PBF: DrecarE - Cienie na Śniegu
- Musimy bronić Kyariela - powiedział Olaf, rozglądając się za dogodną pozycją do obrony czarodzieja podczas inkantowania zaklęcia. Młody zwiadowca pomyślał, że gdyby zabić tego największego, to te mniejsze pajączki może uciekną...
- Ojcze! Ubijmy największego to reszta może ucieknie! Zajmę się nim! - powiedział, stając pewnie na nogach. Wzniósł łuk i zaczekał na pierwszą falę wrogów, jednocześnie upatrując swojej szansy w dobiciu tego największego. Myśli Olafa skupialy się na walce, choć część jego duszy zdawała się krzyczeć, że śmierć jest już nieukniona. Tej walki młody zwiadowca mógł już nie wygrać...
- Ojcze! Ubijmy największego to reszta może ucieknie! Zajmę się nim! - powiedział, stając pewnie na nogach. Wzniósł łuk i zaczekał na pierwszą falę wrogów, jednocześnie upatrując swojej szansy w dobiciu tego największego. Myśli Olafa skupialy się na walce, choć część jego duszy zdawała się krzyczeć, że śmierć jest już nieukniona. Tej walki młody zwiadowca mógł już nie wygrać...
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
-
TatTvamAsi
- Reactions:
- Posty: 423
- Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 14:54
- Been thanked: 3 times
[center]Grupa Brnjara, baza na Wilczych Pustkowiach, 8 zmroczec (ignia), 360 rok Ery Silniri.[/center]
Kuce stąpały żwawo w grubym śniegu. Wracali do schronienia, wracali aby powitać te ledwo znajome, ale wcześniej gościnne progi, teraz puste... już nigdy nie zagości w nich szczery, dźwięczny śmiech ni ciepło. Wiatr omiatał twarz, a w sercu pustka zajęła swe miejsce.
Ukazała się niebawem chata wzniesiona przez Vesteina i jego wyprawę. Przytulne, chwilowe domostwo...
Wiedźma myślała w tej chwili o tym dniu, teraz zdawałoby się tak odległym jak wspomnienie dawno minionych, ciepłych dni. Dniu, w którym poznali się dopiero co w rozświetlonej ogniem wielkiego paleniska komnacie. Ona, Vilberg, Brnjar i jego wojownicy. Młody Vidgar i jego wygadany brat, milczący i zdawałoby się ponury wylkołek... no i oczywiście Kyariel z dalekiej północy, którego zdolności nie raz okazały się niezwykle cenne. Przez tyle czasu, tyle dni i nocy, zawiei śnieżnych... podróżowali razem, walczyli ramię w ramię, wiedząc doskonale, że mogą na sobie polegać. W chwilach spędzonych przy wspólnych posiłku zapominało się o smutku i lęku przed utratą najbliższych. Te momenty przeplatane opowieściami o zwycięskich walkach dawały nadzieję i siłę, aby każdego dnia brnąć dalej... mimo wszelkich przeciwności...
Teraz jednak, jak już byli niemal u kresu podróży... ciepłe wspomnienia zdawały się ulotnymi obrazami, strzępami szarych pajęczyn rozwiewanym szybko przez mroźny wiatr. Kiedyś zdawało się... zdawało się, że mimo licznych walk, a nawet poważnych obrażeń... los okaże swoje przychylne oblicze, a oni wyjdą zwycięsko, a w końcu odnajdą również swoich utraconych bliskich.
Weszli do chaty. Zdjęto zmarłych z kuców.
Brnjar z pomocą swych teraz jeszcze bardziej posępnych wojowników, przeniósł ciała do pokoju. W końcu została sama. Sama z zadaniem, o które nie pojawiłoby się kiedyś nawet w jej najgorszych koszmarach. Ciała były tak blade... zimne. Stroje pokrywały jeszcze świeże okruchy lodu. Bała się... bała się podejść...
Mimo, iż wcześniej widziała rany, widziała pogrążonych w wiecznym śnie przyjaciół. I tak piękną i silną Gunlid. Przyległa wtedy do jej poranionej piersi szepcząc słowa, przekazując zmarłej ostatnie wyrazy dzielonego jeszcze niedawno ciepła i przyjaźni. Teraz jednak bała się... mimo, że widziała rozerwane, pokrwawione ubranie, przerwane mięśnie i potrzaskane kości. Nie było serc.
Trzeba było jednak zbadać towarzyszy. Obowiązek, powinność uzdrowicielki... Ale gdyby tego nie zrobiła? Gdyby nie dowiedzieli się teraz i w porę co mogło być pokrętne i brutalne, skrywając się na tych Pustkowiach, o których chyba tylko wichry Aurena raczą pamiętać...
Wpatrywała się w ich posiniałe ciała. Powoli podeszła do stołów, na których byli ułożeni. Spojrzała na Hatra. To od niego zaczęła oględziny, gdyż strach nie pozwalał zbliżyć się nawet do zmarłej rudowłosej. Odgarnęła delikatnie amulety pokrywające tors. Powoli rozwiązała rzemienie skórzanej zbroi odsłaniając pokrytą zakrwawioną tuniką pierś. Rana byłą tak rozległa... tak silnie i brutalnie zadana... serce wyrwane z całą siłą... przyglądała się wnikliwie rozerwanym i okrzepłym już od mrozu tkankom...
Kuce stąpały żwawo w grubym śniegu. Wracali do schronienia, wracali aby powitać te ledwo znajome, ale wcześniej gościnne progi, teraz puste... już nigdy nie zagości w nich szczery, dźwięczny śmiech ni ciepło. Wiatr omiatał twarz, a w sercu pustka zajęła swe miejsce.
Ukazała się niebawem chata wzniesiona przez Vesteina i jego wyprawę. Przytulne, chwilowe domostwo...
Wiedźma myślała w tej chwili o tym dniu, teraz zdawałoby się tak odległym jak wspomnienie dawno minionych, ciepłych dni. Dniu, w którym poznali się dopiero co w rozświetlonej ogniem wielkiego paleniska komnacie. Ona, Vilberg, Brnjar i jego wojownicy. Młody Vidgar i jego wygadany brat, milczący i zdawałoby się ponury wylkołek... no i oczywiście Kyariel z dalekiej północy, którego zdolności nie raz okazały się niezwykle cenne. Przez tyle czasu, tyle dni i nocy, zawiei śnieżnych... podróżowali razem, walczyli ramię w ramię, wiedząc doskonale, że mogą na sobie polegać. W chwilach spędzonych przy wspólnych posiłku zapominało się o smutku i lęku przed utratą najbliższych. Te momenty przeplatane opowieściami o zwycięskich walkach dawały nadzieję i siłę, aby każdego dnia brnąć dalej... mimo wszelkich przeciwności...
Teraz jednak, jak już byli niemal u kresu podróży... ciepłe wspomnienia zdawały się ulotnymi obrazami, strzępami szarych pajęczyn rozwiewanym szybko przez mroźny wiatr. Kiedyś zdawało się... zdawało się, że mimo licznych walk, a nawet poważnych obrażeń... los okaże swoje przychylne oblicze, a oni wyjdą zwycięsko, a w końcu odnajdą również swoich utraconych bliskich.
Weszli do chaty. Zdjęto zmarłych z kuców.
Brnjar z pomocą swych teraz jeszcze bardziej posępnych wojowników, przeniósł ciała do pokoju. W końcu została sama. Sama z zadaniem, o które nie pojawiłoby się kiedyś nawet w jej najgorszych koszmarach. Ciała były tak blade... zimne. Stroje pokrywały jeszcze świeże okruchy lodu. Bała się... bała się podejść...
Mimo, iż wcześniej widziała rany, widziała pogrążonych w wiecznym śnie przyjaciół. I tak piękną i silną Gunlid. Przyległa wtedy do jej poranionej piersi szepcząc słowa, przekazując zmarłej ostatnie wyrazy dzielonego jeszcze niedawno ciepła i przyjaźni. Teraz jednak bała się... mimo, że widziała rozerwane, pokrwawione ubranie, przerwane mięśnie i potrzaskane kości. Nie było serc.
Trzeba było jednak zbadać towarzyszy. Obowiązek, powinność uzdrowicielki... Ale gdyby tego nie zrobiła? Gdyby nie dowiedzieli się teraz i w porę co mogło być pokrętne i brutalne, skrywając się na tych Pustkowiach, o których chyba tylko wichry Aurena raczą pamiętać...
Wpatrywała się w ich posiniałe ciała. Powoli podeszła do stołów, na których byli ułożeni. Spojrzała na Hatra. To od niego zaczęła oględziny, gdyż strach nie pozwalał zbliżyć się nawet do zmarłej rudowłosej. Odgarnęła delikatnie amulety pokrywające tors. Powoli rozwiązała rzemienie skórzanej zbroi odsłaniając pokrytą zakrwawioną tuniką pierś. Rana byłą tak rozległa... tak silnie i brutalnie zadana... serce wyrwane z całą siłą... przyglądała się wnikliwie rozerwanym i okrzepłym już od mrozu tkankom...
Tak jak deklarowałam wcześniej, wiedźma sprawdza ciała swoich przyjaciół, ich rany, aby określić jak i co mogło wydrzeć serca towarzyszy (z Medycyny Ezoterycznej). A później jak dojdzie do tego jak to się stało, będzie właśnie myśleć, co zaatakowało towarzyszy - Bestiariologia/Kosmolgia.
Czarownica, choć opanowała już spazmy płaczu, nadal czuje rozpacz i też strach. Z trudem jakoś zajmie się oglądaniem ran, gdyż jest to konieczne.
-
zapalki_chaosu
- Reactions:
- Posty: 167
- Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57
[center]Grupa Vilberga, Dellan Kayle, 8 zmroczec (ignia), 360 rok Ery Silniri.[/center]
- Dajesz Olaf, przypomnij sobie jak trafiałeś do tych oprychów co skroili klucz do grobowca Haurra Gromodzierżcy!. Ja będę osłaniał maga bo coś mi się zdaje, że na nim się skupią te poczwary!
Nagła złość i jakaś gwałtowna energia wypełniła młodego Nardlens od środka i o dziwo drżenie kolan od razu ustało. Wreszcie pojawiło się coś co wyrwało go z dziwnych myśli i niepokojących wyobrażeń. A do tego agresja, którą czuł działa lepiej nawet niż specyfik z manierki Vilberga.
Swoją drogą, ta agresja była nawet dziwnie wielkich rozmiarów. Gdyby Vidgar był bardziej ciekaw i świadom swoich własnych uczuć, pewnie stwierdziłby, że całe to plugastwo i sposób w jaki ta ziemia była przeklęta i sam fakt, że musiał oddychać tym samym powietrzem i to, że tylu dobrych Nardlens a w tym jego wuj, zniknęli tutaj bez nadziei i wieści, sprawiał, że czuł się w środku skrzywdzony. To wszystko zaprzeczało temu w co wierzył i co kochał w świecie, w którym przyszło mu się urodzić. Ta ciemność kradła esencję wypełniającą wszelkie piękno, nie pozostawiając nic. Była wrogiem wszelkiego życia, jeśli czegoś nie pożerała to wypaczała w formy groteskowe i żałosne.
