Dzika knieja, 26 orakt-ran
Dziesiętnik Fleituh milczał przez dłuższą chwilę, zapatrzony w siedzącego na wozie Angano. Rozmyślający nad religijnymi bądź filozoficznymi kwestiami kapłan zapewne świadomy był skrytej obserwacji ze strony spieszonych strażników, ale zupełnie nic sobie z tego nie robił. Siedząca obok niego niewielka istota w czarnym płaszczu znieruchomiała całkowicie, przywodząc Eco na myśl swym bezruchem opatuloną tkaniną kamienną rzeźbę.
- Kapitan Gnath pozostaje w zażyłości ze świątynią Morglitha - odpowiedział po chwili namysłu podoficer, tonem niecodziennie niepewnym i budzącym z miejsca pewien dyskomfort podwładnego - Kto wie jak się dogadał ze świętobliwym? Nie ma co wychodzić przed lepszych od siebie, zwłaszcza jeśli to miałby być taki dupotrząs jak ty, obszczymurku. Te monety ani chybi potrzebne będą do rzucenia czarów, które zaprowadzą nas jak po sznurku do zbrodzienia. Istnieją takie zaklęcia, pono nawet wiele. A kult Czaszkogłowego w mieście pewnikiem aż się opędzać musi od usłużnych czarowników, każdy taki wszystko uczyni, by się w łaski morglithian wkupić, a życie wydłużyć.
Eco pokiwał w zadumie głową, analizując w myślach uwagi dziesiętnika. Trochę przy tym zmarkotniał, wyobrażenie nabitych złotem trzosów goszczące w jego umyśle zaczęło znienacka blaknąć, tracić na wyrazistości. Chwilami łatwo było zapomnieć jak wielu chętnych ostrzyło sobie zęby na owe tysiąc sztuk złota oferowanych za głowę sadystycznego mordercy. Rozczarowany Eco obrzucił wzrokiem zielone ściany puszczy ciągnące się po obu stronach wyboistego traktu, wzdrygnął się na myśl o następnym dniu spędzonym z dala od błogiego zgiełku i smrodu wielkiego miasta. Cienie rzucane przez drzewa zaczynały się wydłużać, prześwitująca pomiędzy gałęziami tarcza słońca opadała na niebie tracąc na intensywności żaru, gotowiąc się do zejścia za widnokrąg, do ukrytej poniżej Krainy Umarłych.
- A my zdążymy przed zmierzchem do Atakar-kiru? - zaniepokoił się po chwili, boleśnie uświadomiony widokiem zachodzącego słońca - Niedługo chyba się ćmić zacznie.
Fleituhowi musiały widocznie podobne myśli po głowie chodzić, bo wychyliwszy się z boku wozu gwizdnął przeciągle na idących przodem buratarskich przewodników.
- Wy tam, psie syny! - rzucił szorstkim tonem dziesiętnik - Zdążymy do Atakar-kiru przed zachodem słońca?
Zager nic nie odrzekł, odpłacił tylko orkowi wyjątkowo nieżyczliwym spojrzeniem posłanym spod kaptura swego płaszcza. Trzęsikęsek wzruszył ramionami, zerknął na słońce, potem na wlokące się w niemiłosiernie powolnym tempie woły.
- Cosik mi się widzi, że krótko po zachodzie - odpowiedział po chwili namysłu. Fleituh prychnął w formie dezaprobaty dla słów przewodnika, ale prychnięcie to utonęło natychmiast w dźwięku, który podniósł podróżnym włosy na głowach i wywołał u co niektórych wytrzeszcz oczu.
Był to zwierzęcy bek, a przynajmniej bardzo taki bek przypominał. Przeciągły, ochrypły, przechodzący chwilami w ni to bulgotanie, ni to charkot. Zbita gęstwa nie pozwalała nawet w części określić kierunku, z którego ów dźwięk dobiegał, wydawało się wręcz, że płynął z wszystkich stron, był jednak tak głośny, że na samą myśl o rozmiarach gardzieli mogącej wydać taki bek Eco oblał się zimnym potem.
Miecze strażników zazgrzytały na okuciach pochew, powietrze przecięły wielkie ostrza noszone przez czarne ogry. Obaj przewodnicy skoczyli w tył, przycisnęli się do burty wozu.
- Co to było, na Czeluść Zapomnienia?! - kthan Angano po raz pierwszy stracił nieludzkie panowanie nad nerwami, zerwał się na równe nogi na wozie wyłuskując spod odzienia wyrzeźbiony w rubinie amulet - Cóż to?!
Bek rozległ się znowu, popłynął wśród porośniętych mchem pni drzew, poprzez gęstwę zbitych krzewów leszczyny i rozłożystych paproci, przez wysoką trawę. Był tak głośny, że właściciel baranicy wrzasnął histerycznie, a potem wskoczył na dyszel wozu pomiędzy swe woły.
- To chyba ryk jelenia - powiedział zupełnie roztrzęsionym głosem Fleituh, nerwowością swych ruchów rozbijając fundamenty poczucia bezpieczeństwa Eco - Rannego jelenia... tak myślę... ale czemu tak głośny? Nie ma takich jeleni!
- To jeleniołaszcz szczękowładny! - Trzęsikęsek, chłop na schwał, dygotał niczym osika, przestępował z nogi na nogę, a jego oczy strzelały we wszystkich kierunkach - Zrodzony z lędźwi Tfama Bezimiennego, powity przez Ariannę Łowczynię! Demoniczna bestia pustosząca te lasy co sto lat! Jesteśmy straceni!
- Zamilczcie, puste łby! - kapłan Morglitha zdołał się jako taki otrząsnąć z pierwszego wstrząsu, splunął na kędzierzawą głowę Trzęsikęska okazując bojaźliwemu rybakowi ogromną odrazę - Nic mi nie wiadomo o takowym stworze! Co to za jelełaszcz? Ktoś go kiedyś widział?
Trzęsikęsek i Zager wbili przerażone spojrzenia w kleryka, obaj bladzi jak śnieg i dygoczący na całym ciele. Widząc trawiącą ich zgrozę, chłop w baranicy nie wytrzymał, wyskoczył spomiędzy wołów, wyjąc niczym szaleniec pognał prosto w zieloną gęstwę.
- Pożre nas wszystkich i nawet się nie spoci! - załkał Zager upadając na kolana.
Nie odzywałem się w wątku przez jakiś czas, przygotowywałem bowiem charakterystyki i zasady specjalne nowego stworzenia, będącego w mej opinii prawdziwym drapieżnikiem szczytowym bestiariusza orchiańskiego. Sam jego opis mechaniczny zajmuje osiem stron A4, a starałem się skoncentrować wyłącznie na najważniejszych zasadach, tych związanych z rozrywaniem, połykaniem i trawieniem, każda w co najmniej trzech różnych wariantach. Ale nie wybiegajmy za bardzo w przeszłość, bo może Dretch ma jakiś sprytny PLAN!