 2016, 01:16
autor: voodoochild
Kyriel rozmyślał właśnie nad zachowaniem płomienia świecy, nad którą niedawno medytował. W pewnym momencie jej płomień nieco ściemniał. Być może to nie miało większego znaczenia, jednak poprzez jego związek z żywiołem ognia czuł że mogła to być manifestacja efektu magicznego. Możliwe, że w pobliżu faktycznie pojawiło się coś niepokojącego i mrocznego...Jego rozmyślania przerwała Norlaug, która zarzucając na siebie odzienie wierzchnie, zwróciła się o jego pomoc przy doładowaniu ducha elektry. Argument że brak oświetlenia uniemożliwi reszcie grupy dotarcie z powrotem do bazy był niezwykle trafny. Dlatego mimo wyraźnego przeczucia że na zewnątrz może się czaić niebezpieczeństwo, Alfr wygrzebał się spod skór i zwrócił swe kroki do wyjścia. Opatulił się cieplej dla lepszej ochrony przed mrozem i śniegiem, po czym wyszedł za wiedźmą na zewnątrz.
Przedarli się przez zacinającą śnieżycę do pomieszczenia gdzie znajdowała się skrzynka z duchem, światło było już u kresu wyczerpania i wiedźma w ostatniej chwili zasiliła istotę odpowiedzialną za jego podtrzymanie. Gdy skończyła, Kyriel powtórzył jej gest i poczuł jak przez jego dłoń przepłynęła energia zasysana przez ducha. Kiedy proces dobiegł końca ruszyli spowrotem do reszty. Alfr puścił czarodziejkę przodem, kiedy upewnił się, że przestąpiła próg zatrzymał się na chwilę przed drzwiami aby przeskanować otoczenie.
Po powrocie zajął poprzednie miejsce. Pytanie Norlaug odnośnie przeżyć w dolinie przypomniało mu o konieczności przekazania informacji o dziwnych czarnych kamieniach, które znalazł zarówno w izbie gnoma jak i na bagnach, wygrzebał z tobołka kamień, który zabrał. Olaf zdążył już streścić po krótce przebieg wydarzeń. Oczywiście w swoim stylu.
Alfr podszedł do rozmawiających i pokazując kamień dodał do wypowiedzi Olafa:
- Ten kamień znalazłem na bagnie, na krótko przed atakiem pająka. Takie same przedmioty, co jak sądzę nie umknęło uwadze tego kto wszedł do pokoju gnoma, znajdowały się w jego posiadaniu. Oznaczać to może że grupa której szukamy odwiedziła to miejsce, a przynajmniej gnom, i udało im się stamtąd wrócić. - Kyriel zawahał się przez chwilę po czym dodał:
- Wczoraj przed snem przypadkiem otworzyłem jeden z nich, zawartość kryła ciemną ciecz, nie chcąc jej wylać ostrożnie ją odstawiłem, kiedy zaś obudziłem się rankiem zawartość zniknęła... - nie do końca wiedział czemu o tym mówi ale czuł że może to być istotną informacją. Spojrzał na swoich rozmówców wyczekując reakcji.
Kyriel oddaje duchowi elektry 4 punkty energii.
Tuż przed wejściem do bazy skanuje otoczenie.
Po swojej wypowiedzi (i ewentualnej dalszej wymianie zdań) będzie chciał znów odmedytować punkty energii
: 12 kwietnia 2016, 13:26
autor: Frater_Terry
Wylkołek posmutniał i poweselał na raz, kiedy dotarło do niego, że jednak nie wyruszą na ratunek grupie Gunlid. Poweselał z czysto prozaicznych powodów. Nie będzie marzł w ciemnościach nocy, będzie miał okazję odpocząć w cieple i może do rana poczuje się lepiej. Kto wie jakie tałatajstwo będzie przeżuwało go jutro.
Posmutniał, bo w istocie misja ratunkowa w mroku lodowych pustkowi miała wysokie prawdopodobieństwo wywołania potrzeby kolejnej misji. Ratunkowej. Nie było to jednak aż tak proste, bowiem zabłądzenie na tych nieprzyjaznych istotom ciepłokrwistym terenach, szczególnie w nocy, na mrozie i w towarzystwie lodowatych wichrów, mogło zwyczajnie doprowadzić do sytuacji w której misja ratunkowa okaże się już niestety zbędna.
Jednak decyzja została podjęta i nie w jego mocy było na nią wpłynąć. Zajął więc na powrót miejsce opodal runicznego kamienia, wdzięczny co prawda za jego kojące ciepło, niemniej przygnębiony tą wielką niewiadomą, jaka zawisła nad Gunlid i jej towarzyszami.
