PBF - Grzechy ojców
Wątek techniczny
Wycofuję się do naszej kwatery i czekam tam aż do zakończenia starcia. Później będę próbował skontaktować się z którymś z kapitanów lub ich zastępców.
Wycofuję się do naszej kwatery i czekam tam aż do zakończenia starcia. Później będę próbował skontaktować się z którymś z kapitanów lub ich zastępców.
Mój skromny dorobek jako gracza w PBF: http://www.krysztalyczasu.pl/nickpage.php?user=35
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Duvik, wczesny poranek
Wrzask, zgiełk i huk żelaza poniósł się piekielną kakofonią wzdłuż ścian wielkiego wąwozu. Wystrzeliwszy z kusz i łuków Duvikanie i Esajanie rzucili się na siebie wzajemnie z dzikim krzykiem, odrzucając nieporęczną broń strzelecką i tłukąc się czym popadnie z szaleńczą zaciekłością. Lekkie pustynne odzienie ludzi zaczęło przesiąkać krwią w miejscach, gdzie ostrza mieczy i włóczni sięgnęły ciał zwalając przeciwników z nóg pośród skowytów bólu i wrzasków agonii. Karawannicy walczyli zajadle niczym stado wygłodzonych wasihanów, napierając na duvikańskich żołnierzy z zupełną pogardą dla swego życia i z imieniem Sharami na ustach. Skupieni za swymi wojownikami mieszkańcy osady, głównie starcy i otroki, kobiety bez broni oraz członkowie starszyzny zaczęli się wycofywać w stronę najbliższych domostw, wykrzykując coś nieskładnie.
Zmierzający chyłkiem w stronę chatki dla gości Skela o mało nie wpadł pod łapy gulmaka, targanego przez Mordila za wodze i gnanego w tym samym kierunku. Goblin obrócił się w siodle na czas, by ujrzeć obalany mocarnymi ramionami Duvikan kupiecki wóz i jakiegoś ubroczonego krwią Esajana zwlekanego z kozła innego zaprzęgu przez miejscowych żołnierzy. Karawannicy zniknęli w ciżbie otaczających ich Duvikan, siekąc i dźgając przeciwników ostrzami swej broni i padając jeden po drugim.
Gdzieś w samym środku tego morderczego zbiegowiska dźwięczał przenikliwy krzyk Eitharta, uwięzionego w ludzkim ścisku i gromko wzywającego walczących na śmierć i życie mężczyzn, by zaprzestali dalszego rozlewu krwi.
- W środkoj! - wrzasnął goblin skacząc z grzbietu gulmaka wprost w pozbawione drzwi wejście do chatki i dopadając w kilku krokach swego posłania. W jego muskularnych rękach pojawił się ozdobiony pękami piór i suszonych kości łuk - Skela, włazita!
Wątek techniczny
W przypadku Mordila i Skeli ucieczka do chatki dla gości nie była problemem, bo od początku deklarowali trzymanie się w oddali od centrum zamieszania. Goblin wylądował za progiem z naciągniętym łukiem, Skela za jego plecami. Jak rozumiem, będziecie cierpliwie czekali na koniec starcia bez względu na to, w którą stronę przechyli się szala zwycięstwa...
Wrzask, zgiełk i huk żelaza poniósł się piekielną kakofonią wzdłuż ścian wielkiego wąwozu. Wystrzeliwszy z kusz i łuków Duvikanie i Esajanie rzucili się na siebie wzajemnie z dzikim krzykiem, odrzucając nieporęczną broń strzelecką i tłukąc się czym popadnie z szaleńczą zaciekłością. Lekkie pustynne odzienie ludzi zaczęło przesiąkać krwią w miejscach, gdzie ostrza mieczy i włóczni sięgnęły ciał zwalając przeciwników z nóg pośród skowytów bólu i wrzasków agonii. Karawannicy walczyli zajadle niczym stado wygłodzonych wasihanów, napierając na duvikańskich żołnierzy z zupełną pogardą dla swego życia i z imieniem Sharami na ustach. Skupieni za swymi wojownikami mieszkańcy osady, głównie starcy i otroki, kobiety bez broni oraz członkowie starszyzny zaczęli się wycofywać w stronę najbliższych domostw, wykrzykując coś nieskładnie.
Zmierzający chyłkiem w stronę chatki dla gości Skela o mało nie wpadł pod łapy gulmaka, targanego przez Mordila za wodze i gnanego w tym samym kierunku. Goblin obrócił się w siodle na czas, by ujrzeć obalany mocarnymi ramionami Duvikan kupiecki wóz i jakiegoś ubroczonego krwią Esajana zwlekanego z kozła innego zaprzęgu przez miejscowych żołnierzy. Karawannicy zniknęli w ciżbie otaczających ich Duvikan, siekąc i dźgając przeciwników ostrzami swej broni i padając jeden po drugim.
Gdzieś w samym środku tego morderczego zbiegowiska dźwięczał przenikliwy krzyk Eitharta, uwięzionego w ludzkim ścisku i gromko wzywającego walczących na śmierć i życie mężczyzn, by zaprzestali dalszego rozlewu krwi.
- W środkoj! - wrzasnął goblin skacząc z grzbietu gulmaka wprost w pozbawione drzwi wejście do chatki i dopadając w kilku krokach swego posłania. W jego muskularnych rękach pojawił się ozdobiony pękami piór i suszonych kości łuk - Skela, włazita!
Wątek techniczny
W przypadku Mordila i Skeli ucieczka do chatki dla gości nie była problemem, bo od początku deklarowali trzymanie się w oddali od centrum zamieszania. Goblin wylądował za progiem z naciągniętym łukiem, Skela za jego plecami. Jak rozumiem, będziecie cierpliwie czekali na koniec starcia bez względu na to, w którą stronę przechyli się szala zwycięstwa...
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Duvik, wczesny poranek
Miotając bez żenady plugawe wyzwiska, po części wykrzykiwane w orklashu, po części zaś w mowie asseryjskiej, Uhra tłukła na prawo i lewo swą czworokątną tarczą zwalając z nóg ludzi mających pecha stanąć jej na drodze i robiąc przejście dla swego obolałego towarzysza. Trehant ściskał w dłoni szablę, ale podobnie jak Uhra ani razu nie użył jej w ludzkiej ciżbie, wzdragając się przed przyłożeniem ręki do nieszczęśliwego rozlewu krwi.
