Strona 27 z 35

: 08 maja 2014, 09:25
autor: Araven
Polowanie

Małe cofnięcie się do rozmowy o polowaniu. Akwilończycy mimo wahania, po rozmowie z Khefim chcą uciekać z wami.
- A po co? - zapytał król. - Czyż nie macie mięsa pod dostatkiem?
- Królu - rzekł Ulfilo - twoja gościnność i hojność nie ma sobie równych, ale w naszym kraju łowy są główną rozrywką szlachetnie urodzonych i nie znajdujemy niczego przyjemniejszego.
- Aha, lubicie zabijać! - zawołał Nabo z domyślnym uśmiechem. Coś takiego potrafił zrozumieć. - Zatem idźcie i polujcie. Przydzielę wam eskortę wojowników.
- Nie potrzebujemy straży - sprzeciwił się Druss.
- Ale ja nalegam - powiedział król z uśmiechem.
- W takim razie oczywiście czujemy się zaszczyceni - wtrącił gładko Springald. - Czy w swej łaskawości, panie, pozwolisz nam korzystać z usług twojego sługi, Khefiego? Z jego pomocą w razie konieczności będziemy mogli porozumieć się z eskortą i innymi poddanymi.
Nabo ruchem ręki wyraził zgodę.
- Udanych łowów, przyjaciele - rzekł na odchodnym i roześmiał się serdecznie.

- Nie podoba mi się sposób, w jaki ten dzikus bawi się z nami - powiedziała Malia, gdy z włóczniami na ramionach opuścili mury miasta. Czterej marynarze szli za swoimi przywódcami, a za nimi maszerowało dwójkami dwudziestu wojowników w białych pióropuszach.
- Ale o co chodzi w tej grze? - spytał Wulfrede. - Nie wysunął żadnych żądań, nawet nas nie wypytywał. Ciekawiło go tylko, kto nas tu przyprowadził.
Druss odwrócił się do Khefiego.
- Dlaczego król uznał, że potrzebna nam eskorta? - Wskazał kciukiem przez ramię na wojowników o kamiennych twarzach.
- Mój pan boi się, że możecie zostać zaatakowani.
- Zaatakowani? - powtórzył Ulfilo. - Przez kogo? Czy są tu bandyci?

- Bandyci - tak, i... i... buntownicy. - Khefi wyszeptał ostatnie słowo i zerknął nerwowo w stronę eskorty, mimo że wojownicy nie rozumieli kushyckiego.
- Wreszcie do czegoś dochodzimy - podsumował Druss. - Opowiedz nam o buntownikach. Zapomnij o tych psach z białymi piórami. Zabiję każdego, który okaże, że zrozumiał choć jedno słowo.
- Dobrze. Jeżeli ktoś mnie zapyta, powiem, że opowiadam wam o kraju i zwierzynie, jaką można tu znaleźć.
- To powinno wystarczyć - rzekł Ulfilo. - Teraz mów.

- Król Nabo miał starszego brata, Chaaka, który kilka lat temu, po śmierci ich ojca, zasiadł na tronie. Chaak zaniedbał obrzędy ku czci boga jeziora, co bardzo rozzłościło Aghlę.
- Dlaczego nie zabił tej ohydnej staruchy? - zapytał Springald.
- Nawet królowie boją się Aghli, jej magia bowiem jest potężna, a klątwy niezwykle skuteczne. W każdym razie wiedźma głosiła wśród ludzi, że bezbożność króla ściągnie na ich głowy wielkie nieszczęście. Podjudzała zwłaszcza wojowników z białymi piórami.
- A kto był ich dowódcą? - zapytał Ulfilo, jak zwykle w lot chwytający sprawy wojskowe i polityczne.
- Zgodnie z tradycją na czele tego oddziału zawsze staje młodszy brat króla.
- Czyli Nabo - stwierdził Wulfrede.
- Właśnie.
- Mów dalej - poprosiła Malia.

