PBF - Płonąca granica
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
Zapierdzielamy do przodu ale rozproszeni i ostrozni na ile to możliwe. Biegnąc odbezpieczam rewolwer mam jeszce 4 kule, w lewą dłoń biorę włócznię. Pieprzone mutanty...
[KETH] W rewolwerze tylko trzy kule...
[KETH] W rewolwerze tylko trzy kule...
Ostatnio zmieniony 07 grudnia 2011, 22:13 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Za Red Oak Ridge, 4 maja 2055
Pędzący poprzez puszczę mężczyźni zwolnili kroku słysząc odgłosy tratowanych opodal chaszczy. Strzelanina nieco osłabła po kilku minutach, ale wciąż trwała, trzask karabinów wciąż ciął ostrym dźwiękiem gęstwę lasu.
Z przodu zamajaczyły jakieś ludzkie sylwetki, uciekające na złamanie karku przed siebie, wymachujące bez składu i ładu bronią. Cash gwizdnął na palcach i jego ludzie natychmiast przypadli do ziemi biorąc nieznajomych na muszki. Nikt nie otwierał jeszcze ognia, ponieważ gęste poszycie lasu uniemożliwiało zidentyfikowanie tożsamości uciekinierów.
Kolejne gałęzie trzasnęły nieco z boku, opodal miejsca, w którym kucał Paul. Jednouchy kurier otworzył szeroko oczy, kiedy spomiędzy paproci wysadził nagle zgięty kształt o długich włosach i sięgających do połowy łydek rękach, ściskający w wąskich pazurzastych palcach drewnianą włócznię i zawodzący pełnym sadystycznej radości głosem. Uciekający nieco dalej ludzie natychmiast zmienili kierunek biegu, zaczynając się przemieszczać w poprzek pozycji Anawaltczyków.
Wątek techniczny
Kontakt, kontakt!
Pędzący poprzez puszczę mężczyźni zwolnili kroku słysząc odgłosy tratowanych opodal chaszczy. Strzelanina nieco osłabła po kilku minutach, ale wciąż trwała, trzask karabinów wciąż ciął ostrym dźwiękiem gęstwę lasu.
Z przodu zamajaczyły jakieś ludzkie sylwetki, uciekające na złamanie karku przed siebie, wymachujące bez składu i ładu bronią. Cash gwizdnął na palcach i jego ludzie natychmiast przypadli do ziemi biorąc nieznajomych na muszki. Nikt nie otwierał jeszcze ognia, ponieważ gęste poszycie lasu uniemożliwiało zidentyfikowanie tożsamości uciekinierów.
Kolejne gałęzie trzasnęły nieco z boku, opodal miejsca, w którym kucał Paul. Jednouchy kurier otworzył szeroko oczy, kiedy spomiędzy paproci wysadził nagle zgięty kształt o długich włosach i sięgających do połowy łydek rękach, ściskający w wąskich pazurzastych palcach drewnianą włócznię i zawodzący pełnym sadystycznej radości głosem. Uciekający nieco dalej ludzie natychmiast zmienili kierunek biegu, zaczynając się przemieszczać w poprzek pozycji Anawaltczyków.
Wątek techniczny
Kontakt, kontakt!
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
Krzycze do biegnących ludzi o ile to Ci z Bluewell tutaj głupcy, przestańcie biec. Na ziemię i czołgac sie w naszą stronę są z nami ludzie z Bluewel i Anawalt, Jestem Paul Wilson, kurier, jest tu też mój kumpel Jack Salt. Panie Lavigne, szeryfie jestescie tam?
Ostatnio zmieniony 07 grudnia 2011, 22:31 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Za Red Oak Ridge, 4 maja 2055
Paul Wilson poderwał się z klęczek z dzierżonym oburącz rewolwerem wycelowanym w mutanta, krzycząc jednocześnie na całe gardło.
- Tutaj głupcy, przestańcie biec! - wrzasnął - Na ziemię i czołgać się w naszą stronę, są z nami ludzie z Bluewell i Anawalt!
Długowłosy mutant wymachujący włócznią odwrócił się w stronę kuriera wydając z siebie zaskoczony skrzek, który utonął w huku rewolweru. Targnięty impetem pocisku .44 okręcił się wokół własnej osi wypuszczając kiepski oręż z pazurzastej dłoni i wtedy ugodziła go w plecy kula wystrzelona z ciężkiego pistoletu Salta. Odmieniec zwalił się na bury mech z głuchym stęknięciem bólu, kopiąc obcasami rozlatujących się butów ziemię.