Ktoś walnął półorka łokciem w żebra, omal nie pozbawiając łowcy makunów przytomności nagłym paroksyzmem przeraźliwego bólu. Uhra dostrzegła to kątem oka, podcięła duvikańskiego żołnierza kopiąc go zwinnie w tylną część kolana, podchwyciła przewracającego się pod ludzkie nogi towarzysza.
- Daj pozór, prawieśmy uszli! - wrzasnęła dziewczyna ciągnąc Trehanta za sobą i prąc w stronę chatki dla gości z wystawioną przed siebie tarczą. Jakiś młodzian prześlizgnął się obok niej biegnąc zwinnie w drugą stronę, na ułamek sekundy krzyżując swój wzrok z oczami gwardzistki. Uhra nie zdążyła mu się przyjrzeć, w jej pamięci utkwił jedynie obraz odzianego lekko młodego człowieka o twarzy przesłoniętej naciągniętą aż pod oczy chustą, ściskającego wprawnie w obu dłoniach dwa długie obosieczne noże.
Wiszący na ramieniu dziewczyny łowca obejrzał się do tyłu, w stronę kotłowaniny ciał promieniującej szczękiem krzyżowanej stali i krzykami bólu. Mieszkańcy osady i esajańscy karawannicy wciąż zaciekle ze sobą walczyli, mimo coraz większej liczby nieruchomych ciał zalegających pod ich nogami. Trehant dostrzegł w tym tłoku na chwilę smukłą sylwetkę chowającej się za plecami Detelfa asteriańskiej kapłanki i Eitharta, który krzyczał jak oszalały nie bacząc na swe co rusz wystawiane to w jedną, do w drugą stronę plecy. Hakan Harmun był u boku gorlamity, tłukąc Esajan grubym trzonkiem oszczepu w złudnej nadziei na pozbawieniu przynajmniej kilku z nich przytomności miast życia.
Wątek techniczny
Nie będąc z natury człekiem okrutnym i pozostając zadowolonym z wyników kilku tajemnych rzutów nie widzę powodu, dla którego nie powinno się udać pierzchnąć z tego kotła również Uhrze i Trehantowi. Kilku Duvikan może mieć potem dziewczynie za złe nabite im tarczą sianiaki, ale wątpię, by w zaistniałych okolicznościach długo żywili urazę.
Tak więc dostaliście się do domku w ślad za Mordilem i Skelą i tym samym w środku krwawej sieczki pozostał już tylko nasz dzielny gorlamita.
Miotając bez żenady plugawe wyzwiska, po części wykrzykiwane w orklashu, po części zaś w mowie asseryjskiej, Uhra tłukła na prawo i lewo swą czworokątną tarczą zwalając z nóg ludzi mających pecha stanąć jej na drodze i robiąc przejście dla swego obolałego towarzysza. Trehant ściskał w dłoni szablę, ale podobnie jak Uhra ani razu nie użył jej w ludzkiej ciżbie, wzdragając się przed przyłożeniem ręki do nieszczęśliwego rozlewu krwi.
Ktoś walnął półorka łokciem w żebra, omal nie pozbawiając łowcy makunów przytomności nagłym paroksyzmem przeraźliwego bólu. Uhra dostrzegła to kątem oka, podcięła duvikańskiego żołnierza kopiąc go zwinnie w tylną część kolana, podchwyciła przewracającego się pod ludzkie nogi towarzysza.
- Daj pozór, prawieśmy uszli! - wrzasnęła dziewczyna ciągnąc Trehanta za sobą i prąc w stronę chatki dla gości z wystawioną przed siebie tarczą. Jakiś młodzian prześlizgnął się obok niej biegnąc zwinnie w drugą stronę, na ułamek sekundy krzyżując swój wzrok z oczami gwardzistki. Uhra nie zdążyła mu się przyjrzeć, w jej pamięci utkwił jedynie obraz odzianego lekko młodego człowieka o twarzy przesłoniętej naciągniętą aż pod oczy chustą, ściskającego wprawnie w obu dłoniach dwa długie obosieczne noże.
Wiszący na ramieniu dziewczyny łowca obejrzał się do tyłu, w stronę kotłowaniny ciał promieniującej szczękiem krzyżowanej stali i krzykami bólu. Mieszkańcy osady i esajańscy karawannicy wciąż zaciekle ze sobą walczyli, mimo coraz większej liczby nieruchomych ciał zalegających pod ich nogami. Trehant dostrzegł w tym tłoku na chwilę smukłą sylwetkę chowającej się za plecami Detelfa asteriańskiej kapłanki i Eitharta, który krzyczał jak oszalały nie bacząc na swe co rusz wystawiane to w jedną, do w drugą stronę plecy. Hakan Harmun był u boku gorlamity, tłukąc Esajan grubym trzonkiem oszczepu w złudnej nadziei na pozbawieniu przynajmniej kilku z nich przytomności miast życia.
Wątek techniczny
Nie będąc z natury człekiem okrutnym i pozostając zadowolonym z wyników kilku tajemnych rzutów nie widzę powodu, dla którego nie powinno się udać pierzchnąć z tego kotła również Uhrze i Trehantowi. Kilku Duvikan może mieć potem dziewczynie za złe nabite im tarczą sianiaki, ale wątpię, by w zaistniałych okolicznościach długo żywili urazę.
Tak więc dostaliście się do domku w ślad za Mordilem i Skelą i tym samym w środku krwawej sieczki pozostał już tylko nasz dzielny gorlamita.
- Uhra, dzięki za pomoc. Esajanie chyba zwariowali. Poczekajmy do końca tej bijatyki, a potem poszukajmy i rozdzielmy chorych ocalałych od zdrowych. Wierzę, że Eithart sobie poradzi i wkrótce się z nim spotkamy. Skoro okazuje się, że Duvik to nie jedyne miejsce, w którym rozprzestrzenia się zaraza, ewentualna ucieczka chorych ma mniejsze znaczenie. Ważne jest, aby prowadzić tu dialog z rzeczywistym reprezentantem lokalnej władzy.
Mój skromny dorobek jako gracza w PBF: http://www.krysztalyczasu.pl/nickpage.php?user=35
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Duvik, wczesny poranek
Eithart dostrzegł kątem oka ciągniętego przez Uhrę Trehanta, krótką myślą podziękował Gorlamowi przynajmniej za ten przejaw boskiej łaski. Płazując mieczem najbliższych antagonistów, zarówno karawanników jak i duvikańskich żołnierzy, gorlamicki kapłan ryczał na całe gardło, czując w nim upiorną suchość, w sercu zaś rosnącą rozpacz.