- Aghla wychwalała Naba jako pobożnego i obowiązkowego księcia, człowieka odpowiedniego do przejęcia władzy i przywrócenia starożytnych obrzędów. Ten wywołał rebelię i z poparciem swoich wojowników wypędził prawowitego króla z miasta. Ci z błękitnymi piórami też stanęli po jego stronie, ale bez większego przekonania.
- A były król nie miał żadnych popleczników? - zapytał Ulfilo.
- Większość z jego klanu pozostała mu wierna, poza tym wojownicy z zielonymi piórami z jego straży przybocznej. W całej dolinie toczono walki. Rozstrzygająca bitwa miała miejsce w pobliżu zakazanej przełęczy, którą weszliście do doliny.
- Król zginął? - zapytał Druss.

- Tak. Również jego syna uznano za poległego, chociaż nigdy nie znaleziono ciała.
- Nie widzieliśmy w dolinie innych wojowników prócz tych, którzy noszą białe albo błękitne pióra. Co się stało z tamtymi? - dociekał Springald.
- Uciekli. A reszta... - urwał i znów niespokojnie rzucił okiem przez ramię.

- A reszta zamieszkuje miasto na wzgórzach za jeziorem? - dokończył za niego Druss.
- Tak. Tamto miasto jest dużo mniejsze, ale jego mury są wysokie. Przypomina warownię, podobną do fortec na wybrzeżu Stygii. Buntownicy urządzają stamtąd wypady na królewskie stada i spichlerze.

- A mój mąż Marandos? - zapytała Malia. - Powiedz mi szczerze, czy Nabo go zabił?
- Przysięgam ci, nie widziałem tego człowieka ani o nim nie słyszałem. Z pewnością gdyby tu przybył, król kazałby mi tłumaczyć.
Polowali przez cały ranek na małe, tłuste gazele. Przed południem Ulfilo zarządził odpoczynek, w czasie którego oprawiono zwierzynę i upieczono mięso nad dymiącymi węglami. Przy jedzeniu przywódcy przystąpili do omówienia planów.

- Musimy uciec - oznajmił Druss. - A warownia na wzgórzach jest jedynym miejscem, w którym moglibyśmy szukać schronienia. - Cymmerianin wolałby opuścić dolinę na dobre, ale dał słowo, że pomoże odnaleźć Marandosa i chciał dotrzymać obietnicy, Aquilończycy zaś byli zdecydowani kontynuować poszukiwania.
- Jeżeli mój brat przebył przełęcz - powiedział Ulfilo - tylko tam możemy go znaleźć.
- Poza tym nie założono warowni bez powodu - dodał Wulfrede.
- Co masz na myśli? - zapytała Malia.

- Pomyśl tylko, starożytni Pythończycy, albo może ktoś inny, zbudowali miasto w najdogodniejszym miejscu w dolinie. Leży pośrodku żyznych ziem, nad jeziorem, gdzie zbiegają się wszystkie strumienie. Jest doskonale zlokalizowane pod względem sprawowania władzy nad okolicą, wymiany towarów i dostarczania płodów z okolicznych wiosek. Ale po co ten fort na wzgórzach? Bardziej pasowałby na granicy lub przełęczy, gdzie można się spodziewać najazdu wroga.
- No to dlaczego go wybudowano? - zapytała zaintrygowana Malia.
- Ze względu na skarb! - zawołał Springald z błyskiem w oku.
- Tak - potwierdził Van. - Czy nie widzieliście podobnych budowli w innych krajach? Królowie lubią trzymać skarby w pobliżu, ale zarazem bezpiecznie, żeby nie wpadły w ręce chciwych baronów czy nielojalnych rajców miejskich.
- To ma sens - przyznał Chen Shu. - W Nemedii i w Koryntii, w Zamorze, w Turanie i w wielu innych krajach widziałem królewskie skarbce ulokowane w warowniach w pobliżu stolicy. Te zamki w czasie zamieszek często służą królowi za azyl.

- Tym razem, jak się wydaje, stało się na odwrót - powiedział Ulfilo. - Jeśli Marandos spotkał buntowników po przebyciu przełęczy, prawdopodobnie powędrował właśnie do warowni.
- I być może znalazł skarb! - zakrzyknął Wulfrede.
Springald zwrócił się do Khefiego po kushycku:
- Czy ktoś mieszkał w tej warowni, zanim zajęli ją buntownicy?
Tłumacz pokręcił głową.
- Nie. Warownia była opuszczona i nie sądzę, żeby ktoś z niej korzystał od najdawniejszych czasów.
- Tak myślałem. Przez wieki wielu ludzi wędrowało przez tę dolinę, i niektórzy zatrzymywali się w ruinach nad jeziorem. Ale nikt nie zajmował warowni. Być może stoi opuszczona od czasu, gdy przed tysiącami lat umarł ostatni Pythończyk.

