Strona 23 z 35

: 15 kwietnia 2014, 00:04
autor: koszal
J.w.
Proponuję jednak zasugerować naszym obecnym pracodawcom, że połaczenie sił będzie dobrym wyjściem.
A komużże właściwie służymy, jeśli nie złotu w tej wyprawie? -podjął Vanko, widząc niezdecydowanie na twarzach kompanów.

Prawdą jest, że wynajęli nas ci tam, co kłębią się teraz w namiotach pośród własnych skrytych planów i pomysłów i nie wiedzieć nam, jakie te ich plany są w istocie i na czym polegają..
Wynajęli nas rzekomo do pomocy w odnalezieniu awanturnego męża, znaczy się trudno orzec komu teraz i na jakich zasadach służymy.

Stygijczycy, choć psy to wszeteczne... mieliśmy już z nimi do czynienia i wykazali się honorem.

Cóż na to orzeczesz barbarzyńco? Wszak nasi pracodawcy umawiali się z Sethmesem, a on z nimi, jeśli więc sądzisz, że zamierzają się wzajemnie zdradzić, jak możesz iść na służbę do tych, któymi nie kieruje honor?

: 15 kwietnia 2014, 13:00
autor: Dobro
Na słowa Vanko Zorianowi błysnęły zęby w chytrym, lisim uśmiechu. W końcu podłapał, do czego ta kanalia dąży i... był z tego rad.

- Racja. Połączmy się z tym kapłanem, ale miejmy oczy szeroko otwarte i dookoła głowy. Niewykluczone, że obie strony będą nas się chciały pozbyć, więc musimy być sprytniejsi. Obserwujmy sytuację. Gdy będzie odpowiedni czas, zaatakujemy. A teraz ruszajmy zakopać jeńca i pogadać z tym Shemitesem czy jak mu tam było.

: 15 kwietnia 2014, 13:27
autor: Araven
To czekam na ostateczne deklaracje Drussa i Chen Shu i ruszamy dalej z akcją.

: 15 kwietnia 2014, 22:30
autor: El Bragh
1. TAK
2. Niby tak
3.Tak samo jak większość
4. Spróbujmy tak to rozegrać żeby Ufilio myślał, że to on podjął decyzję
- Zorianie chętnie pomogę ci się pozbyć naszego "języka" szkoda tylko że Aquilończyk go widział. Musimy też rozszyfrować zamiary Gomy i Wulfrede tak żeby nie dostać ciosu w plecy. - Chen rozejrzał się po kompanach sprawdzając czy zgadzają się z nim.
- Tranicosie czy mógłbyś wytropić jakieś drapieżniki, którym podrzuciło by się ciało ? Czy będziemy zmuszeni kopać głęboki dół ?
Jeśli planujemy wyd....ać jednych i drugich przy skarbie to musimy pamiętać że musimy mieć statek z załogą żeby wrócić na cywilizowane ziemie

: 15 kwietnia 2014, 22:41
autor: Araven
Zakładam, że Ufilio nie widział jeńca. Gadaliście z nim na osobności, ale nie przy jeńcu.
Czekamy na Drussa jeszcze.

: 15 kwietnia 2014, 22:43
autor: Waylander
- Nie gadaj mi tu o honorze Vanko bo nie rozpoznałbyś go nawet gdybyś się o niego potknął, jesteśmy najemnikami to prawda i nie walczę dla nich za darmo, ale to nie znaczy że stanę się zdrajcą, dałem im swoje słowo i mam zamiar się go trzymać... - barbarzyńca spojrzał w twarz każdego z towarzyszy zanim dokończył - do śmierci, jeśli będzie trzeba.
Spoglądając na Tranicosa powiedział:

- A jaki to nowy podział ci się marzy Przyjacielu? Bo mnie obchodzi tylko ten na który przystaliśmy wszyscy razem najmując się na tą wyprawę. Jeśli ten skarb chociaż w jednej dziesiątej odpowiada temu co przewidujemy to i tak staniemy się okropnie bogaci, mi to wystarczy z nawiązką.

Kończąc zdanie spojrzał w kierunku Chen Shu:
- Dla mnie jest tylko jeden front, nasz front, front tej grupy, wszyscy jedziemy na tym samym parchatym mule do celu. I jeśli mamy przeżyć to musimy trzymać się razem.

Przerwał na chwilę aby rozejrzeć się po okolicy czy ktoś nie powołany nie podsłuchuje po czym ciągnął dalej mówiąc do wszystkich:
Dla mnie układy z tym kapłanem nie mają sensu, czemu niby się ukrywał ze swoją obecnością? Czemu nie połączył się z nami wcześniej? Przecież już wyłudził dla siebie dwie trzecie tego skarbu? To oznacza że chce zagarnąć dla siebie wszystko co do ostatniego miedziaka i zabije każdego kto spróbuje wziąć cokolwiek dla siebie, czy po prostu będzie mu stał na drodze. Nie ważne jak ktoś by mu się wcześniej nie przysłuży ł- Przy ostatnich słowa spojrzał wymownie na Vanko mierząc go złowrogim spojrzeniem. Z goryczą spojrzał także na Zoriana.

- Mam nadzieje że chodzi Ci o zmylenie Shemitesa co do naszych zamiarów Przyjacielu, bo ja nie mam zamiaru się mu sprzedać. I mam nadzieje że żaden z Was nie zmusi mnie do wybierania pomiędzy towarzyszami broni... a danym słowem.

W skrócie
1. Tak
2. Jeśli mamy zamiar go zabić i rrozpędzić jego ludzi( i nieludzi) to czemu nie, ale będzie trzeba naprawę uważać żeby nas nie zaatakowali z zaskoczenia. Przynajmniej po połączeniu razem ponosilibyśmy straty w związku z kolejnymi pułapkami/zasadzkami.
3. Możemy, jako fortel.
4. We wszystko.

Spoiler!
Przepraszam za dłuższe milczenie. Wychodzi że mordobicie musi zostać na razie odłożone na dalszy plan, choć jak tak dalej pójdzie to kto wie czy Druss z całą resztą nie będzie musiał się bić:o.


: 16 kwietnia 2014, 08:48
autor: Araven
Ufilio po rozmowie z wami postanowił poczekać na Sethmesa. Po kilku godzinach ruszyliście jako jedna grupa.
Udało wam się dyskretnie rozmówić z Sethmesem, jaki zapewnił was, że wszelcy sojusznicy są mile widziani, a on pilnuje tylko waszego bezpieczeństwa.
- Skoro doszliście do porozumienia, ruszajmy dalej - powiedział Goma. - O zmroku będziemy przy Rogach.
Resztę dnia spędzili w ponurym milczeniu. Zorian przestał się oglądać. Był zadowolony, że Stygijczycy są razem z nimi, przynajmniej miał na nich oko.

Rogi Shushtu, dwa urwiste szczyty różniące się jedynie kolorem, wznosiły się przed nimi złowieszczo. Niepokój narastał w miarę zbliżania się do przełęczy. Nad górami zaczęły się gromadzić chmury. Błyskawice rozcinały niebo ponad poszarpanymi graniami.
- Jeżeli nadejdzie nawałnica, tutaj rozpęta się piekło - powiedział Springald.
- Tak - mruknął Tranicos. - Ulewa może zmieść nas w dół zbocza.
- Takie burze zniszczyły prawdopodobnie drogę w niższych partiach - zawyrokował Springald. - Strumienie w wąwozach muszą mieć ogromną prędkość, gdy pędzą w dół zboczy, a potem wylewają...
- Oszczędzaj oddech na marsz - warknął Ulfilo. - Przyspieszmy! Musimy znaleźć się na przełęczy, zanim rozpęta się burza!

