: 08 maja 2014, 09:25
Polowanie
- Królu - rzekł Ulfilo - twoja gościnność i hojność nie ma sobie równych, ale w naszym kraju łowy są główną rozrywką szlachetnie urodzonych i nie znajdujemy niczego przyjemniejszego.
- Aha, lubicie zabijać! - zawołał Nabo z domyślnym uśmiechem. Coś takiego potrafił zrozumieć. - Zatem idźcie i polujcie. Przydzielę wam eskortę wojowników.
- Nie potrzebujemy straży - sprzeciwił się Druss.
- Ale ja nalegam - powiedział król z uśmiechem.
- W takim razie oczywiście czujemy się zaszczyceni - wtrącił gładko Springald. - Czy w swej łaskawości, panie, pozwolisz nam korzystać z usług twojego sługi, Khefiego? Z jego pomocą w razie konieczności będziemy mogli porozumieć się z eskortą i innymi poddanymi.
Nabo ruchem ręki wyraził zgodę.
- Udanych łowów, przyjaciele - rzekł na odchodnym i roześmiał się serdecznie.
- Nie podoba mi się sposób, w jaki ten dzikus bawi się z nami - powiedziała Malia, gdy z włóczniami na ramionach opuścili mury miasta. Czterej marynarze szli za swoimi przywódcami, a za nimi maszerowało dwójkami dwudziestu wojowników w białych pióropuszach.
- Ale o co chodzi w tej grze? - spytał Wulfrede. - Nie wysunął żadnych żądań, nawet nas nie wypytywał. Ciekawiło go tylko, kto nas tu przyprowadził.
Druss odwrócił się do Khefiego.
- Dlaczego król uznał, że potrzebna nam eskorta? - Wskazał kciukiem przez ramię na wojowników o kamiennych twarzach.
- Mój pan boi się, że możecie zostać zaatakowani.
- Zaatakowani? - powtórzył Ulfilo. - Przez kogo? Czy są tu bandyci?
- Bandyci - tak, i... i... buntownicy. - Khefi wyszeptał ostatnie słowo i zerknął nerwowo w stronę eskorty, mimo że wojownicy nie rozumieli kushyckiego.
- Wreszcie do czegoś dochodzimy - podsumował Druss. - Opowiedz nam o buntownikach. Zapomnij o tych psach z białymi piórami. Zabiję każdego, który okaże, że zrozumiał choć jedno słowo.
- Dobrze. Jeżeli ktoś mnie zapyta, powiem, że opowiadam wam o kraju i zwierzynie, jaką można tu znaleźć.
- To powinno wystarczyć - rzekł Ulfilo. - Teraz mów.
- Król Nabo miał starszego brata, Chaaka, który kilka lat temu, po śmierci ich ojca, zasiadł na tronie. Chaak zaniedbał obrzędy ku czci boga jeziora, co bardzo rozzłościło Aghlę.
- Dlaczego nie zabił tej ohydnej staruchy? - zapytał Springald.
- Nawet królowie boją się Aghli, jej magia bowiem jest potężna, a klątwy niezwykle skuteczne. W każdym razie wiedźma głosiła wśród ludzi, że bezbożność króla ściągnie na ich głowy wielkie nieszczęście. Podjudzała zwłaszcza wojowników z białymi piórami.
- A kto był ich dowódcą? - zapytał Ulfilo, jak zwykle w lot chwytający sprawy wojskowe i polityczne.
- Zgodnie z tradycją na czele tego oddziału zawsze staje młodszy brat króla.
- Czyli Nabo - stwierdził Wulfrede.
- Właśnie.
- Mów dalej - poprosiła Malia.
- Aghla wychwalała Naba jako pobożnego i obowiązkowego księcia, człowieka odpowiedniego do przejęcia władzy i przywrócenia starożytnych obrzędów. Ten wywołał rebelię i z poparciem swoich wojowników wypędził prawowitego króla z miasta. Ci z błękitnymi piórami też stanęli po jego stronie, ale bez większego przekonania.
- A były król nie miał żadnych popleczników? - zapytał Ulfilo.