- W takim razie skarb może być nietknięty! - zawołał triumfalnie Wulfrede.
- Jeżeli tak - zaczął Springald - zatem najprawdopodobniej jest ukryty w zapieczętowanych lochach. Być może czekają nas długie poszukiwania.
- Jakie to ma znaczenie po tym wszystkim, przez co przeszliśmy?
- Wieczny optymista! - skarciła go gniewnie Malia. - Przypominam ci, że towarzyszy nam stu wojowników. Popatrz na nich! - Skinęła głową w stronę strażników. Podczas gdy połowa z nich jadła, z włóczniami wbitymi w ziemię w zasięgu ręki, druga połowa stała czujnie, z orężem w dłoniach. - A teraz popatrz na nas. - Siedzieli w szóstkę przy ogniu. Czterej marynarze, z pełnymi brzuchami i lekko podchmieleni winem, chrapali błogo w promieniach słońca.

- Ci chłopcy są niezłymi zabijakami, kiedy nie śpią - powiedział Wulfrede. - A z takimi dzielnymi szermierzami jak nasza grupka... - zamaszystym ruchem ręki wskazał swoich towarzyszy - chyba poradzilibyśmy sobie w tymi czarnymi łajdakami. Musimy tylko starannie obmyślić plan i zaatakować nagle, kiedy nie będą się tego spodziewali.
- Ale mają swoje obozy rozsiane po całej dolinie - przypomniał Ulfilo. - Założę się, że do wszystkich wysłano gońców z przykazaniem, by mieli nas na oku.
- Walka mogłaby obrócić się w ucieczkę - powiedział Van z niewzruszonym spojrzeniem. - Ale nie powinno nas to zniechęcać. Pomyślcie o nagrodzie, która czeka nas w razie powodzenia!
- Kiedy byłoby najlepiej spróbować? - zapytał Springald.
Ulfilo zastanawiał się przez chwilę.

- O zmierzchu. Po południu ruszymy w kierunku warowni. Gdy zawrócimy, powinni stać się nieco mniej czujni. To będzie najwłaściwsza pora na atak. W gasnącym świetle mamy większe szansę na niezauważalne dotarcie do fortu.
- To rozsądny plan - pochwalił Druss. - Wojownicy mają długie włócznie i duże tarcze, ale nie noszą zbroi. Rudobrody, powiedz marynarzom, że szybko muszą rzucić włócznie, potem wyciągnąć miecze i natychmiast dążyć do walki wręcz. W ten sposób zapewnią sobie przewagę.
- Powiem im. A co z nim? - Skinął w stronę Khefiego. Tłumacz drzemał, zmęczony przysłuchiwaniem się rozmowie prowadzonej w niezrozumiałym języku.

- Musi iść z nami - zadecydował Springald. - Będziemy go potrzebowali, żeby porozumieć się z buntownikami.
- Wszyscy jesteście pewni, że plan jest dobry? - zapytała Malia, którą ogarnęły wątpliwości.
- Musimy coś zrobić, i to szybko - powiedział Druss - bo inaczej wszyscy staniemy się obiadem tego ohydnego rybiego boga. - Pozostali skinęli na zgodę.
- Zatem postanowione - zakończył Ulfilo. - Zrobimy, jak zaplanowano.
Po południu dalej polowali, ale bez zbytniego zaangażowania. Rozmawiali i śmiali się, żeby uśpić czujność strażników. Wulfrede udawał rozczarowanie myśliwskim pechem, w tym samym czasie wprowadzając marynarzy w desperacki plan. Żeglarze szczerzyli zęby jak wilki na myśl o ataku. Dużo bardziej bali się potwora niż walki jeden na dwóch.
Gdy skraj słonecznej tarczy dotknął grzbietu wzgórz na zachodzie, Ulfilo kazał się zatrzymać.

