: 21 października 2017, 17:32
Burat-ar, 26 orakt-ran
Im bardziej wóz zagłębiał się w osadę, tym mocniej Eco utrwalał się w przeświadczeniu, że dotarł na prawdziwy koniec świata. Chłopskie Krocze nie bez powodu uchodziło za dzielnicę nędzy i grzechu, ale nawet tam biedacy żyli dostatniej od mieszkańców nadmorskiej wioski, przynajmniej w mniemaniu wstrząśniętego realiami Burat-aru strażnika.
Wzniesione z kamieni i mułu lepianki pokryte były mocno nadgniłym sitowiem, z glinianych kominów snuł się smrodliwy dym, błotnista ziemia pod kołami wozu mlaskała donośnie. Brudne dzieci wyglądały zza progów ubogich domostw, strzeżone przez posępnych mężczyzn i robiące wojownicze wrażenie kobiety. Od razu dało się zauważyć, że wioska ma się na baczności, a znający już opowieść o goblińskich grasantach Eco wiedział, o co chodziło.
Furman w baranicy zatrzymał woły na niewielkim placyku przed szczególnie okazałą lepianką, wymienił serdeczne pozdrowienia z jakimś niebywale pomarszczonym starcem wspierającym się na fantazyjnie poskręcanym kosturze. Obok starego mężczyzny, już z wyglądu dającego się poznać jako zgorzkniałego i złośliwego, stał dużo młodszy człowiek w naciągniętym na nos kapturze.
- Oficer z Ostrogaru, wielce znacząca osoba, oraz jego służący - Trzęsikęsek zaanonsował gości dość głośno, by usłyszała go połowa wioski - Natrafiliśmy na nich na drodze, bo szczęśliwie nie wpadli w łapy goblinów.
Ton Trzęsikęska zmienił się nieznacznie przy ostatnich słowach, pojawiła się w nim nuta przekąsu, chociaż Eco postanowił od razu przyjąć, że mu się ten przekąs przywidział, nikt bowiem nie ważył się mówić w taki sposób o Fleituhu w jego towarzystwie.
- Męczywór jestem, opiekun tej osady, starszy nad starszymi i żarliwy czciciel Kielicha - oznajmił wyniosłym tonem starzec z kosturem - W czym możemy pomóc oficerowi z Ostrogaru?
Fleituh zeskoczył w milczeniu z wozu i prychnął gniewnie, bo od razu zapadł się po kostki w błoto. Wycierając brudne buty o szprychy wozu wbił srogie spojrzenie w sędziwego naczelnika, niczym dziki kot wpatrujący się w osaczoną mysz.
- Przybywam w sprawie ważkiego śledztwa - oznajmił dziesiętnik - W Ostrogarze grasuje zbrodzień, który niewinnych mieszkańców morduje w okrutny sposób. Wiele już dusz wysłał na łona ich bóstw, tedy straszna i przykładna musi go spotkać kara. A śledztwo jawnie do was mnie przywiodło, bo ów zbrodzień swe ofiary zielskiem truje, które tylko tutaj rośnie, tylko u was się je zbiera. Tedy może być tak, żeście z tym zbrodzieniem w zmowie i kara na całą wioskę spadnie! Surowa i zasłużona kara! Chyba, że przyłożycie się z pomocą i uczynicie wszystko, byśmy właściwego mordercę pochwycili.
Na placyk zbiegło się w międzyczasie sporo wieśniaków, toteż groźne słowa Fleituha wywołały natychmiast falę jęków, pomruków i szeptów. Obserwujący tłumek Eco odnotował niespokojnie w myśli, że jęków przestrachu było znacznie mniej niźli strażnik by sobie życzył, a szeptom towarzyszyły spojrzenia niekoniecznie kojarzące się z poddańczą uległością.
- Wielce martwiące to słowa, panie oficerze - odpowiedział Męczywór - Burat-ar uczyni wszystko, by oczyścić się z podejrzeń o tak straszne czyny. Pozwólcie do mej chaty, tam spoczniemy i omówimy wszystko w towarzystwie syna mego przybranego, Zagera.
Smagłoskóry młodzieniec w kapturze kiwnął leciutko głową słysząc propozycję starca, ujął go pod ramię pomagając obrócić się w miejscu. Fleituh ruszył w ślad za gospodarzem ku największej z miejscowych budowli, wyróżniającej się na tle pozostałych jedynie rozmiarami, nie zaś większym splendorem.