Ruszyli truchtem. Długa wędrówka zahartowała ich, lecz mimo to ten ostatni wysiłek był morderczy. Nim znaleźli się na równym gruncie między Rogami, większość z nich była bliska omdlenia. Wielu marynarzy padło na ziemię, sapiąc i wymiotując. Nie mieli czasu rozejrzeć się, gdy tylko ostatni z nich bowiem znalazł się na przełęczy, rozpoczęła się burza.
Błyskawice oświetlały skały trupią poświatą, towarzyszyły im jednoczesne ogłuszające grzmoty. Podróżnicy rzucili bagaże na ziemię i przykucnęli, obejmując się w obronie przed wyjącym wichrem i napinając mięśnie przy każdej błyskawicy. W ich nozdrza uderzała dziwna, ostra woń, coraz wyrazistsza, gdy pioruny darły niebo i kreśliły niesamowite, syczące zygzaki między Rogami.
Nagle rozległy się dwa krótkie krzyki słyszalne mimo gromów i bębnienia ulewy. Dwaj marynarze w jednej chwili zostali zwęgleni.
Woda chlusnęła zwężeniem niczym wezbrana rzeka. Chwytali się skał, wbijali palce w ziemię, robili wszystko, byle tylko nie dać się zmyć z przełęczy na stromą drogę i czekające niżej skały.



Druss, jak zwykle szybko zorientowawszy się w sytuacji, wyciągnął sztylet na chwilę przed uderzeniem ściany wody. Wbił długie na stopę ostrze w ziemię i zacisnął na rękojeści palce. Gdy tylko przygotował się na uderzenie wody, wpadł na niego ktoś młócący rękami i nogami i wrzeszczący w krańcowym przerażeniu. Cymmerianin w jednej chwili rozpoznał Malię i potężnym ramieniem otoczył gibką talię. Kobieta objęła go za szyję i z całej siły przywarła do jego piersi. Dygotała z przerażenia i zimna, woda bowiem mroziła chłodem do szpiku, a w dodatku wiał niesamowicie zimny wiatr. Nawet w tak niesprzyjających okolicznościach Druss był w stanie docenić powab jej ciała.
Ulewa i wichura skończyły się równie nagle, jak się zaczęły. W ciągu paru minut woda spłynęła z przełęczy i uczestnicy wyprawy zaczęli szacować straty.

- Kto by pomyślał - rzekł Springald - że jeszcze niedawno skarżyliśmy się na brak wody?
Wulfrede roześmiał się na całe gardło.
- Tak, i na gorąco! - Obłoczek pary otulał jego rudą brodę i, niewiarygodne, kilka płatków śniegu opadło na jego szerokie ramiona. Spadek temperatury był znaczny. Wszyscy zadrżeli z zimna.
- Malia! - krzyknął Ulfilo. - Żyjesz?
- Tutaj jestem - odpowiedziała kobieta. Odsunęła się od Cymmerianina, który puścił ją z niechęcią. - Woda mnie zmyła, ale Conan pospieszył mi na ratunek.

Cymmerianin podniósł się i wyszarpnął sztylet z twardego podłoża.
- Ilu nas zostało? - Okazało się, że zginęło pięciu marynarzy. Niedaleko znaleźli dwóch ludzi trafionych piorunem, dziwacznie zaklinowanych między głazem a pionową ścianą. Stanowili upiorny widok, białe zęby i złote kolczyki błyszczały niesamowicie w zwęglonej masie. Stalowa broń stopiła się i zmieszała z bezkształtnymi szczątkami.
- Na Mitrę! - krzyknęła Malia. Odwróciła się i zakryła twarz rękoma. W swym krótkim życiu niejeden raz widziała rozlew krwi i okrucieństwo, ale groza tego widoku nie miała sobie równych.
Po innych marynarzach nie zostało ani śladu. Najwidoczniej porwała ich woda z przełęczy i teraz leżeli gdzieś w dole zbocza.
Conan rozejrzał się.
- Gdzie jest Goma?
- Po co pytasz? - powiedział Ulfilo. - Był przed nami, gdy zaczęła się burza, ostatni raz widziałem go jakieś pięćdziesiąt kroków przed sobą. Na pewno też został zmyty.
- Nikt go nie widział?
- A kto patrzył? - rzekł Wulfrede. - Wszyscy martwiliśmy się o siebie. Malia miała szczęście, że trafiła na ciebie. Czy ktoś inny by ją zobaczył?
- To znaczy, że już nie mamy przewodnika? - zapytała Malia. - To nieszczęście.
Ulfilo wzruszył ramionami.
- Ten człowiek zgodził się doprowadzić nas do Rogów, i zrobił to. Szkoda, że nie żyje, aby odebrać zapłatę, ale i tak być może chciał tutaj dotrzeć.

- Może jeszcze żyje i jest gdzieś dalej. Sprawdźmy - zaproponował Springald.
- Czemu nie, i tak musimy przebyć przełęcz, bo inaczej zamarzniemy - powiedział Wulfrede, tłukąc rękami o drżące boki. - Pochodzę z zimnej krainy, ale opuściłem ją wiele lat temu i na Ymira, nigdy bym nie pomyślał, że zobaczę śnieg w czarnych krainach! - Nieliczne płatki nadal wirowały w powietrzu.

Tylko Chen Shu nie skarżył się na zimno.
- Przeżyłem wiele górskich burz i gwałtowność tej bynajmniej mnie nie dziwi. Ale jej nagłość tak, a poza tym nie powinno być śniegu i zimna. Ta góra nie jest dość wysoka. Czyżby czary? Czy to część starożytnych klątw strzegących skarbu Pythonu?
Wszyscy popatrzyli na Springalda, u niego szukając wyjaśnienia. Uczony przez chwilę nie odpowiadał, gdyż był zajęty oglądaniem swojej sakwy. Bał się, że woda mogła zamoczyć księgi. Zadowolony, że nic się nie stało, rzekł:
- To możliwe. Prawdopodobnie czar stracił wiele ze swej mocy, jeśli bowiem Pythończycy posiadali tak wielką władzę nad siłami natury, wszyscy powinniśmy paść trupem. Mógł to być ostatni, słaby zryw starożytnej magii, zwłaszcza że stygijski kapłan powierzył Marandosowi czary neutralizujące klątwy.
- Słaby! - zawołała Malia. - Cieszę się, że nie spotkaliśmy tego przekleństwa w pełnej sile!
- Ta cała szalona wyprawa jest przeklęta! - krzyknął jeden z majtków. Oczy pozostałych były rozszerzone z przerażenia. - Wszyscy zginiemy, jeżeli nie zawrócimy! Musimy zawrócić! - Mimo wyraźnego wyczerpania, marynarze byli skorzy do ucieczki. Twarz Ulfila poczerwieniała i miał zamiar skarcić ich gromko, ale Wulfrede uciszył go wzniesioną dłonią. Kapitan podszedł do marynarza i stanął przed nim, zahaczywszy kciuki niedbale za pas.

- Nie będę się z tobą kłócił, Alkhat. Zwalniam was wszystkich ze zobowiązań względem mnie i naszych pracodawców. - Mówił cicho, bez śladu gniewu. - Odejdźcie, macie moje błogosławieństwo.
Marynarze stali skonfundowani.
- A ty, kapitanie?
Wulfrede wzniósł brwi w udawanym zdziwieniu.
- Ja? Ja idę z innymi. - Na wpół odwrócił się do Ulfila, Springalda, Malii i Zoriana oraz Sethmesa. - Bo wy idziecie dalej, nieprawdaż? - Wszyscy pokiwali głowami. Odwrócił się do żeglarzy. - Jesteście wolni. Możecie odejść.
- Ale, kapitanie - zaczął ten nazwany Alkhatem - umrzemy na pustyni albo w dżungli, jeśli w ogóle zdołamy zajść tak daleko.
Wulfrede uśmiechnął się dobrotliwie.