Vidgar jednak mało był dość obojętny na meandry jakimi chadzały jego rezonujące z podświadomością skojarzenia i nie zdawał sobie z powyższego sprawy. Wyszczerzył zęby i miał wrażenie, że gniew, który go wypełniał sprawia, że trochę świeci, jakby miał w środku płomień. Rozpoznał ten płomień i pomyślał, że Ridvina patrzy na nich w tej opuszczonej przez bogów krainie. Szczerzył zęby i miał ochotę dosłownie rozszarpać te plugawe pająki na strzępy.
- Na RIDVINĘ SCZEŹNIECIE ŚCIERWA PLUGAWE!!! - wrzasnął ścierając się z pierwszym z pająków.
[center]
[/center]
- Dajesz Olaf, przypomnij sobie jak trafiałeś do tych oprychów co skroili klucz do grobowca Haurra Gromodzierżcy!. Ja będę osłaniał maga bo coś mi się zdaje, że na nim się skupią te poczwary!
Nagła złość i jakaś gwałtowna energia wypełniła młodego Nardlens od środka i o dziwo drżenie kolan od razu ustało. Wreszcie pojawiło się coś co wyrwało go z dziwnych myśli i niepokojących wyobrażeń. A do tego agresja, którą czuł działa lepiej nawet niż specyfik z manierki Vilberga.
Swoją drogą, ta agresja była nawet dziwnie wielkich rozmiarów. Gdyby Vidgar był bardziej ciekaw i świadom swoich własnych uczuć, pewnie stwierdziłby, że całe to plugastwo i sposób w jaki ta ziemia była przeklęta i sam fakt, że musiał oddychać tym samym powietrzem i to, że tylu dobrych Nardlens a w tym jego wuj, zniknęli tutaj bez nadziei i wieści, sprawiał, że czuł się w środku skrzywdzony. To wszystko zaprzeczało temu w co wierzył i co kochał w świecie, w którym przyszło mu się urodzić. Ta ciemność kradła esencję wypełniającą wszelkie piękno, nie pozostawiając nic. Była wrogiem wszelkiego życia, jeśli czegoś nie pożerała to wypaczała w formy groteskowe i żałosne.
Vidgar jednak mało był dość obojętny na meandry jakimi chadzały jego rezonujące z podświadomością skojarzenia i nie zdawał sobie z powyższego sprawy. Wyszczerzył zęby i miał wrażenie, że gniew, który go wypełniał sprawia, że trochę świeci, jakby miał w środku płomień. Rozpoznał ten płomień i pomyślał, że Ridvina patrzy na nich w tej opuszczonej przez bogów krainie. Szczerzył zęby i miał ochotę dosłownie rozszarpać te plugawe pająki na strzępy.
- Na RIDVINĘ SCZEŹNIECIE ŚCIERWA PLUGAWE!!! - wrzasnął ścierając się z pierwszym z pająków.
O ile to możliwe, Vidgar chce ustawić się kilka metrów przed Alfrem, odcinając od niego pająki. Nie chce jednak odchodzić za daleko, bo ich jest więcej, i jeśli jakiś doskoczy do maga, to Vidgar przede wszystkim, będzie chciał go ukatrupić.
[center]SHIELDWALL[/center][center]
[/center]
Ostatnio zmieniony 25 kwietnia 2016, 14:42 przez zapalki_chaosu, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]Grupa Vilberga, Dellan Kayle, 8 zmroczec (ignia), 360 rok Ery Silniri.[/center]
[center]Podkład: Gods of Thunder of Wind and the Rain[/center]
[center]
[/center]
Choć Olafowi nie było to w smak, największy potwór pozostał na drzewie nie kwapiąc się do bitki. Klekotał jednak zapamiętale, co musiało stanowić jakiś rodzaj pajęczego zawołania do walki, pozostałe stawonogi bowiem wyłoniły się z lasu i skierowały ku grupce wędrowców, stojących na niewielkiej wysepce twardszego gruntu. Widząc to Vilberg zdjął z ramienia tarczę i dobył miecza:
- Na Aurena - rzekł do Vidgara. - Czas zobaczyć chłopcze, czego cię ojciec nauczył!
- Stawaj przy mnie, razem stawimy czoła tym paskudom! Olafie, niech cięciwa twego łuku zagra im pieśń śmierci! Nie ma takiego robactwa, co by ród nasz pokonać mogło! - huknął, wznosząc miecz. Vidgar zawtórował mu bojowym zawołaniem i obaj unieśli tarcze, stając ramię przy ramieniu.
[center]
[/center]
Skakuny zbliżały się niezwykle szybko, poruszając długimi skokami i Olaf słał w ich kierunku strzałę za strzałą. Choć największy z potworów pozostał poza zasięgiem Młodego Wilka, przecież groty utkwiły w kolejnym, tłustym cielsku, posyłając najroślejszego z ohydnych stworów w bagno. Pozostałe jednak nie zwróciły uwagi na śmierć swego pobratymca i rzuciły się na skrytych za tarczami wojowników. Obaj przyjęli impet uderzenia i odepchnęli skakuny tarczami. Nagle wokół zaroiło się od kąsających szczęk, długich odnóży i rozdętych odwłoków. Vidgar pilnował, by nie opuścić tarczy, jednocześnie parując ciosy trzymanym w drugim ręku mieczem. Vilberg czynił podobnie, wyszukując sposobności do krótkich i śmiercionośnych ataków. Jego pewność i skuteczność w walce świadczyła o doświadczeniu wyniesionym z wielu bitew i Vidgar nie raz spoglądał na wuja z podziwem, gdy ten jednym celnym uderzeniem, wyprowadzonym w szczelinie między dwoma tarczami, posyłał na ziemię kolejnego skakuna.
Einherier starał się przede wszystkim wytrwać, wiedząc, iż ściągając na siebie ataki wroga, daje czas Olafowi do uśmiercenia kolejnych paskud. Zagryzł więc zęby i nie marnując oddechu na okrzyki, warczał jedynie wściekle, parując kolejne ataki. Pot spływał po czole wojownika, a miecz i tarcza w jego ręku zdawały się coraz cięższe, stał jednak pewnie, uniemożliwiając pająkom wdarcie się głębiej na wysepkę. W jednej chwili ujrzał stwora, który próbował wyminąć go kierując się ku Kyarielowi i widząc, iż przeciwnik jest doń obrócony bokiem, natychmiast wykorzystał lukę w jego obronie, wbijając miecz głęboko w grzbiet pająka. Zaśmiał się chrapliwie widząc, jak przeciwnik cofa się gwałtownie, brocząc czarną krwią. Jednak kolejne ataki nie pozostawiły mu czasu na obserwację i ponownie musiał skupić się na ich odparciu.
Olaf wypuszczał kolejne strzały, mierząc w kłębowisko, w którym prawie zniknął jego ojciec i kuzyn. Zaciskał zęby nie chcąc tracić cennej chwili na przekleństwo czy okrzyk bojowy. Teraz liczyła się każda chwila, a najmniejszy błąd ręki i oka mógł mieć tragiczne skutki. Mimo wszystko w pośpiechu kilka razy chybił, co sprawiało, że miął w ustach kolejne inwektywy w kierunku pająków, starając się wspomóc walczących członków rodu.
Pająki padały pod gradem strzał i ciosami mieczy, wciąż jednak nie chciały się wycofać. Nawet, gdy pozostały już tylko dwa, z których jeden broczył obficie krwią, nadał próbowały zajadle kąsać atakujących je ludzi, rezygnując z ucieczki. W końcu jednak ostatnia strzała świsnęła w powietrzu i po raz ostatni błysnęła stal. Potwory legły na ziemi, pokonane... Vilberg krzyknął w triumfie imię Aurena wznosząc w górę pokryty posoką miecz. Zawtórował mu Vidgar wykrzykując imię Ridviny. Olaf uśmiechnął się szeroko widząc, że członkowie jego rodu są cali i zdrowi. Spojrzał jeszcze groźnie w kierunku wielkiego pająka, lecz ten, widząc porażkę swego rodzaju, wycofał się i zniknął wśród drzew po drugiej stronie bagna...
We trójkę odwrócili się w kierunku Kyariela, który klęczał pomiędzy trzema kamieniami, recytując jakieś dziwnie brzmiące słowa. Czarodziej miał zamknięte oczy i zdawał się całkowicie nieświadom tego, co działo się wokół. Nagle znaki na kamieniach ożyły, rozpalając się zimnym, błękitnym światłem. Nardlens ujrzeli, jak z postać maga zadrżała, a z jego ciała wydobyła się energia, podobna do widmowego płomienia. Ta dziwna moc wzniosła się ponad alfrem niczym jakiś mistyczny kwiat, a następnie, eksplodowała bezgłośnie, wnikając w kamienne filary. Jarzące się na niebiesko znaki zgasły, mag zaś osunął się nieprzytomny na ziemię.
[center]
[/center]
[center]Podkład: Gods of Thunder of Wind and the Rain[/center]
[center]
[/center]Choć Olafowi nie było to w smak, największy potwór pozostał na drzewie nie kwapiąc się do bitki. Klekotał jednak zapamiętale, co musiało stanowić jakiś rodzaj pajęczego zawołania do walki, pozostałe stawonogi bowiem wyłoniły się z lasu i skierowały ku grupce wędrowców, stojących na niewielkiej wysepce twardszego gruntu. Widząc to Vilberg zdjął z ramienia tarczę i dobył miecza:
- Na Aurena - rzekł do Vidgara. - Czas zobaczyć chłopcze, czego cię ojciec nauczył!
- Stawaj przy mnie, razem stawimy czoła tym paskudom! Olafie, niech cięciwa twego łuku zagra im pieśń śmierci! Nie ma takiego robactwa, co by ród nasz pokonać mogło! - huknął, wznosząc miecz. Vidgar zawtórował mu bojowym zawołaniem i obaj unieśli tarcze, stając ramię przy ramieniu.
[center]
[/center]Skakuny zbliżały się niezwykle szybko, poruszając długimi skokami i Olaf słał w ich kierunku strzałę za strzałą. Choć największy z potworów pozostał poza zasięgiem Młodego Wilka, przecież groty utkwiły w kolejnym, tłustym cielsku, posyłając najroślejszego z ohydnych stworów w bagno. Pozostałe jednak nie zwróciły uwagi na śmierć swego pobratymca i rzuciły się na skrytych za tarczami wojowników. Obaj przyjęli impet uderzenia i odepchnęli skakuny tarczami. Nagle wokół zaroiło się od kąsających szczęk, długich odnóży i rozdętych odwłoków. Vidgar pilnował, by nie opuścić tarczy, jednocześnie parując ciosy trzymanym w drugim ręku mieczem. Vilberg czynił podobnie, wyszukując sposobności do krótkich i śmiercionośnych ataków. Jego pewność i skuteczność w walce świadczyła o doświadczeniu wyniesionym z wielu bitew i Vidgar nie raz spoglądał na wuja z podziwem, gdy ten jednym celnym uderzeniem, wyprowadzonym w szczelinie między dwoma tarczami, posyłał na ziemię kolejnego skakuna.