Słyszący trzask wystrzałów uciekinierzy zwolnili nieco kroku, wyraźnie rozdarci wahaniem przed dalszą ucieczką w sobie tylko znanym kierunku, a chęcią sprawdzenia, czy źródłem strzelaniny nie jest przypadkiem jakaś niespodziewana odsiecz. Wilson dostrzegł od razu, że ma do czynienia z normalnymi ludźmi, żaden ze zdyszanych mężczyzn nie wykazywał bowiem śladu mutacji. Do tego samego wniosku doszedł widać jeden z Anawaltczyków, podrywając się z miejsca i machając gorączkowo ręką.
- Tutaj, tutaj! Do nas! - ryknął na całe gardło kierowca - Jesteśmy od Walthersa!
Czterej uciekinierzy runęli na złamanie karku w stronę krzyczącego mężczyzny, co prawda z ewidentną podejrzliwością na twarzach, ale w ich oczach pojawiły się pierwsze iskry dzikiej radości.
- Boże drogi! - wyrzucił z siebie jeden z nich lądując na klęczkach obok kucającego w cieniu drzew Casha - Wleźliśmy prosto w zasadzkę! Szeryf nie żyje, burmistrz chyba też! Zaczęli walić do nas bez ostrzeżenia!
- Ilu ich jest?! - zapytał Jimmy łapiąc rozmówcę mimowolnie lewą ręką za ramię i zaciskając palce tak mocno, że mężczyzna aż syknął z bólu - Idą za wami?!
- Nie wiem, może dwudziestu, może trzydziestu! - potrząsnął bezradnie głową uciekinier - Siedzieli w krzakach na obu zboczach jaru, pan Holtz zauważył ich za późno, zanim krzyknął, już do nas strzelali!
- A gdzie Holtz? - zapytał błyskawicznie Paul, przysuwając się do zbiega i wbijając w jego twarz ostre spojrzenie.
- Został w jarze! - człowiek cofnął się mimowolnie o krok na widok emocji wyrysowanych na obliczu Wilsona - To prawdziwy bohater, uratował nam życie! Rzucił się na tamtych z nożem, na pewną śmierć...
Paul wydał z siebie niskie warczenie, ale nie zdążył w żaden sposób skomentować pełnych uznania słów uciekiniera, bo w tej samej chwili donośny trzask gałęzi i szelest gniecionych liści przyniósł ostrzeżenie o nagłym ruchu w pobliskich chaszczach.
Z gęstwy wychynęły pokraczne sylwety ściskające w rękach prowizoryczną broń: jakieś pałki i pręty, stare rewolwery, rzeźnickie tasaki i noże. Ubogość broni palnej przekonała Salta z miejsca o tym, że wyposażeni w lepsze uzbrojenie strzeleckie mutanci musieli wciąż walczyć w głębi jaru, cały czas dobiegały stamtąd dźwięki cichnącej strzelaniny.
W pościg za garstką uciekinierów kucających pośród Anawaltczyków runęli gorzej uzbrojeni, ale wciąż niebezpieczni członkowie bandy, liczący w sumie dobre kilkanaście stworów.
Wątek techniczny
Test inicjatywy wygrał Araven. Zręczność 16, do tego +1 za pistolet. Strzał z przycelowaniem to rzut 2k20. Wypadło 7 i 5, mutant został poważnie ranny, chociaż wciąż żyje. Zaraz potem poprawia Salt z Deserta, znowu test 2k20 i wyniki 12 i 18. Odmieniec zwalił się z głuchym stęknięciem na leśną ściółkę.
Do akcji weszła większa grupa mutków...
Paul Wilson poderwał się z klęczek z dzierżonym oburącz rewolwerem wycelowanym w mutanta, krzycząc jednocześnie na całe gardło.
- Tutaj głupcy, przestańcie biec! - wrzasnął - Na ziemię i czołgać się w naszą stronę, są z nami ludzie z Bluewell i Anawalt!
Długowłosy mutant wymachujący włócznią odwrócił się w stronę kuriera wydając z siebie zaskoczony skrzek, który utonął w huku rewolweru. Targnięty impetem pocisku .44 okręcił się wokół własnej osi wypuszczając kiepski oręż z pazurzastej dłoni i wtedy ugodziła go w plecy kula wystrzelona z ciężkiego pistoletu Salta. Odmieniec zwalił się na bury mech z głuchym stęknięciem bólu, kopiąc obcasami rozlatujących się butów ziemię.