- Odstąpcie od utaczania krwi! Bracia, opamiętajcie się! Gorlam na was spogląda i boleje wielce! Wasi bogowie na was spoglądają! Nie odbierajcie sobie życia! Kurwości, dajcie pokój!
Kilku mężczyzn zebrało od kapłana zdrowe cięgi, padając z nóg w różnym stanie zamroczenia po silnym płazowaniu, inni zaś mimo bezpardonowych razów zdawali się przed gorlamitą raczej cofać niż odpowiadać w stosunku do świątobliwej osoby przemocą, ale w upiornym ścisku walczących ze sobą ciał Eithart co rusz uderzany był łokciami, rantami tarcz i trzonkami włóczni, a z jego rozbitego skórzanym nałokietnikiem nosa ciekła wartko krew.
Dźgani i sieczeni ludzie padali wszędzie wokół, krwawiąc i umierając na oczach zdesperowanego Eitharta. Wywijający dziko toporem Szalach rozpłatał tors jakiegoś Duvikanina przerąbawszy wpierw tym samym ciosem jego włócznię, innemu odjął drugim zamachem broni ramię tuż poniżej barku. Rozbryzg gorącej krwi ochlapał najbliższych walczących, zabarwił czerwienią powgniataną od uderzeń tarczę gorlamickiego kapłana. Ilef Sharat skoczył do przodu, przyszpilił Szalacha włócznią do burty zaprzęgu, sam wpadł pod nogi swoich tłoczących się wkoło podwładnych ugodzony wystrzelonym naprędce z wysokości innego wozu bełtem.
Esajanie dzielnie stawiali czoła mieszkańcom osady, to jedno Eithart musiał im bezsprzecznie przyznać. Przesądni, podejrzliwi i nieprzyjaźni wobec Duvikan, ulegli swym lękom i podszeptom co bardziej bojaźliwych kompanów chcąc wyrąbać sobie siłą wyjazd z Duviku i drogo za to zapłacili. Przeważający liczebnie Duvikanie zgnietli ich swą masą, rozproszyli na malutkie grupki zabijając lub ciężko raniąc przeciwników. Krzyki posieczonych niosły się przeraźliwą nutą nad cichnącym szczękiem metalu.
- Oszczędźcie rannych! - krzyknęła Sanna Wehael, zdyszana i mokra od potu, stojąca z dziwnym wyrazem twarzy nad martwymi ciałami - Okażcie miłosierdzie!
Podtrzymujący ją w miejscu młodzieniec o zakrytej chustą twarzy opuścił dwa unurzane w krwi noże posyłając Eithartowi zdawkowe kiwnięcie głową. Oktar Detelf klnął obelżywie próbując przewiązać kawałkiem szmaty rozrąbaną dłoń. Z dwudziestu Esajan ledwie kilku trzymało się jeszcze na nogach, rzucając broń z rozpaczą wyrysowaną na smagłych obliczach. Wśród Duvikan również byli zabici i ranni, ale z trudem łapiący oddech Eithart nie potrafił się dokładnie doliczyć ofiar. Pokaleczone przypadkiem woły ryczały rozpaczliwie, wtórując krzykom cierpiących ludzi.
Jakiś młodziutki duvikański żołnierz oderwał wzrok od leżącego na plecach karawannika, wpatrzonego w niebo nad wąwozem zamglonymi oczami.
- Nigdy jeszcze... - powiedział głuchym głosem młodzieniec - Nigdy dotąd nie zabiłem...
- Teraz już po wszystkim - odparł potwornie zmęczonym tonem Eithart, wbijając swój ciężki miecz w grunt i wspierając się oburącz na jego rękojeści.
Wątek techniczny
Rzeź w osadzie dobiegła końca. Czterech ostatnich Esajan się poddało, trzech ciężko rannych nie mogło się już bronić, pozostali nie żyją (wśród nich zapalczywy starszy karawany). Duvikanie stracili siedmiu żołnierzy, w tym kapitana Sharata, wielu jest mniej lub bardziej pokiereszowanych.
Piękny początek nowego dnia, nieprawdaż? Jakieś komentarze, wnioski, deklaracje, opisy samopoczucia Waszych postaci?
Eithart dostrzegł kątem oka ciągniętego przez Uhrę Trehanta, krótką myślą podziękował Gorlamowi przynajmniej za ten przejaw boskiej łaski. Płazując mieczem najbliższych antagonistów, zarówno karawanników jak i duvikańskich żołnierzy, gorlamicki kapłan ryczał na całe gardło, czując w nim upiorną suchość, w sercu zaś rosnącą rozpacz.
- Odstąpcie od utaczania krwi! Bracia, opamiętajcie się! Gorlam na was spogląda i boleje wielce! Wasi bogowie na was spoglądają! Nie odbierajcie sobie życia! Kurwości, dajcie pokój!
Kilku mężczyzn zebrało od kapłana zdrowe cięgi, padając z nóg w różnym stanie zamroczenia po silnym płazowaniu, inni zaś mimo bezpardonowych razów zdawali się przed gorlamitą raczej cofać niż odpowiadać w stosunku do świątobliwej osoby przemocą, ale w upiornym ścisku walczących ze sobą ciał Eithart co rusz uderzany był łokciami, rantami tarcz i trzonkami włóczni, a z jego rozbitego skórzanym nałokietnikiem nosa ciekła wartko krew.
Dźgani i sieczeni ludzie padali wszędzie wokół, krwawiąc i umierając na oczach zdesperowanego Eitharta. Wywijający dziko toporem Szalach rozpłatał tors jakiegoś Duvikanina przerąbawszy wpierw tym samym ciosem jego włócznię, innemu odjął drugim zamachem broni ramię tuż poniżej barku. Rozbryzg gorącej krwi ochlapał najbliższych walczących, zabarwił czerwienią powgniataną od uderzeń tarczę gorlamickiego kapłana. Ilef Sharat skoczył do przodu, przyszpilił Szalacha włócznią do burty zaprzęgu, sam wpadł pod nogi swoich tłoczących się wkoło podwładnych ugodzony wystrzelonym naprędce z wysokości innego wozu bełtem.
Esajanie dzielnie stawiali czoła mieszkańcom osady, to jedno Eithart musiał im bezsprzecznie przyznać. Przesądni, podejrzliwi i nieprzyjaźni wobec Duvikan, ulegli swym lękom i podszeptom co bardziej bojaźliwych kompanów chcąc wyrąbać sobie siłą wyjazd z Duviku i drogo za to zapłacili. Przeważający liczebnie Duvikanie zgnietli ich swą masą, rozproszyli na malutkie grupki zabijając lub ciężko raniąc przeciwników. Krzyki posieczonych niosły się przeraźliwą nutą nad cichnącym szczękiem metalu.