- Widzę, żeś musiał się przysłuchiwać naszemu uczonemu, bo sam mówisz jak człek uczony. - Odwrócił się i ruszył w górę przełęczy. - Chodźcie, przyjaciele, chciałbym przejść na drugą stronę przed nocą. - Aquilończycy i Zorian oraz Vanko podążyli za nim. Marynarze z wahaniem uczynili to samo.
- A widzicie? Czy nie było to proste? - zapytał Van. - Tych chłopców wcale nie trzeba krótko trzymać. Mają prawo być zdenerwowani. Ale rozumieją różnicę między śmiertelnym niebezpieczeństwem a pewną śmiercią. Wybrali pierwsze.
- Umiesz kierować ludźmi, kapitanie - przyznał niechętnie Ulfilo.

- Na kości Croma! - zawołał Druss. - Patrzcie!
Znajdowali się w miejscu, gdzie dopadła ich burza. Teraz mogli zobaczyć, że pionowe ściany po obu stronach przełęczy są pełne wykutych znaków. Pokrywały one skały jak okiem sięgnąć. Conan przyjrzał im się w gasnącym świetle dnia.
- Niektóre wyglądają na stygijskie hieroglify, ale innych w życiu nie widziałem.
- Masz rację. - Springald wyjął jedną z ksiąg i przenosił spojrzenie z kamiennej ściany na karty. - Te najwyraźniejsze to hieroglify, które niewiele się zmieniły od czasów Pythonu. Ale inne są dużo bardziej zniszczone i widać... - wskazał plątaninę symboli - że pythońskie znaki zostały wycięte na innych!
- Są przedpythońskie? - powiedziała Malia. - Najwidoczniej. Czy z czasów Atlantydy?
Springald potrząsnął głową, jego twarz zmieniła wyraz w ułamku sekundy.
- Pochodzą sprzed Atlantydy. Na Mitrę! Myślę, że są przedludzkie!
Masz rację Springaldzie rzekł Sethmes.
Stan waszych sił:
Macie: 22 marynarzy, lekka piechota poza Wulfrede. Najemnicy Drussa i Zoriana 12 ciężka piechota
Sethmes stracił 2 małpoludy i 2 ludzi. Ma 36 małpoludów i 52 żołnierzy.
Goma zniknął, albo zaginął.

: 16 kwietnia 2014, 16:24
autor: Araven
Dolina Skarbu

- Nie marnujmy czasu na stare znaki wykute w kamieniu - powiedział Ulfilo. - Jeżeli te zakrętasy są tak starożytne, jak myślisz, z pewnością straciły moc, którą niegdyś mogły posiadać.
- Tak - zgodził się Wulfrede. - Albo nie są to znaki magiczne. Wielu królów stawia na granicach rzeźbione kamienie, mające uprzedzać przybyszów, do jakiego kraju wkraczają, i wychwalać wielkość władcy.
- Być może masz rację - rzekł z powątpiewaniem Springald. - Już nikt nie potrafi odczytać tego starożytnego, tajemniczego pisma, ale istnieją legendy... Nikt poza mną dodał Sethmes.

- Dość - warknął Ulfilo. - Musimy iść!
Tym razem nie rozciągnęli się, ale szli zwartą grupą, wypatrując nieznanych niebezpieczeństw przełęczy między Rogami Shushtu.
Zatrzymali się przy bloku skalnym, do połowy tarasującym przejście. Głaz, który runął z wielkiej wysokości, wyraźnie był obrobiony ludzką ręką i wielki jak bloki z podstawy stygijskiej piramidy. Springald zmierzył go - kamień miał trzy kroki szerokości, pięć wysokości i piętnaście długości. W poświacie księżyca wysoko nad głowami mogli dostrzec prostokątny otwór, z którego wypadł.

- Kolejna pułapka na nieproszonych gości - powiedział Vanko. - Założę się, że gdybyśmy zdołali go podnieść, pod spodem znaleźlibyśmy zmiażdżone kości.
Przez resztę drogi nerwowo omiatali wzrokiem pionowe urwiska.
Na wschodnim krańcu przełęczy Druss kazał im się zatrzymać, na ścieżce bowiem zobaczył coś białego. Podszedł pierwszy i znalazł stos kości. Inni zbliżyli się powoli i niespokojnie zerknęli na szczątki.
- Ludzkie? - zapytał Wulfrede.
- Nie całkiem. - Cymmerianin podniósł i obejrzał czaszkę. Była małpia, niskie czoło rozwiało wszelkie wątpliwości.
- Bumbana! - zawołał Ulfilo. - Czyżby zamieszkiwali również te góry?
- Patrzcie na to. - Zorian podniósł garść ozdób: dwa naramienniki, miedziany pierścień i srebrny łańcuszek z wisiorkiem. - Stygijskie. To był jeden ze sług Sethmesa wysłany z ekspedycją Marandosa. Przekleństwo było jeszcze dość silne, żeby go zabić.

- Mógł umrzeć śmiercią naturalną - powiedział Ulfilo - albo zostać zabity przez towarzyszy.
- Spójrz na kości - zwrócił jego uwagę Druss. - Coś do czysta odarło je z ciała.
- Ścierwojady... - rzucił Wulfrede.
- Popatrzcie na nie! - nakazał jeszcze raz Cymmerianin. - Wszystkie leżą w jednym miejscu, dokładnie tak, jak upadły. Ani jedna, nawet najmniejsza kosteczka nie została ruszona czy pogryziona. Poza tym nie sądzę, by te kości leżały tu dość długo, aby ciało mogło ulec naturalnemu rozkładowi albo żeby owady mogły tak oczyścić szkielet. Zawsze zostają włosy, a bumbana są porośnięci futrem, lecz tutaj brak takich śladów. Te kości wyglądają tak, jakby zostały wypolerowane przez jakiegoś rzemieślnika.
- Dlaczego zatem tylko jeden? - zastanawiał się Ulfilo. - Dlaczego nie cała wyprawa?
- Klątwy straciły moc - wyjaśnił Springald. - A Marandos miał przeciwczary. Myślę, że teraz przełęcz jest bezpieczna.
- Mam nadzieję, że się nie mylisz. - Ulfilo bez śladu trwogi pokonał kilka kroków dzielących go od końca wąwozu. Pozostali obserwowali go czujnie, a gdy nic mu się nie stało, podążyli w jego ślady.

W świetle miesiąca ukazała się rozległa dolina, jednak nie zdołali dostrzec żadnych szczegółów. Z dołu czuć było delikatny podmuch, jego ciepło stanowiło miłą odmianę po nienaturalnym chłodzie przełęczy.
- Nie mam pojęcia, czy po tej stronie jest droga - rzekł Springald. - Chyba nie zaryzykujemy schodzenia po ciemku.
- Musimy zaczekać do świtu - zgodził się niechętnie Ulfilo.
- Wydaje się, że w pobliżu jest drewno - zauważył Wulfrede. - Rozpalimy ogień, żeby ogrzać zmęczone kości?