Spod przymkniętych powiek przysłuchiwał się opowiadaniu wiedźmy, w zakłopotaniu oblizując nos, w chwilach które mówiły o jego "walecznych wyczynach". Kiedy nagle urwała swoją wypowiedź i dało się poznać, że nie będzie jej ciągu dalszego, podniósł łeb, by wtrącić swoje trzy grosze.
- Tych khas było kilka. Był oznaczone i bez oporządzenia, co wskazywało by, że musiały uciec stąd, ze stajni, najprawdopodobniej podczas ataku Wilczośpiewców. Co ciekawe, jedno z nich było nadtopione, chociaż nie wiem, czy to dobry dobór słów. Wyglądało jakby ktoś oblał je krwią trolla, albo czymś o podobnych właściwościach. - oznajmił swoim zwyczajowym, warkliwym głosem. Po chwili jednak coś zaświtało mu w głowie, co dało się poznać po uśmiechu pojawiającym się z nagła na jego czarnym jak smoła pysku.
- No i nie pomijajmy zasług Norlaug. Jestem przekonany, że nie zdołałbym wrócić do obozu gdyby nie jej pomoc. Zawdzięczamy jej życie w stopniu równym, co ona nam.
Posłał wiedźmie przyjazny uśmiech, nie omieszkując mrugnąć przy tym, kiedy tylko ich spojrzenia się spotkały. Następnie pozwolił by jego łeb opadł z powrotem na deski podłogi i z tej pozycji wysłuchał słów Alfra. Które to z kolei zmusiły go, by ponownie dźwignąć się z pozycji leżącej.
- Ani chybi magia. A na niej się nie poznaję. Ale i tak dobra to wiadomość, szczególnie ta jej część w której udało im się stamtąd wrócić. - Podniósł się jeszcze bardziej, rozglądając po zebranych. - A ktoś z was się orientuje, czym są te dziwne kamyki?
: 12 kwietnia 2016, 14:52
autor: zapalki_chaosu
[center]
Baza na Wilczych Pustkowiach, 7 zmroczec (vajni), 360 rok Ery Silniri.[/center]
Vidgar nie zwracał zbyt dużo uwagi na to co się działo w izbie, przestały go chwilowo interesować rozmowy, jedna jednak przykuła jego uwagę. Kiedy Norlaug wymieniała się informacjami z Olafem. Miał nadzieję dowiedź się czegoś istotnego, ale młody kuzyn jego luby, zdawkowo potraktował temat.
Poczuł natomiast lekkie ukłucie zawodu, kiedy nikt żadne z towarzyszącej mu dwójki nie raczyło wspomnieć o tym, kto ubił to paskudne stworzenie. Pominięty został także fakt, że dzięki refleksowi i przewidywaniu uratował Norlaug przed kolejnym wpadnięciem do jakiejś zapomnianej jamy. Te smutne spostrzeżenia wyrwały go na chwilę z jego poddenerwowanego stanu napięcia.
Kiedy po chwili zadumy nad niesprawiedliwością jaka go spotkała, wrócił myślami do ciemności na zewnątrz, był już spokojniejszy. Teraz nie warczał ale stał się zupełnie cichy w środku. Rozluźnił się i przestał generować jakiekolwiek myśli. Słuchał i obserwował tą nienamacalną obecność. Ukryty w rozświetlonym pomieszczeniu, czuł się niewidzialny dla tego obcego zagrożenia. Zastanawiał się czy duch wojownika, którego kość miał ze sobą rozpoznałby taką ciemność.
Jeśli jest sposób na skontaktowanie się z tym duchem, to Vidgar spróbuje to zrobić za jakieś 15 minut.
: 13 kwietnia 2016, 09:58
autor: TatTvamAsi
[center]Baza na Wilczych Pustkowiach, 7 zmroczec (vajni), 360 rok Ery Silniri.[/center]
Czarne kryształy badane przez Harmoniusza... może udało by się dowiedzieć czegoś więcej? W końcu znane jej były różnorakie substancje i trucizny, a kto wie czym mogła być ów płyn. Ciemna ciecz znikająca rankiem... trochę kojarzyło się z energiami ciemności... trzeba będzie uważać... nie wiadomo co to jest, ani jak działa... Wiedząc, że nie ma może wystarczających umiejętności, odezwala się do oczekującego odpowiedzi Kyariela:
- Może nie mam takich zdolności jak gnomi alchemik, lecz spróbuję zbadać tą ciecz zawartą w kamieniu. Powiedz mi tylko jak otworzyłeś ten kamyk?
