Akcja streszczenia stanęła w miejscu, a sam już jestem ciekawy, co było dalej, więc zajrzałem na FB!
"Jajowaty kształt wnętrza komnaty budził niepokój" i słusznie, w końcu mieli do czynienia z esencjami nicości i porządku, a "twory ich wymieszania fachowo nazywa się formami losu i przeznaczenia. To dźwięk, a szczególnie... muzyka..."
Hm... może jeszcze raz.
"Ściany, podłogę i sufit pokrywała warstwa grubego, zbitego osadowego materiału, najprawdopodobniej wapienia, piaskowca albo popiołu. Z niego wszędzie wyrastały pąkle, z których środków wystawały półmetrowe, półprzezroczyste, intensywnie zielone kryształy". Okazało się, że "ziarnistość, a w zasadzie miałkość pyłu jest identyczna jak tego, który powstaje po dezintegracji..."
Hm... nie wiem, czy jasno tłumaczę. Chodzi o to, że "są trzy odmiany form losu i przeznaczenia. Muzykę już znacie. Drugi to dezintegracja, a w zasadzie jej promienie. A trzeci to prawdziwe wiry nicości".
No. I gdy "ktoś głębiej wejdzie do komnaty, powstanie dźwięk. On uruchomi promienie dezintegracji, które niczym stado raptorów przemkną po wielokroć wokół komnaty". I tylko wtedy powstanie na środku komnaty prawdziwy wir nicości.
No. I jest tylko jeden sposób, żeby przedostać się do kolejnej komnaty - dżiny wszystkich żywiołów muszą stworzyć lustra, ifryty grać muzykę, a tan Irmin i tan Vercyn muszą zmienić się w smoki i odbyć na środku komnaty gody, które zakończą się zajściem w ciążę i śmiercią.
Jasne? Jasne.
"Rudowłosa piękność pod postacią smoczycy ze smutkiem jeszcze krzyknęła:
- A mój przydomek Żelazna Dziewica? Mam go stracić!?!
Gnom lekko ziewnął, za to grubas ledwo wstrzymał się od śmiechu.
Nikt jednak już nie zwracał uwagi na smoczycę. Przeważająca większość była paladynami. Jak sami mówili o sobie, słowo "poświęcenie" było ich drugim imieniem"
Utwierdzam się w przekonaniu, że paladyni to dupki a gruby kapłan to niewdzięczny buc.
I druga wstawka!
Tan Irmin wzięła tana Vercyna za ręce i złożyła mu na ustach pocałunek "mocny jak skała, namiętny jak łąka usiana kwiatami". Po czym "para smoków w ludzkiej postaci objęła się ramionami i jakby zjednoczyła".
Drużyna wskoczyła na łoże i zaczęła lecieć, muzyka narastała, promienie dezintegracji krążyły, "melodia płynęła wirem wokół kryształowych ścian. Huczała i płonęła oktawami niczym w wielkim piecu". Jak również "strzelała na przemian wodnym wirem i płomieniami". "Setki zielonych smug pruły stadami od kryształu do kryształu".
Na środku komnaty uformował się prawdziwy wir nicości, do którego wskoczyły smoki dokonując natychmiastowej retransformacji. Dla nieobeznanych, transformacja to "coś jakby iluzja na tobie, z tym, że fizycznie tak naprawdę jesteś nadal tą samą istotą, a tylko ciało masz inne".
A potem było zahaczanie się solidnymi rogowymi zadziorami na końcach ogonów, dreszcze rozkoszy, gryzienie się po karku, duszenie się krwią, swąd spalonego mięsa, otwieranie się przed nim, dreszcze pod łuskami, więź, które między nimi powstawała, poddawanie się rozkoszy, mdlenie i "to jedno, specjalne odczucie... Była w ciąży"
Podczas stosunku tan Irmin myślała o różnych rodzajach statków a tan Vercyn wspominał, jak to kiedyś został połknięty a następnie wydalony przez herpterodactylusa. Mimo to wyznawali sobie miłość, która teraz szalała w ich wnętrzach.
Drużyna zostawiła ich na pewną śmierć i odleciała. Po drodze promień dezintegracji trafił grubego kapłana w łysinę, ale się odbił. Pozwolę sobie na prywatny wtręt, że szkoda.
PS
A tan Sunin nie dość, że jest półsalamandrą, rembimorfem, samurajem, paladynem, rycerzem i wojownikiem cieni, to ma jeszcze tarczę którą da się przerobić na lutnię i potrafi na tej lutni grać. Czyli chyba jest też bardem. Nieźle.