- Powiedz im, że zawracamy - rzekł do tłumacza. Khefi rzucił parę słów i wojownicy zawrócili w stronę miasta.
Przez kilka minut szli powoli, markując zmęczenie polowaniem. Gdy znaleźli się w dolince między wzgórzami, w znacznej odległości od najbliższej wioski, Ulfilo zawołał:
- Teraz!
W jednej chwili podróżnicy zawirowali i z półobrotu cisnęli krótkie, myśliwskie dzidy. Trzech krajowców padło na ziemię, inni albo zostali ranni, albo przyjęli ciężkie drzewca na tarcze. Dowódca straży krzyknął coś i rozpoczęła się walka.
Zorian zatoczył mieczem zamaszysty łuk i odrąbał rękę wysokiemu strażnikowi, jednocześnie uskakując przed ostrzem długiej, ciężkiej bojowej włóczni. Wokół słyszał głośny stukot mieczy o obciągnięte skórą tarcze i cichsze, ale złowieszcze mlaskanie stali, gdy trafiała w ciało. Zobaczył, że jeden z marynarzy padł przeszyty włócznią w chwili, gdy próbował wyszarpnąć kordelas z brzucha wojownika.
Zaskoczenie wyrównało szansę, lecz brak tarcz przy walce wręcz był bardzo niekorzystny. Wędrowcy musieli robić zręczne uniki i szybko machać mieczem, żeby uniknąć zranienia i śmierci. Wulfrede rozpłatał przeciwnika od ramienia po pas, a Aquilończycy siali spustoszenie swoimi ostrzami, lecz czarni wojownicy walczyli zajadle i po mistrzowsku posługiwali się bronią.
Raptem rozległ się krzyk Malii, która miała trzymać się z dala od walki. Cymmerianin szybko zerknął w jej stronę, aby sprawdzić, czy nie spotkało jej coś złego. Zobaczył, że otaczają ją kudłate postacie, i że więcej tych istot zmierza ku walczącym.

- Bumbana! - ryknął, tnąc wojownika przez pierś. Większość strażników nie żyła, ale teraz ich miejsce zajęli półludzie.
Sytuacja robiła się beznadziejna, ale nastąpił atak buntowników jacy zaatakowali wojowników w białych pióropuszach i bumbana jacy służą Sethmesowi.
Udało wam się wyrwać poszliście z buntownikami którym Kefi wyjaśnił, że jesteście wrogami króla.
Vanko, Tranicos i Druss uczyli się w międzyczasie ile mogli języka Atlajów, oraz acherońskiego tu tylko Druss.
Straciliście 1/3 ludzi, 3 najemników, Vea i jeden niewolnik Vanko zginęli. Około 10 marynarzy i większość ochrony Ufila padła.
Jest was 42 obecnie. Coś robicie w czasie drogi ku wyspie?
Każdy z was ma po jednej ranie lekkiej, Chen Shu ma dwie lekkie.

: 08 maja 2014, 14:52
autor: Procjon
Gdy Tranicos jak zwykle opatrywał rannych po potyczce, jego wzrok padł na ciało Vei, a dokładnie na amulet, który jej dał. Delikatnie zdjął łańcuszek z szyi najemniczki i wsunął do kieszeni. Potem powrócił do opatrywania.
W drodze robię za wysunięty zwiad. Łuk na plecach i oczy dookoła głowy.

: 09 maja 2014, 09:56
autor: Araven
Bumbana zabili wielu i pojmali kilku jeńców spośród was i buntowników. Żywych oddano królowi Nabo. Jeńców obrzucono odpadkami jak wchodzili do miasta. Sethmes zawarł porozumienie z Aghlą, przemówił do pojmanych. Poniżej wyjaśnienia Sethmesa i składanie kolejnej ofiary. Wy w tym czasie idziecie do buntowników, nieco na około, by zgubić pościg.
Jezioro, widzicie, jakie jest okrągłe prawda? To krater, który powstał w chwili, gdy potwór runął z gwiazd, bezradny i wyczerpany długą podróżą. Miliony lat leżał na dnie uczynionego przez siebie dołu, słaby i niezdolny się ruszyć. Po pewnym czasie woda wypełniła zagłębienie, ryby i inne zwierzęta zamieszkały jezioro, ale przybysz z innego świata posiada moc, która zmienia całe znajdujące się w pobliżu życie, i wszystko staje się dziwaczne i zdeformowane.