: 13 kwietnia 2016, 12:17
autor: voodoochild
Alfr zmarszczył brwi w próbie przypomnienia sobie wczorajszych wniosków z badania przedmiotu.
- Kamień emanuje delikatną magiczną aurą, niestety jej działanie pozostaje dla mnie mnie tajemnicą. Natomiast jego otwarcie mimo że udało mi się zrobić to przypadkowo, wcale nie należało do prostych. Zrobiłem to odkrywając pewien układ logiczny zmieniający się pod naciskiem palców, co napawa mnie przekonaniem że nie jest to nic co powstało w sposób naturalny. Po otwarciu kamień rozpadł się na pół, w środku jak wspomniałem, znajdowała się czarna ciecz przypominająca atrament choć należała do dużo gęstszych i była wyraźnie zimna. O dziwo badając jej wzorzec nie wyczułem niczego co wskazywałoby na pochodzenie magiczne cieczy. Wydawała się pochłaniać światło. W pokoju Harmoniusza znajdowały się dokładnie trzy takie przedmioty, dwa z nich były otwarte, wszystkie w taki sam sposób a trzeci otworzyłem dopiero ja. Na bagnie było ich o wiele więcej i wszystkie które zdołał ogarnąć mój wzrok były zamknięte...-
Może ktoś celowo je tam umieścił...? dodał już w myślach.
- Jest coś jeszcze o czym powinienem wspomnieć, kiedy wracaliśmy przed chwilą z Norlaug, kierowany przeczuciem zatrzymałem się aby sprawdzić czy na zewnątrz nie ma śladów użycia magii i wiecie co? Wyczułem jej lekką obecność w okolicy, ale nie umiem określić jej źródła. Zdaje się przenikać otoczenie i wpływać na pogodę, ma też związek z ciemnością. Może to być magia duchów związana z demonami zimna, które pojawiają się w tej okolicy. Lecz może to być także zupełnie coś innego. Nie ulega jednak wątpliwości że pogorszenie się pogody po zmroku ma magiczne przyczyny.
Kyriel zdusił w sobie paranoiczne skojarzenie że może są obserwowani przez jakieś istoty które wiedzą o magii wiele więcej niż oni. I że nie są pozytywnie nastawione bo już dawno by się ujawniły przecież! Przymknął oczy aby odgonić irracjonalne myśli, nie ma co wpadać w paranoję,
to że czegoś nie wiem do końca i na pewno, wcale nie znaczy że muszę zrzucać odpowiedzialność za swoją niewiedzę na jakichś wyimaginowanych obcych. Odetchnął głęboko po czym znalazł sobie wygodne miejsce do siedzenia. Mimo że stara się zachować pozory spokoju, widać w jego obliczu napięcie.
w nocy odsypiam 4 godziny a następnie wstaję i skupiam się na roszyfrowaniu dziennika gnoma
: 13 kwietnia 2016, 13:39
autor: TatTvamAsi
[center]Baza na Wilczych Pustkowiach, 7 zmroczec (vajni), 360 rok Ery Silniri.[/center]
Norlaug w skupieniu wysłuchała instrukcji młodego maga, obiecując sobie zajęcie się sprawą niewielkiego, czarnego kamienia i jego owianej tajemnicą zawartości z samego rana. Zmęczenie bowiem oraz utrata energii, przeznaczonej na odżywienie pudełkowego ducha, zaczęły wpełzać na nią i jej uwagę. W tym stanie badania, jeśli w ogóle okażą się owocne, zajęłyby o wiele za dużo czasu, który lepiej wpierw przeznaczyć na zdrowy sen i regenerację sił. Słowa maga jednak potwierdzały jej przypuszczenia odnośnie ciemnej cieczy. Magia działająca w otoczeniu! To może nie być przypadek... odpowiedziała więc pospiesznie Kyarielowi, wprost wrząc z przejęcia. W końcu może się coś wyjaśni!
- Jak szliśmy to słyszałam jakiś dziwny dźwięk, przynajmniej tak mi się zdawało... jak odgłos cykania świerszcza. Rozlegał się dookoła, nie słyszałam go z konkretnego miejsca. Pewnie wiąże się z magią, którą odczuwałeś. A może nawet te kryształy i działanie magii są ze sobą powiązane? Może przynosząc je z doliny, przyniesiono coś więcej niż kilka dziwnych kamyków?