Einherier starał się przede wszystkim wytrwać, wiedząc, iż ściągając na siebie ataki wroga, daje czas Olafowi do uśmiercenia kolejnych paskud. Zagryzł więc zęby i nie marnując oddechu na okrzyki, warczał jedynie wściekle, parując kolejne ataki. Pot spływał po czole wojownika, a miecz i tarcza w jego ręku zdawały się coraz cięższe, stał jednak pewnie, uniemożliwiając pająkom wdarcie się głębiej na wysepkę. W jednej chwili ujrzał stwora, który próbował wyminąć go kierując się ku Kyarielowi i widząc, iż przeciwnik jest doń obrócony bokiem, natychmiast wykorzystał lukę w jego obronie, wbijając miecz głęboko w grzbiet pająka. Zaśmiał się chrapliwie widząc, jak przeciwnik cofa się gwałtownie, brocząc czarną krwią. Jednak kolejne ataki nie pozostawiły mu czasu na obserwację i ponownie musiał skupić się na ich odparciu.
Olaf wypuszczał kolejne strzały, mierząc w kłębowisko, w którym prawie zniknął jego ojciec i kuzyn. Zaciskał zęby nie chcąc tracić cennej chwili na przekleństwo czy okrzyk bojowy. Teraz liczyła się każda chwila, a najmniejszy błąd ręki i oka mógł mieć tragiczne skutki. Mimo wszystko w pośpiechu kilka razy chybił, co sprawiało, że miął w ustach kolejne inwektywy w kierunku pająków, starając się wspomóc walczących członków rodu.
Pająki padały pod gradem strzał i ciosami mieczy, wciąż jednak nie chciały się wycofać. Nawet, gdy pozostały już tylko dwa, z których jeden broczył obficie krwią, nadał próbowały zajadle kąsać atakujących je ludzi, rezygnując z ucieczki. W końcu jednak ostatnia strzała świsnęła w powietrzu i po raz ostatni błysnęła stal. Potwory legły na ziemi, pokonane... Vilberg krzyknął w triumfie imię Aurena wznosząc w górę pokryty posoką miecz. Zawtórował mu Vidgar wykrzykując imię Ridviny. Olaf uśmiechnął się szeroko widząc, że członkowie jego rodu są cali i zdrowi. Spojrzał jeszcze groźnie w kierunku wielkiego pająka, lecz ten, widząc porażkę swego rodzaju, wycofał się i zniknął wśród drzew po drugiej stronie bagna...
We trójkę odwrócili się w kierunku Kyariela, który klęczał pomiędzy trzema kamieniami, recytując jakieś dziwnie brzmiące słowa. Czarodziej miał zamknięte oczy i zdawał się całkowicie nieświadom tego, co działo się wokół. Nagle znaki na kamieniach ożyły, rozpalając się zimnym, błękitnym światłem. Nardlens ujrzeli, jak z postać maga zadrżała, a z jego ciała wydobyła się energia, podobna do widmowego płomienia. Ta dziwna moc wzniosła się ponad alfrem niczym jakiś mistyczny kwiat, a następnie, eksplodowała bezgłośnie, wnikając w kamienne filary. Jarzące się na niebiesko znaki zgasły, mag zaś osunął się nieprzytomny na ziemię.
[center]
[/center]Spoiler!
Spoiler!
Kyariel kończy rytuał: Test Magii Rytualnej (SW + Magia Rytualna):
42 + 3 +10 (za zwiększoną ofiarę z krwi), +10 za (właściwy czas wykonania ceremonii) - 10 (rozproszenie z uwagi na walkę w pobliżu) = 55. Rzut: 22. Test zdany z trzema przebiciami! Oznacza to, że macie niesamowite szczęście, gdyż tylko właśnie było trzeba, by mag zapanował nad energią w trakcie rytuału. Kyariel traci 10 punktów Energii, co oznacza, że pada nieprzytomny na ziemię. Rytuał się powiódł.
42 + 3 +10 (za zwiększoną ofiarę z krwi), +10 za (właściwy czas wykonania ceremonii) - 10 (rozproszenie z uwagi na walkę w pobliżu) = 55. Rzut: 22. Test zdany z trzema przebiciami! Oznacza to, że macie niesamowite szczęście, gdyż tylko właśnie było trzeba, by mag zapanował nad energią w trakcie rytuału. Kyariel traci 10 punktów Energii, co oznacza, że pada nieprzytomny na ziemię. Rytuał się powiódł.
Plan bitki przedstawia sytuację w drugiej rundzie walki. Następnie pająki przeskoczyły na waszą wysepkę i tą małą obok, a później was zaatakowały.
Gwiazdki oczywiście oznaczają magiczne kamienie.
Gwiazdki oczywiście oznaczają magiczne kamienie.
Ostatnio zmieniony 25 kwietnia 2016, 23:50 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
zapalki_chaosu
- Reactions:
- Posty: 167
- Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57
[center]Grupa Vilberga, Dellan Kayle, 8 zmroczec (ignia), 360 rok Ery Silniri.[/center]
- A ten co? Znowu będzie nurkował? - Zakrzyknął jednak nie za głośno Vidgar i podbiegł do nie tyle upadłego co upadniętego maga.
Nie wiedział jednak za bardzo czy to wszystko miało się tak potoczyć i czy to nie jest kolejny etap zdobywania wiedzy z mordą w trzęsawisku. Na wszelki wypadek więc, ułożył go tylko wygodnie aby się tamten nie udusił. Wbił miecz w grunt, położył tarczę i stosunkowo delikatnie lecz zdecydowanie przełożył Alfra na plecy, głowę opierając o jego zwinięty kaptur..
- Co teraz? Znowu będziemy go cucić bimbrem? A może on tylko udaje bo mu się pić zachciało? - młodemu wojownikowi humor dopisywał co przekładało się na jak mu się wydawało dowcipne powiedzonka. Jakaś zmiana w otoczeniu po tej eksplozji a także ilość światła, która temu towarzyszyła dotarły do niego w końcu i wtedy spoważniał. Wstał podnosząc tarczę. Wytarł dokładnie miecz o trawy i cokolwiek co się do tego nadawało a ostatecznie o połę płaszcza i rękaw.
- Nie znam się na tym, ale cokolwiek zrobił chyba mu się udało. Bo to światło jakąś taką otuchę wlało do mego serca. Tak jak nasza zwycięska walka. To zaszczyt i wielka radość dla mnie walczyć u twojego boku wuju i mając ciebie kilka metrów za plecami Olafie. - Tu wyszczerzył się dumnie do wuja i kuzyna.
- Wuju co z nim robimy? - Tu skinął głową na Kyariela.
- A ten co? Znowu będzie nurkował? - Zakrzyknął jednak nie za głośno Vidgar i podbiegł do nie tyle upadłego co upadniętego maga.
Nie wiedział jednak za bardzo czy to wszystko miało się tak potoczyć i czy to nie jest kolejny etap zdobywania wiedzy z mordą w trzęsawisku. Na wszelki wypadek więc, ułożył go tylko wygodnie aby się tamten nie udusił. Wbił miecz w grunt, położył tarczę i stosunkowo delikatnie lecz zdecydowanie przełożył Alfra na plecy, głowę opierając o jego zwinięty kaptur..
- Co teraz? Znowu będziemy go cucić bimbrem? A może on tylko udaje bo mu się pić zachciało? - młodemu wojownikowi humor dopisywał co przekładało się na jak mu się wydawało dowcipne powiedzonka. Jakaś zmiana w otoczeniu po tej eksplozji a także ilość światła, która temu towarzyszyła dotarły do niego w końcu i wtedy spoważniał. Wstał podnosząc tarczę. Wytarł dokładnie miecz o trawy i cokolwiek co się do tego nadawało a ostatecznie o połę płaszcza i rękaw.
- Nie znam się na tym, ale cokolwiek zrobił chyba mu się udało. Bo to światło jakąś taką otuchę wlało do mego serca. Tak jak nasza zwycięska walka. To zaszczyt i wielka radość dla mnie walczyć u twojego boku wuju i mając ciebie kilka metrów za plecami Olafie. - Tu wyszczerzył się dumnie do wuja i kuzyna.
- Wuju co z nim robimy? - Tu skinął głową na Kyariela.
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Grupa Brnjara, baza na Wilczych Pustkowiach, 8 zmroczec (ignia), 360 rok Ery Silniri.
Zimne i ponure niebo odprowadziło ich do posterunku, który opuścili rano. Oczywiście pozostała grupa nie wróciła jeszcze, co tylko podłamało Wylkołka na duchu jeszcze mocniej. I tak czuł się odpowiedzialny za los Gunlid i jej towarzyszy, nie wybaczyłby sobie, gdyby coś stało się jeszcze komuś.
Kiedy wprowadzili kuce do stajni i jedne zwierzęta przekazały smutne wieści pozostałym, te jak na komendę zaczęły zawodzić. I Tańczący wiedział doskonale dlaczego, co zasmuciło go jeszcze bardziej. A jako, że był za ten stan rzeczy bezpośrednio odpowiedzialny, postanowił biednym stworzeniom dodać tyle otuchy, ile tylko będzie w stanie. Pech jednak chciał, że nie za bardzo wiedział jak się do tego zabrać. On sam co prawda również miał swego podopiecznego, jak się jednak okazało, kuc i sokół to zupełnie inna para kaloszy.
Długo potrwało, nim przestraszone zwierzęta przestały generować chaos i pozwoliły się ustawić na miejscach. Początkowo Tańczący po Czarnej Spirali starał się naśladować poległą towarzyszkę wyprawy, za którą rozpaczały kuce. Nie przynosiło to jednak absolutnie żadnych efektów. Zrezygnował więc z prób naśladowania ich opiekunki i chociaż był pełen wątpliwości co do swojego pomysłu, zaczął je uspokajać tak, jak uspokajał by każdą inną istotę. Starał się dać im odczuć, że jednak ktoś z nimi wciąż jest i nie zostały same. Nie nastąpiła co prawda żadna spektakularna poprawa, ale jakaś tam nastąpiła. Kuce przestały starać się stratować wszystko co stanęło im na drodze, włącznie z uspokajającymi ich Brjarnem i Wylkołkiem. Jednak ich płaczu i niekrytej rozpaczy nie udało się załagodzić do końca. Kiedy opuszczali stodołę, odprowadzało ich zawodzenie zwierząt, opłakujących śmierć przyjaciółki.
Po drodze do głównego budynku Tańczący pozwolił Brjarnowi się wyprzedzić, mamrocąc pod nosem, że potrzebuje jeszcze chwili świeżego powietrza. Kiedy został sam, poprosił swojego skrzydlatego przyjaciela, by z wysokości postarał się wypatrzeć tak przez niego wyczekiwaną drugą grupę. Kiedy jednak poczuł w głowie myśl ptaka, która oznaczała że niestety nic nie udało mu się dostrzec, zawołał Sokoła do siebie i razem weszli do środka.
Zimne i ponure niebo odprowadziło ich do posterunku, który opuścili rano. Oczywiście pozostała grupa nie wróciła jeszcze, co tylko podłamało Wylkołka na duchu jeszcze mocniej. I tak czuł się odpowiedzialny za los Gunlid i jej towarzyszy, nie wybaczyłby sobie, gdyby coś stało się jeszcze komuś.
Kiedy wprowadzili kuce do stajni i jedne zwierzęta przekazały smutne wieści pozostałym, te jak na komendę zaczęły zawodzić. I Tańczący wiedział doskonale dlaczego, co zasmuciło go jeszcze bardziej. A jako, że był za ten stan rzeczy bezpośrednio odpowiedzialny, postanowił biednym stworzeniom dodać tyle otuchy, ile tylko będzie w stanie. Pech jednak chciał, że nie za bardzo wiedział jak się do tego zabrać. On sam co prawda również miał swego podopiecznego, jak się jednak okazało, kuc i sokół to zupełnie inna para kaloszy.