- Żadnego ognia - rozkazał Tranicos. - Nie wiemy, kto mieszka w dolinie i nierad bym zdradzać nasze przybycie.
- Tak będzie najrozsądniej - przyznał Chen Shu. - Wyciśnijmy wodę z tego, co zostało z naszych ubrań i rozwieśmy je na krzakach. Jeżeli wiatr się utrzyma, do rana powinny wyschnąć.
Posłuchali jego rady - marynarze narzekając na trudy, pozostali ze stoickim spokojem. Potem usiedli albo położyli się, aby przeczekać noc. Jeden po drugim zapadali w sen, tylko Druss czuwał. Siedział oparty o gładki kamień, z toporem pod ręką. Oczyścił ostrze, lecz nie schował oręża do pochwy, która musiała wyschnąć. Mądry wojownik zawsze najpierw zajmuje się bronią.

Nie był zbytnio zmęczony i nie chciał zasypiać przed upewnieniem się, czy nie grozi im żadne niebezpieczeństwo. Usłyszał tylko szmer przemykających się zwierząt i zobaczył parę lecących bezgłośnie nietoperzy. Blask księżyca stwarzał doskonałe warunki do polowania, jednak panujący spokój utwierdził go w przekonaniu, że w pobliżu nie ma ludzi ani wielkich drapieżników. Zadowolony skłonił głowę i przygotował się do snu, jak zawsze gotów, by na pierwszą oznakę zagrożenia przebudzić się w pełni przytomnym.
Ocknął się po zachodzie księżyca. Gwiazdy jeszcze świeciły, ale nad wschodnim widnokręgiem widać już było oznakę nadchodzącego dnia, cienki szary pasek jaśniejszego nieba. Cymmerianin wyprostował się, przeciągnął i ruszył rozprostować kości. Szara smuga przemieniła się w różową łunę, która rozprzestrzeniając się stopniowo gasiła gwiazdy. Druss zaczął rozróżniać kształty, potem kolory. Kiedy można było dostrzec szczegóły, zaczął potrząsać śpiących za ramiona.
- Wstawajcie! Słońce wschodzi i musicie to zobaczyć.
Ulfilo usiadł i przetarł ręką oczy.

- Co? Już dzień? Dlaczego nie obudziłeś mnie godzinę temu?
- Godzinę temu sam spałem - burknął Druss - a wtedy i tak nie było nic widać, więc po cóż miałbyś wstawać. Przestań marudzić i popatrz w dół.
Budzili się jeden po drugim i zastygali z ustami otwartymi ze zdumienia.
- Na Mitrę! - odezwał się Springald. - Czy klimat i teren w tej części świata zmieniają się za każdymi górami?

U ich stóp rozciągał się istny raj. Kraina ta leżała wyżej niż pustynia na zachodzie. Zbocze schodziło łagodnie do doliny dosłownie kipiącej bujną roślinnością. Nie była to ciemna, złowroga zieleń dżungli, ale żywa, zwyczajna zieleń rejonów bardziej umiarkowanych. Z góry widzieli liczne wioski, a wokół nich prostokątne poletka. Dolinę przecinały strumienie, w których brodziły i wzdłuż których wypasały się stada bydła. Starannie utrzymane ogrody były otoczone ogrodzeniami, ale z tej odległości nie potrafili powiedzieć, jakiego rodzaju.
Większa część doliny pozostawała dzika. Na paru niewysokich wzgórzach dostrzegli stada zwierząt, nie wyłączając słoni i żyraf.
Daleko na południu znajdowało się coś, co było za wielkie na wioskę i z całą pewnością nie było naturalnym tworem natury.

- Miasto? - zdumiała się Malia.
- Może ruiny - odparł Springald - z czasów Pythonu.
- Wkrótce się dowiemy - powiedział Ulfilo. - Gotowi?
Do tej pory wszyscy się ubrali i przypasali broń.
- No to w drogę.
Z lekkością w sercach rozpoczęli etap, który, jak mieli nadzieję, miał być ostatnim w tej bardzo długiej podróży. Wyglądało na to, że wędrówka w dół zbocza nie będzie najeżona trudnościami, a dolina zapraszała jak spokojny port.

Druss miał wątpliwości. Kraina była piękna, ale z doświadczenia wiedział, że najlepsze ziemie zamieszkują ludzie biegli w ich obronie przed obcymi. Długie okresy pokoju przy sprzyjających warunkach życia mogły wpływać na osłabienie bojowego ducha, lecz z drugiej strony takie miejsca zawsze wzbudzały zazdrość i ich granice rzadko pozostawały nie niepokojone.
- Patrzcie! - zawołała Malia, kiedy byli w połowie stoku. Wskazywała niezdarne stworzenie w odległości paru tuzinów kroków od szlaku, którym podążali. Zwierzę nieco przypominało nosorożca, ale tępy róg na jego nosie rozdwajał się na boki, a za nim, tuż pod świńskimi oczkami, wyrastała para krótszych. Stwór spokojnie przeżuwał trawę i nie zwracał na nich uwagi.

- Widziałeś kiedy coś takiego? - zapytał Tranicosa Springald.
- Nigdy. Założę się, że ta kraina ma dla nas wiele niespodzianek.
- Oby przyjemnych - zaintonował uczony.
Ścieżka nie była brukowana, ale Springald zapewnił, że jest to normalne. Z tej strony góry częściej padało niż z przeciwnej i woda dawno zniszczyła drogę.
Po pewnym czasie zaczęli zauważać ślady działalności człowieka. Krzewy porastały zbocza w regularnych rzędach, winoroślą wspierały się na tyczkach. Małpy swawoliły wśród listowia i wyglądało na to, że nikt się nie zajmuje uprawami. Doszli do wniosku, że rośliny jeszcze nie owocują, dlatego nikt ich nie dogląda.
- Kiedy spotkamy ludzi? - zastanowiła się na głos Malia, gdy zbliżali się do podnóża. Prawie natychmiast otrzymała odpowiedź.

Niżej, na polance porośniętej bujną murawą, stał mężczyzna wsparty na długiej włóczni. Patrzył na zbocze góry i wyprostował się, gdy zobaczył nadciągających podróżników. Z powodu odległości mogli powiedzieć tylko tyle, że jest wysoki i smukły. Nieznajomy obrócił się i podniósł do ust zakrzywiony przedmiot. Usłyszeli wysoki, przenikliwy dźwięk rogu, a potem mężczyzna znów wsparł się na drzewcu.
- Jest tylko jeden - stwierdził optymistycznie Springald.
- Nie na próżno dął w róg - zauważył Ulfilo.
- I nie wygląda na przestraszonego widokiem wielu uzbrojonych cudzoziemców - dodał Wulfrede.

- Ponieważ wie, że nie musi się bać - powiedział Druss. - Spójrzcie.
Do samotnego obserwatora zbliżało się truchtem czterdziestu ludzi, ich włócznie migotały w promieniach słońca. Jak jeden mąż ruszyli w kierunku przybyszów. Biegli w milczeniu jak dobrze wyszkolony i zdyscyplinowany oddział.
- Trzymać ręce z dala od broni - rozkazał Ulfilo. - Jest ich zbyt wielu, a w tej dolinie może być ich więcej. Pamiętajcie, jesteśmy pokojowo nastawionymi podróżnymi i zabiję każdego, kto zrobi coś, co temu zaprzeczy.
Niedługo później otoczyli ich wojownicy. Wszyscy byli wysocy, o jasnobrązowym odcieniu skóry. Wszyscy mieli regularne rysy twarzy, włosy, zabarwione na czerwono ochrą, ułożone w fantazyjne fryzury, a ciała pokrywały skomplikowane tatuaże. Nieśli włócznie o szerokich ostrzach i małe owalne tarcze.
- Wszyscy wyglądają jak Goma! - sapnęła Malia.