Prehistoryczni ludzie-węże przybyli do tej doliny i wznieśli miasto na brzegu jeziora. Potwór pożerał ich i przez tysiące lat czerpał z nich siłę, przemieniał w stwory, a w końcu wyniszczył. Znów przyszło mu czekać długie stulecia. Wtedy pojawili się ludzie z upadłego Pythonu, ze skarbem i czarami. Znaleźli ruiny pozostawione przez ludzi-węży i odbudowali je, zakładając własne miasto i skarbiec. Potem czekali, prowadząc przez lata korespondencje z czcigodnymi uciekinierami z Pythonu, którzy osiedli w Stygii.

Rozwinęli magię ludzi-węży i wzmocnili czary, które strzegły przełęczy i innych wejść do doliny, żeby mogli z nich korzystać tylko członkowie królewskiego rodu. Ale dał o sobie znać bóg z jeziora, i kolonia Pythończyków stopniowo ulegała unicestwieniu. Czas mijał, korespondencja z doliną urwała się, a członkowie królewskiego rodu w Stygii stracili siłę i bogactwo. Ostatni zostali kapłanami starożytnego pythońskiego bóstwa, Maata.
Na powierzchnię wypłynęły wodne stworzenia. Marynarz jaki miał być złożony w ofierze zmuszał się, aby wyglądać na półprzytomnego, ale przepełniało go nieznajome uczucie - strach. Pomost i miasto były pełne zbrojnych. Kapłan podjął opowieść, z każdą chwilą coraz bardziej podniecony.

- Zanim zostali przemienieni w nieludzkie istoty, Pythończycy porozumieli się z potworem. Z tych pierwszych kontaktów narodziło się proroctwo o Nowym Pythonie. Przez sto pokoleń kapłani Maata w Stygii, odbierając wizje wysyłane przez Maata i innych bogów, rozprawiali nad proroctwem i stworzyli nową naukę dotyczącą ustanowienia Purpurowego Tronu, na którym zasiądzie ostatni potomek starożytnych władców Pythonu. Ja, Sethmes, jestem jedynym spadkobiercą dynastii, i ja jestem spełnieniem proroctwa!

Potwór był już widoczny, jego macki zaczęły się rozwijać. Aghla wybuchnęła obłąkańczym śmiechem, a Sethmes wrzasnął coś po stygijsku w ekstazie. Bębny huczały szaleńczo. Tłum zawył, gdy szkarada zachłannie wyciągnęła macki. Jeniec wiedział, że w tej chwili ważą się jego losy. Przystąpił więc do działania. Odepchnął strażnika i wskoczył do wody.

W pewnej chwili złapał go stwór podobny do ryby o ludzkich rękach i rozdziawił paszczę, ukazując ostre jak brzytwa zęby. Marynarz pchnął go sztyletem w ślepie. Buchająca posoka ściągnęła inne zmutowane stworzenia, które rozdarły zranionego stwora na strzępy i pożarły w mgnieniu oka, tak jego jak i jeńca.

BUNTOWNICY

Prowadzeni przez buntowników, zmierzacie do ich warowni. Otoczyło was około 200 zbrojnych, chwilowo zostaniecie w dużym budynku pod liczną strażą, macie broń. Ale wam nie ufają. W budynku do pala jest przywiązany Goma. Witajcie biali ludzie, co za spotkanie...

Wkrótce możecie obejrzeć miejscową egzekucję, ogromny ponad 5 metrowy małpolud ludojad w towarzystwie dwóch około 3 metrowych ludojadów, coś jak King Kong rozerwali 10 szpiegów króla Nabo jakich złapali buntownicy. Goma rzekł. Mnie też uważają za szpiega będę z nimi jutro walczył. Jak przeżyję znaczy, ze jestem niewinny. Ktoś stanie u mego boku, walka będzie bez zbroi i broni strzeleckiej. Jak widziecie małpoludy są 3. Podejrzewam, że nawet tacy zabijacy jak wy ich nie pokonalibyście.
Techniczny: z racji na siłę, szybkość tych małpoludów, walka z nimi to niemal wyrok śmierci. Nawet jak będziecie walczyć u boku Gomy. To jak wspomożecie Gomę, czy obejrzycie jego egzekucję? Wam powyższe informacje o przeszłości jeziora podał Goma. Jest wieczór, rano Goma zginie na arenie, walcząc ze stadem King Konga. Pytajcie go o co chcecie. Małpoludy to są wielkie goryle ludojady, to nie bumbana a szare ludożercze gorylopodobne bestie. Bez pancerzy wasze szanse na wygraną to jeden do dziesięciu, ktoś pomaga Gomie?