Długo potrwało, nim przestraszone zwierzęta przestały generować chaos i pozwoliły się ustawić na miejscach. Początkowo Tańczący po Czarnej Spirali starał się naśladować poległą towarzyszkę wyprawy, za którą rozpaczały kuce. Nie przynosiło to jednak absolutnie żadnych efektów. Zrezygnował więc z prób naśladowania ich opiekunki i chociaż był pełen wątpliwości co do swojego pomysłu, zaczął je uspokajać tak, jak uspokajał by każdą inną istotę. Starał się dać im odczuć, że jednak ktoś z nimi wciąż jest i nie zostały same. Nie nastąpiła co prawda żadna spektakularna poprawa, ale jakaś tam nastąpiła. Kuce przestały starać się stratować wszystko co stanęło im na drodze, włącznie z uspokajającymi ich Brjarnem i Wylkołkiem. Jednak ich płaczu i niekrytej rozpaczy nie udało się załagodzić do końca. Kiedy opuszczali stodołę, odprowadzało ich zawodzenie zwierząt, opłakujących śmierć przyjaciółki.
Po drodze do głównego budynku Tańczący pozwolił Brjarnowi się wyprzedzić, mamrocąc pod nosem, że potrzebuje jeszcze chwili świeżego powietrza. Kiedy został sam, poprosił swojego skrzydlatego przyjaciela, by z wysokości postarał się wypatrzeć tak przez niego wyczekiwaną drugą grupę. Kiedy jednak poczuł w głowie myśl ptaka, która oznaczała że niestety nic nie udało mu się dostrzec, zawołał Sokoła do siebie i razem weszli do środka.
W środku zajmuję miejsce przy runicznym grzejniku. Jestem do dyspozycji jeśli byłbym potrzebny, ale sam z siebie cierpię w milczeniu.
Tańczący jest załamany. Czuje się winny i bezsilny. Martwi się o resztę załogi, jednak jeszcze bardziej martwi się tym, jak zareagują kiedy powie im, że to co się stało, stało się z jego winy.
Ostatnio zmieniony 27 kwietnia 2016, 17:41 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]Grupa Brnjara, baza na Wilczych Pustkowiach, 8 zmroczec (ignia), 360 rok Ery Silniri.[/center]
Tańczący po Czarnej Spirali pospieszył by pomóc Brnjarowi uspokoić zrozpaczone konie. Dotykając nosem ich pysków i sapiąc przyjaźnie starał się dodać im nieco otuchy. Nie na wiele się to zdało, jednak w końcu, kuce przestały krążyć po stajni i staneły nieco spokojniej, rżąc tylko żałośnie i zwieszając głowy. Wylkołek sam nie czuł się dużo lepiej, lecz starał się skupić na działaniu, wiedząc, że nadmierne przeżywanie śmierci towarzyszy nie może już im pomóc. Choć obawiał się, że ich twarze ujrzy jeszcze nie raz w swoich snach...
Norlaug przystąpiła do oględzin ciał przyjaciół. Zdejmując odzienie, które nie będzie już nikomu potrzebne, recytowała modły za zmarłych i zaklęcia, mające wspomóc dusze w drodze do Nawji. Głos jej chwilami łamał się i drżał, jednak starała się zrobić wszystko jak najlepiej, wiedząc, że nikt poza nią nie wykona tego gorzkiego obowiązku. Przemyła rany i poczęła badać je uważnie, starając się ocenić ich kształt i rozmiary. Głębokość cięć przejmowała dreszczem. Nikt, żaden człowiek, nawet przemieniony w niedźwiedzia, nie był w stanie zadać takich obrażeń...
Kyariel ocknął się nagle i zamrugał oczyma. Musiał przyznać, że doszedł do siebie w porę, Vilberg już bowiem przyklękał obok, gotów wlać mu do gardła kolejną porcję palącego specyfiku, ze swej przerażająco pojemnej manierki. Mag potrząsnął gwałtownie głową, dając znak, iż nie potrzebuje pomocy, a następnie usiadł. Wszystko wydawało się mu takie... Inne. Spoglądając na dopalające się na kamieniach świece zorientował się, iż nie czuje żadnego związku z falującymi na wietrze płomykami... Tak jakby stanowiły zupełnie oddzielną manifestację, jak kamień czy drzewo... Nie potrafił wzbudzić sobie tej więzi, która przez całe życie mu towarzyszyła... Przez chwilę fakt ten napełnił go przerażeniem i straszliwym poczuciem straty. Szukając w rozpaczy czegoś, co mogłoby stanowić dlań oparcie pojął nagle, iż część jego ducha lgnie ku rozlanej wkoło wodzie. Spojrzał na grzęzawisko i poczuł, jak obecność żywiołu przywraca mu odrobinę spokoju... Woda była mętna i zastała, czuł to, a jednak odnajdywał w niej teraz jakiś element, który rezonował głęboko z jego naturą. Tak jakby Ogień, który opuścił go pozostawił po sobie pustą przestrzeń, którą teraz wypełniał Żywioł Wody... I mag wiedział, że ta niespodziewana metamorfoza zmieniła w nim bardzo wiele...
Tańczący po Czarnej Spirali pospieszył by pomóc Brnjarowi uspokoić zrozpaczone konie. Dotykając nosem ich pysków i sapiąc przyjaźnie starał się dodać im nieco otuchy. Nie na wiele się to zdało, jednak w końcu, kuce przestały krążyć po stajni i staneły nieco spokojniej, rżąc tylko żałośnie i zwieszając głowy. Wylkołek sam nie czuł się dużo lepiej, lecz starał się skupić na działaniu, wiedząc, że nadmierne przeżywanie śmierci towarzyszy nie może już im pomóc. Choć obawiał się, że ich twarze ujrzy jeszcze nie raz w swoich snach...
Norlaug przystąpiła do oględzin ciał przyjaciół. Zdejmując odzienie, które nie będzie już nikomu potrzebne, recytowała modły za zmarłych i zaklęcia, mające wspomóc dusze w drodze do Nawji. Głos jej chwilami łamał się i drżał, jednak starała się zrobić wszystko jak najlepiej, wiedząc, że nikt poza nią nie wykona tego gorzkiego obowiązku. Przemyła rany i poczęła badać je uważnie, starając się ocenić ich kształt i rozmiary. Głębokość cięć przejmowała dreszczem. Nikt, żaden człowiek, nawet przemieniony w niedźwiedzia, nie był w stanie zadać takich obrażeń...
Tańczący po Czarnej Spirali: Test uspokajania zwierząt (Cha. + Oswajanie)
14 + 3 = 17; Rzut: 17. Marginalny sukces (ale jednak sukces). Nie zdołasz całkowicie uspokoić zwierząt, które nadal będą głośno rżeć i rozpaczać w swoim języku, ale twoja obecność pomoże im przynajmniej na tyle, że nie wpadną w popłoch i nie będą próbowały uciec ze stajni.
Uwaga dla osób mniej znających system: konie Nardlens są tak chowane, by nie bały się ani wilków, ani niedźwiedzi.
14 + 3 = 17; Rzut: 17. Marginalny sukces (ale jednak sukces). Nie zdołasz całkowicie uspokoić zwierząt, które nadal będą głośno rżeć i rozpaczać w swoim języku, ale twoja obecność pomoże im przynajmniej na tyle, że nie wpadną w popłoch i nie będą próbowały uciec ze stajni.
Uwaga dla osób mniej znających system: konie Nardlens są tak chowane, by nie bały się ani wilków, ani niedźwiedzi.
Spoiler!
[center]Grupa Vilberga, Dellan Kayle, 8 zmroczec (ignia), 360 rok Ery Silniri.[/center]Kyariel ocknął się nagle i zamrugał oczyma. Musiał przyznać, że doszedł do siebie w porę, Vilberg już bowiem przyklękał obok, gotów wlać mu do gardła kolejną porcję palącego specyfiku, ze swej przerażająco pojemnej manierki. Mag potrząsnął gwałtownie głową, dając znak, iż nie potrzebuje pomocy, a następnie usiadł. Wszystko wydawało się mu takie... Inne. Spoglądając na dopalające się na kamieniach świece zorientował się, iż nie czuje żadnego związku z falującymi na wietrze płomykami... Tak jakby stanowiły zupełnie oddzielną manifestację, jak kamień czy drzewo... Nie potrafił wzbudzić sobie tej więzi, która przez całe życie mu towarzyszyła... Przez chwilę fakt ten napełnił go przerażeniem i straszliwym poczuciem straty. Szukając w rozpaczy czegoś, co mogłoby stanowić dlań oparcie pojął nagle, iż część jego ducha lgnie ku rozlanej wkoło wodzie. Spojrzał na grzęzawisko i poczuł, jak obecność żywiołu przywraca mu odrobinę spokoju... Woda była mętna i zastała, czuł to, a jednak odnajdywał w niej teraz jakiś element, który rezonował głęboko z jego naturą. Tak jakby Ogień, który opuścił go pozostawił po sobie pustą przestrzeń, którą teraz wypełniał Żywioł Wody... I mag wiedział, że ta niespodziewana metamorfoza zmieniła w nim bardzo wiele...
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
Walka była bardzo zażarta i Olaf miał kilka chwil zwątpienia. Na szczęście jego kuzyn i ojciec dobrze wytrzymali natarcie i powstrzymali atak oszalałych bestii, będącymi magicznymi bękartami. Olaf przykucnął zmęczony, oddychając ciężko. Spojrzał tylko na podnoszącego się Kyariela, który miał już prawie w gardle specjalną miksturę cucącą od ojca.
- Ten bimber postawiłby trupa na nogi - pomyślał, siląc się na uśmiech. Teraz, gdy zagrożenie częściowo minęło, a czarodziej odprawił swój rytuał, Olaf postanowił przyjrzeć się pająkom, by zapamiętać ich anatomie i znaleźć słaby punkt, w razie gdyby jeszcze raz przyszło mu walczyć z tymi podłymi kreaturami.
- Ojcze, Vidgarze. Została jeszcze kwestia ludzkich śladów. Ktoś tędy przechodził i chciałbym się dowiedzieć, kto. I dlaczego.
Olaf przyjrzał się jeszcze raz śladom, które w najbliższej okolicy zostały przykryte pajęczymi zwłokami i juchą.
- Ten bimber postawiłby trupa na nogi - pomyślał, siląc się na uśmiech. Teraz, gdy zagrożenie częściowo minęło, a czarodziej odprawił swój rytuał, Olaf postanowił przyjrzeć się pająkom, by zapamiętać ich anatomie i znaleźć słaby punkt, w razie gdyby jeszcze raz przyszło mu walczyć z tymi podłymi kreaturami.
- Ojcze, Vidgarze. Została jeszcze kwestia ludzkich śladów. Ktoś tędy przechodził i chciałbym się dowiedzieć, kto. I dlaczego.
Olaf przyjrzał się jeszcze raz śladom, które w najbliższej okolicy zostały przykryte pajęczymi zwłokami i juchą.