Słyszący trzask wystrzałów uciekinierzy zwolnili nieco kroku, wyraźnie rozdarci wahaniem przed dalszą ucieczką w sobie tylko znanym kierunku, a chęcią sprawdzenia, czy źródłem strzelaniny nie jest przypadkiem jakaś niespodziewana odsiecz. Wilson dostrzegł od razu, że ma do czynienia z normalnymi ludźmi, żaden ze zdyszanych mężczyzn nie wykazywał bowiem śladu mutacji. Do tego samego wniosku doszedł widać jeden z Anawaltczyków, podrywając się z miejsca i machając gorączkowo ręką.
- Tutaj, tutaj! Do nas! - ryknął na całe gardło kierowca - Jesteśmy od Walthersa!
Czterej uciekinierzy runęli na złamanie karku w stronę krzyczącego mężczyzny, co prawda z ewidentną podejrzliwością na twarzach, ale w ich oczach pojawiły się pierwsze iskry dzikiej radości.
- Boże drogi! - wyrzucił z siebie jeden z nich lądując na klęczkach obok kucającego w cieniu drzew Casha - Wleźliśmy prosto w zasadzkę! Szeryf nie żyje, burmistrz chyba też! Zaczęli walić do nas bez ostrzeżenia!
- Ilu ich jest?! - zapytał Jimmy łapiąc rozmówcę mimowolnie lewą ręką za ramię i zaciskając palce tak mocno, że mężczyzna aż syknął z bólu - Idą za wami?!
- Nie wiem, może dwudziestu, może trzydziestu! - potrząsnął bezradnie głową uciekinier - Siedzieli w krzakach na obu zboczach jaru, pan Holtz zauważył ich za późno, zanim krzyknął, już do nas strzelali!
- A gdzie Holtz? - zapytał błyskawicznie Paul, przysuwając się do zbiega i wbijając w jego twarz ostre spojrzenie.
- Został w jarze! - człowiek cofnął się mimowolnie o krok na widok emocji wyrysowanych na obliczu Wilsona - To prawdziwy bohater, uratował nam życie! Rzucił się na tamtych z nożem, na pewną śmierć...
Paul wydał z siebie niskie warczenie, ale nie zdążył w żaden sposób skomentować pełnych uznania słów uciekiniera, bo w tej samej chwili donośny trzask gałęzi i szelest gniecionych liści przyniósł ostrzeżenie o nagłym ruchu w pobliskich chaszczach.
Z gęstwy wychynęły pokraczne sylwety ściskające w rękach prowizoryczną broń: jakieś pałki i pręty, stare rewolwery, rzeźnickie tasaki i noże. Ubogość broni palnej przekonała Salta z miejsca o tym, że wyposażeni w lepsze uzbrojenie strzeleckie mutanci musieli wciąż walczyć w głębi jaru, cały czas dobiegały stamtąd dźwięki cichnącej strzelaniny.
W pościg za garstką uciekinierów kucających pośród Anawaltczyków runęli gorzej uzbrojeni, ale wciąż niebezpieczni członkowie bandy, liczący w sumie dobre kilkanaście stworów.
Wątek techniczny
Test inicjatywy wygrał Araven. Zręczność 16, do tego +1 za pistolet. Strzał z przycelowaniem to rzut 2k20. Wypadło 7 i 5, mutant został poważnie ranny, chociaż wciąż żyje. Zaraz potem poprawia Salt z Deserta, znowu test 2k20 i wyniki 12 i 18. Odmieniec zwalił się z głuchym stęknięciem na leśną ściółkę.
Do akcji weszła większa grupa mutków...
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
Klękam za drzewem strzelam ponownie celując, mam dwie kule ostatnia zostawie na czarna godzinę. Czekam po oddaniu strzału az dojdzie do walki wręcz wtedy zaatakuje wlocznia ale czekam z tym do momentu az będe pewien ze nie wpakuje sie pod kule naszych. Starma sie byc opanowany i walczyc na zimno ale morderczo i skutecznie... Hm jak walka wrecz nie jest mozliwa po oddaniu strzału cofam sie za Salta, osłaniając go w czasie jak bedzie strzelał
Ostatnio zmieniony 07 grudnia 2011, 23:01 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.
Przyszedł czas na walną rozprawę. Biorę na cel każdego w zasięgu strzału, celuję i strzelam. Najlepiej jeśli to będzie duży okaz mogący poczynić szkody w walce wręcz, ewentualnie dysponujący choć małym pistolecikiem.