- Wiedziałem, że ten łajdak coś przed nami ukrywa! - warknął z oburzeniem Ulfilo.
- I nie mamy tłumacza - westchnął Springald. - To może postawić nas w niekorzystnej sytuacji.
Wojownicy nosili na głowach opaski z lamparciej skóry z białymi pióropuszami. Większość miała jeden albo dwa pęki piór. Wystąpił ten, który miał trzy, a poza tym złote naramienniki i obręcze na kostkach. Powiedział coś surowo.

- To musi być oficer - stwierdził Druss. - Spróbuję po kushycku. - Wypowiedział parę słów, ale wojownik patrzył na niego bez śladu zrozumienia. Cymmerianin posłużył się paroma innymi językami używanymi w czarnych krainach, lecz z równie mizernym powodzeniem.
Oficer wydał rozkaz i machnął włócznią. Wojownicy natychmiast uformowali czworobok wokół cudzoziemców i wszyscy zwrócili się w jedną stronę.

- Chyba chcą nas dokądś poprowadzić - domyślił się Springald. - Proponuję, żebyśmy poszli z nimi.
- Tak będzie najlepiej - powiedział Ulfilo. - Nie zachowują się wrogo i nie zabrali nam broni.
- A jeśli zechcą nas zjeść? - zapytał niespokojnie jeden z marynarzy.
- Ty jesteś za chudy - podniósł go na duchu Wulfrede. - Najpierw będą musieli cię podtuczyć.
Pytanie co robicie? Idziecie z 40 miejscowych wojowników? Atakujecie ich?

: 16 kwietnia 2014, 19:40
autor: koszal
To oczywiste, że ten szczwany lis wciągnął nas prosto w sidła. Nie zdiwiłbym się jakby władał tą hołotą. Tak, czy owak tutaj to oni mają zdecydowaną przewagę. Rozmówmy się z nimi, wszak poprzedniej wyprawie jakoś się udało.

-zadziwiająco dobry nastrój, jak i uśmiech na twarzy zamorianina zadziwiły wszystkich.

Ci głupcy z pewnością znają wartość złota, wszak ich oficer się w nie przyozdabia. Jednakże niczego się nie wywiemy ginąc tu po próżnicy.

: 16 kwietnia 2014, 20:06
autor: Waylander
Idziemy z nimi spokojnie. ciekawi mnie jak reagują na małpoludzi w naszej grupie?

EDIT:Zapomniałem... czy trafiliśmy na jakieś ślady Goma? Bo chciałem napisać po poście o przełęczy że ruszam go poszukiwać aż do skutku, ale internet mi padł zanim posta wysłałem :(.

: 16 kwietnia 2014, 21:10
autor: Araven
Gomy nie dało rady znaleźć była kilkugodzinna ulewa, i zatarła wszelkie ślady.
Kilku ludzi wam zginęło, to prawie powódź była.
Oni musieli widzieć już bumbana, bo są w szoku ale nie takim znowu wielkim.
Czekam na wypowiedzi innych.

: 16 kwietnia 2014, 23:06
autor: Procjon
- Spokojnie, jesteśmy przyjaciółmi - powtarzał Tranicos we wszystkich znanych sobie językach jak khitajską mantrę. Równie dobrze mógłby skląć ich do piątego pokolenia w tych językach, i tak nikt by nie zrozumiał. Za to łatwym do odczytania gestem było włożenie broni do pochew i podniesienie rąk. Ranger spokojnie szedł za tubylcami i rozglądał się bacznie dookoła, chłonąc widoki nowych roślin i zwierząt.

: 17 kwietnia 2014, 12:02
autor: Araven
Miasto

I tak, nie mając wyboru, pomaszerowali otoczeni przez eskortę. Trakt nie był brukowany, ale równy i dobrze utrzymany. Po obu stronach ciągnęły się pola, na których pracowali wieśniacy. Na ich widok rzucali narzędzia i podchodzili, by przyjrzeć im się z bliska. Niektóre kobiety miały na plecach małe dzieci owinięte w sukno, mężczyźni nie byli uzbrojeni. Zajmowali się zbieraniem roślin nie znanych przybyszom z zachodu, ale chyba były to i zboża, i warzywa.
Przeszli przez maleńką wioskę, w której zobaczyli tylko wojowników. Wyglądali oni tak samo jak ci z eskorty, ale nosili pióra błękitne i opaski ze skóry lwa. Spoglądali w ich stronę z niechęcią, jednak Chen Shu odniósł nieodparte wrażenie, że wrogość ta jest wymierzona nie w cudzoziemców, a raczej w wojowników z białymi piórami. Należało zapamiętać i przemyśleć ten fakt.
- Zmierzamy ku tamtemu miastu - zauważył Springald.
- O ile to jest miasto - powątpiewał Ulfilo.
- Przynajmniej nie ma tu pustyni ani dżungli, ani hordy atakujących małpoludów - westchnęła z ulgą Malia. - Nie będę się skarżyła, nawet jeśli miejsce, do którego nas prowadzą, nie okaże się równe Tarancii czy Belverusowi.

- Cóż za hart ducha - skomentował Zorian. - Chwytaj okazję, gdy się tylko nadarza, i zawsze szukaj dobrych stron. - Roześmiał się na całe gardło, aż wojownicy z eskorty obrzucili go zdumionymi spojrzeniami.
Droga była długa, ale łatwa, zwłaszcza w porównaniu z minionymi trudami. Minęli wiele wiosek składających się z nie więcej niż dziesięciu-dwudziestu chat, mających kształt uli pokrytych gęstymi strzechami z palmowych liści. Choć tak prymitywne, domy były niepospolicie czyste i schludne. Druss zastanawiał się nad sytuacją ludzi zamieszkujących mijane wioski. Nie wyglądali na ciemiężonych, tyranizowanych niewolników, o czym świadczyła ich ciekawość i żywe zainteresowanie przybyszami. Ale wszyscy zachowywali się z dystansem, jakby bali się zdradzić swoje uczucia. Nikt się nie śmiał, nikt nie śpiewał przy pracy, jak to było w zwyczaju większości ludów mieszkających na południe od Stygii.
Aquilończycy chyba tego nie zauważali, lecz Cymmerianin wiedział, że arystokraci rzadko zwracają uwagę na ludzi nisko urodzonych, chyba że ci okazują się bezczelni albo wrodzy. Dostrzegł jednakże, że dziwne zachowanie tubylców nie umknęło bystrym oczom kapitana.

- Myślę, że ten kraj ma jakieś kłopoty, przyjaciele - powiedział Van.
- Z czego to wnosisz? - zainteresował się Ulfilo.
- Wieśniacy boją się naszych strażników.
- Wojownicy z błękitnymi piórami, których minęliśmy po drodze, też ich nie lubią - dodał Tranicos.
- Zazdrość miedzy pułkami nie jest niczym niezwykłym - zauważył Ulfilo.
- Myślę, że nasi przyjaciele mają rację - wtrącił Vanko. - Coś... Nie wiem, czuję po prostu, że coś jest nie w porządku. Ziemia wygląda na spokojną i bogatą, strzegą jej silni wojownicy, a uprawiają pracowici chłopi. Ale tutejsi mieszkańcy są wyjątkowo cisi, i to nie ze strachu przed nami, widzą bowiem, że jesteśmy otoczeni przez strażników.
- Może przyczyną tego są jakieś wewnętrzne niepokoje? - Ulfilo był uparty i arogancki, ale nie brakowało mu przenikliwości, kiedy szło o mechanizmy władzy. - Każdy jest nieszczęśliwy, kiedy nie wiadomo dokładnie, kto rządzi.

