: 13 kwietnia 2016, 20:50
[center]Baza na Wilczych Pustkowiach, punkt medyczny, 7 zmroczec (vajni), 360 rok Ery Silniri.[/center]
- Vidgarze, chodź ze mną. Trzeba opatrzyć przecież twoje rany.
Zabrzmiało tuż po dźwięku zbliżających się lekkich kroków. Vidgar odwrócił się od okna ze spokojnym ale skupionym wyrazem twarzy. Uśmiechnął się pogodnie i był to najnaturalniejszy z uśmiechów jakie dotychczas Norlaug widziała na jego młodej twarzy. Był to uśmiech kogoś, kto jest gotów do ostatecznej walki i kto pogodził się z tym, że zginie i nie żałuje niczego i jest całkiem rad z życia jakiego doświadczył.
W pierwszym odruchu chciał powiedzieć, ze to nic takiego, ale potem stwierdził, że to chyba zabrzmiało by głupio. W związku z tym rodzącym się wewnętrznym choćby i drobnym zakłopotaniem, jego mimika, straciła na naturalności.
- Tak, jasne, dziękuję. Głupio się przyznać ale trochę o tym zapomniałem.
Kiedy weszli do pokoiku Vidgar chciał coś powiedzieć ale nie mógł znowu znaleźć słów. Strasznie często mu się ostatnio zdarzało. Obserwował młodą wiedźmę, jak przygotowuje wszystkie niezbędne składniki. To co robiła, było czymś z innego świata. On umiał naostrzyć miecz i bić się, ona była uzdrowicielką. Wcześniej widział ją jako młodą dziwną osobę, wygłaszającą czasem wątpliwe sądy. Teraz zobaczył, że tak samo jak on znał się (no może poznawał) na swoim fachu, ona też miała swój. Norlaug stała się w jego oczach dużo bardziej dorosła.
- Wiesz, chciałam ci podziękować... za to, że nie wpadłam do kolejnej jamy pełnej żarłocznych stworzeń. Mam pewność, że zawsze można na tobie polegać, a w walce dasz z siebie wszystko.
Chciał odpowiedzieć, lecz mowę mu odjęło bo przyjemne ciepło zaczęło wypełniać go od środka. Nawet zrobiło mu się trochę głupio a policzki stały się dużo cieplejsze.
- Gunlid, Joos oraz Hatr odnajdą się. Na pewno. Wystarczająco znają się na dzikich ostępach i równinach, aby poradzić sobie w tej sytuacji. Teraz jednak połóż się i rozluźnij. Wsłuchaj się w rytm pieśni. Nie będzie dla ciebie nic prócz jej kojącej wibracji.
Słysząc słowo "odnajdą", miał wizję brakujących towarzyszy. Faktycznie wydawało mu się w tym momencie, że oczywiście że ich znajdą. Problem polegał na tym, że w jego wizji oni wszyscy nie żyli. Ich ciała poznaczone były głębokimi ranami, jakich żadna ludzka broń nie zdołała by zadać. Wizja ta nie przeraziła go. W zasadzie już wcześniej to przeczuwał. Spokój i cisza powróciły i wojownik rozluźnił się.
- Tam na dworze coś jest. - Powiedział spokojnie. Po czym dał się ukołysać melodii i rytmowi.
Miał wrażenie, że zasypia lecz wciąż widzi pomieszczenie tak jakby unosił się nad swoim ciałem. Widział wszystko po bokach i sufit. Nie umiał jednak obrócić się by zobaczyć swoje ciało. Całe pomieszczenie było wypełnione kłębami czerwonej i zielonej energii, które układając się w dziwne powtarzalne wzory, splatały się to rozplatały i przenikały ciało Wiedźmy wychodząc zmienione i wzmocnione z jej głosem i przenikały też chyba jego ciało, bo czuł te wzory tak jakby przeszywały go na wylot. Było to przyjemne i energetyzujące uczucie. Po chwili ocknął się, chyba faktycznie zasnął.
- Dziękuję Norlaug. Ty też robisz swoje. Leczysz nas i możemy potem walczyć kolejnego dnia. Potrzebujemy siebie nawzajem, jesteśmy jedną drużyną. Jesteś tak samo potrzebna jak każdy inny. Cieszę się, że tu jesteś. - Powiedział patrząc jej w oczy, po czym wstał i wyszedł do głównej sali.
Nie czuł strachu, nie czuł już poddenerwowania ani napięcia. Mimo że nie wiedział nic, miał wrażenie, że coś w nim wie wszystko o nieprzyjacielu czającym się w ciemności. Był gotów na walkę... i na śmierć.