: 09 maja 2014, 15:38
autor: koszal
Wcześniej. Tuż po bitwie.

Zamoranin pochylił się nad ciałem Vei przeklinając pod nosem. Westchnął ciężko po czym sięgnął po przytroczony do paska wojowniczki mieszek, odciął go szybkim ruchem sztyletu, po czym rzucił ku Mei:

Połowa Twoja, połowa Vasquez.

-oznajmił oschłym tonem, twarz jego zdradzała jednak tłumioną wściekłość.
Straciłem sporą stawkę- myślał Vanko, który z dawna już postanowił sprzedać obie najemniczki dzikusom w głębi lądu. Grymas niezadowolenia po chwili przeszedł w obojętność i spokój, Vanko przekalkulował sytuację..
mniej mord do podziału..- pomyślał znowu, uśmiechając się do siebie.

[center]***[/center]

Obóz buntowników.

Zasłużyłeś na swój los zdrajco! Celowo wprowadzając nas w pułapkę. Gdyby to ode mnie zależało oszczędziłbym Cię tylko po to, by z korzyścią sprzedać jako eunucha do któregoś z burdeli na dalekim południu.

-głośno drwił Vanko, widząc Gomę.

Miast skomleć jak pies pogódź się ze swym losem.

Vanko ku zaskoczeniu towarzyszy odwrócił się ku nim. Wściekły ton opuścił jego oblicze. Postąpił kroku ku Drussowi, kiwnął na pozostałych i podjął ściszonym głosem.

Nie bardzo mi się widzi babrać się w miejscowych rozgrywkach. Wdzięczność włądz bywa ulotna i zmienna jak cena portowej dziwki. Ten cały Goma zna nasz język i drogę, nadto wydaje się dobrze zorientowany w tutejszej sytuacji. Ja go wykpiłem, niechże teraz jeden z Was opowie się po jego stronie i kupi jego lojalność.
To mówiąc wymownie spojrzał się na Drussa.

Nie wypada Ci Cymeryjski byku zgłosić się jako drugi. Zgłoś swój udział, a wówczas my Cię poprzemy.

: 11 maja 2014, 16:06
autor: Dobro
Zorian znacząco podniósł prawą brew, patrząc na Vanko.

- Co ty zaś knujesz, kanalio...pomyślał, opierając rękę na głowni miecza u pasa. Po chwili podszedł dwa kroki w stronę Gomy.

- No, no, jak to życie kołem się toczy! - skomentował głośno. - Dzięki tobie przeżyliśmy wyprawę, by następnie wpaść w łapy tego idioty - tu Zorian splunął - Nabo. Powiedz no nam, ładnie to tak znikać towarzyszom z oczu?
Mistrzu, jak tam stan naszych najemników? 1/3 zginęła z 12, to 8 dalej jest zdrowych i gotowych do walki?

: 11 maja 2014, 16:21
autor: Araven
Witaj Zorianie, obiecywałem doprowadzić was do Rogów Shustu, co uczyniłem.
Nie wziąłem zapłaty, od Ufilia. Zrobiłem to jako wolny człowiek, nie jako najemnik.
Nikomu nie obiecywałem, że pójdę z wami poza Rogi Shustu.
Zniknałem, bo miałem swoje sprawy tutaj, ale zaprowadziło mnie to do tego pala gdzie jestem przywiązany.

Jak reszta BG, żyjecie? Tempo mocno spadło, a finał się zbliża.
8 najemników w miarę w dobrej formie jest.
Czekam na info czy którykolwiek z was stanie do walki u boku Gomy przeciwko King Kongowi i 2 innym szarym małpoludom ludojadom.
Walka bez zbroi i broni strzeleckiej. To niemal pewne samobójstwo, mimo waszych umiejętności.