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
-
voodoochild
- Reactions:
- Posty: 71
- Rejestracja: 07 kwietnia 2016, 11:38
Powoli zaczął się przyzwyczajać do nowej sytuacji, wiedział, że jeszcze minie trochę czasu zanim zupełnie zapomni o swoim
związku z ogniem. Na tę chwilę jednak puste miejsce zapełniło się czymś nowym co również dodawało mu siły i otuchy,
w tym momencie mu to wystarczyło. Jego życie wzbogaciło się o nowe doświadczenie, ba nie jedno! Zdaje się że właśnie z
powodzeniem wykonał najtrudniejszy rytuał w swoim życiu, i przeżył! Spojrzał na swoją rękę skrwawioną i poharataną od
ran, które sobie zadał a następnie na wojowników którzy osłaniali go podczas rytuału. Uśmiechnął się szeroko:
- Jesteście prawdziwymi wojownikami i godnymi kompanami, cieszę się, że miałem i wciąż mam was u swego boku!
W odpowiedzi na swoje wyznanie, usłyszał Olafa, który zniknął mu z pola widzenia.
- Ojcze, Vidgarze. Została jeszcze kwestia ludzkich śladów. Ktoś tędy przechodził i chciałbym się dowiedzieć, kto. I dlaczego.
Odwrócił się w stronę mówiącego unosząc brwi w zdziwieniu a zaraz potem spiął się zwiększając czujność.
Więc jednak ktoś tu był... pomyślał Kyariel. Już chciał postąpić parę kroków wprzód by zrównać się z Olafem kiedy zdał sobie sprawę z tego jak bardzo rytuał go osłabił.
- skoro oprócz nas był tu ktoś jeszcze to sądzę, że ten ktoś interesuje się tym miejscem, być może nawet nie umknął mu fakt wykonanego tu przed chwilą rytuału. - po krótkim namyśle kontynuował
- jestem wyzuty z energii, dlatego potrzebuję parę chwil spokoju, żeby móc się zregenerować i uleczyć, wówczas będę gotowy aby służyć swą pomocą w czasie ewentualnej walki. - to powiedziawszy chciał się udać w stronę swojego tobołka, po dwóch krokach zwolnił zdając sobie sprawę że nie potrzebuje teraz ognia. Spojrzał na błotniste bajorko i bez wahania zanurzył w nim dłoń. I od razu ją wyciągnął co się ze mną dzieje? Wstał i sfrustrowany odwrócił się znów w stronę towarzyszy.
- nie mogę tego zrobić tutaj, muszę oddalić się od tego miejsca aż do momentu gdzie leży śnieg, jeśli tego nie zrobię jestem wam, wówczas zupełnie nieprzydatny.
związku z ogniem. Na tę chwilę jednak puste miejsce zapełniło się czymś nowym co również dodawało mu siły i otuchy,
w tym momencie mu to wystarczyło. Jego życie wzbogaciło się o nowe doświadczenie, ba nie jedno! Zdaje się że właśnie z
powodzeniem wykonał najtrudniejszy rytuał w swoim życiu, i przeżył! Spojrzał na swoją rękę skrwawioną i poharataną od
ran, które sobie zadał a następnie na wojowników którzy osłaniali go podczas rytuału. Uśmiechnął się szeroko:
- Jesteście prawdziwymi wojownikami i godnymi kompanami, cieszę się, że miałem i wciąż mam was u swego boku!
W odpowiedzi na swoje wyznanie, usłyszał Olafa, który zniknął mu z pola widzenia.
- Ojcze, Vidgarze. Została jeszcze kwestia ludzkich śladów. Ktoś tędy przechodził i chciałbym się dowiedzieć, kto. I dlaczego.
Odwrócił się w stronę mówiącego unosząc brwi w zdziwieniu a zaraz potem spiął się zwiększając czujność.
Więc jednak ktoś tu był... pomyślał Kyariel. Już chciał postąpić parę kroków wprzód by zrównać się z Olafem kiedy zdał sobie sprawę z tego jak bardzo rytuał go osłabił.
- skoro oprócz nas był tu ktoś jeszcze to sądzę, że ten ktoś interesuje się tym miejscem, być może nawet nie umknął mu fakt wykonanego tu przed chwilą rytuału. - po krótkim namyśle kontynuował
- jestem wyzuty z energii, dlatego potrzebuję parę chwil spokoju, żeby móc się zregenerować i uleczyć, wówczas będę gotowy aby służyć swą pomocą w czasie ewentualnej walki. - to powiedziawszy chciał się udać w stronę swojego tobołka, po dwóch krokach zwolnił zdając sobie sprawę że nie potrzebuje teraz ognia. Spojrzał na błotniste bajorko i bez wahania zanurzył w nim dłoń. I od razu ją wyciągnął co się ze mną dzieje? Wstał i sfrustrowany odwrócił się znów w stronę towarzyszy.
- nie mogę tego zrobić tutaj, muszę oddalić się od tego miejsca aż do momentu gdzie leży śnieg, jeśli tego nie zrobię jestem wam, wówczas zupełnie nieprzydatny.
Alfr chce odzyskać energię za pomocą medytacji wody a następnie chce się uleczyć.
Ostatnio zmieniony 28 kwietnia 2016, 12:12 przez voodoochild, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]Grupa Vilberga, Dellan Kayle, 8 zmroczec (ignia), 360 rok Ery Silniri.[/center]
Olaf przez kilka dłuższych chwil badał grunt, próbując dowiedzieć się jeszcze czegoś na temat tajemniczego gościa. Jednakże ziemia, zadeptana w czasie walki nie chciała zdradzić mu kolejnych sekretów. Kilka ocalałych śladów zachowało się jeszcze, jednak niemożliwością było określić kto je pozostawił, skąd przyszedł i dokąd się udał.
Vilberg czekał czas jakiś spokojnie, osuszając do dna swoją manierkę, by osłabić działanie pajęczego jadu. Pomimo tego, iż czuł jego płomień w żyłach, stary korsarz trzymał się dzielnie, nawykł bowiem do trudów i ran odniesionych w walce. Wreszcie rzekł:
- Synu, nic tu już chyba więcej nie znajdziesz, więc zabierajmy się stąd, nim te poczwary przyjdą w większej sile. Zrobiliśmy ileśmy zdołali. A mag też nic więcej nie poradzi. Nic tu po nas.
Olaf zgodził się z ojcem niechętnie, odrywając od bezowocnego studiowania zagłębień w ziemi. Las po drugiej stronie moczarów wciąż stanowił zagrożenie i nawet z tej odległości zauważali czasami poruszające się wśród drzew pająki. Choć śmierć ich pobratymców musiała znacznie osłabić zapał jaki żywiły do walki, nie wydawały się bowiem skore do ataku. Jednak wciąż, dalsze badanie doliny lub pozostawanie na bagnach, gdy Mag pozbawiony był mocy, a jeden z wojowników ranny, było proszeniem się o kłopoty.
Vidgar także podniósł się z przewróconego pniaka, na którym siadł, by chwilę odpocząć. Kyariel zaś oderwał się od podejrzliwego obserwowania przeciwnej ściany lasu i wspólnie ruszyli ku wyjściu z doliny.
Dotarli do ścieżki bez trudności i wspomagając się umocowaną przez Olafa liną wspięli się na skarpę, pozostawiając za sobą Dellan Kayle. Słońce chyliło się już z lekka ku zachodowi i cienie poczynały wpełzać na równinę. Dni na Zachodzie krótsze są bowiem niż gdzie indziej, odkąd klątwa Bogini skuła te ziemie wiecznym lodem.
Nardlens przygotowali osiodłali wierzchowce, podczas gdy Kyariel medytował klęcząc na śniegu. Nie miał co prawda tyle czasu, by odnowić całą swą moc, wystarczyło mu jej jednak by uleczyć z ran siebie i Vilberga. Następnie cała czwórka dosiadła koni i skierowała się na powrót do schronienia.
[center]Grupa Brnjara, baza na Wilczych Pustkowiach, 8 zmroczec (ignia), 360 rok Ery Silniri.[/center]
Tańczący dotknął nosem runicznego kamienia, uruchamiając jego moc i położył się obok, czując, jak przyjemne ciepło rozlewa się powoli po jego ciele. Mimo wszystko, nie poprawiło mu to nastroju. Wciąż martwił się o pozostałych członków wyprawy, a niepokój drążył jego serce uparcie i skrycie, niczym czerw toczący drewno. Spróbował zamknąć oczy i rozluźnić się. Pomimo zmęczenia sen jednak nie nadszedł, a pod powiekami pojawiały się jeno zsiniałe od mrozu twarze zmarłych...
Brnjar wszedł do izby i w milczeniu usiadł na jednym z pniaków. Także on nie wydawał się skory do rozmowy. Sięgnął jedynie ku stojącym obok kubkom z kory i napełnił jeden z nich zawartością butelki, którą przyniósł ze sobą. Po chwili wziął też jedną z misek i również ją napełnił, stawiając przed wilczarzem.
- Nie rozlej tylko - mruknął - Bo to nasza przedostatnia miodu flaszka...
Wylkołek mruknął coś w odpowiedzi i zanurzył pysk w mocnym trunku. Chciał coś jeszcze dodać, gdy nagle do uszu jego dobiegł dźwięk, który natychmiast pomógł mu się otrząsnąc z apatii. Oto bowiem, na podwórzu zarżał koń! A więc Vilberg i pozostali wrócili! Tańczący w jednej chwili zerwał się na łapy, gotów biec na ich spotkanie.
Olaf przez kilka dłuższych chwil badał grunt, próbując dowiedzieć się jeszcze czegoś na temat tajemniczego gościa. Jednakże ziemia, zadeptana w czasie walki nie chciała zdradzić mu kolejnych sekretów. Kilka ocalałych śladów zachowało się jeszcze, jednak niemożliwością było określić kto je pozostawił, skąd przyszedł i dokąd się udał.
Vilberg czekał czas jakiś spokojnie, osuszając do dna swoją manierkę, by osłabić działanie pajęczego jadu. Pomimo tego, iż czuł jego płomień w żyłach, stary korsarz trzymał się dzielnie, nawykł bowiem do trudów i ran odniesionych w walce. Wreszcie rzekł:
- Synu, nic tu już chyba więcej nie znajdziesz, więc zabierajmy się stąd, nim te poczwary przyjdą w większej sile. Zrobiliśmy ileśmy zdołali. A mag też nic więcej nie poradzi. Nic tu po nas.
Olaf zgodził się z ojcem niechętnie, odrywając od bezowocnego studiowania zagłębień w ziemi. Las po drugiej stronie moczarów wciąż stanowił zagrożenie i nawet z tej odległości zauważali czasami poruszające się wśród drzew pająki. Choć śmierć ich pobratymców musiała znacznie osłabić zapał jaki żywiły do walki, nie wydawały się bowiem skore do ataku. Jednak wciąż, dalsze badanie doliny lub pozostawanie na bagnach, gdy Mag pozbawiony był mocy, a jeden z wojowników ranny, było proszeniem się o kłopoty.
Vidgar także podniósł się z przewróconego pniaka, na którym siadł, by chwilę odpocząć. Kyariel zaś oderwał się od podejrzliwego obserwowania przeciwnej ściany lasu i wspólnie ruszyli ku wyjściu z doliny.