- Oszczędźcie rannych! - krzyknęła Sanna Wehael, zdyszana i mokra od potu, stojąca z dziwnym wyrazem twarzy nad martwymi ciałami - Okażcie miłosierdzie!
Podtrzymujący ją w miejscu młodzieniec o zakrytej chustą twarzy opuścił dwa unurzane w krwi noże posyłając Eithartowi zdawkowe kiwnięcie głową. Oktar Detelf klnął obelżywie próbując przewiązać kawałkiem szmaty rozrąbaną dłoń. Z dwudziestu Esajan ledwie kilku trzymało się jeszcze na nogach, rzucając broń z rozpaczą wyrysowaną na smagłych obliczach. Wśród Duvikan również byli zabici i ranni, ale z trudem łapiący oddech Eithart nie potrafił się dokładnie doliczyć ofiar. Pokaleczone przypadkiem woły ryczały rozpaczliwie, wtórując krzykom cierpiących ludzi.
Jakiś młodziutki duvikański żołnierz oderwał wzrok od leżącego na plecach karawannika, wpatrzonego w niebo nad wąwozem zamglonymi oczami.
- Nigdy jeszcze... - powiedział głuchym głosem młodzieniec - Nigdy dotąd nie zabiłem...
- Teraz już po wszystkim - odparł potwornie zmęczonym tonem Eithart, wbijając swój ciężki miecz w grunt i wspierając się oburącz na jego rękojeści.
Wątek techniczny
Rzeź w osadzie dobiegła końca. Czterech ostatnich Esajan się poddało, trzech ciężko rannych nie mogło się już bronić, pozostali nie żyją (wśród nich zapalczywy starszy karawany). Duvikanie stracili siedmiu żołnierzy, w tym kapitana Sharata, wielu jest mniej lub bardziej pokiereszowanych.
Piękny początek nowego dnia, nieprawdaż? Jakieś komentarze, wnioski, deklaracje, opisy samopoczucia Waszych postaci?
-
mordimer00
- Reactions:
- Posty: 2226
- Rejestracja: 07 stycznia 2011, 09:44
-"Moja ma w dupsku ta osada jeśli mieć szansa ja spalić te ścierwa do cna, zniszczyć tych ludków, moja sprawić aby słuch i ślad po nej zaginął na wieki- mordercy"
Rozglądam się po pobojowisku i jeśli trzeba spieszę na ratunek Esajanom, podać wodę, opatrzyć rany, nie rozmawiam ze ścierwem Duvikańskim, staram się pomóc Esajanom jak to tylko możliwe.
Rozglądam się po pobojowisku i jeśli trzeba spieszę na ratunek Esajanom, podać wodę, opatrzyć rany, nie rozmawiam ze ścierwem Duvikańskim, staram się pomóc Esajanom jak to tylko możliwe.
"Stara?em si? tak ?y?, abym w godzinie ?mierci móg? si? raczej cieszy? ni? l?ka?..."
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Duvik, wczesny poranek
Odłożywszy swój łuk z powrotem pomiędzy tobołki Mordil ucapił stylisko topora i wypadł z wściekłą miną z chatki zatrzymując się obok zdenerwowanego, machającego na boki ogonem gulmaka, węszącego intensywnie i okazującego wyraźne zaniepokojenie unoszącym się w powietrzu zapachem świeżej krwi. Pomimo względnego zacienienia na dnie wąwozu poczynał przybierać na sile skwar, opadający z góry od strony prażonego letnim słońcem płaskowyżu, toteż miedziany posmak krwi zdawał się przesycać duszne powietrze budząc swą nutą niepokój u większości zwierząt.
W miejscu szczęku metalu i bitewnych krzyków zaczęły rozbrzmiewać płacze, lamenty i szlochy tych Duvikan, którzy w krótkim, aczkolwiek brutalnym starciu utracili swych najbliższych. Kobiety w sile wieku pospołu ze starcami i podrostkami kręciły się po pobojowisku próbując opatrzeć rannych, donosząc wodę, szarpie i rozpięte między kijami płachty materiału służące za prowizoryczne nosze. Zapędzeni między dwa zderzone ze sobą zaprzęgi Esajanie klęli i rwali włosy z głów spoglądając na swych zabitych lub dogorywających towarzyszy, trzymani w miejscu skrwawionymi ostrzami wymierzonych w piersi włóczni. Duvikańscy żołnierze sprawiali wrażenie gotowych na wszystko, raz rozlawszy krew i widząc śmierć swych druhów, zapewne zarazem bliskich krewniaków, toteż nie można było wykluczyć, że poniesieni emocjami nie zadźgają zaraz resztkę ocalałych z rzezi karawanników.
- Raz wam jeszcze rzeknę, żeśmy powinni stąd zara nogę dać - powiedział posępnym tonem Skela, wodząc spojrzeniem po usianym ciałami pobojowisku przed pieczarą, w której pomieszkiwali wcześniej karawannicy - Miejscowi to włodarze i ich sprawa jak tukej prawa przestrzeganie wymuszają, ale wielce mi przeszła ochota, by tu dalej z gościny korzystać.
Jakiś ciężko ranny mężczyzna zakrzyczał przeraźliwie w próbie przełożenia na nosze, punktując tym podnoszącym włosy na karku skowytem cierpienia wypowiedź tropiciela.
- A moje myślatne ichny chałupki ogniaście wygorewać! - warknął zwierzęcym tonem goblin, powtarzając swą wcześniejszą propozycję odpłacenia Duvikanom stalą i pożogą za śmierć esajańskich wozaków, nie bacząc na przewagę liczebną miejscowych i niechybną utratę życia w przypadku tak nierozważnego czynu.
Trehant wychynął z chatki w ślad za goblińskim barbarzyńcą taksując bacznym wzrokiem rozhisteryzowane zbiegowisko ludzi na miejscu brutalnej rozprawy, pozostawiając we wnętrzu domku przygryzającą usta Uhrę i zasępionego Skelę.
Wątek techniczny
Zgodnie z wcześniejszymi deklaracjami przyjąłem, że Mordil i Trehant udają się na pobojowisko próbując opatrzyć rannych i generalnie rozeznać się bliżej w obecnej sytuacji. Skela i Uhra zostają w domku (chyba, że w międzyczasie Ula lub Venar dopiszą, że chcą dołączyć do reszty ekipy).
