[center]
Grupa Brnjara, baza na Wilczych Pustkowiach, 8 zmroczec (ignia), 360 rok Ery Silniri.[/center]
Poczęła badać swych zmarłych przyjaciół. Nim jednak jej oczy oraz umysł przykuły rozległe rany, faktura rozerwanych tkanek i analiza natury tego, co mogło uśmiercić Gunlid, Joosa oraz Hattra, zaczęła nucić ciche słowa modlitwy do Pana Zmarłych i Nawii:
[center]Oha'lnie, strażniku umarłych,
Władco widmowych dróg,
Czarny Kruku wskazujący ścieżkę,
Czujny wzroku mędrców
Poprowadź dusze tych oto zmarłych,
Gunlid Hallrdottir, której serce było czyste a duch silny,
Hattra syna Birkira, którego topór nie chybiał celu,
Joosa Nasarsona, którego szlachetność jest Ci znana
Pomnij na waleczność i chwałę ich czynów
I roztocz cień swych skrzydeł nad ich duchem[/center]
[center]

[/center]
Modlitwa zakończyła się cichym, znanym szamanom zaśpiewem. Piękna lecz przesycona tęsknotą melodia pomagała przejść zmarłym dalej, ponad światem ludzi i efemerycznych wizji astralnych. Była pomostem, łodzią, dzięki której mogli przebrnąć wzburzone fale niższych światów. Za przewodnictwem Kruka o oczach barwy lodowców odległych Kłów Oris, ci, którzy zasnęli snem wiecznym, przechodzili do Nawii. W ostatnich nutach pieśni widziała zdałoby się przez chwilę bezkresne wody i unoszącą się nad nimi gęstą mgłę. Usłyszała odległy, niesiony wiatrem trzepot potężnych skrzydeł. A na zimną taflę przysłonił cień. Wizja rozpłynęła się niczym opar wznoszący się z nad powierzchni oceanu. Przez ten moment, pewną chwile czuła spokój... spokój z jakim duch szlachetnego wojownika, czy pełnej przymiotów niewiasty, uwalnia się z ziemskiej powłoki, łącząc się z duchami przodków. I zdawałoby się, iż twarze kompanów również przesyca ten spokój... spokój i ukojenie w śmierci. Nie ujrzą już cierpienia żyjących jeszcze bliskich, ni trzymają ich granice przestrzeni i czasu, stawiane przez Mall'tamar. Wzniosą się ponad kształtowany przez energię i emocje istot Lenat Xan i poza jeszcze bardziej płynny i niestabilny w swej naturze świat snów.
Teraz, w tym tak odmiennym stanie, w którym barwy dnia zdałyby się nikłym wspomnieniem, wiedźma zaczęła badać poszarpane ciała swych przyjaciół...
Zaatakowani nagle. Prawdopodobnie nie widzieli napastnika. Tylko rany, pokrywające ramiona i pierś Hattra, zdały się świadczyć o próbie obrony przed tym, co czekało na nich pośród mroku. Przyjrzała się olbrzymim ranom w miejscu, w którym nie tak dawno biło jeszcze silne serce. Pierwszy raz widziała taki ślad. Nie był w stanie zrobić tego człowiek, nawet najroślejszy, przemieniony w postać niedźwiedzia... bestia? A może...
[center]Podkład:
https://www.youtube.com/watch?v=2tSSj5LC8tI[/center]
Wtedy do jej umysłu napłynęły słowa historii opowiadanych wśród mieszkańców Kruczego Lasu. Opowieści, których słuchało się z zapartym tchem, zaciekawieniem a za razem trwogą. A były one o duchach lasu, otaczającej ich z wszech stron natury. Natury, która posiadała tyleż oblicz ile miała różnorakich faktur, kształtów, kolorów, woni i smaków. Przypomniało jej się jak siedziała wiele wiosen i sztormów temu z innymi dziećmi z wioski przy ognisku. Zza trzaskających płomieni widziała dominującą nad innymi, wysoką acz kościstą sylwetkę wuja. Wokół siedziały również mądre kobiety - Anslaug, jej matka, Tolva, doskonale znająca się na zielarstwie siostra Anslaug i Haralda, a także pochylona wiekiem Elbma - widząca, najstarsza w całej ich niewielkiej wiosce. To do niej przychodzili wszyscy po radę, ona również przyuczała jej wuja. Norlaug słuchała historii opowiadanej przez niewiasty. Historii o nierozważnym wędrowcu, który powiedziony chęcią nie tyle badania świata, ile płynącego z tego zysku, udał się w głąb cienistego boru i nigdy stamtąd nie wrócił. Drzewa jedynie szeptały o straszliwym losie tego, kto pogwałci ciszę i harmonię Kruczego Lasu. Powiadało się, a przynajmniej o tym mówiła Elbma, że driady, duchy natury, innym razem tak pomocne dla tych, co szanowali nich dom, okazywały swe najmroczniejsze oblicze. A serce jeszcze bijące, było wyrywane z drżącej ze strachu piersi profana.
Czy więc mogły ich zabić duchy natury? Choć, przecież Gunlid i dwaj wojowie Vilberga byli wystarczająco rozsądni, a ich stopy nie stanęłyby w nieprzeznaczonym dla ich oczu miejscu. Nie, to musiało być coś innego... a może... - zmarła i przez chwilę wpatrywała się w ziejące czernią rany po bijących kiedyś sercach. Istniał drugi powód, dla którego serca mogły zostać wyrwane... sama myśl o tym napawała ją jeszcze większym strachem, a wręcz obrzydzeniem...
Skończyła ponure oględziny. Myśl o tym, co mogło i w jakim celu pozbawić towarzyszy serc, zagościła w jej umyśle, a wraz z nią przybył strach. Strach o zaginionych, Wuja Haralda... strach o los pozostałych przyjaciół, którzy udali się w wyprawie ratunkowej...
Vidgar ze swoim kuzynem i wujem, oraz Kyarielem przecież wciąż tam są...
Zakryła ciała zmarłych z należną im czcią. Opuściła niewielki pokój dołączając do towarzyszy. Weszła do głównej izby widząc Brnjara pijącego zapewne jakiś mocny trunek. Tańczący również bez słowa pochylał się nad niewielką miską.Gdy myślała już, że kolejne minuty, może godziny spędzą w trwożnej ciszy, obawiając się o swoich towarzyszy co raz bardziej z każdą upływającą chwilą, zza chaty dobiegło rżenie konia. Tańczący poderwał się wybiegając przyjaciołom na przeciw. Ona również nie czekała i pobiegła, choć obawiała się chwili, w której przyjaciele usłyszą o losie trójki zaginionych...