Dotarli do ścieżki bez trudności i wspomagając się umocowaną przez Olafa liną wspięli się na skarpę, pozostawiając za sobą Dellan Kayle. Słońce chyliło się już z lekka ku zachodowi i cienie poczynały wpełzać na równinę. Dni na Zachodzie krótsze są bowiem niż gdzie indziej, odkąd klątwa Bogini skuła te ziemie wiecznym lodem.
Nardlens przygotowali osiodłali wierzchowce, podczas gdy Kyariel medytował klęcząc na śniegu. Nie miał co prawda tyle czasu, by odnowić całą swą moc, wystarczyło mu jej jednak by uleczyć z ran siebie i Vilberga. Następnie cała czwórka dosiadła koni i skierowała się na powrót do schronienia.
Dla Olafa: Test tropienia (Per + Tropienie):
35 + 6 - 10 (ziemia zadeptana po walce) = 31. Rzut: 55. Test nie zdany. W czasie walki zadeptaliście wiele śladów. Z kolei te, które kierują się do lasu, nikną na twardszym terenie. Nie uda Ci się ustalić nic, ponad to co już wiesz.
Dla Kyariela: Odmedytujesz 8 punktów Energii ( w czasie, gdy pozostali siodłają konie). Uleczysz siebie (2 Energii) oraz Vilberga (2 Energii) i pozostaną ci 4 punkty
[center]***[/center]35 + 6 - 10 (ziemia zadeptana po walce) = 31. Rzut: 55. Test nie zdany. W czasie walki zadeptaliście wiele śladów. Z kolei te, które kierują się do lasu, nikną na twardszym terenie. Nie uda Ci się ustalić nic, ponad to co już wiesz.
Dla Kyariela: Odmedytujesz 8 punktów Energii ( w czasie, gdy pozostali siodłają konie). Uleczysz siebie (2 Energii) oraz Vilberga (2 Energii) i pozostaną ci 4 punkty
[center]Grupa Brnjara, baza na Wilczych Pustkowiach, 8 zmroczec (ignia), 360 rok Ery Silniri.[/center]
Tańczący dotknął nosem runicznego kamienia, uruchamiając jego moc i położył się obok, czując, jak przyjemne ciepło rozlewa się powoli po jego ciele. Mimo wszystko, nie poprawiło mu to nastroju. Wciąż martwił się o pozostałych członków wyprawy, a niepokój drążył jego serce uparcie i skrycie, niczym czerw toczący drewno. Spróbował zamknąć oczy i rozluźnić się. Pomimo zmęczenia sen jednak nie nadszedł, a pod powiekami pojawiały się jeno zsiniałe od mrozu twarze zmarłych...
Brnjar wszedł do izby i w milczeniu usiadł na jednym z pniaków. Także on nie wydawał się skory do rozmowy. Sięgnął jedynie ku stojącym obok kubkom z kory i napełnił jeden z nich zawartością butelki, którą przyniósł ze sobą. Po chwili wziął też jedną z misek i również ją napełnił, stawiając przed wilczarzem.
- Nie rozlej tylko - mruknął - Bo to nasza przedostatnia miodu flaszka...
Wylkołek mruknął coś w odpowiedzi i zanurzył pysk w mocnym trunku. Chciał coś jeszcze dodać, gdy nagle do uszu jego dobiegł dźwięk, który natychmiast pomógł mu się otrząsnąc z apatii. Oto bowiem, na podwórzu zarżał koń! A więc Vilberg i pozostali wrócili! Tańczący w jednej chwili zerwał się na łapy, gotów biec na ich spotkanie.
Tańczący: Wydajesz 1 punkt Energii na aktywację kamienia runicznego.
Dla wszystkich:Grupa Vilberga dotrze do bazy bez przeszkód. W stajni powita was żałosne rżenie koni. Pozostali usłyszą ruch na podwórzu, więc zorientują się, że reszta wróciła. Tak więc jesteście już razem. Pora wymienić się informacjami!
Dla wszystkich:Grupa Vilberga dotrze do bazy bez przeszkód. W stajni powita was żałosne rżenie koni. Pozostali usłyszą ruch na podwórzu, więc zorientują się, że reszta wróciła. Tak więc jesteście już razem. Pora wymienić się informacjami!
Dla zapominalskich: Ostrzegałem w technicznym - kto nie pisze nagłówków nad postami, dostanie Głupie Punkty!
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
TatTvamAsi
- Reactions:
- Posty: 423
- Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 14:54
- Been thanked: 3 times
[center]Grupa Brnjara, baza na Wilczych Pustkowiach, 8 zmroczec (ignia), 360 rok Ery Silniri.[/center]
Poczęła badać swych zmarłych przyjaciół. Nim jednak jej oczy oraz umysł przykuły rozległe rany, faktura rozerwanych tkanek i analiza natury tego, co mogło uśmiercić Gunlid, Joosa oraz Hattra, zaczęła nucić ciche słowa modlitwy do Pana Zmarłych i Nawii:
[center]Oha'lnie, strażniku umarłych,
Władco widmowych dróg,
Czarny Kruku wskazujący ścieżkę,
Czujny wzroku mędrców
Poprowadź dusze tych oto zmarłych,
Gunlid Hallrdottir, której serce było czyste a duch silny,
Hattra syna Birkira, którego topór nie chybiał celu,
Joosa Nasarsona, którego szlachetność jest Ci znana
Pomnij na waleczność i chwałę ich czynów
I roztocz cień swych skrzydeł nad ich duchem[/center]
[center]
[/center]
Modlitwa zakończyła się cichym, znanym szamanom zaśpiewem. Piękna lecz przesycona tęsknotą melodia pomagała przejść zmarłym dalej, ponad światem ludzi i efemerycznych wizji astralnych. Była pomostem, łodzią, dzięki której mogli przebrnąć wzburzone fale niższych światów. Za przewodnictwem Kruka o oczach barwy lodowców odległych Kłów Oris, ci, którzy zasnęli snem wiecznym, przechodzili do Nawii. W ostatnich nutach pieśni widziała zdałoby się przez chwilę bezkresne wody i unoszącą się nad nimi gęstą mgłę. Usłyszała odległy, niesiony wiatrem trzepot potężnych skrzydeł. A na zimną taflę przysłonił cień. Wizja rozpłynęła się niczym opar wznoszący się z nad powierzchni oceanu. Przez ten moment, pewną chwile czuła spokój... spokój z jakim duch szlachetnego wojownika, czy pełnej przymiotów niewiasty, uwalnia się z ziemskiej powłoki, łącząc się z duchami przodków. I zdawałoby się, iż twarze kompanów również przesyca ten spokój... spokój i ukojenie w śmierci. Nie ujrzą już cierpienia żyjących jeszcze bliskich, ni trzymają ich granice przestrzeni i czasu, stawiane przez Mall'tamar. Wzniosą się ponad kształtowany przez energię i emocje istot Lenat Xan i poza jeszcze bardziej płynny i niestabilny w swej naturze świat snów.
Teraz, w tym tak odmiennym stanie, w którym barwy dnia zdałyby się nikłym wspomnieniem, wiedźma zaczęła badać poszarpane ciała swych przyjaciół...
Zaatakowani nagle. Prawdopodobnie nie widzieli napastnika. Tylko rany, pokrywające ramiona i pierś Hattra, zdały się świadczyć o próbie obrony przed tym, co czekało na nich pośród mroku. Przyjrzała się olbrzymim ranom w miejscu, w którym nie tak dawno biło jeszcze silne serce. Pierwszy raz widziała taki ślad. Nie był w stanie zrobić tego człowiek, nawet najroślejszy, przemieniony w postać niedźwiedzia... bestia? A może...
[center]Podkład: https://www.youtube.com/watch?v=2tSSj5LC8tI[/center]
Wtedy do jej umysłu napłynęły słowa historii opowiadanych wśród mieszkańców Kruczego Lasu. Opowieści, których słuchało się z zapartym tchem, zaciekawieniem a za razem trwogą. A były one o duchach lasu, otaczającej ich z wszech stron natury. Natury, która posiadała tyleż oblicz ile miała różnorakich faktur, kształtów, kolorów, woni i smaków. Przypomniało jej się jak siedziała wiele wiosen i sztormów temu z innymi dziećmi z wioski przy ognisku. Zza trzaskających płomieni widziała dominującą nad innymi, wysoką acz kościstą sylwetkę wuja. Wokół siedziały również mądre kobiety - Anslaug, jej matka, Tolva, doskonale znająca się na zielarstwie siostra Anslaug i Haralda, a także pochylona wiekiem Elbma - widząca, najstarsza w całej ich niewielkiej wiosce. To do niej przychodzili wszyscy po radę, ona również przyuczała jej wuja. Norlaug słuchała historii opowiadanej przez niewiasty. Historii o nierozważnym wędrowcu, który powiedziony chęcią nie tyle badania świata, ile płynącego z tego zysku, udał się w głąb cienistego boru i nigdy stamtąd nie wrócił. Drzewa jedynie szeptały o straszliwym losie tego, kto pogwałci ciszę i harmonię Kruczego Lasu. Powiadało się, a przynajmniej o tym mówiła Elbma, że driady, duchy natury, innym razem tak pomocne dla tych, co szanowali nich dom, okazywały swe najmroczniejsze oblicze. A serce jeszcze bijące, było wyrywane z drżącej ze strachu piersi profana.
Czy więc mogły ich zabić duchy natury? Choć, przecież Gunlid i dwaj wojowie Vilberga byli wystarczająco rozsądni, a ich stopy nie stanęłyby w nieprzeznaczonym dla ich oczu miejscu. Nie, to musiało być coś innego... a może... - zmarła i przez chwilę wpatrywała się w ziejące czernią rany po bijących kiedyś sercach. Istniał drugi powód, dla którego serca mogły zostać wyrwane... sama myśl o tym napawała ją jeszcze większym strachem, a wręcz obrzydzeniem...
Skończyła ponure oględziny. Myśl o tym, co mogło i w jakim celu pozbawić towarzyszy serc, zagościła w jej umyśle, a wraz z nią przybył strach. Strach o zaginionych, Wuja Haralda... strach o los pozostałych przyjaciół, którzy udali się w wyprawie ratunkowej...
Vidgar ze swoim kuzynem i wujem, oraz Kyarielem przecież wciąż tam są...
Zakryła ciała zmarłych z należną im czcią. Opuściła niewielki pokój dołączając do towarzyszy. Weszła do głównej izby widząc Brnjara pijącego zapewne jakiś mocny trunek. Tańczący również bez słowa pochylał się nad niewielką miską.Gdy myślała już, że kolejne minuty, może godziny spędzą w trwożnej ciszy, obawiając się o swoich towarzyszy co raz bardziej z każdą upływającą chwilą, zza chaty dobiegło rżenie konia. Tańczący poderwał się wybiegając przyjaciołom na przeciw. Ona również nie czekała i pobiegła, choć obawiała się chwili, w której przyjaciele usłyszą o losie trójki zaginionych...