Odłożywszy swój łuk z powrotem pomiędzy tobołki Mordil ucapił stylisko topora i wypadł z wściekłą miną z chatki zatrzymując się obok zdenerwowanego, machającego na boki ogonem gulmaka, węszącego intensywnie i okazującego wyraźne zaniepokojenie unoszącym się w powietrzu zapachem świeżej krwi. Pomimo względnego zacienienia na dnie wąwozu poczynał przybierać na sile skwar, opadający z góry od strony prażonego letnim słońcem płaskowyżu, toteż miedziany posmak krwi zdawał się przesycać duszne powietrze budząc swą nutą niepokój u większości zwierząt.
W miejscu szczęku metalu i bitewnych krzyków zaczęły rozbrzmiewać płacze, lamenty i szlochy tych Duvikan, którzy w krótkim, aczkolwiek brutalnym starciu utracili swych najbliższych. Kobiety w sile wieku pospołu ze starcami i podrostkami kręciły się po pobojowisku próbując opatrzeć rannych, donosząc wodę, szarpie i rozpięte między kijami płachty materiału służące za prowizoryczne nosze. Zapędzeni między dwa zderzone ze sobą zaprzęgi Esajanie klęli i rwali włosy z głów spoglądając na swych zabitych lub dogorywających towarzyszy, trzymani w miejscu skrwawionymi ostrzami wymierzonych w piersi włóczni. Duvikańscy żołnierze sprawiali wrażenie gotowych na wszystko, raz rozlawszy krew i widząc śmierć swych druhów, zapewne zarazem bliskich krewniaków, toteż nie można było wykluczyć, że poniesieni emocjami nie zadźgają zaraz resztkę ocalałych z rzezi karawanników.
- Raz wam jeszcze rzeknę, żeśmy powinni stąd zara nogę dać - powiedział posępnym tonem Skela, wodząc spojrzeniem po usianym ciałami pobojowisku przed pieczarą, w której pomieszkiwali wcześniej karawannicy - Miejscowi to włodarze i ich sprawa jak tukej prawa przestrzeganie wymuszają, ale wielce mi przeszła ochota, by tu dalej z gościny korzystać.
Jakiś ciężko ranny mężczyzna zakrzyczał przeraźliwie w próbie przełożenia na nosze, punktując tym podnoszącym włosy na karku skowytem cierpienia wypowiedź tropiciela.
- A moje myślatne ichny chałupki ogniaście wygorewać! - warknął zwierzęcym tonem goblin, powtarzając swą wcześniejszą propozycję odpłacenia Duvikanom stalą i pożogą za śmierć esajańskich wozaków, nie bacząc na przewagę liczebną miejscowych i niechybną utratę życia w przypadku tak nierozważnego czynu.
Trehant wychynął z chatki w ślad za goblińskim barbarzyńcą taksując bacznym wzrokiem rozhisteryzowane zbiegowisko ludzi na miejscu brutalnej rozprawy, pozostawiając we wnętrzu domku przygryzającą usta Uhrę i zasępionego Skelę.
Wątek techniczny
Zgodnie z wcześniejszymi deklaracjami przyjąłem, że Mordil i Trehant udają się na pobojowisko próbując opatrzyć rannych i generalnie rozeznać się bliżej w obecnej sytuacji. Skela i Uhra zostają w domku (chyba, że w międzyczasie Ula lub Venar dopiszą, że chcą dołączyć do reszty ekipy).
Ostatnio zmieniony 02 lipca 2011, 21:56 przez Keth, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Duvik, wczesny poranek
Pozostawiwszy wbity w ziemię miecz Eithart przestępował od ciała do ciała, sprawdzając puls i oddech nieruchomych mężczyzn, szacując stan zdrowia rannych, pomagając zakładać opatrunki i przenosić krzyczących z bólu ludzi na nosze. Chociaż nieszczęsna potyczka niewiele miała wspólnego z regularnymi bitwami, pozostawiła po sobie dwadzieścia trupów i wielu rannych, wśród nich równiez takich, którzy w opinii gorlamity nie mieli dożyć kolejnego wschodu słońca.
Eithart przesunął wzrokiem po brudnej od zmieszanego z krwią potu i pyłu twarzy Ilefa Sharata, przypominając sobie niedawną rozmowę z drugim kapitanem przy starej wieży strażniczej. Kapłan potrząsnął ze smutkiem głową uświadamiając sobie kruchość ludzkiego żywota i niepewność każdej chwili. Zabójca Sharata leżał opodal z wbitym w brzuch mieczem, oparty plecami o koło wozu i oddychający z chrapliwym wizgiem. Duvikanie pozostawili go przy życiu nie z miłosierdzia bynajmniej, poruszeni rozpaczliwymi krzykami Sanny Wehael, jeno z czystej mściwości, rozsierdzeni śmiercią najwidoczniej lubianego oficera i chcący, by kusznik jak najdłużej przed śmiercią cierpiał.
Dogorywający mężczyzna spojrzał w górę mglistym wzrokiem uświadamiając sobie, że padł na niego czyjś cień, drgnął rozpoznając stojącego nad sobą kapłana. Eithart przyklęknął obok niego przypominając sobie wiklinowe koszyki, które nieznany mu z imienia wozak wyplatał nader zręcznie w trakcie podróży, nie bacząc na kołyszący się wóz i urozmaicając sobie w ten sposób monotonną podróż. Jeden z koszyków leżał obok mężczyzny, strącony w ferworze walki z zaprzęgu, wciąż niedokończony, niczym puenta w przerwanym brutalnie życiu młodego karawannika.
Ostrze przebiło ważne organy wewnętrzne, Eithart pojął to natychmiast po spojrzeniu na śmiertelną ranę. Wyciągnięcie broni z rany groziło krwotokiem i w niczym nie mogło Esajaninowi pomóc, toteż gorlamita pozostawił miecz w ciele wozaka kładąc mu dłonie na ramionach w geście współczucia.
- Czemuście nie usłuchnęli? - zapytał cicho, wpatrzony w zamglone oczy karawannika - Czemuście poszli na pewną śmierć miast pozwolić sobie pomóc?
Mężczyzna zaczerpnął z trudem powietrza, poruszył ustami wypowiadając słowo po słowie resztkami tlącego się w nim życia.
- O brzastanku upir nachodniał Szalacha - wyszeptał ledwie słyszalnie - Juchnie płakawał, a skarżował, tcho Duvikne naszi otruchowali.