- Możliwe - przyznał Wulfrede. - Bywałem w państwach balansujących na krawędzi wojny domowej, gdzie niepokój wręcz wyczuwało się w powietrzu.
- Nie ma sensu spekulować, póki nie zorientujemy się we własnym położeniu - Druss położył kres domysłom. - Ale musimy być czujni.
- Nie widzę ani śladu poszukiwanego skarbu - powiedziała Malia.
- Aquilonia jest bogata - rzekł jej na to Ulfilo - lecz pospólstwo nie paraduje w złocie i klejnotach. A tutejsi władcy z pewnością kryją bogactwo w skarbcach.
- Być może nawet nie wiedzą o istnieniu skarbu - dodał Springald.
- Jak to? - zdumiał się Wulfrede.

- Ci ludzie wielce przypominają tych, których kapitan Belphormis spotkał bliżej wybrzeża. Być może przybyli tutaj w ostatnich stuleciach. Jeżeli tak, mogą nie wiedzieć o skarbie i tych, którzy go przynieśli. Tak jak ludzie mieszkający obecnie w miejscu dawnego Pythonu prawdopodobnie nie mają pojęcia o istnieniu tego miasta.
- Zatem skarb może być nietknięty! - zawołał uszczęśliwiony Ulfilo.
- Ale i trudny do znalezienia - rzekła zaniepokojona Malia. - Kto wie, gdzie go ukryto?
- Wskazówki, które Marandos dostał od stygijskiego kapłana, były całkiem wyraźne - zapewnił ją Springald. A obecny tu Sethmes, na pewno potrafi odnaleźć skarb.
Druss słuchał z zaciekawieniem. Po raz pierwszy słyszał o tych wskazówkach.
Malia się roześmiała.

- Springaldzie, przecież to zawsze ty przypominasz nam o ogromnym potoku czasu, który dzieli nas od upadku Pythonu! Niegdyś było to największe miasto świata, ale obecnie nikt nie wie, gdzie dokładnie leżało. Mimo to spodziewasz się, że tutaj wszystko będzie tak, jak w chwilę po odejściu tragarzy?
- No więc, hmmm...
- Na razie mamy inne zmartwienia na głowie - przerwał mu Druss. - Najpierw upewnijmy się, czy nic nam nie grozi, potem możemy zająć się skarbem.
- Wiele ode mnie wymagasz - rzekł żałośnie Wulfrede - chcąc, żebym przestał myśleć o skarbie!
Nawet marynarze przyłączyli się do ogólnej wesołości. Malia śmiała się głośniej niż inni.
- Humor ci dopisuje, bratowo - stwierdził Ulfilo takim tonem, jakby uważał to za coś nieprzyzwoitego.
- Nie straciłam poczucia humoru. Popatrz na nas! Wyglądamy jak obszarpańcy, jak strachy na wróble, i szukamy w kraju dzikusów bogowie wiedzą czego, a zachowujemy się tak, jakbyśmy dźwigali na grzbietach wielki skarb i szli z nim do domu! Czy nikt poza mną nie dostrzega tej głupoty? - Głos zaczął się jej rwać i ostatnie słowa wypowiedziała ze szlochem.

- Moje kochanie, nie ma potrzeby tak się denerwować - uspokajał ją Springald. - Znajdziemy skarb, a bez wątpienia ci naiwni krajowcy dadzą nam tragarzy. Zapłacimy im świecidełkami, gdy doniosą naszą zdobycz do miejsca, gdzie zostawiliśmy towary. I, nie zapominaj, że być może wkrótce znajdziesz się u boku swego męża!
- Och, tak, nie wolno mi o tym zapomnieć - mruknęła w odpowiedzi.
Słysząc to, Druss chętnie by się roześmiał, gdyby ich sytuacja nie była tak poważna. Gdy Aquilończycy zaczęli rozmawiać między sobą, zatrzymał się na chwilę i przyłączył do kapitana.
- Ty też uważasz, że dojście do porozumienia z naiwnymi krajowcami będzie takie proste?
- Co? - zawołał z udawanym przerażeniem Wulfrede. - Spodziewasz się, że śmiem mieć odmienne zdanie niż nasi arystokratyczni przywódcy? Wstydź się, Drussie!
- Mój lud też by uważali za naiwnych dzikusów - warknął Cymmerianin. - Ale drogo zapłaciliby za swoją głupotę.
- My, Vanirowie, jesteśmy bardziej cywilizowani. Złożylibyśmy ich w ofierze jednemu z pomniejszych bogów, skoro nie nadają się do niczego innego.

- A jednak Ulfilo jest wspaniałym wojownikiem, a Springald zabawnym człowiekiem, lojalnym w stosunku do przyjaciół. Nie, to myśl o skarbie mąci im rozum. Wmawiają sobie, że po przybyciu na miejsce sam wpadnie im w ręce, a oni zabiorą go i odejdą. Zaślepieni tą wiarą nie dostrzegają trudności, które się przed nimi piętrzą.
- Może masz rację, ale posłuchaj mnie uważnie. Jeżeli ten skarb jest tutaj, nie zamierzam odejść bez swojego udziału. - Błękitne oczy Vana przypominały dwie bryłki lodu i Druss wiedział, że kapitan nie zmieni zdania.
Znał ludzi z Nordheimu, Aesirów i Vanirów od wczesnej młodości. Byli hałaśliwi i lubowali się w rozlewie krwi, ucztowaniu, zbytkownym odzieniu i pięknych okrętach. Ponad wszystko kochali złoto, srebro, klejnoty i inne cenne rzeczy. Ich zachłanność czasami graniczyła z szaleństwem.

Druss, syn posępnej cymmeriańskiej rasy, nie był tak opętany żądzą bogactwa. W odróżnieniu jednak od swoich górskich pobratymców zasmakował w zbytkach i kiedy przebywał w cywilizowanych krajach, walczył o złoto, by przez jakiś czas pławić się w luksusie. Ale zawsze musiał wracać do twardego życia wojownika, i to również mu odpowiadało. Bogactwo samo w sobie nigdy nie stanowiło jego ostatecznego celu.
Wśród okropieństw i cudów czarnych krain, daleki był od zaprzedania się powabom skarbu. Myśl o powrocie do Asgalunu, o wysokiej zapłacie i udziale w zyskach była przyjemna, ale teraz wszystko to wydawało się nierealne. Od dnia rozpoczęcia podróży w głąb lądu stopniowo do głosu dochodziła jego pierwotna natura. Cuda i wspaniałości, jakie napotykali po drodze, oczyściły go z chciwości typowej dla cywilizacji. Był zachłanny, a jakże, lecz nie chodziło o bogactwo. Pragnął zobaczyć jak najwięcej tego cudownego kraju. Złoto tylko by mu przeszkadzało. Jednakże zgodził się na udział w misji i musiał dotrwać do końca.
Nie byli przygotowani na widok, jaki pod koniec marszu roztoczył się przed ich oczyma.

- Ależ miasto! - sapnęła Malia.
Rzeczywiście, mur, który się przed nimi piętrzył, nie przyniósłby wstydu stolicom Aquilonii, Nemedii ani żadnemu innemu wielkiemu miastu Hyborii. Zdobiły go dziwne, tajemnicze płaskorzeźby. Za murem widzieli strzeliste wieże i dachy ogromnych budowli.
- Z pewnością nie wznieśli go wieśniacy! - zawołał Wulfrede.
- Nie - rzekł Springald głosem ściszonym w nabożnej grozie. - Myślę, że patrzymy na miasto starożytnego Pythonu, być może jedyne jeszcze istniejące! Pomyślcie tylko! Państwo zostało starte z powierzchni ziemi, po hyboriańskim najeździe nie ostał się nawet kamień na kamieniu. Jednak tutaj, w głębi czarnych krain, nadal istnieje miasto tego cesarstwa.