Zakładam że w magazynku jakieś 7 kul, przy 2 ostatnich staram się wymienić magazynek o ile wrogowie będą możliwie daleko. Lub skończy się jatka. W ostateczności pozostaje użycie noża.
Zakładam że w magazynku jakieś 7 kul, przy 2 ostatnich staram się wymienić magazynek o ile wrogowie będą możliwie daleko. Lub skończy się jatka. W ostateczności pozostaje użycie noża.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Za Red Oak Ridge, 4 maja 2055
Sekundę po oddaniu pierwszego strzału do walki dołączyli Anawaltczycy, prujący krótkimi seriami z broni automatycznej. Większość kul sięgnęła swych celów, ponieważ na dystansie kilkunastu metrów trudno było wprawnym bojówkarzom nie trafić. Dziurawieni pociskami mutanci padali z nóg pośród wrzasków bólu i głuchych stęknięć, upuszczając własną broń i miażdżąc ciężarem martwych ciał leśne poszycie. W powietrzu rozszedł się ostry zapach prochu, a huk kanonady dosłownie ogłuszał niosąc się donośnym echem po lesie.
Jack wystrzelił z Deserta tylko cztery, oszczędzając amunicję. Chwilę później na leśnej przecince nie było już żadnego odmieńca, który wciąż stałby na własnych nogach, tylko nieliczni jęczeli w trawie lub drgali konwulsyjnie wydając z siebie ostatnie tchnienie.
Ocaleni szczęśliwym trafem Bluewellczycy podnieśli się z klęczek wodząc po scenie rzezi oszołomionym, ale i radosnym wzrokiem, nie wierząc chyba do końca własnym oczom. Skoncentrowany na ciasnej przestrzeni ogień z broni Anawaltczyków dosłownie zmasakrował nacierających bez składu i ładu mutantów, nie przestrzegających nawet cienia wojskowej dyscypliny i nie dbających o własne bezpieczeństwo. Kilku ludzi Walthersa ruszyło do przodu odszukując wśród ciał degeneratów wciąż jeszcze zdradzających oznaki życia i dobijając ich pchnięciami noży lub bagnetów.
Strzelanina trwająca w pobliskim lesie ucichła niemal całkowicie, teraz Salt słyszał już tylko pojedyncze trzaski broni palnej, które wieściły w jego opinii najgorsze: zwycięska w tamtym starciu strona najwyraźniej dobijała na swoim pobojowisku bezbronnych przegranych.
- Możecie nas poprowadzić do jaru?! - zapytał podniesionym głosem Paul, łapiąc jednego z miejscowych za ramię. Mężczyzna pokiwał głową z zaciętą miną, odzyskawszy nagle odwagę i płonąc żądzą zemsty, nim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć, doskoczył do niego służący za przewodnika młodzieniec z policyjnym rewolwerem, potrząsając ziomka za drugie ramię.
- Gdzie tata?! Co z nim?! - wrzasnął chłopak wbijając swe szeroko otwarte, przepełnione niepokojem oczy w oblicze sąsiada.
Paul zesztywniał nagle dostrzegając kątem oka szczegół, który zdawali się nie zauważać pozostali mężczyźni, skoncentrowani w tym akurat momencie bardziej na wymianie słów rozmówców niż zabezpieczeniu swego otoczenia.
Bill Harper przebił nasadzonym na lufę M16 bagnetem gardło jakiegoś jęczącego żałośnie mutanta i odwrócił się w przeciwną stronę zwabiony agonalnym rzężeniem innego rannego. Kiedy pochylał się nad ofiarą szukając najodpowiedniejszego miejsca do zadania ciosu, w trawie za jego plecami drgnął nieruchomy dotąd i pozornie martwy kształt, unosząc chwiejnym ruchem chorobliwie chudą rękę, w której tkwił stary rewolwer.
Lufa zdezelowanego Smith&Wessona mierzyła prosto w potylicę nieświadomego niebezpieczeństwa Harpera, biorącego akurat z posępną miną zamach swym osadzonym na karabinie bagnetem.