W każdym bądź razie czarownica nie zamierzała stać bezczynnie i czekać aż tylko jakieś mroczne, pokręcone duchy, lub nie wiadomo nawet co, zamanifestuje się jeszcze dobitniej i zaszkodzi jej towarzyszom. A może i tego nie uczyni, może to duchy związane z tym miejscem, z którymi można porozmawiać i nawiązać nić porozumienia... Należało przeto to wszystko sprawdzić nim tylko ułożą się do snu. Zmęczenie jednak dopadało coraz bardziej... swymi długimi szponami wciągając w stan na granicy snu...
[center]
***
[/center]
Jej spojrzenie padło na Vidgara. Mężczyzna był wpatrzony w odległą ciemność rozpościerającą się dookoła ich niewielkiego schronienia. Zdawał się być zrazu niespokojny, to znów posmutniały. A przecież to dzięki jego odwadze biały czerw padł razem ze swym podłym potomstwem. Przez chwilę nawet pojawiła jej się myśl, że może to działanie tej magii wprawia wojownika w dziwny nastrój... Żadne słowo przecież nie opuściło jego ust, li tylko wpatrywał się od dłuższego już czasu w mrok i panującą za oknem śnieżycę...
Wtedy przypomniała sobie, że przecież i on i wylkołek są jeszcze ranni po stoczonej walce. Pospieszyła do wojownika z troską i lekkim ukłuciem niepokoju w sercu. Starała się jednak ukryć obawy, że to może otaczająca chałupę ciemność tak na niego wpływa. Odezwała się do doń, po części aby istotnie uleczyć przyjaciela, po części... aby odwiać ów lęk:
- Vidgarze, chodź ze mną. Trzeba opatrzyć przecież twoje rany.
Młodzieniec powiedziony przez kruczowłosą, wszedł do tegoż samego pokoju, w którym wcześniej uzdrawiano jego brata. Czarownica zaczęła się przygotowywać, wyjmując z torby różnorakie niewielkie przedmioty, służące uleczeniu Einheriera. Układając niewielkie kryształy, chwilowo się zamyśliła, po czym odezwała się:
- Wiesz, chciałam ci podziękować... za to, że nie wpadłam do kolejnej jamy pełnej żarłocznych stworzeń. Mam pewność, że zawsze można na tobie polegać, a w walce dasz z siebie wszystko. - urwała. Istotnie Vidgar już nie raz ocalił ją, a także innych. Głos wiedźmy się jednak łamał, był przydymiony całym tym oczekiwaniem i sporym zmęczeniem, a tegoż nie młody wojownik, równie przejęty zaginięciem Gunlid, Hatra i Joosa, absolutnie nie potrzebował. Kolejne słowa wypowiedziała więc równie spokojnie lecz z większą dozą optymizmu:
- Gunlid, Joos oraz Hatr odnajdą się. Na pewno. Wystarczająco znają się na dzikich ostępach i równinach, aby poradzić sobie w tej sytuacji. Teraz jednak połóż się i rozluźnij. Wsłuchaj się w rytm pieśni. Nie będzie dla ciebie nic prócz jej kojącej wibracji.
[center]***[/center]
Uzdrowiła swoich przyjaciół nie pomijając wylkołka, który w niczym nie przypominał już pogrążonej w furii i ledwo żywej istoty, jaką był jeszcze kilka godzin temu. Ostatnie siły zaczynały opuszczać jej ciało. Sen... sen, tak bardzo potrzebny... Ale... coś tknęło wiedźmę... może mogło ich to w razie czego ustrzec. Wyjęła pospiesznie z sakiewki wiązkę suszonego rozmarynu i jęła krzesać nad nim płomień.
Po pewnej chwili powstała iskra i za raz wiązka zaczęła się tlić czerwonawym żarem. Długie smugi białego dymu wznosiły się wstęgami wypełniając pomieszczenie świeżym, lekko pobudzającym zapachem. Podzieliła wiązkę na mniejsze części, umieszczając każdą z nich w pomieszczeniach, w których niebawem towarzysze mieli zapaść w regenerujący sen. Kładła się do snu a w jej sercu narastała obawa... obawa przed godzinami ciemności, godzinami, w których sen zamknie ich powieki, a w mroku nocy słychać będzie tylko cichutkie cykanie - ślad obecności nieznanej magii...
Leczę Vidgara i Tańczącego po Czarnej Spirali. Przed zaśnięciem profilaktycznie umieszczam w pomieszczeniach tlące się gałązki rozmarynu, aby żadne pokręcone i mroczne byty się nie mogły nas zaatakować w czasie snu. Z rana, tak jak już zaznaczyłam, wiedźma zajmie się badaniem cieczy zawartej w krysztale.