- Vidgarze, chodź ze mną. Trzeba opatrzyć przecież twoje rany.
Zabrzmiało tuż po dźwięku zbliżających się lekkich kroków. Vidgar odwrócił się od okna ze spokojnym ale skupionym wyrazem twarzy. Uśmiechnął się pogodnie i był to najnaturalniejszy z uśmiechów jakie dotychczas Norlaug widziała na jego młodej twarzy. Był to uśmiech kogoś, kto jest gotów do ostatecznej walki i kto pogodził się z tym, że zginie i nie żałuje niczego i jest całkiem rad z życia jakiego doświadczył.
W pierwszym odruchu chciał powiedzieć, ze to nic takiego, ale potem stwierdził, że to chyba zabrzmiało by głupio. W związku z tym rodzącym się wewnętrznym choćby i drobnym zakłopotaniem, jego mimika, straciła na naturalności.
- Tak, jasne, dziękuję. Głupio się przyznać ale trochę o tym zapomniałem.
Kiedy weszli do pokoiku Vidgar chciał coś powiedzieć ale nie mógł znowu znaleźć słów. Strasznie często mu się ostatnio zdarzało. Obserwował młodą wiedźmę, jak przygotowuje wszystkie niezbędne składniki. To co robiła, było czymś z innego świata. On umiał naostrzyć miecz i bić się, ona była uzdrowicielką. Wcześniej widział ją jako młodą dziwną osobę, wygłaszającą czasem wątpliwe sądy. Teraz zobaczył, że tak samo jak on znał się (no może poznawał) na swoim fachu, ona też miała swój. Norlaug stała się w jego oczach dużo bardziej dorosła.
- Wiesz, chciałam ci podziękować... za to, że nie wpadłam do kolejnej jamy pełnej żarłocznych stworzeń. Mam pewność, że zawsze można na tobie polegać, a w walce dasz z siebie wszystko.
Chciał odpowiedzieć, lecz mowę mu odjęło bo przyjemne ciepło zaczęło wypełniać go od środka. Nawet zrobiło mu się trochę głupio a policzki stały się dużo cieplejsze.
- Gunlid, Joos oraz Hatr odnajdą się. Na pewno. Wystarczająco znają się na dzikich ostępach i równinach, aby poradzić sobie w tej sytuacji. Teraz jednak połóż się i rozluźnij. Wsłuchaj się w rytm pieśni. Nie będzie dla ciebie nic prócz jej kojącej wibracji.
Słysząc słowo "odnajdą", miał wizję brakujących towarzyszy. Faktycznie wydawało mu się w tym momencie, że oczywiście że ich znajdą. Problem polegał na tym, że w jego wizji oni wszyscy nie żyli. Ich ciała poznaczone były głębokimi ranami, jakich żadna ludzka broń nie zdołała by zadać. Wizja ta nie przeraziła go. W zasadzie już wcześniej to przeczuwał. Spokój i cisza powróciły i wojownik rozluźnił się.
- Tam na dworze coś jest. - Powiedział spokojnie. Po czym dał się ukołysać melodii i rytmowi.
Miał wrażenie, że zasypia lecz wciąż widzi pomieszczenie tak jakby unosił się nad swoim ciałem. Widział wszystko po bokach i sufit. Nie umiał jednak obrócić się by zobaczyć swoje ciało. Całe pomieszczenie było wypełnione kłębami czerwonej i zielonej energii, które układając się w dziwne powtarzalne wzory, splatały się to rozplatały i przenikały ciało Wiedźmy wychodząc zmienione i wzmocnione z jej głosem i przenikały też chyba jego ciało, bo czuł te wzory tak jakby przeszywały go na wylot. Było to przyjemne i energetyzujące uczucie. Po chwili ocknął się, chyba faktycznie zasnął.
- Dziękuję Norlaug. Ty też robisz swoje. Leczysz nas i możemy potem walczyć kolejnego dnia. Potrzebujemy siebie nawzajem, jesteśmy jedną drużyną. Jesteś tak samo potrzebna jak każdy inny. Cieszę się, że tu jesteś. - Powiedział patrząc jej w oczy, po czym wstał i wyszedł do głównej sali.
Nie czuł strachu, nie czuł już poddenerwowania ani napięcia. Mimo że nie wiedział nic, miał wrażenie, że coś w nim wie wszystko o nieprzyjacielu czającym się w ciemności. Był gotów na walkę... i na śmierć.
[/center]
[/center]
[/center]
[/center]
[/center]
[/center]