Sekundę po oddaniu pierwszego strzału do walki dołączyli Anawaltczycy, prujący krótkimi seriami z broni automatycznej. Większość kul sięgnęła swych celów, ponieważ na dystansie kilkunastu metrów trudno było wprawnym bojówkarzom nie trafić. Dziurawieni pociskami mutanci padali z nóg pośród wrzasków bólu i głuchych stęknięć, upuszczając własną broń i miażdżąc ciężarem martwych ciał leśne poszycie. W powietrzu rozszedł się ostry zapach prochu, a huk kanonady dosłownie ogłuszał niosąc się donośnym echem po lesie.
Jack wystrzelił z Deserta tylko cztery, oszczędzając amunicję. Chwilę później na leśnej przecince nie było już żadnego odmieńca, który wciąż stałby na własnych nogach, tylko nieliczni jęczeli w trawie lub drgali konwulsyjnie wydając z siebie ostatnie tchnienie.
Ocaleni szczęśliwym trafem Bluewellczycy podnieśli się z klęczek wodząc po scenie rzezi oszołomionym, ale i radosnym wzrokiem, nie wierząc chyba do końca własnym oczom. Skoncentrowany na ciasnej przestrzeni ogień z broni Anawaltczyków dosłownie zmasakrował nacierających bez składu i ładu mutantów, nie przestrzegających nawet cienia wojskowej dyscypliny i nie dbających o własne bezpieczeństwo. Kilku ludzi Walthersa ruszyło do przodu odszukując wśród ciał degeneratów wciąż jeszcze zdradzających oznaki życia i dobijając ich pchnięciami noży lub bagnetów.
Strzelanina trwająca w pobliskim lesie ucichła niemal całkowicie, teraz Salt słyszał już tylko pojedyncze trzaski broni palnej, które wieściły w jego opinii najgorsze: zwycięska w tamtym starciu strona najwyraźniej dobijała na swoim pobojowisku bezbronnych przegranych.
- Możecie nas poprowadzić do jaru?! - zapytał podniesionym głosem Paul, łapiąc jednego z miejscowych za ramię. Mężczyzna pokiwał głową z zaciętą miną, odzyskawszy nagle odwagę i płonąc żądzą zemsty, nim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć, doskoczył do niego służący za przewodnika młodzieniec z policyjnym rewolwerem, potrząsając ziomka za drugie ramię.
- Gdzie tata?! Co z nim?! - wrzasnął chłopak wbijając swe szeroko otwarte, przepełnione niepokojem oczy w oblicze sąsiada.
Paul zesztywniał nagle dostrzegając kątem oka szczegół, który zdawali się nie zauważać pozostali mężczyźni, skoncentrowani w tym akurat momencie bardziej na wymianie słów rozmówców niż zabezpieczeniu swego otoczenia.
Bill Harper przebił nasadzonym na lufę M16 bagnetem gardło jakiegoś jęczącego żałośnie mutanta i odwrócił się w przeciwną stronę zwabiony agonalnym rzężeniem innego rannego. Kiedy pochylał się nad ofiarą szukając najodpowiedniejszego miejsca do zadania ciosu, w trawie za jego plecami drgnął nieruchomy dotąd i pozornie martwy kształt, unosząc chwiejnym ruchem chorobliwie chudą rękę, w której tkwił stary rewolwer.
Lufa zdezelowanego Smith&Wessona mierzyła prosto w potylicę nieświadomego niebezpieczeństwa Harpera, biorącego akurat z posępną miną zamach swym osadzonym na karabinie bagnetem.
Salt zerknął na Wilsona i nagle pojął, że dzieję się coś niezwyczajnego. Paul wpatrywał się szeroko otwartymi oczami w jakimś kierunku. Szybko powędrował wzrokiem w miejsce w które wpatrywał się towarzysz.
- Padnij! - krzyknął i wycelował broń w kierunku mutanta.
Kulki jak kulki. Celuję i o ile się uda wyprzedzić mutka strzelam. Chociaż po deklaracji chyba nie mam szans bo to raczej Paul powinien zareagować :/
Potem, przeładowuję magazynek. Trzeba na szybko przeleźć i poszukać, może wypadło im co ciekawego, głównie broń.
Proponuję przegrupowanie, broń krótka i biała w środek "kółeczka" na przodzie szpica i po bokach karabiny. Z tyłu też. I powoli do jaru...
- Padnij! - krzyknął i wycelował broń w kierunku mutanta.
Kulki jak kulki. Celuję i o ile się uda wyprzedzić mutka strzelam. Chociaż po deklaracji chyba nie mam szans bo to raczej Paul powinien zareagować :/
Potem, przeładowuję magazynek. Trzeba na szybko przeleźć i poszukać, może wypadło im co ciekawego, głównie broń.