- Co powiedziałeś? - odetchnął gwałtownie Eithart - Rzeknij raz jeszcze.
Esajanin zesztywniał, a potem poruszył się znienacka łapiąc gorlamitę za przedramiona tak silnie, że jego zaciśnięte spazmatycznie palce rozdarły kapłanowi wystające spod skórzni rękawy lekkiej koszuli uciskając boleśnie ciało. Z uchylonych ust kusznika pociekła gęsta czarna krew, a jego oddech ustał w jednej chwili wieszcząc odejście duszy w dominium boskiej Sharami.
Eithart klęczał przy ciele nie próbując uwalniać się z agonalnego uścisku karawannika, z pustym wzrokiem wbitym w swe obnażone przedramiona i umazane krwią dłonie martwego człowieka oplatające je na podobieństwo groteskowych kajdan.
Wątek techniczny
Eithart, Sanna oraz Brunta i jego akolici robią co mogą, by ratować wciąż żywych po obu stronach. Chłopak w chuście nie odstępuje na krok Sanny, machnę osobną wstawkę, żeby go przedstawić Uhrze.
Pozostawiwszy wbity w ziemię miecz Eithart przestępował od ciała do ciała, sprawdzając puls i oddech nieruchomych mężczyzn, szacując stan zdrowia rannych, pomagając zakładać opatrunki i przenosić krzyczących z bólu ludzi na nosze. Chociaż nieszczęsna potyczka niewiele miała wspólnego z regularnymi bitwami, pozostawiła po sobie dwadzieścia trupów i wielu rannych, wśród nich równiez takich, którzy w opinii gorlamity nie mieli dożyć kolejnego wschodu słońca.
Eithart przesunął wzrokiem po brudnej od zmieszanego z krwią potu i pyłu twarzy Ilefa Sharata, przypominając sobie niedawną rozmowę z drugim kapitanem przy starej wieży strażniczej. Kapłan potrząsnął ze smutkiem głową uświadamiając sobie kruchość ludzkiego żywota i niepewność każdej chwili. Zabójca Sharata leżał opodal z wbitym w brzuch mieczem, oparty plecami o koło wozu i oddychający z chrapliwym wizgiem. Duvikanie pozostawili go przy życiu nie z miłosierdzia bynajmniej, poruszeni rozpaczliwymi krzykami Sanny Wehael, jeno z czystej mściwości, rozsierdzeni śmiercią najwidoczniej lubianego oficera i chcący, by kusznik jak najdłużej przed śmiercią cierpiał.
Dogorywający mężczyzna spojrzał w górę mglistym wzrokiem uświadamiając sobie, że padł na niego czyjś cień, drgnął rozpoznając stojącego nad sobą kapłana. Eithart przyklęknął obok niego przypominając sobie wiklinowe koszyki, które nieznany mu z imienia wozak wyplatał nader zręcznie w trakcie podróży, nie bacząc na kołyszący się wóz i urozmaicając sobie w ten sposób monotonną podróż. Jeden z koszyków leżał obok mężczyzny, strącony w ferworze walki z zaprzęgu, wciąż niedokończony, niczym puenta w przerwanym brutalnie życiu młodego karawannika.
Ostrze przebiło ważne organy wewnętrzne, Eithart pojął to natychmiast po spojrzeniu na śmiertelną ranę. Wyciągnięcie broni z rany groziło krwotokiem i w niczym nie mogło Esajaninowi pomóc, toteż gorlamita pozostawił miecz w ciele wozaka kładąc mu dłonie na ramionach w geście współczucia.
- Czemuście nie usłuchnęli? - zapytał cicho, wpatrzony w zamglone oczy karawannika - Czemuście poszli na pewną śmierć miast pozwolić sobie pomóc?
Mężczyzna zaczerpnął z trudem powietrza, poruszył ustami wypowiadając słowo po słowie resztkami tlącego się w nim życia.
- O brzastanku upir nachodniał Szalacha - wyszeptał ledwie słyszalnie - Juchnie płakawał, a skarżował, tcho Duvikne naszi otruchowali.
- Co powiedziałeś? - odetchnął gwałtownie Eithart - Rzeknij raz jeszcze.
Esajanin zesztywniał, a potem poruszył się znienacka łapiąc gorlamitę za przedramiona tak silnie, że jego zaciśnięte spazmatycznie palce rozdarły kapłanowi wystające spod skórzni rękawy lekkiej koszuli uciskając boleśnie ciało. Z uchylonych ust kusznika pociekła gęsta czarna krew, a jego oddech ustał w jednej chwili wieszcząc odejście duszy w dominium boskiej Sharami.
Eithart klęczał przy ciele nie próbując uwalniać się z agonalnego uścisku karawannika, z pustym wzrokiem wbitym w swe obnażone przedramiona i umazane krwią dłonie martwego człowieka oplatające je na podobieństwo groteskowych kajdan.
Wątek techniczny
Eithart, Sanna oraz Brunta i jego akolici robią co mogą, by ratować wciąż żywych po obu stronach. Chłopak w chuście nie odstępuje na krok Sanny, machnę osobną wstawkę, żeby go przedstawić Uhrze.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Duvik, wczesny poranek
Patrząc uważnie pod nogi, aby przypadkiem kogoś nie nadepnąć Uhra przemierzała z posępną miną pobojowisko, wodząc wzrokiem po ciałach zabitych Duvikan i Esajan. Ludzie krzyczeli z bólu, mdleli i ponownie odzyskiwali przytomność, sypki grunt szybko nasiąkał cieknącą z ran krwią. Duvikanki szlochały donośnie nad ciałami swych krewnych, wciąż żywi karawannicy zbici w ciasną kupę wrzeszczeli z rozpaczą na otaczających ich żołnierzy Detelfa, nie potrafiąc uwierzyć w to, co się przed chwilą stało.
Eithart klęczał w cieniu rzucanym przez jeden z wozów karawany, pochylony nad nieruchomym esajańskim wozakiem. Idąc w jego stronę Uhra dostrzegła wspartego na kosturze Bruntę, udzielającego ostatniego namaszczenia jednemu ze śmiertelnie rannych ziomków. Sanna Wehael stała opodal z przyłożoną do czoła dłonią, podtrzymywana delikatnie przez wysokiego szczupłego młodzieńca o przesłoniętej chustą twarzy i bacznych ruchliwych oczach. Gwardzistka podeszła do asterianki powolnym krokiem, wodząc spojrzeniem po jej zbryzganych świeżą krwią szatach.
