[center]Calli, Pchle Miasto, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]
Złodziej odczekał aż wszyscy szlachetnie urodzeni opuszczą domostwo wraz z kapłanem Mnumbi, następnie zaś wymknął się niezauważony, korzystając z tej samej drogi, którą tu przybył. Słońce powoli wspinało się na nieboskłon, jednak ulice Cali skryte były jeszcze w cieniu. Z daleka docierały nawoływania Siwja, wyruszających na pola i wrzaski towarzyszących im ryczyosłów. Aleje i place powoli zapełniały się ludźmi, spieszącymi gdzieś w znanych sobie sprawach, rozstawiającymi stragany, czy kłócącymi się zawzięcie. W tej barwnej rzece postaci i głosów sprawny pływak pozostawał praktycznie niezauważony. Mimo to wybierał gorsze zaułki i trzymał się cieni, obserwując czy nikt za nim nie podąża. Był jednak sam. Powoli uliczki stawały się coraz węższe i bardziej zaśmiecone, ludzie coraz mniej skorzy do uśmiechów, a glina poczęła wypierać kamień. Wreszcie minął ostatni "uczciwy dom" i przekroczył bramy innego świata. Pchlego Miasta.
Tym razem nie zamierzał zapuszczać się daleko. Był świadom, że nie ma zbyt wiele czasu. Pozostali wysłannicy oroni zapewne niedługo skończą zajmować się otrutymi dziećmi w lazarecie, i zechcą skierować się do pałacu szlachcica. W jego najlepszym interesie było, by nie przegapił tej chwili. Szedł więc szybko, nie rozglądając się zbytnio na boki, kontrolując sferę bezpieczeństwa poprzez odbicia w kałużach i wyczulony słuch. Jednak, tak jak podejrzewał, jego znoszone odzienie oraz fakt, iż poruszał się jak ktoś znający tą część miasta, skutecznie zniechęcały potencjalne drapieżniki. W końcu stanął przed obdrapanymi drzwiami, zaopatrzonymi w niewielką furtkę u dołu i zapukał szybko i rytmicznie.
- Włazić! - padło ze środka.
Ah-saa-brax nacisnął klamkę i wszedł do niewielkiego, zagraconego pomieszczenia tonącego w półmroku i powszechnym zapachu kurzu. Odruchowo przestawił swój wzrok na infrawizję, unikając potknięcia się o leżący tuż za drzwiami pękaty wór. Oczy sa bez trudności wyłowiły niewielki kształt właściciela, leżącego niedbale na obdrapanym kufrze.
- A, to ty - ziewnął pokaźnych rozmiarów, rudy kocur, o mocno wyliniałym futrze. - Nie powiem, Olethrus, miło, że o mnie pamiętasz... Naprawdę miło... Interes zawsze musi się kręcić, powiadam. A widzę, że masz co dźwigać. - uśmiechnął się spoglądając na wypchany plecak sa i ukazując tylko jeden, cały kieł. - I pewnie chcesz, bym ci pomógł z tym ciężarem, co?
- W rzeczy samej, Ogryz - wyszczerzył żeby złodziej. Właściwie nie wiedział skąd wzięło się to przezwisko, lecz podejrzewał, że miało ono coś wspólnego ze stanem uszu rudzielca. Oba wyglądały jakby przeżuł je szczególnie głodny ryczyosioł.
- Dobra, pokaż co tam masz - Cień Księżyca podniósł się ciężko i przeciągnął grzbiet, wyginając się w robiący wrażenie łuk.
Przez chwilę człowiek i kot zajęci byli oglądaniem wyjętych z plecaka kosztowności, kłócąc się o ich przypuszczalną wartość. W końcu Ogryz westchnął, a jego pyszczek przybrał wyraz starannie wystudiowanej rozpaczy.