Proponuję przegrupowanie, broń krótka i biała w środek "kółeczka" na przodzie szpica i po bokach karabiny. Z tyłu też. I powoli do jaru...
Ostatnio zmieniony 07 grudnia 2011, 23:24 przez Goldwin, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Za Red Oak Ridge, 4 maja 2055
Paul rzucił się szczupakiem do przodu, wyciągając przed siebie ręce i silnym pchnięciem pozbawiając Billa równowagi. Zaskoczony Harper stęknął głucho wyrzucając ramiona na boki w próżnej nadziei na utrzymanie się na nogach. W tej samej chwili lufa rewolweru plunęła ogniem i Anawaltczyk stęknął ponownie, tym razem z bólu, trafiony małokalibrowym pociskiem prosto w bark.
Zderzeni ze sobą mężczyźni runęli w trawę, Wilson kontrolował jednak swój ruch i kiedy Harper jeszcze lądował na ziemi, kurier już zrywał się na nogi płynnym obrotem, mierząc grotem włóczni w kierunku strzelca. Postrzelony chwilę wcześniej przez jakiegoś Anawaltczyka mutant zaskrzeczał w sposób, który niewiele zdawał się mieć wspólnego z ludzką mową, a potem chwiejnym ruchem ręki przesunął broń w stronę Wilsona.
Paul nie chciał przeciwnika zabić za wszelką cenę, bardziej zależało mu na schwytaniu jeńca, który mógłby zdradzić ludziom cenne informacje na temat bandy fałszywego Holtza, ale wykrzywiona w bezrozumnym grymasie twarz rannego odmieńca i wymierzona w swoim kierunku lufa rewolweru nie pozostawiała mu żadnych złudzeń.
Ugodzony ostrzem włóczni w szyję odmieniec zacharczał agonalnie i opadł na plecy z przekrzywioną w bok głową, spoglądając w ciemniejące przestworza szklistym wzrokiem. Cieknąca z rany krew rozlewała się po jego wychudzonym ciele przesiąkając natychmiast przez cienki materiał wielokrotnie cerowanej kurtki. Odrywając spojrzenie od dziwnie żałosnej i budzącej rzadkie u Wilsona współczucie postaci kurier odwrócił się w miejscu przenosząc wzrok na leżącego wciąż w trawie Harpera.
- Wszystko gra? - wyrzucił z siebie Paul przyklękając obok wyraźnie oszołomionego mężczyzny. Bill przekręcił się na bok, sięgnął ręką za plecy macając się po plecach. Kiedy cofnął ją po chwili z powrotem, między jego palcami tkwił rozpłaszczony ołowiany nabój, zdeformowany po uderzeniu w kevlar kamizelki.
- Ja pierdolę! - syknął Harper ujmując podaną mu dłoń Wilsona i podnosząc się na nogi - Ależ mnie zabolało! Jakby mi dysk z kręgosłupa wybił!
- Ciesz się, że nie leżysz teraz sztywny - sarknął ironicznym tonem Jimmy Cash, ale błysk ulgi w jego oczach zdradzał niezawodnie głęboką radość z dobrej passy przyjaciela - Wszyscy ranni dobici? Musimy się zbierać!
Bill syknął raz jeszcze z bólu kręcąc na próbę ramionami, potem wyciągnął w stronę Wilsona prawicę z poważnym wyrazem twarzy.
- Mam u ciebie dług, stary - oznajmił Anawaltczyk przytakując swoim słowom ruchem głowy - Takich długów się nie zapomina, przynajmniej ja nie zapominam.
Paul uścisnął dłoń Harpera, uśmiechnął się kącikami ust.
- Czysty przypadek - parsknął starając się obrócić całe zajście w żart, ale pojął od razu, że Harper nie rzuca swoich słów na wiatr. Przesunięcie toru rewolwerowej kuli przysporzyło mu znienacka w Anawalt dłużnika, który z racji swego statusu w społeczności Wathersa mógł stanowić cenną inwestycję na przyszłość.
- Ruszać tyłki! - krzyknął cicho Cash wpychając do komory swego Remingtona śrutowe pociski - Młody, weź się w garść! Idziemy szukać twojego starego, ale pokaż mi drogę do tego zasranego jaru!