: 11 maja 2014, 16:37
autor: Dobro
- Cóż, Goma, przyznasz, że nie jesteśmy ci nic winni. No, w każdym razie ja nie mam zamiaru za ciebie umierać - odpowiedział Zorian, wzruszając ramionami. - A powiedz tak szczerze: szpiegujesz dla Nabo, czy byłeś na tyle głupi, że wpadłeś w łapy tych "buntowników"? - akwilończyk zaakcentował ostatnie słowo, by brzmiało nieco ironicznie.
Początek maja to zawsze majówki, juwenalia, imprezy masowe... za niedługo wszystko wróci do normy ;)

: 11 maja 2014, 16:43
autor: Araven
Nie szpieguję dla Nabo, długo mnie tu nie było.
Mam swoje powody by nienawidzić króla Nabo, zabił mi ojca.
Dowódca buntowników, uznał mnie za szpiega.
Walka z małpoludami to moja próba, jeśli przeżyję,
udowodnię swoją niewinność.
Cóż zamierzam spróbować, może Ngai będzie mi łaskawy.
Jeśli zginę, dołączę do reszty mojej rodziny w zaświatach.

Do innego budynku zabrano, waszych pracodawców, Wulfhere i ich ludzi.
Drużyna, ludzie Vanko i najemnicy Drussa i Zoriana sa w tym samym budynku co Goma.
Gomę odwiązano od pala i oddano mu jego topór, by wypoczął przed walką następnego dnia.

: 11 maja 2014, 18:53
autor: koszal
Bezduszne spojrzenie Zamorańczyka spoczęło na twarzy jeńca. Nieznana, niezrozumiała siła pchała go w nader ryzykownym kierunku. Siła, której nie rozumiał, lecz która napędzała całe jego życie, wciąż stawiając je na szali losu.

Intuicja. Zwierzęcy instynkt, biorący górę nad chłodną kalkulacją. Teraz obie te wartości równoważyły się. Stawka była wysoka, kości w grze.
Sięgnął po wino, mrucząc pod nosem.
"Zbyt długo z tym zwlekałem, skapcaniałem jak obżarty kupiec."

Zdecydowanym ruchem uniósł skórzany bukłak pożądliwie opróżniając prawie połowę. Otarł usta, po czym rzucił pozostałość Zorianowi. Przez chwile gapił się bezmyślnie na odległe szczyty, kręcąc głową tak, że dało się słyszeć ciche strzelanie kości.

Podszedł do Gomy, zamorańskim zwyczajem chwyciwszy go za kark, po czym oparł czoło dzikusa o swoje własne. Spoglądając głęboko w oczy skazańca rzekł:

Moja matka... a przynajmniej ta stara kurwa Medea, która na ołtarzu śmierci podała się za nią rzekła mi kiedyś bym wierzył jedynie własnemu sercu, a wszelki osąd okraszał zyskiem.
Lekcja, której mi udzieliła na niewiele jej się zdała... miała długi u mego pracodawcy.. głupia jędza.. zacisnąłem dłonie na jej szyi... hep!... ale co taki ... jak Ty ...może o tym wiedzieć?


Vanko odsunął się o krok, alkohol nazbyt dawno nie pulsował w tętnicach najemnika, toteż wojownik zatoczył się nieco zaskoczony gwałtownym uderzeniem trunku.
Umysł pracował teraz na wysokich obrotach. Coś tu się nie zgadzało, coś nie pasowało do reszty.

Goma. Cywilizowany dzikus, znający języki, niechybnie znający i te strony. Był kimś jeszcze... nie, z pewnością nie był zwykłym wymalowanym dzikusem, jakich pełno było wokół, paradujących w przepaskach biodrowych i trących się pewnikiem pospołu z bydłem. Krył jeszcze jakąś tajemnicę.
Nadto, skoro jego uznano za szpiega, równie dobrze mogło to spotkać i całą wyprawę. Vanko dość już miał, by jakiś zarośnięty wnuk, czy brat małpoluda decydował o jego losie. O Nie! Los Vanka musiał ponownie trafić do jego własnych rąk.