Poczęła badać swych zmarłych przyjaciół. Nim jednak jej oczy oraz umysł przykuły rozległe rany, faktura rozerwanych tkanek i analiza natury tego, co mogło uśmiercić Gunlid, Joosa oraz Hattra, zaczęła nucić ciche słowa modlitwy do Pana Zmarłych i Nawii:
[center]Oha'lnie, strażniku umarłych,
Władco widmowych dróg,
Czarny Kruku wskazujący ścieżkę,
Czujny wzroku mędrców
Poprowadź dusze tych oto zmarłych,
Gunlid Hallrdottir, której serce było czyste a duch silny,
Hattra syna Birkira, którego topór nie chybiał celu,
Joosa Nasarsona, którego szlachetność jest Ci znana
Pomnij na waleczność i chwałę ich czynów
I roztocz cień swych skrzydeł nad ich duchem[/center]
[center]
[/center]Modlitwa zakończyła się cichym, znanym szamanom zaśpiewem. Piękna lecz przesycona tęsknotą melodia pomagała przejść zmarłym dalej, ponad światem ludzi i efemerycznych wizji astralnych. Była pomostem, łodzią, dzięki której mogli przebrnąć wzburzone fale niższych światów. Za przewodnictwem Kruka o oczach barwy lodowców odległych Kłów Oris, ci, którzy zasnęli snem wiecznym, przechodzili do Nawii. W ostatnich nutach pieśni widziała zdałoby się przez chwilę bezkresne wody i unoszącą się nad nimi gęstą mgłę. Usłyszała odległy, niesiony wiatrem trzepot potężnych skrzydeł. A na zimną taflę przysłonił cień. Wizja rozpłynęła się niczym opar wznoszący się z nad powierzchni oceanu. Przez ten moment, pewną chwile czuła spokój... spokój z jakim duch szlachetnego wojownika, czy pełnej przymiotów niewiasty, uwalnia się z ziemskiej powłoki, łącząc się z duchami przodków. I zdawałoby się, iż twarze kompanów również przesyca ten spokój... spokój i ukojenie w śmierci. Nie ujrzą już cierpienia żyjących jeszcze bliskich, ni trzymają ich granice przestrzeni i czasu, stawiane przez Mall'tamar. Wzniosą się ponad kształtowany przez energię i emocje istot Lenat Xan i poza jeszcze bardziej płynny i niestabilny w swej naturze świat snów.
Teraz, w tym tak odmiennym stanie, w którym barwy dnia zdałyby się nikłym wspomnieniem, wiedźma zaczęła badać poszarpane ciała swych przyjaciół...
Zaatakowani nagle. Prawdopodobnie nie widzieli napastnika. Tylko rany, pokrywające ramiona i pierś Hattra, zdały się świadczyć o próbie obrony przed tym, co czekało na nich pośród mroku. Przyjrzała się olbrzymim ranom w miejscu, w którym nie tak dawno biło jeszcze silne serce. Pierwszy raz widziała taki ślad. Nie był w stanie zrobić tego człowiek, nawet najroślejszy, przemieniony w postać niedźwiedzia... bestia? A może...
[center]Podkład: https://www.youtube.com/watch?v=2tSSj5LC8tI[/center]
Wtedy do jej umysłu napłynęły słowa historii opowiadanych wśród mieszkańców Kruczego Lasu. Opowieści, których słuchało się z zapartym tchem, zaciekawieniem a za razem trwogą. A były one o duchach lasu, otaczającej ich z wszech stron natury. Natury, która posiadała tyleż oblicz ile miała różnorakich faktur, kształtów, kolorów, woni i smaków. Przypomniało jej się jak siedziała wiele wiosen i sztormów temu z innymi dziećmi z wioski przy ognisku. Zza trzaskających płomieni widziała dominującą nad innymi, wysoką acz kościstą sylwetkę wuja. Wokół siedziały również mądre kobiety - Anslaug, jej matka, Tolva, doskonale znająca się na zielarstwie siostra Anslaug i Haralda, a także pochylona wiekiem Elbma - widząca, najstarsza w całej ich niewielkiej wiosce. To do niej przychodzili wszyscy po radę, ona również przyuczała jej wuja. Norlaug słuchała historii opowiadanej przez niewiasty. Historii o nierozważnym wędrowcu, który powiedziony chęcią nie tyle badania świata, ile płynącego z tego zysku, udał się w głąb cienistego boru i nigdy stamtąd nie wrócił. Drzewa jedynie szeptały o straszliwym losie tego, kto pogwałci ciszę i harmonię Kruczego Lasu. Powiadało się, a przynajmniej o tym mówiła Elbma, że driady, duchy natury, innym razem tak pomocne dla tych, co szanowali nich dom, okazywały swe najmroczniejsze oblicze. A serce jeszcze bijące, było wyrywane z drżącej ze strachu piersi profana.
Czy więc mogły ich zabić duchy natury? Choć, przecież Gunlid i dwaj wojowie Vilberga byli wystarczająco rozsądni, a ich stopy nie stanęłyby w nieprzeznaczonym dla ich oczu miejscu. Nie, to musiało być coś innego... a może... - zmarła i przez chwilę wpatrywała się w ziejące czernią rany po bijących kiedyś sercach. Istniał drugi powód, dla którego serca mogły zostać wyrwane... sama myśl o tym napawała ją jeszcze większym strachem, a wręcz obrzydzeniem...
Skończyła ponure oględziny. Myśl o tym, co mogło i w jakim celu pozbawić towarzyszy serc, zagościła w jej umyśle, a wraz z nią przybył strach. Strach o zaginionych, Wuja Haralda... strach o los pozostałych przyjaciół, którzy udali się w wyprawie ratunkowej...
Vidgar ze swoim kuzynem i wujem, oraz Kyarielem przecież wciąż tam są...
Zakryła ciała zmarłych z należną im czcią. Opuściła niewielki pokój dołączając do towarzyszy. Weszła do głównej izby widząc Brnjara pijącego zapewne jakiś mocny trunek. Tańczący również bez słowa pochylał się nad niewielką miską.Gdy myślała już, że kolejne minuty, może godziny spędzą w trwożnej ciszy, obawiając się o swoich towarzyszy co raz bardziej z każdą upływającą chwilą, zza chaty dobiegło rżenie konia. Tańczący poderwał się wybiegając przyjaciołom na przeciw. Ona również nie czekała i pobiegła, choć obawiała się chwili, w której przyjaciele usłyszą o losie trójki zaginionych...
Ostatnio zmieniony 28 kwietnia 2016, 13:26 przez TatTvamAsi, łącznie zmieniany 1 raz.
-
TatTvamAsi
- Reactions:
- Posty: 423
- Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 14:54
- Been thanked: 3 times
[center]Baza na Wilczych Pustkowiach, 8 zmroczec (ignia), 360 rok Ery Silniri.
[/center]
Wrócili! Vidgar, Vilberg, Olaf I Kyariel! Radość z zobaczenia przyjaciół walczyła o prymat z lękiem przez czekającymi ich wieściami. Wybiegła jednak z chaty widząc cztery wierzchowce i ich jeźdźców ze spokojem rozsiodłujących kuce. Konie w stajni jednak zarżały niespokojnie i żałośnie.
Z początku chciała rzucić się każdemu z nich na szyję. Upewnić się, że istotnie nic im się nie stało! I w sumie dopadła do Vidgara i Olafa, Kyariela również ściskając ich, jakby mieli za chwilę zniknąć z powrotem wśród niepewnych śnieżnych zasp, teraz uśpionych już fioletem zmierzchu. Z początkową radością wypowiedziała pospiesznie:
- Jesteście wreszcie! Obawialiśmy się, że ta przeklęta dolina was pochłonęła! - Na ten czas spochmurniała i odsunęła się... Na jej twarzy zagościł cień rozpaczy połączonej ze strachem. A blade dłonie zaczęły drżeć pod okryciem z grubych skór. Trzeba było powiedzieć, a kto do tego nadawał się lepiej niźli osoba oddana Pani Losu...
Nie mogła przeciągać tego dłużej. Pomyślała, że może poczeka jeszcze, może porozmawiają w izbie... ale konie były niespokojnie i a emocji nie dało się stłumić. Oczy jej zaszkliły się łzami. Spuściła głowę, bo nie ważyła im się patrzeć w oczy... Łamiącym się głosem powiedziała. Cicho, lecz wyraźnie, nie pozwalając na niedomówienia:
- Gunlid, Joos i Hattr... znaleźliśmy ich... oni... oni... nie żyją. Coś na tych Pustkowiach wyrwało im serca. Ja nie wiem... co to mogło być... duch, demon... a może bestia. - urwała, gdyż nie była w stanie powiedzieć więcej. Nie teraz. Miała ochotę uciec, zapaść się pod gruby lód i skutą nim ziemię. Łzy wypłynęły z jej oczu znów, łzy, których nie potrafiła teraz zatrzymać...
[/center]
Wrócili! Vidgar, Vilberg, Olaf I Kyariel! Radość z zobaczenia przyjaciół walczyła o prymat z lękiem przez czekającymi ich wieściami. Wybiegła jednak z chaty widząc cztery wierzchowce i ich jeźdźców ze spokojem rozsiodłujących kuce. Konie w stajni jednak zarżały niespokojnie i żałośnie.
Z początku chciała rzucić się każdemu z nich na szyję. Upewnić się, że istotnie nic im się nie stało! I w sumie dopadła do Vidgara i Olafa, Kyariela również ściskając ich, jakby mieli za chwilę zniknąć z powrotem wśród niepewnych śnieżnych zasp, teraz uśpionych już fioletem zmierzchu. Z początkową radością wypowiedziała pospiesznie:
- Jesteście wreszcie! Obawialiśmy się, że ta przeklęta dolina was pochłonęła! - Na ten czas spochmurniała i odsunęła się... Na jej twarzy zagościł cień rozpaczy połączonej ze strachem. A blade dłonie zaczęły drżeć pod okryciem z grubych skór. Trzeba było powiedzieć, a kto do tego nadawał się lepiej niźli osoba oddana Pani Losu...
Nie mogła przeciągać tego dłużej. Pomyślała, że może poczeka jeszcze, może porozmawiają w izbie... ale konie były niespokojnie i a emocji nie dało się stłumić. Oczy jej zaszkliły się łzami. Spuściła głowę, bo nie ważyła im się patrzeć w oczy... Łamiącym się głosem powiedziała. Cicho, lecz wyraźnie, nie pozwalając na niedomówienia:
- Gunlid, Joos i Hattr... znaleźliśmy ich... oni... oni... nie żyją. Coś na tych Pustkowiach wyrwało im serca. Ja nie wiem... co to mogło być... duch, demon... a może bestia. - urwała, gdyż nie była w stanie powiedzieć więcej. Nie teraz. Miała ochotę uciec, zapaść się pod gruby lód i skutą nim ziemię. Łzy wypłynęły z jej oczu znów, łzy, których nie potrafiła teraz zatrzymać...
[center]Baza na Wilczych Pustkowiach, 8 zmroczec (ignia), 360 rok Ery Silniri.[/center]
- Na lodowy dech Aurena! Co ty gadasz, dziewko! - huknął Vilberg, zsiadając z konia. Lecz widząc łzy w oczach Norlaug złagodniał nieco i wziął ją w niedźwiedzi uścisk, starając się pocieszyć.
- Nie żyją? - zapytał już ciszej, odsuwając ją od siebie na odległość ramion i ściskając za ramiona, jakby tym gestem chciał dodać jej sił.
Czarownica potwierdziła skinieniem głowy szlochając rozpaczliwie. Jedną ręką wskazała główny budynek, jakby tam należało szukać potwierdzenia wieści.