Im bardziej wóz zagłębiał się w osadę, tym mocniej Eco utrwalał się w przeświadczeniu, że dotarł na prawdziwy koniec świata. Chłopskie Krocze nie bez powodu uchodziło za dzielnicę nędzy i grzechu, ale nawet tam biedacy żyli dostatniej od mieszkańców nadmorskiej wioski, przynajmniej w mniemaniu wstrząśniętego realiami Burat-aru strażnika.
Wzniesione z kamieni i mułu lepianki pokryte były mocno nadgniłym sitowiem, z glinianych kominów snuł się smrodliwy dym, błotnista ziemia pod kołami wozu mlaskała donośnie. Brudne dzieci wyglądały zza progów ubogich domostw, strzeżone przez posępnych mężczyzn i robiące wojownicze wrażenie kobiety. Od razu dało się zauważyć, że wioska ma się na baczności, a znający już opowieść o goblińskich grasantach Eco wiedział, o co chodziło.
Furman w baranicy zatrzymał woły na niewielkim placyku przed szczególnie okazałą lepianką, wymienił serdeczne pozdrowienia z jakimś niebywale pomarszczonym starcem wspierającym się na fantazyjnie poskręcanym kosturze. Obok starego mężczyzny, już z wyglądu dającego się poznać jako zgorzkniałego i złośliwego, stał dużo młodszy człowiek w naciągniętym na nos kapturze.
- Oficer z Ostrogaru, wielce znacząca osoba, oraz jego służący - Trzęsikęsek zaanonsował gości dość głośno, by usłyszała go połowa wioski - Natrafiliśmy na nich na drodze, bo szczęśliwie nie wpadli w łapy goblinów.
Ton Trzęsikęska zmienił się nieznacznie przy ostatnich słowach, pojawiła się w nim nuta przekąsu, chociaż Eco postanowił od razu przyjąć, że mu się ten przekąs przywidział, nikt bowiem nie ważył się mówić w taki sposób o Fleituhu w jego towarzystwie.
- Męczywór jestem, opiekun tej osady, starszy nad starszymi i żarliwy czciciel Kielicha - oznajmił wyniosłym tonem starzec z kosturem - W czym możemy pomóc oficerowi z Ostrogaru?
Fleituh zeskoczył w milczeniu z wozu i prychnął gniewnie, bo od razu zapadł się po kostki w błoto. Wycierając brudne buty o szprychy wozu wbił srogie spojrzenie w sędziwego naczelnika, niczym dziki kot wpatrujący się w osaczoną mysz.
- Przybywam w sprawie ważkiego śledztwa - oznajmił dziesiętnik - W Ostrogarze grasuje zbrodzień, który niewinnych mieszkańców morduje w okrutny sposób. Wiele już dusz wysłał na łona ich bóstw, tedy straszna i przykładna musi go spotkać kara. A śledztwo jawnie do was mnie przywiodło, bo ów zbrodzień swe ofiary zielskiem truje, które tylko tutaj rośnie, tylko u was się je zbiera. Tedy może być tak, żeście z tym zbrodzieniem w zmowie i kara na całą wioskę spadnie! Surowa i zasłużona kara! Chyba, że przyłożycie się z pomocą i uczynicie wszystko, byśmy właściwego mordercę pochwycili.
Na placyk zbiegło się w międzyczasie sporo wieśniaków, toteż groźne słowa Fleituha wywołały natychmiast falę jęków, pomruków i szeptów. Obserwujący tłumek Eco odnotował niespokojnie w myśli, że jęków przestrachu było znacznie mniej niźli strażnik by sobie życzył, a szeptom towarzyszyły spojrzenia niekoniecznie kojarzące się z poddańczą uległością.
- Wielce martwiące to słowa, panie oficerze - odpowiedział Męczywór - Burat-ar uczyni wszystko, by oczyścić się z podejrzeń o tak straszne czyny. Pozwólcie do mej chaty, tam spoczniemy i omówimy wszystko w towarzystwie syna mego przybranego, Zagera.
Smagłoskóry młodzieniec w kapturze kiwnął leciutko głową słysząc propozycję starca, ujął go pod ramię pomagając obrócić się w miejscu. Fleituh ruszył w ślad za gospodarzem ku największej z miejscowych budowli, wyróżniającej się na tle pozostałych jedynie rozmiarami, nie zaś większym splendorem.
Naczelnik Burat-aru zaprasza w swe progi na rozmowę o szczegółach wizyty Fleituha.