Młodzieniec zesztywniał dostrzegając zbliżającą się dziewczynę, odruchowo tak odwracając się w miejscu, by zasłonić stojącą przy nim asteriankę własnym ciałem. Sanna wyczuła napięcie chroniącego ją mężczyzny, obejrzała się w stronę Uhry i położyła dłoń uspokajającym gestem na ramieniu towarzysza.
- Stała się straszna rzecz - powiedziała kasztanowowłosa kobieta przykładając ponownie rękę do skroni - Rada jestem wielce, że przynajmniej tyś nie jest ukrzywdzona. A jak reszta twoich druhów?
- Pewnikiem dużo lepiej niż ci nieboracy - odparła cierpko Uhra obrzucając wymownym ruchem ramienia kilka martwych ciał - Lecz widzę, że w tej strasznistej ruchawce znalazł się ktoś, kto się o ciebie zatroszczył, pani.
Młodzieniec zmarszczył nieznacznie czoło słysząc nutę ironii pobrzmiewającej w głosie gwardzistki, ale nic nie odrzekł. Sanna uścisnęła ponownie jego ramię, a potem skinęła lekko głową.
- Zaprawdę powiadam ci, mój bóg zesłał mi troskliwego opiekuna - powiedziała asteriańska kapłanka - To Huar Tergen, mój przewodnik i oddany służbita świątynny. Niemowa od urodzenia, przeto nie jest rozmowny, ale nadrabia to sprytem i słuchem.
Uhra drgnęła, kiedy na jej ramieniu spoczęła czyjaś dłoń. Gwardzistka obejrzała się za siebie, na pobladłe oblicze Eitharta i głęboko zmarszczone czoło. Gorlamita przywołał do siebie Trehanta i Mordila, kiwnąwszy głową Sannie odciągnął Uhrę i pozostałych na bok, za jeden z wozów.
- Co się dzieje? - spytała ściszonym głosem gwardzistka dostrzegając dziwny wyraz oczu Eitharta.
- Winniście uciekać z osady - odparł kapłan głuchym tonem - Póki ciągle jeszcze zamieszanie, a w wieży strażniczej pusto. Ja odwrócę ich uwagę, więc nie spostrzegą niczego na czas.
Wątek techniczny
Dramatyczny update, napisany w oparciu o PW 8ART-a. Przekazałem jego główną sugestię zgodnie z prośbą gracza, jednakże czuję się w obowiązku poinformować Was, że podróżując za dnia o tej porze roku niebywale ryzykujecie swoim zdrowiem i życiem (nie bez powody karawany podróżują zawsze nocami, a za dnia chowają się w rozmaitych kryjówkach wzdłuż szlaku).
Patrząc uważnie pod nogi, aby przypadkiem kogoś nie nadepnąć Uhra przemierzała z posępną miną pobojowisko, wodząc wzrokiem po ciałach zabitych Duvikan i Esajan. Ludzie krzyczeli z bólu, mdleli i ponownie odzyskiwali przytomność, sypki grunt szybko nasiąkał cieknącą z ran krwią. Duvikanki szlochały donośnie nad ciałami swych krewnych, wciąż żywi karawannicy zbici w ciasną kupę wrzeszczeli z rozpaczą na otaczających ich żołnierzy Detelfa, nie potrafiąc uwierzyć w to, co się przed chwilą stało.
Eithart klęczał w cieniu rzucanym przez jeden z wozów karawany, pochylony nad nieruchomym esajańskim wozakiem. Idąc w jego stronę Uhra dostrzegła wspartego na kosturze Bruntę, udzielającego ostatniego namaszczenia jednemu ze śmiertelnie rannych ziomków. Sanna Wehael stała opodal z przyłożoną do czoła dłonią, podtrzymywana delikatnie przez wysokiego szczupłego młodzieńca o przesłoniętej chustą twarzy i bacznych ruchliwych oczach. Gwardzistka podeszła do asterianki powolnym krokiem, wodząc spojrzeniem po jej zbryzganych świeżą krwią szatach.
Młodzieniec zesztywniał dostrzegając zbliżającą się dziewczynę, odruchowo tak odwracając się w miejscu, by zasłonić stojącą przy nim asteriankę własnym ciałem. Sanna wyczuła napięcie chroniącego ją mężczyzny, obejrzała się w stronę Uhry i położyła dłoń uspokajającym gestem na ramieniu towarzysza.
- Stała się straszna rzecz - powiedziała kasztanowowłosa kobieta przykładając ponownie rękę do skroni - Rada jestem wielce, że przynajmniej tyś nie jest ukrzywdzona. A jak reszta twoich druhów?
- Pewnikiem dużo lepiej niż ci nieboracy - odparła cierpko Uhra obrzucając wymownym ruchem ramienia kilka martwych ciał - Lecz widzę, że w tej strasznistej ruchawce znalazł się ktoś, kto się o ciebie zatroszczył, pani.
Młodzieniec zmarszczył nieznacznie czoło słysząc nutę ironii pobrzmiewającej w głosie gwardzistki, ale nic nie odrzekł. Sanna uścisnęła ponownie jego ramię, a potem skinęła lekko głową.
- Zaprawdę powiadam ci, mój bóg zesłał mi troskliwego opiekuna - powiedziała asteriańska kapłanka - To Huar Tergen, mój przewodnik i oddany służbita świątynny. Niemowa od urodzenia, przeto nie jest rozmowny, ale nadrabia to sprytem i słuchem.
Uhra drgnęła, kiedy na jej ramieniu spoczęła czyjaś dłoń. Gwardzistka obejrzała się za siebie, na pobladłe oblicze Eitharta i głęboko zmarszczone czoło. Gorlamita przywołał do siebie Trehanta i Mordila, kiwnąwszy głową Sannie odciągnął Uhrę i pozostałych na bok, za jeden z wozów.
- Co się dzieje? - spytała ściszonym głosem gwardzistka dostrzegając dziwny wyraz oczu Eitharta.
- Winniście uciekać z osady - odparł kapłan głuchym tonem - Póki ciągle jeszcze zamieszanie, a w wieży strażniczej pusto. Ja odwrócę ich uwagę, więc nie spostrzegą niczego na czas.
Wątek techniczny
Dramatyczny update, napisany w oparciu o PW 8ART-a. Przekazałem jego główną sugestię zgodnie z prośbą gracza, jednakże czuję się w obowiązku poinformować Was, że podróżując za dnia o tej porze roku niebywale ryzykujecie swoim zdrowiem i życiem (nie bez powody karawany podróżują zawsze nocami, a za dnia chowają się w rozmaitych kryjówkach wzdłuż szlaku).