W głębi lasu cichły odgłosy wystrzałów. Jack nie miał złudzeń co do czynnika zaskoczenia: eksterminacja pierwszej grupy mutantów była niezwykle krótka, ale i hałaśliwa, toteż druga część bandy musiałaby cierpieć na całkowity zanik słuchu, by nie poczuć się ostrzeżoną hukiem pobliskiej kanonady. Jeśli grupa ratunkowa zamierzała przechwycić Holtza i jego zdegenerowanych sojuszników, musiała działać błyskawicznie.
Bill klepnął kierowcę w ramię i odwrócił się w stronę reszty oddziału, przeładowując w ruchu swój M16. Pojedynczy trzask wystrzału był tak cichy, że w pierwszej chwili Paul nawet nie zrozumiał, co takiego się stało. Jego twarz obryzgała krwawa mgiełka, która przysłoniła kierowcy na ułamek sekundy pole widzenia. Harper runął z nóg niczym marionetka o przeciętych nagle sznurkach, z połową głowy roztrzaskaną pociskiem wystrzelonym przez ukrytego gdzieś pośród drzew strzelca wyborowego.
- Snajper! Kurwa, snajper! - ryknął Steve Thorpe przypadając na jedno kolano i przyciskając do ramienia kolbę swego myśliwskiego sztucera. Anawaltczycy i mieszkańcy Bluewell rozproszyli się błyskawicznie we wszystkich kierunkach, w popłochu szukając schronienia. Powietrze przeciął kolejny złowieszczy trzask i spoglądający w okular lunety Thorpe stęknął głucho. Wielkokalibrowy pocisk trafił go w środek klatki piersiowej na wysokości rozpiętej kamizelki i przeszedł na wylot przez tors mężczyzny przerywając mu po drodze kręgosłup. Bojówkarz zwalił się z nóg niczym zdzielony kowalskim młotem, zniknął w trawie wykrzywiony w nienaturalnej pozycji.
Paul rzucił się szczupakiem do przodu, wyciągając przed siebie ręce i silnym pchnięciem pozbawiając Billa równowagi. Zaskoczony Harper stęknął głucho wyrzucając ramiona na boki w próżnej nadziei na utrzymanie się na nogach. W tej samej chwili lufa rewolweru plunęła ogniem i Anawaltczyk stęknął ponownie, tym razem z bólu, trafiony małokalibrowym pociskiem prosto w bark.
Zderzeni ze sobą mężczyźni runęli w trawę, Wilson kontrolował jednak swój ruch i kiedy Harper jeszcze lądował na ziemi, kurier już zrywał się na nogi płynnym obrotem, mierząc grotem włóczni w kierunku strzelca. Postrzelony chwilę wcześniej przez jakiegoś Anawaltczyka mutant zaskrzeczał w sposób, który niewiele zdawał się mieć wspólnego z ludzką mową, a potem chwiejnym ruchem ręki przesunął broń w stronę Wilsona.
Paul nie chciał przeciwnika zabić za wszelką cenę, bardziej zależało mu na schwytaniu jeńca, który mógłby zdradzić ludziom cenne informacje na temat bandy fałszywego Holtza, ale wykrzywiona w bezrozumnym grymasie twarz rannego odmieńca i wymierzona w swoim kierunku lufa rewolweru nie pozostawiała mu żadnych złudzeń.
Ugodzony ostrzem włóczni w szyję odmieniec zacharczał agonalnie i opadł na plecy z przekrzywioną w bok głową, spoglądając w ciemniejące przestworza szklistym wzrokiem. Cieknąca z rany krew rozlewała się po jego wychudzonym ciele przesiąkając natychmiast przez cienki materiał wielokrotnie cerowanej kurtki. Odrywając spojrzenie od dziwnie żałosnej i budzącej rzadkie u Wilsona współczucie postaci kurier odwrócił się w miejscu przenosząc wzrok na leżącego wciąż w trawie Harpera.
- Wszystko gra? - wyrzucił z siebie Paul przyklękając obok wyraźnie oszołomionego mężczyzny. Bill przekręcił się na bok, sięgnął ręką za plecy macając się po plecach. Kiedy cofnął ją po chwili z powrotem, między jego palcami tkwił rozpłaszczony ołowiany nabój, zdeformowany po uderzeniu w kevlar kamizelki.
- Ja pierdolę! - syknął Harper ujmując podaną mu dłoń Wilsona i podnosząc się na nogi - Ależ mnie zabolało! Jakby mi dysk z kręgosłupa wybił!