- To mi się nie podoba - powiedział Druss. - Jeżeli Pythończycy przybyli tutaj, aby ukryć królewski skarb, dlaczego zbudowali całe miasto? I popatrzcie, jak wielkie są te kamienie!
Zbliżyli się, żeby zobaczyć, o co mu chodzi. Głazy faktycznie były ogromne, najmniejsze wielkości tego, który znaleźli na przełęczy.
- Sądzę, że kamienna belka nad bramą ma dwadzieścia pięć kroków długości - powiedział Ulfilo. - Nie chciałbym być generałem, który dostał rozkaz zdobycia tego miasta taranami i machinami oblężniczymi.
Wojownicy nie pozwolili im na zatrzymanie się i dokładniejsze obejrzenie muru, tylko poprowadzili do bramy.
- Ostatecznie zdobycie tego miasta nie byłoby takie trudne - zauważył Druss. - Popatrzcie na wrota.
- Jakie wrota? - zapytała Malia. - Nie widzę żadnych wrót.
- I o to chodzi. Kłody zgniły dawno temu, a okucia zostały rozkradzione.
- Tak. - Springald wskazał na kwadratowe otwory w podporach ogromnego nadproża. - Widzicie, tam były zawiasy. Drewno i metal nie zachowały się jak kamienie. Drewno zgniło, a ludzie zabrali metal, by wykuć z niego oręż.

- Miejmy nadzieję, że zabrali tylko tyle - mruknął Wulfrede.
Zobaczyli, że większa część miasta popadła w ruinę. Opuszczone świątynie nie miały dachów, podobnie jak inne ogromne budowle, które niegdyś mogły być teatrami, sądami albo wielkimi halami targowymi. Mniejsze budynki były zamieszkane i wyglądały dość dziwacznie, będąc pokryte strzechami.
Znaczną grupę wśród licznych mieszkańców miasta stanowili wojownicy, wszyscy z białymi albo czarnymi pióropuszami. W cieniu strzech albo plecionych z trzciny daszków pracowali rzemieślnicy zajmujący się obróbką drewna i metalu, kobiety ubijały ziarno w żarnach wielkimi tłuczkami z twardego drewna. Powietrze przesycał zapach odchodów, wokół kręciły się kozy, bydło i drób. Większe zwierzęta pasły się w dawnych publicznych parkach albo ogrodach i sadach bogaczy. Scena była żywcem wzięta z wiosek typowych w tej części świata, pomijając dziwaczne tło ruin wielkiego i tajemniczego miasta.

Minęli rynek, gdzie zabijano i na miejscu oprawiano bydło i gdzie myśliwi zachwalali mięso z upolowanej zwierzyny. W jednym końcu na sznurach wisiały wielkie ryby wielkości człowieka.
- Dobrze, że nie wystawiają na sprzedaż ludzkiego mięsa - odezwał się jeden z marynarzy. - To już coś.
- Ale gdzie oni łapią takie ryby? - zaciekawił się inny. - Z pewnością nie w strumieniach, które mijaliśmy.

Ryby były nie tylko wielkie, ale wydawały się jakby zniekształcone. Miały bulwiaste, płaskie łby, niby ludzkie twarze, a przednie płetwy, wyposażone w pięć kościstych wyrostków, przypominały ręce.
- Nie wiem, jak wy - powiedziała Malia, z trudem opanowując mdłości - ale jeżeli dadzą nam rybę do zjedzenia, chyba zemdleję.
Ciągnęła za nimi gromada miejskich próżniaków i ciekawskich, którzy porzucili swoje zajęcia, żeby przyjrzeć się cudzoziemcom. Eskorta minęła dwa podesty, na których niegdyś stały wielkie pomniki, i znaleźli się na rozległym placu wyłożonym płytami w niesamowitym czerwonym kolorze. Plac otaczały ogromne, zrujnowane budowle, a naprzeciwko postumentów stała okrągła wieża mierząca sto stóp wysokości. Zachowała się w stanie nienaruszonym dzięki temu, że wzniesiono ją z wyjątkowo wielkich, ściśle dopasowanych kamiennych bloków. Wieżę otaczał spiralny pas płaskorzeźb, przerywany jedynie nielicznymi, wąskimi oknami.
- Ilu ludzi uciekło z Pythonu ze skarbem? - spytał Druss.
- Ledwie parę statków - odparł Springald, zdumiony roztaczającymi się wokół nich wspaniałościami.
- Zatem skąd wzięli siłę roboczą? Zbudowanie jednego grobowca dla stygijskiego władcy wymaga pracy wszystkich ludzi prowincji, a i tak mogą strawić na tym całe życie.
- Nie... nie wiem, ale musi istnieć jakieś wyjaśnienie - zająknął się Springald. - Może ta dolina była gęsto zaludniona i Pythończycy zmusili do pracy tubylców.

- Starczy - przerwał mu Ulfilo. - Mamy ważniejsze rzeczy na głowie.
Eskorta zatrzymała się przed kamienną platformą u stóp wieży. Wokół niej stały wysokie słupy, a szczyt każdego wieńczyła czaszka. Niektóre lśniły wybielonymi przez słońce kośćmi, do innych przylegały płaty wysuszonej skóry, były wśród nich także niedawno odcięte głowy.
- Wygląda to dość ponuro - skomentował Ulfilo.
- Widzisz jakieś znajome twarze? - zapytał Wulfrede.

Malia zadrżała, słysząc to pytanie.
- Żadna głowa nie należała do białego - rzekł Springald. - Co do reszty, wszystkie czaszki wyglądają podobnie.
W drzwiach wieży coś się poruszyło i wszyscy ludzie na placu, nie wyłączając eskorty, padli na twarze. Wznieśli prawe ręce, wnętrzem dłoni w stronę drzwi, i wyskandowali pozdrowienie.

Człowiek, który się pojawił, miał siedem stóp wzrostu. Potężne mięśnie grały mu pod skórą. Miał na sobie jedynie krótką spódniczkę z lamparciej skóry i ozdoby. Prezentował się imponująco i można by nazwać go również przystojnym, gdyby nie wyjątkowo liczne tatuaże. Pokrywających jego ciało malowideł było tak dużo, że mężczyzna wyglądał jak odziany w strój z czarnych guzełków.
Tuż za nim, lekko z boku, powłóczyło nogami maleńkie, pomarszczone stworzenie nieokreślonej płci. Ta groteskowa istota otworzyła różowe bezzębne usta i wrzasnęła coś przenikliwie. W jednej chwili wojownicy z eskorty zerwali się, złapali podróżników za ramiona i rzucili na kolana.
- Nie uklęknę przed żadnym dzikusem! - krzyknął Ulfilo.
- W normalnych okolicznościach też bym tego nie zrobił - rzucił oschle Wulfrede. - W tym przypadku jednakże może to być jedyne rozsądne wyjście.
- Tak, daruj sobie na razie uszczerbek na honorze - warknął Druss. - Później będzie czas na zemstę.

Za olbrzymim mężczyzną pojawiła się barwna świta. Niespotykanie piękne kobiety niosły wachlarze, kwiaty albo naczynia z dymiącym kadzidłem. Karły pląsały w rytm bębnów, rogów i piszczałek. Rosły mężczyzna o twarzy wymalowanej na podobieństwo trupiej czaszki niósł na ramieniu miecz. Ostrze było szerokie, lekko wygięte w łuk i zakończone ukośnie. Wędrowcy domyślili się, że to katowskie narzędzie.