- Nie mamy powodu, aby stąd uciekać, zwłaszcza gdy słońce coraz wyżej. Esajańska karawana przestała istnieć i podróżując dalej w małej grupie jesteśmy narażeni na ataki bandytów. Pamiętasz tę dwójkę ogryzaną przez lisy? Zaraza panuje nie tylko w Duviku; może się okazać, że w kolejnej osadzie jest podobnie. Wywiedzieliśmy się też o los górników, co kosztowało nas niemało znoju i mielibyśmy teraz odejść? Nie, ucieczka byłaby dalszym brnięciem w błąd, który popełniliśmy angażując się w sprawy osady, miast zapłacić za wszystko, co nam było potrzebne i ruszyć w dalszą drogę o zmroku. Co takiego odkryłeś, że lękasz się, iż miejscowi nas stąd nie wypuszczą?
Mój skromny dorobek jako gracza w PBF: http://www.krysztalyczasu.pl/nickpage.php?user=35
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
- Jeśli zostaniecie to zachorujecie wcześniej czy później. Jeśli jeszcze zdrowi jesteście uchodźcie z Duviku. Zaraza dziwna jest nad wyraz i z upiorem lub magią związek ma. Magiczne sposoby choroby nie powstrzymują. Szalach stwierdził nim skonał na mych rękach jakoby upiór go nachodził. Upiór Duvikan obwiniał jakoby Ci Esajan potruli. Ale ja bym demonowi żadnemu nie ufał choćby się na swoich demonicznych przodków klął. Ujść spróbujcie, choć za dnia to niebezpieczne. Ta para pomordowana w wąwozie to jakby nie patrzeć nie drużyna zabijaków, jeno wieśniacy, których łatwo było podejść i życia pozbawić.
Mnie zostać trzeba i pomoc nieść rannym i chorym a zagadkę pomoru przy tym spróbuję rozwiązać ale Wy życie ratujcie póki jeszcze czas, bo jeśli wapory na Was nie przeszły to szansa że zdrowi ujdziecie spora.
Mnie zostać trzeba i pomoc nieść rannym i chorym a zagadkę pomoru przy tym spróbuję rozwiązać ale Wy życie ratujcie póki jeszcze czas, bo jeśli wapory na Was nie przeszły to szansa że zdrowi ujdziecie spora.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Wątek techniczny
Przy pieczarach wciąż trwa wielkie zamieszanie i lament, więc wycofując się spokojnie pod chatkę dla gości bez trudu wsadzicie dobytek na wierzchowce i dacie nogę z osady, zanim ktokolwiek się spostrzeże, że wpadacie galopem w wąwóz - ALE naturalnie to opcja dla tych, którzy zamiast z hipotetycznym upiorem chcą się zmierzyć z potwornym upałem na pustyni (i raczej już nie pojawią się ponownie w tej przygodzie).
Ci, którzy zostaną proszeni są o nowe deklaracje, pomijając już pomoc rannym. Esajanie wzięci żywcem zostaną zamknięci pod silną strażą w jednym z domostw, ciężej ranne woły zostaną dobite, lżej i zdrowe zapędzone z powrotem do zagród, rozsypane w trakcie walki towary karawanników załadowane z powrotem na wozy. Nadmienię, że po nocnej eskapadzie i bitce w osadzie jesteście zmęczeni, głodni i spragnieni.
Przy pieczarach wciąż trwa wielkie zamieszanie i lament, więc wycofując się spokojnie pod chatkę dla gości bez trudu wsadzicie dobytek na wierzchowce i dacie nogę z osady, zanim ktokolwiek się spostrzeże, że wpadacie galopem w wąwóz - ALE naturalnie to opcja dla tych, którzy zamiast z hipotetycznym upiorem chcą się zmierzyć z potwornym upałem na pustyni (i raczej już nie pojawią się ponownie w tej przygodzie).
Ci, którzy zostaną proszeni są o nowe deklaracje, pomijając już pomoc rannym. Esajanie wzięci żywcem zostaną zamknięci pod silną strażą w jednym z domostw, ciężej ranne woły zostaną dobite, lżej i zdrowe zapędzone z powrotem do zagród, rozsypane w trakcie walki towary karawanników załadowane z powrotem na wozy. Nadmienię, że po nocnej eskapadzie i bitce w osadzie jesteście zmęczeni, głodni i spragnieni.
-
mordimer00
- Reactions:
- Posty: 2226
- Rejestracja: 07 stycznia 2011, 09:44
W czasie opatrywania rannych Esajan i tylko ich staram się dowiedzieć czegoś od nich, czemu tak szybko zachorowali, co jedli, co tu się działo podczas naszej wyprawy. Potem wracam do jaskini, i idę napełnić bukłaki wodą dla gulmaka i dla mnie, staram się też zdobyć trochę żywności. Rozpalam ognisko i gotuję albo smażę to co zdołałem zdobyć, wodę też gotuję aby odpędzić chorobę.
"Stara?em si? tak ?y?, abym w godzinie ?mierci móg? si? raczej cieszy? ni? l?ka?..."
Rada Duviku, a w zasadzie część jej składu musi drogo zapłacić za kłopoty, których nam i Esajanom przysporzyli. Twoje słowa o zatruciu członków karawany sprawiły, że moje podejrzenia odżyły na nowo. Proponuję odpocząć i szczerze rozmówić się na temat naszych dalszych poczynań w tej osadzie, bo motywacja spiskowców nie jest dla mnie oczywista.
Wątek techniczny
Idę do Erill w celu nabycia żywności i jeśli mimo żałoby będzie skłonna do rozmowy, spytam jaki cel mógłby przyświecać spiskowcom, którzy rzekomo otruli Esajan. Następnie idę zdobyć wodę w ilości wystarczającej dla konia, dla mnie do picia i do kąpieli. Za wzorem Mordila przeznaczoną do spożycia wodę przegotowuję.
Wątek techniczny
Idę do Erill w celu nabycia żywności i jeśli mimo żałoby będzie skłonna do rozmowy, spytam jaki cel mógłby przyświecać spiskowcom, którzy rzekomo otruli Esajan. Następnie idę zdobyć wodę w ilości wystarczającej dla konia, dla mnie do picia i do kąpieli. Za wzorem Mordila przeznaczoną do spożycia wodę przegotowuję.
Mój skromny dorobek jako gracza w PBF: http://www.krysztalyczasu.pl/nickpage.php?user=35