Vilberg rzucił Olafowi wodze swojego kuca:
- Zajmij się mym koniem, chłopcze - rzekł ponuro i szybkim krokiem udał się do chaty, najwyraźniej pragnąc przekonać się na własne oczy o prawdziwości słów młodej wiedźmy.
- Na lodowy dech Aurena! Co ty gadasz, dziewko! - huknął Vilberg, zsiadając z konia. Lecz widząc łzy w oczach Norlaug złagodniał nieco i wziął ją w niedźwiedzi uścisk, starając się pocieszyć.
- Nie żyją? - zapytał już ciszej, odsuwając ją od siebie na odległość ramion i ściskając za ramiona, jakby tym gestem chciał dodać jej sił.
Czarownica potwierdziła skinieniem głowy szlochając rozpaczliwie. Jedną ręką wskazała główny budynek, jakby tam należało szukać potwierdzenia wieści.
Vilberg rzucił Olafowi wodze swojego kuca:
- Zajmij się mym koniem, chłopcze - rzekł ponuro i szybkim krokiem udał się do chaty, najwyraźniej pragnąc przekonać się na własne oczy o prawdziwości słów młodej wiedźmy.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
zapalki_chaosu
- Reactions:
- Posty: 167
- Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57
[center]Baza na Wilczych Pustkowiach, 8 zmroczec (ignia), 360 rok Ery Silniri.[/center]
W drodze powrotnej zmęczenie coraz bardziej kładło się na barkach Vidgara. Z początku dobry humor po zwycięskiej walce, szybko gdzieś się ulotnił a wszelkie próby utrzymywania go przez rozmowę i wspomnienia spełzały na niczym. Z początku chciał wszystko opowiedzieć Brumfurowi ale wydawało mu się, że jego dzielny wierzchowiec nie ma dzisiaj głowy do opowieści. Pierwszy raz czuł się też mówiąc do niego jakoś dziecinnie.
Po godzinie jechał więc posępny i przygarbiony, czekając właściwie niewiadomo na co, na równie posępnym włochatym koniku. Kilka razy odruchowo, chciał zapytać Brufura, czemu i on jest dzisiaj taki nieswój ale coś w chodzie zwierzęcia zdawało mu się mówić, że to nie jest odpowiednia pora na takie pytania, a właściwie na wszelkie pytania.
Kiedy zbliżali się do chaty i naprzeciw wybiegła im Norlaug, jego serce zabiło szybciej ale jak się po chwili zorientował ze strachu. Czy oni znaleźli zaginioną grupę? Coś w sposobie poruszania się młodej czarownicy budziło w Vidgarze równie silny niepokój jak rozpaczliwe zawodzenie dobywające się ze stajni. W głowie zaczęło mu się kręcić i musiał uważać, żeby się nie przewrócić. Nie umiał znaleźć słów.
"Gunlid, Joos i Hattr... znaleźliśmy ich... oni... oni... nie żyją."
Coś w Vidgarze już o tym wiedziało, przeczuwało i może było przyczyną niedawnej wizji, jednak droga od tego czegoś do pełnej świadomości byłą długa i mimo woli w oczach młodego wojownika pojawiły się łzy a żuchwa zaczęło drgać niemalże niepostrzeżenie.
"Coś na tych Pustkowiach wyrwało im serca."
Przed oczami Vidgara znów stanął tamten obraz, ciał na śniegu, głębokich ran i dziwny spokój i smutek zamkniętych, zmarzniętych powiek. Pięknych policzków Gunlid, które już nigdy się nie zarumienią. Sinych, dłoni Hatra, które wyrzeźbiły tyle amuletów, niestety zbyt słabych żeby go ochronić. Bujnej brody Joosa, z którym tyle razy ćwiczył podczas tej wyprawy, zdawało mu się, że słyszy jego głos, tak jak kiedy krzyczał do niego podczas treningu lecz kiedy zaczął się wsłuchiwać ten umilkł jak ucięty i wtedy uświadomił sobie, że słyszał go ostatni raz.
"Ja nie wiem... co to mogło być..."
Vidgar też nie wiedział co to jest dokładnie, ale wiedział, że to było to coś co czuł wieczorem, czające się w ciemności, właściwie to było ciemnością, która chowała się w ciemności nocy. Zacisnął zęby aż poczuł ból mięśni i ruszył patrząc tępo w śnieg do domu. Po dwóch krokach przypomniał sobie jednak o swoim włochatym przyjacielu. Wrócił się szybko i przytulił niepociesznego Brumfura. Wiedział, że konik cierpi po stracie bliskiej Gunlid nie mniej niż oni.
W drodze powrotnej zmęczenie coraz bardziej kładło się na barkach Vidgara. Z początku dobry humor po zwycięskiej walce, szybko gdzieś się ulotnił a wszelkie próby utrzymywania go przez rozmowę i wspomnienia spełzały na niczym. Z początku chciał wszystko opowiedzieć Brumfurowi ale wydawało mu się, że jego dzielny wierzchowiec nie ma dzisiaj głowy do opowieści. Pierwszy raz czuł się też mówiąc do niego jakoś dziecinnie.
Po godzinie jechał więc posępny i przygarbiony, czekając właściwie niewiadomo na co, na równie posępnym włochatym koniku. Kilka razy odruchowo, chciał zapytać Brufura, czemu i on jest dzisiaj taki nieswój ale coś w chodzie zwierzęcia zdawało mu się mówić, że to nie jest odpowiednia pora na takie pytania, a właściwie na wszelkie pytania.
Kiedy zbliżali się do chaty i naprzeciw wybiegła im Norlaug, jego serce zabiło szybciej ale jak się po chwili zorientował ze strachu. Czy oni znaleźli zaginioną grupę? Coś w sposobie poruszania się młodej czarownicy budziło w Vidgarze równie silny niepokój jak rozpaczliwe zawodzenie dobywające się ze stajni. W głowie zaczęło mu się kręcić i musiał uważać, żeby się nie przewrócić. Nie umiał znaleźć słów.
"Gunlid, Joos i Hattr... znaleźliśmy ich... oni... oni... nie żyją."
Coś w Vidgarze już o tym wiedziało, przeczuwało i może było przyczyną niedawnej wizji, jednak droga od tego czegoś do pełnej świadomości byłą długa i mimo woli w oczach młodego wojownika pojawiły się łzy a żuchwa zaczęło drgać niemalże niepostrzeżenie.
"Coś na tych Pustkowiach wyrwało im serca."
Przed oczami Vidgara znów stanął tamten obraz, ciał na śniegu, głębokich ran i dziwny spokój i smutek zamkniętych, zmarzniętych powiek. Pięknych policzków Gunlid, które już nigdy się nie zarumienią. Sinych, dłoni Hatra, które wyrzeźbiły tyle amuletów, niestety zbyt słabych żeby go ochronić. Bujnej brody Joosa, z którym tyle razy ćwiczył podczas tej wyprawy, zdawało mu się, że słyszy jego głos, tak jak kiedy krzyczał do niego podczas treningu lecz kiedy zaczął się wsłuchiwać ten umilkł jak ucięty i wtedy uświadomił sobie, że słyszał go ostatni raz.
"Ja nie wiem... co to mogło być..."
Vidgar też nie wiedział co to jest dokładnie, ale wiedział, że to było to coś co czuł wieczorem, czające się w ciemności, właściwie to było ciemnością, która chowała się w ciemności nocy. Zacisnął zęby aż poczuł ból mięśni i ruszył patrząc tępo w śnieg do domu. Po dwóch krokach przypomniał sobie jednak o swoim włochatym przyjacielu. Wrócił się szybko i przytulił niepociesznego Brumfura. Wiedział, że konik cierpi po stracie bliskiej Gunlid nie mniej niż oni.
-
voodoochild
- Reactions:
- Posty: 71
- Rejestracja: 07 kwietnia 2016, 11:38
Baza na Wilczych Pustkowiach, 8 zmroczec (ignia), 360 rok Ery Silniri.
Podróż z doliny do przystani wydawała się trwać Kyarielowi długo niczym majak senny. Po niedawnych wydarzeniach nastąpiło otępienie, lodowy krajobraz przesuwał się powoli przed jego oczami aż w końcu w oddali dostrzegł zarys budynków do których zmierzali. Do tej chwili odpychał od siebie myśli związane ze zniknięciem Gunlid i reszty, teraz nadszedł moment w którym nie mógł tego dłużej robić. Bliskość przystani sprawiła że w jego umyśle pojawił się obraz zagubionych współtowarzyszy, jego umysł uchwycił moment rozstania, kiedy każdy odjeżdżał na swoją misję i nałożył się z życzeniowym obrazem ich powrotu. Przez chwilę w jego wnętrzu pojawiła się optymistyczna nadzieja na to, że cała ta wyprawa może mieć dobre zakończenie. Zaraz po tym przypomniał sobie treść swojej wizji i jego gardło ścisnęło się na wspomnienie wszechobecnej ciemności która żerowała po tych pustkowiach.
Widząc wybiegającą im na powitanie Norlaug przez chwilę miał nadzieję że usłyszy radosne powitanie i zaproszenie do ciepłego wnętrza gdzie już czekają towarzysze w komplecie ale kiedy ujrzał jej oblicze całe jego wyobrażenie trzymające go przy nadziei prysło.
Zła wiadomość zroszona łzami wiedźmy odebrała mu wszelkie chęci do rozmowy. Zwiesił głowę posępnie i jego spojrzenie padło na szyję wierzchowca. Odruchowo objął ją i przytulił, dopiero teraz zdał sobie sprawę że dotychczas nie pielęgnował więzi z tą istotą i w głębi siebie postanowił to zmienić.
Podróż z doliny do przystani wydawała się trwać Kyarielowi długo niczym majak senny. Po niedawnych wydarzeniach nastąpiło otępienie, lodowy krajobraz przesuwał się powoli przed jego oczami aż w końcu w oddali dostrzegł zarys budynków do których zmierzali. Do tej chwili odpychał od siebie myśli związane ze zniknięciem Gunlid i reszty, teraz nadszedł moment w którym nie mógł tego dłużej robić. Bliskość przystani sprawiła że w jego umyśle pojawił się obraz zagubionych współtowarzyszy, jego umysł uchwycił moment rozstania, kiedy każdy odjeżdżał na swoją misję i nałożył się z życzeniowym obrazem ich powrotu. Przez chwilę w jego wnętrzu pojawiła się optymistyczna nadzieja na to, że cała ta wyprawa może mieć dobre zakończenie. Zaraz po tym przypomniał sobie treść swojej wizji i jego gardło ścisnęło się na wspomnienie wszechobecnej ciemności która żerowała po tych pustkowiach.
Widząc wybiegającą im na powitanie Norlaug przez chwilę miał nadzieję że usłyszy radosne powitanie i zaproszenie do ciepłego wnętrza gdzie już czekają towarzysze w komplecie ale kiedy ujrzał jej oblicze całe jego wyobrażenie trzymające go przy nadziei prysło.
Zła wiadomość zroszona łzami wiedźmy odebrała mu wszelkie chęci do rozmowy. Zwiesił głowę posępnie i jego spojrzenie padło na szyję wierzchowca. Odruchowo objął ją i przytulił, dopiero teraz zdał sobie sprawę że dotychczas nie pielęgnował więzi z tą istotą i w głębi siebie postanowił to zmienić.