: 22 lipca 2015, 19:17
Enkaiden, dystrykt Fractorius, 214.815.M41
Podróż przez pierwszy poziom metropolii poniżej Szczytu zajęła trójce agentów ponad godzinę, głównie z powodu kompletnej nieznajomości miasta. Labirynt podziemnych przejść, promenad, klatek schodowych i łańcuchowych wind składał się na trójwymiarowy schemat, który miejscowi znali na pamięć, a który w obcoświatowcach budził spore skonfundowanie. W mijanych po drodze jadłodajniach wzrok przyciągały zbiorniki ze słoną wodą i poruszające się w nich egzotyczne kształty, podświetlane niewielkimi reflektorkami, prezentujące ofertę kulinarną restauracji. Sklepy z rękodziełem, kramy handlarzy złomem, punkty oferujące wycieczki połowowe, szybkie kredyty czy rekolekcje wabiły krzykliwymi neonami, komunikatami monozadaniowych serwitorów i wysokimi głosami kiepsko opłacanych małoletnich obwoływaczy. Z zadymionych klubów dobiegały dźwięki rytmicznej muzyki, powietrze w pobliżu ich wejść przesycał charakterystyczny zapach legalnych używek.
Gwarny tłum wypełniał niemal całą przestrzeń tego rozległego labiryntu, w dziwny sposób wywołując u Nathana ukojenie. Wychowany we wnętrzu Sibellusa, były regulator czuł się swobodnie w ścisku i tłoku, nic sobie nie robiąc z potrącania przez innych przechodniów, wręcz czerpiąc z tego faktu niezrozumiałe zadowolenie. Medea czytała bez trudu mowę ciała Silvanusa, doskonale rozumiejąc powody jego zachowania. Rezydenci imperialnych kopców byli silnie stadnymi osobnikami, tracącymi pewność siebie w izolacji, bezwiednie łaknącymi czyjegoś towarzystwa. Enkaiden był metalowym walcem wzniesionym na szczycie podmorskiej góry, ale dla Nathana stanowił oczywistą namiastkę pozostawionego wiele lat świetlnych w tyle domu.
Gigantyczne łopaty wentylatorów obracały się z rytmicznym łoskotem, tłocząc świeże powietrze w niższe partie ogromnego morskiego miasta. Z sufitów promenad kapała skroplona para, szczękały jakieś wiszące w górze pęki łańcuchów. Wszędzie czuć było zapach ludzkiego potu oraz pieczonego mięsa, sprzedawanego przez ulicznych handlarzy na każdym narożniku.
Grupa podchmielonych mężczyzn przeszła w przeciwną do agentów stronę, rozmawiając hałaśliwie i śląc miejscowym zaczepne spojrzenia. Ich wyróżniające się w tłumie stroje identyfikowały wszystkich niezbicie jako załogantów jakiegoś orbitującego nad Enkaidenem towarowca, podobnie jak ledwie zrozumiały dialekt niskiego gotyku, którym się posługiwali. Medea uśmiechnęła się kącikami ust wyłapując w tłumie wzrokiem sylwetki idących za nimi młodych ludzi w ubraniach miejskiego gangu, przeciskających się między przechodniami na podobieństwo drapieżników płynących skrycie poprzez ławicę w stronę łakomego kąska.
Hoster powiedział coś, czego dziewczyna nie dosłyszała, więc zabójczyni uniosła pytające swe brwi.
- To straszne - powtórzył Merisier, rozglądając się po metalowym mieście szeroko otwartymi oczami - Jak można tak żyć? Bez słońca, w takim ścisku? To szaleńcy...
- Jak widzisz, można - uśmiechnął się porozumiewawczo Nathan. Ledwie chwilę później uśmiech zniknął z jego twarzy zastąpiony wyrazem profesjonalnego skupienia - Mikrokomunikatory straciły zasięg.
Medea już to wiedziała, zaalarmowana cichutkim piśnięciem wetchniętego w prawe ucho urządzenia. Sprzęgnięte z radiem ojca spowiednika moduły łączności straciły połączenie z centralą, odseparowane od niej kompozytowymi konstrukcjami podziemnego miasta, sieciami energetycznymi i płytami ekranującymi.
- Spodziewałam się tego prędzej czy później - skomentowała zabójczyni, przesuwając wzrokiem po podwieszonychpod sufitem promenady kierunkowskazach.