- Ciesz się, że nie leżysz teraz sztywny - sarknął ironicznym tonem Jimmy Cash, ale błysk ulgi w jego oczach zdradzał niezawodnie głęboką radość z dobrej passy przyjaciela - Wszyscy ranni dobici? Musimy się zbierać!
Bill syknął raz jeszcze z bólu kręcąc na próbę ramionami, potem wyciągnął w stronę Wilsona prawicę z poważnym wyrazem twarzy.
- Mam u ciebie dług, stary - oznajmił Anawaltczyk przytakując swoim słowom ruchem głowy - Takich długów się nie zapomina, przynajmniej ja nie zapominam.
Paul uścisnął dłoń Harpera, uśmiechnął się kącikami ust.
- Czysty przypadek - parsknął starając się obrócić całe zajście w żart, ale pojął od razu, że Harper nie rzuca swoich słów na wiatr. Przesunięcie toru rewolwerowej kuli przysporzyło mu znienacka w Anawalt dłużnika, który z racji swego statusu w społeczności Wathersa mógł stanowić cenną inwestycję na przyszłość.
- Ruszać tyłki! - krzyknął cicho Cash wpychając do komory swego Remingtona śrutowe pociski - Młody, weź się w garść! Idziemy szukać twojego starego, ale pokaż mi drogę do tego zasranego jaru!
W głębi lasu cichły odgłosy wystrzałów. Jack nie miał złudzeń co do czynnika zaskoczenia: eksterminacja pierwszej grupy mutantów była niezwykle krótka, ale i hałaśliwa, toteż druga część bandy musiałaby cierpieć na całkowity zanik słuchu, by nie poczuć się ostrzeżoną hukiem pobliskiej kanonady. Jeśli grupa ratunkowa zamierzała przechwycić Holtza i jego zdegenerowanych sojuszników, musiała działać błyskawicznie.
Bill klepnął kierowcę w ramię i odwrócił się w stronę reszty oddziału, przeładowując w ruchu swój M16. Pojedynczy trzask wystrzału był tak cichy, że w pierwszej chwili Paul nawet nie zrozumiał, co takiego się stało. Jego twarz obryzgała krwawa mgiełka, która przysłoniła kierowcy na ułamek sekundy pole widzenia. Harper runął z nóg niczym marionetka o przeciętych nagle sznurkach, z połową głowy roztrzaskaną pociskiem wystrzelonym przez ukrytego gdzieś pośród drzew strzelca wyborowego.
- Snajper! Kurwa, snajper! - ryknął Steve Thorpe przypadając na jedno kolano i przyciskając do ramienia kolbę swego myśliwskiego sztucera. Anawaltczycy i mieszkańcy Bluewell rozproszyli się błyskawicznie we wszystkich kierunkach, w popłochu szukając schronienia. Powietrze przeciął kolejny złowieszczy trzask i spoglądający w okular lunety Thorpe stęknął głucho. Wielkokalibrowy pocisk trafił go w środek klatki piersiowej na wysokości rozpiętej kamizelki i przeszedł na wylot przez tors mężczyzny przerywając mu po drodze kręgosłup. Bojówkarz zwalił się z nóg niczym zdzielony kowalskim młotem, zniknął w trawie wykrzywiony w nienaturalnej pozycji.
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
O żesz to nazywasz opadnięciem napiętej atmosfery?... Wow. Padam na ziemię używam lornetki próbując wypatrzyć snajpera. Cholera każdy kto zaczyna mi być coś dłużny ginie nim zdoła sie odwdzięczyć. No trudno, teraz najważniejsze to dorwać falszywego Holtza by wyśpiewał gdzie jest nasz kaznodzieja...
Ostatnio zmieniony 08 grudnia 2011, 08:30 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.
Jack runął na ziemię jak stał starając doczołgać się do jakiegoś pnia i ukryć za nim.
Bezgłośnie poruszał ustami zaciskając kurczowo palce na broni. Rozglądał się uważnie czy aby gdzieś nie dostrzeże błysku broni lub ruszających się nienaturalnie krzaków.
Stram się zorientować czy uda się dobrnąć do karabinków zastrzelonych.
Bezgłośnie poruszał ustami zaciskając kurczowo palce na broni. Rozglądał się uważnie czy aby gdzieś nie dostrzeże błysku broni lub ruszających się nienaturalnie krzaków.
Stram się zorientować czy uda się dobrnąć do karabinków zastrzelonych.
Ostatnio zmieniony 08 grudnia 2011, 14:19 przez Goldwin, łącznie zmieniany 1 raz.