- No może i masz racje, może to faktycznie jest kryształ z Colxo, ja nie mówię, że nie... Ale co ja poradzę, no co poradzę? Nie ma teraz popytu na to, powiadam. I co ja mogę? Co ja mogę? Nic nie mogę, powiadam... Jestem jakby to rzec tylko niewolnikiem rynku... Ale ja rozumiem, ciężko się to dźwiga i towar gorący... Ja dam ci za to... Ja wiem... Niech będzie sześćdziesiąt za wszystko, nawet za tego klamota. Niech no będzie moja strata, ja dobre serce mam... I ty wiesz, to jest dobra cena, powiadam. Lepszej to ty nie dostaniesz. No chyba, że chcesz iść do tego złodzieja, Oquoxa, ale on cię obrobi i jeszcze w mordę dać każe. A zęby nie trzcina, nie odrosną po wylewie, powiadam. W każdym razie przysługę ci robię, po znajomości, że się tak wyrażę... Szkłem płacę, nie żywicą, powiadam. Pamiętaj o tym.
- Nie wziąłbym kif - skrzywił się złodziej. - Tylko szkło. Dlatego przyszedłem do ciebie, Ogryz.
- No, no, no, no. Ty to porządny chłopak jesteś - zgodził się rudzielec, grzebiąc zapamiętale w jakimś koszu. Chciał dodać coś więcej, lecz przerwał mu nagły atak kichania. W końcu jednak kocur wyłonił się z chmury kurzu z pękatą sakwą w pysku.
Ah-saa-brax złapał rzucony mieszek z zważył go w dłoni. Skrzywił się boleśnie oceniając jego zawartość, ale nie odezwał się. Wiedział, że nie ma dużo czasu na pertraktacje. Poza tym wątpił czy zdołałby wyciągnąć więcej od rudzielca. Po interesach z Cieniami zawsze wychodziło się z pchłami... Przełknął więc przekleństwo. Sakiewka zniknęła szybko pod znoszonym ponczo.
- Dzięki i za to - mruknął - Jakoś przeżyję.
- Polecam się na przyszłość. Wpadaj kiedy tylko chcesz, powiadam - Felidae wyszczerzył połamane kły, odprowadzając złodzieja wzrokiem.
[center]

[/center]
[center]***[/center]
Zdążając szybkim krokiem do pałacu oroni starał się mieć oczy wokół głowy. Wiedział, że Bentaresh z pewnością dotarła już do swych sojuszników. Jak wiele ich było i jakimi możliwościami dysponowali? Było to pytanie, na które nie umiał odpowiedzieć. Czy w obliczu klęski zdecydowali się wycofać, czy też liczyli na zemstę? Z pewnością nikt nie ryzykowałby w biały dzień zamachu na Syna Słońca, Alinur czy szanowaną kapłankę. Alchemik także wydawał się względnie bezpieczny z uwagi na swe szlacheckie pochodzenie. Ah-saa-brax wątpił jednak, czy ktokolwiek szukałby pewnego utalentowanego, acz ubogiego muzyka, gdyby spotkało go nieszczęście... Wzdrygnął się lekko czując nagły chłód rozpełzający się wokół serca. Nie, nie miał zamiaru skończyć w rzece, jako kolejne, bezimienne ciało, dając poganom powód do sensacyjnych plotek, na temat Ludzi-Węzy. A przynajmniej nie w najbliższym czasie, obejmującym co najmniej kolejne półwiecze. Co by się nie działo, zamierzał zarobić i zyskać cenne znajomości, wśród możnych. To była istota kwestia, mógłby rzec kluczowa dla rozwoju interesów w branży, którą się zajmował. I nie miał tu na myśli gry na din-gu...
Jem coś po drodze (kupuję gdzieś na straganie coś na szybko: placek kukurydziany z nadzieniem, pieczonego pająka czy cokolwiek. Gdy znajdę się pod pałacem czekam na resztę w takim miejscu, w którym widzi mnie dużo ludzi, więc jestem bezpieczny jeśli idzie o potencjalny zamach. Unikam tłumów i obserwuję okolicę.