Podróż przez pierwszy poziom metropolii poniżej Szczytu zajęła trójce agentów ponad godzinę, głównie z powodu kompletnej nieznajomości miasta. Labirynt podziemnych przejść, promenad, klatek schodowych i łańcuchowych wind składał się na trójwymiarowy schemat, który miejscowi znali na pamięć, a który w obcoświatowcach budził spore skonfundowanie. W mijanych po drodze jadłodajniach wzrok przyciągały zbiorniki ze słoną wodą i poruszające się w nich egzotyczne kształty, podświetlane niewielkimi reflektorkami, prezentujące ofertę kulinarną restauracji. Sklepy z rękodziełem, kramy handlarzy złomem, punkty oferujące wycieczki połowowe, szybkie kredyty czy rekolekcje wabiły krzykliwymi neonami, komunikatami monozadaniowych serwitorów i wysokimi głosami kiepsko opłacanych małoletnich obwoływaczy. Z zadymionych klubów dobiegały dźwięki rytmicznej muzyki, powietrze w pobliżu ich wejść przesycał charakterystyczny zapach legalnych używek.
Gwarny tłum wypełniał niemal całą przestrzeń tego rozległego labiryntu, w dziwny sposób wywołując u Nathana ukojenie. Wychowany we wnętrzu Sibellusa, były regulator czuł się swobodnie w ścisku i tłoku, nic sobie nie robiąc z potrącania przez innych przechodniów, wręcz czerpiąc z tego faktu niezrozumiałe zadowolenie. Medea czytała bez trudu mowę ciała Silvanusa, doskonale rozumiejąc powody jego zachowania. Rezydenci imperialnych kopców byli silnie stadnymi osobnikami, tracącymi pewność siebie w izolacji, bezwiednie łaknącymi czyjegoś towarzystwa. Enkaiden był metalowym walcem wzniesionym na szczycie podmorskiej góry, ale dla Nathana stanowił oczywistą namiastkę pozostawionego wiele lat świetlnych w tyle domu.
Gigantyczne łopaty wentylatorów obracały się z rytmicznym łoskotem, tłocząc świeże powietrze w niższe partie ogromnego morskiego miasta. Z sufitów promenad kapała skroplona para, szczękały jakieś wiszące w górze pęki łańcuchów. Wszędzie czuć było zapach ludzkiego potu oraz pieczonego mięsa, sprzedawanego przez ulicznych handlarzy na każdym narożniku.
Grupa podchmielonych mężczyzn przeszła w przeciwną do agentów stronę, rozmawiając hałaśliwie i śląc miejscowym zaczepne spojrzenia. Ich wyróżniające się w tłumie stroje identyfikowały wszystkich niezbicie jako załogantów jakiegoś orbitującego nad Enkaidenem towarowca, podobnie jak ledwie zrozumiały dialekt niskiego gotyku, którym się posługiwali. Medea uśmiechnęła się kącikami ust wyłapując w tłumie wzrokiem sylwetki idących za nimi młodych ludzi w ubraniach miejskiego gangu, przeciskających się między przechodniami na podobieństwo drapieżników płynących skrycie poprzez ławicę w stronę łakomego kąska.
Hoster powiedział coś, czego dziewczyna nie dosłyszała, więc zabójczyni uniosła pytające swe brwi.
- To straszne - powtórzył Merisier, rozglądając się po metalowym mieście szeroko otwartymi oczami - Jak można tak żyć? Bez słońca, w takim ścisku? To szaleńcy...
- Jak widzisz, można - uśmiechnął się porozumiewawczo Nathan. Ledwie chwilę później uśmiech zniknął z jego twarzy zastąpiony wyrazem profesjonalnego skupienia - Mikrokomunikatory straciły zasięg.
Medea już to wiedziała, zaalarmowana cichutkim piśnięciem wetchniętego w prawe ucho urządzenia. Sprzęgnięte z radiem ojca spowiednika moduły łączności straciły połączenie z centralą, odseparowane od niej kompozytowymi konstrukcjami podziemnego miasta, sieciami energetycznymi i płytami ekranującymi.
- Spodziewałam się tego prędzej czy później - skomentowała zabójczyni, przesuwając wzrokiem po podwieszonychpod sufitem promenady kierunkowskazach.
Pokonaliście bez trudu połowę drogi do habitatu tragicznie zmarłego Tronda, ale właśnie straciliście dalekosiężne połączenie radiowe. Od tej pory moduły łączności obsługują wyłącznie Wasze rozmowy, nie macie połączenia z Kazadim ani Septimusem. Mam nadzieję, że Was to nie zaniepokoiło, to tylko taki drobny poboczny detal.