Stanę u Twego boku gołodupcu... hep! A jakże! -zaskakująca, choć spodziewana wesołość wstąpiła na oblicze zamorańczyka.

..nie, żebym Cię darzył jakimś uczuciem, zwyczajnie nie lubię... marnotrawstwa... łżesz jak pies, ale ... w każdym razie...
ale nie wiem jak ci za mną. O!!! Stal mają ostrą, ale ...co w portkach? Hłe hłe!! Ten wielki to pewnie najwięcej się przestraszy, a jak z resztą...
myślisz, że dadzą nam jakieś baby na noc przed tą ..no.. ezgę..ku...cjom? Hep!


Trzeźwość osądu dryfowała w bezmiarze okraszonej winem intuicji. Półtora kroku później Vanko leżał na ziemi jak długi. Nadgorliwa, czerwona mrówka podjęła szybką próbę wspięcia się na zatopiony w piasku nos cudzoziemca.
No jak to, scenariusz dobiega końca, a Vanko trzeźwy? Akcję trzeba ruszyć do przodu, a charakterek odegrać, choćby i ostatnia okazja w życiu Vanka to była.
No i żeby poprawić swoje szanse uwalam się na szybko, to do rana wytrzeźwieję.

: 12 maja 2014, 09:01
autor: Araven
Zaskoczyłeś mnie Vanko, sądziłem, że ty nie staniesz do walki u mego boku.
Baby nam nie przysługują, chyba, że jakimś cudem wygramy we dwóch.
Dajno łyka tego płynu co tam pijesz, ja alkoholu zwykle nie pijam,
ale przed śmiercią zrobię wyjątek.
Czekam na decyzje innych. Zorian nie zmienia zdania? będzie oglądał walkę Gomy i Vanko z bezpiecznego miejsca?

: 12 maja 2014, 17:26
autor: Procjon
- Nie żeby miało to dla mnie jakiś wyższy sens, ale przebaczcie mi że nie mam odwagi żeby stanąć do walki razem z wami. Albo po prostu nie jestem jeszcze wystarczająco pijany. Powodzenia.
- A nawet jeżeli i nas uznają za szpiegów... nie z takich kłopotów się cało wychodziło.
MG, czy mamy opcję jakiegokolwiek dostania się do tych małpoludów i np. ich podtrucia?

: 12 maja 2014, 21:40
autor: Araven
Pilnują was nader uważnie, nie ma szans podejść do małpoludów, nawet nie wiecie gdzie teraz są.

: 13 maja 2014, 12:25
autor: Dobro
- Vanko, głupiś, jak stary but. Ale jak mamy zabić te małpy, to potrzeba nam sprytnego planu. Najlepiej dwóch odciągajacych uwage. Możemy to być my, Vanko, a Goma w tym czasie systematycznie będzie osłabiał atakującego. W miarę możliwości będę próbował podcinać ścięgna w łydkach, podczas przerzutów. Co wy na to?
I tym sposobem Zorian po raz kolejny dał się wciągnąć na niemal pewną śmierć...

: 13 maja 2014, 14:18
autor: Araven
Czekam jeszcze na zdanie Drussa i Chen Shu.
Vanko i Zorian wspomoże Gomę, a Tranicos będzie obserwował. Czyli mamy 3 na 3...

: 13 maja 2014, 20:15
autor: El Bragh
Chen Shu powolnym krokiem podszedł do czrnoskórego osiłka. - Masz moje dwie szable w jutrzejszej walce, jest tylko jeden warunek, chcę się dowiedzieć kim tak naprawdę jesteś. Jeśli mam walczyć i zginąć u twego boku muszę wiedzieć za kogo to robię.
Na duchy przodków napijmy się, to nam ułatwi rozmowę i pobudzi do walki. - Kitajczyk pociągnął spory łyk z bukłaka z samogonem i podał go Gomie.
Rozumiem że w walce nie mogę używać zatrutych szpikulcy i gwiazdek?
Jeśli tak to zatruwam sobie szablę środkiem usypiającym i drugą osłabiającym (po jednej dawce mi zostało) chyba że to nie zadziała na małpoludy i wiem o tym