Olbrzym powiedział coś i do przodu wysunął się mężczyzna średniego wzrostu. Był ubrany w szatę w czerwone i niebieskie pasy, na ramionach i szyi miał liczne ozdoby. Ku wielkiemu zdumieniu podróżników, przemówił do nich w bezbłędnym kushyckim.
- Kim jesteście i dlaczego przychodzicie do kraju króla Nabo? Cudzoziemcom nie wolno stąpać po uświęconej ziemi doliny.
- A jednak sam jesteś tu obcy, na co wskazuje wygląd i mowa - odpowiedział Druss. - Założę się, że jesteś potomkiem Stygijczyka i Kushytki.
Mężczyzna się zdumiał.

- Faktycznie. Przybyłem tu jako niewolnik, pojmany za górami i sprzedany przez handlarzy. Wspinałem się po szczeblach kariery i teraz jestem doradcą króla Nabo. Pytam raz jeszcze: co was tu sprowadza?
- Szukamy mojego brata - powiedział Ulfilo. - Nazywa się Marandos, i jakiś czas temu wyruszył ze swoimi ludźmi. Mamy powody, by wierzyć, że przeżył drogę przez przeklętą przełęcz i dotarł do tego królestwa.
- A czego tu szukał?
Było to drażliwe pytanie, gdyż nie wiedzieli, co ich czeka. W otoczeniu tego potężnego i wojowniczego ludu przyznawanie, że poszukują skarbu, mogłoby okazać się nierozsądne. Na wszelki wypadek wcześniej obmyślili, co powiedzą.
- Mój brat jest kupcem i przybył tutaj w poszukiwaniu rynków zbytu na swoje towary: metale, ubrania i inne dobra z północy. Widziałeś go?

Mężczyzna przetłumaczył. Ku ich zdumieniu maleńka, pokraczna postać wybuchnęła przeszywającym śmiechem. Potem wymamrotała coś, wskazując kościstym, szponiastym palcem na przybyszy.

- Pani Aghla mówi, że kłamiecie! - zawołał tłumacz. Jego słowa wyjaśniły kwestię płci wrzaskliwej kreatury. - Mówi, że jesteście zdradzieckimi złodziejami, którzy przybyli splądrować nasz kraj.
- A dlaczego tak sądzi? - zapytał Ulfilo, urażony do żywego.
- Mówi, że szukacie skarbu, starożytnego bogactwa bogów.
- Ale co z Marandosem? - zapytał Springald.
W tej chwili ktoś kichnął w tłumie gapiów. Król Nabo mimowolnie spojrzał w tamtą stronę, a Aghla natychmiast wskazała winowajcę palcem i coś wrzasnęła. Strażnicy momentalnie rzucili się w tłum i wyciągnęli trzęsącego się nieszczęśnika. Był to mężczyzna odziany w spódniczkę, nie nosił żadnych ozdób. Wnosząc z wiórów, jakie przywierały do jego włosów i ubrania, musiał być rzemieślnikiem.

Król skinął niedbale na kata, a ten z powagą podszedł do ofiary, którą strażnicy rzucili na kolana. Stosowanie siły nie wydawało się konieczne, mężczyzna bowiem nie walczył, ale z rezygnacją poddał się przeznaczeniu. Kat złapał oburącz długą rękojeść miecza i zawirował ostrzem wokół skazańca w takt bicia w bębny. Kreślił mieczem w powietrzu skomplikowane arabeski, od czasu do czasu przyskakując i muskając ostrzem kark ofiary.
Za każdym razem, gdy zimne żelazo dotykało skóry, skazaniec krzywił się w straszliwych katuszach. Twarz mu poszarzała, ślina skapywała z obwisłych ust. Już wyglądał na martwego.
- Dlaczego nie zabiją tego biednego durnia od razu? - warknął Druss.
Z obłąkańczym wyciem kat wyskoczył w powietrze, obrócił się dwa razy i wylądował na odległość ramienia od więźnia. Szerokie ostrze zatoczyło zamaszysty łuk i głowa ofiary, z rysami zakrzepłymi w wyrazie przerażenia, poszybowała w stronę platformy. Strażnicy puścili wstrząsany drgawkami i bryzgający krwią tułów.

Aghla z dziwacznym gulgotem złapała głowę w locie. Podniosła ją wysoko i zaczęła tańczyć, podobnie jak oprawca, nie zwracając uwagi na krew zalewającą jej brudne łachmany. Dotarła w podskokach do krawędzi podium i wbiła swoje trofeum na pusty pal, czemu towarzyszył śmiech i okrzyki zadowolenia zgromadzonego tłumu.
- Nie mam pojęcia, co to znaczy - rzekł Springald. - Wiem tylko jedno: kichanie w obecności króla jest niewskazane.
- Mam nadzieję, że mistrzowie etykiety na tym dworze nie są zbyt liczni - dodała Malia.

Król Nabo powiedział coś do tłumacza.
- Mój pan życzy sobie wiedzieć, kto was tu przyprowadził.
- Kierowaliśmy się zapiskami starożytnego podróżnika - wyjaśnił Springald. Podniósł jedną ze swoich ksiąg. Tłumacz wziął ją i podał królowi, pokazawszy uprzednio, jak się przewraca kartki. Nabo obejrzał parę stron, potem przemówił.
- Król nie wierzy, że znaczki na kartkach mogły przeprowadzić ludzi przez wielkie i nieznane krainy. Chce wiedzieć, kto był waszym przewodnikiem.
- Nie rozumiesz - zganił go uczony. - Ten, kto posiadł sztukę czytania, może poznać sekrety odległych krain.

- Ja to rozumiem - obruszył się tłumacz. - Widziałem wiele książek i umiem czytać po stygijsku. Spróbuję wyjaśnić to Nabo. - Tłumacz i król pogrążyli się w rozmowie, lecz po chwili monarcha zmarszczył brwi i pokręcił głową. Aghla, która przysłuchiwała się im zachłannie, wyskrzeczała coś jękliwie.
- Król upiera się, że musieliście mieć przewodnika, który przeprowadził was przez pustynię i góry, a Aghla twierdzi, że twoje pismo to magia, która nie ma żadnej mocy w tej krainie.
Ktoś z was mówi coś do tłumacza, jaki działa w imieniu króla? Wygląda na to, że nie bardzo wam wierzą, że mogliście tu dotrzeć bez przewodnika. Aktualnie Springald się tłumaczy.

: 17 kwietnia 2014, 13:04
autor: Dobro
Zorian rozejrzał się dyskretnie po obstawie. Czuł znajome, perwersyjne mrowienie w prawej dłoni. Żądała wyciągnięcia broni i ścięcia zarówno tłumacza, jak i tego śmiesznego króla. A tą starą wiedźmę zamieniłby na poduszkę dla jego bełtów.
Ilu jest przeciwników? Rozumiem, że mamy przy sobie cały ekwipunek.
Zorian zaryzykował i wstał, klaszcząc raz w dłonie.

- Słuchaj no, zgrywusie - zagaił. - W naszych krajach za takie przyjęcie przyjezdnych kupców wszczyna się wojny. Albo ugościcie nas z honorami, albo opuszczamy tą krainę i pójdziemy dalej, oferując przyjaźniejszym ludom nasze towary i usługi.

: 17 kwietnia 2014, 14:38
autor: Araven
Tłumacz przełknął ślinę na słowa Zoriana, pytając jesteś pewien, ze chcesz bym przekazał twe słowa królowi?
On ma tu absolutną władzę i jest dość porywczy.
W pobliżu króla jest około 50 wojowników. W około minutę może ich tu być około 300 a potem coraz więcej.
Nie wiecie, czy Sethmes was poprze.