- Większość z jego klanu pozostała mu wierna, poza tym wojownicy z zielonymi piórami z jego straży przybocznej. W całej dolinie toczono walki. Rozstrzygająca bitwa miała miejsce w pobliżu zakazanej przełęczy, którą weszliście do doliny.
- Król zginął? - zapytał Druss.
- Tak. Również jego syna uznano za poległego, chociaż nigdy nie znaleziono ciała.
- Nie widzieliśmy w dolinie innych wojowników prócz tych, którzy noszą białe albo błękitne pióra. Co się stało z tamtymi? - dociekał Springald.
- Uciekli. A reszta... - urwał i znów niespokojnie rzucił okiem przez ramię.
- A reszta zamieszkuje miasto na wzgórzach za jeziorem? - dokończył za niego Druss.
- Tak. Tamto miasto jest dużo mniejsze, ale jego mury są wysokie. Przypomina warownię, podobną do fortec na wybrzeżu Stygii. Buntownicy urządzają stamtąd wypady na królewskie stada i spichlerze.
- A mój mąż Marandos? - zapytała Malia. - Powiedz mi szczerze, czy Nabo go zabił?
- Przysięgam ci, nie widziałem tego człowieka ani o nim nie słyszałem. Z pewnością gdyby tu przybył, król kazałby mi tłumaczyć.
Polowali przez cały ranek na małe, tłuste gazele. Przed południem Ulfilo zarządził odpoczynek, w czasie którego oprawiono zwierzynę i upieczono mięso nad dymiącymi węglami. Przy jedzeniu przywódcy przystąpili do omówienia planów.
- Musimy uciec - oznajmił Druss. - A warownia na wzgórzach jest jedynym miejscem, w którym moglibyśmy szukać schronienia. - Cymmerianin wolałby opuścić dolinę na dobre, ale dał słowo, że pomoże odnaleźć Marandosa i chciał dotrzymać obietnicy, Aquilończycy zaś byli zdecydowani kontynuować poszukiwania.
- Jeżeli mój brat przebył przełęcz - powiedział Ulfilo - tylko tam możemy go znaleźć.
- Poza tym nie założono warowni bez powodu - dodał Wulfrede.
- Co masz na myśli? - zapytała Malia.
- Pomyśl tylko, starożytni Pythończycy, albo może ktoś inny, zbudowali miasto w najdogodniejszym miejscu w dolinie. Leży pośrodku żyznych ziem, nad jeziorem, gdzie zbiegają się wszystkie strumienie. Jest doskonale zlokalizowane pod względem sprawowania władzy nad okolicą, wymiany towarów i dostarczania płodów z okolicznych wiosek. Ale po co ten fort na wzgórzach? Bardziej pasowałby na granicy lub przełęczy, gdzie można się spodziewać najazdu wroga.
- No to dlaczego go wybudowano? - zapytała zaintrygowana Malia.
- Ze względu na skarb! - zawołał Springald z błyskiem w oku.
- Tak - potwierdził Van. - Czy nie widzieliście podobnych budowli w innych krajach? Królowie lubią trzymać skarby w pobliżu, ale zarazem bezpiecznie, żeby nie wpadły w ręce chciwych baronów czy nielojalnych rajców miejskich.
- To ma sens - przyznał Chen Shu. - W Nemedii i w Koryntii, w Zamorze, w Turanie i w wielu innych krajach widziałem królewskie skarbce ulokowane w warowniach w pobliżu stolicy. Te zamki w czasie zamieszek często służą królowi za azyl.
- Tym razem, jak się wydaje, stało się na odwrót - powiedział Ulfilo. - Jeśli Marandos spotkał buntowników po przebyciu przełęczy, prawdopodobnie powędrował właśnie do warowni.
- I być może znalazł skarb! - zakrzyknął Wulfrede.
Springald zwrócił się do Khefiego po kushycku:
- Czy ktoś mieszkał w tej warowni, zanim zajęli ją buntownicy?
Tłumacz pokręcił głową.
- Nie. Warownia była opuszczona i nie sądzę, żeby ktoś z niej korzystał od najdawniejszych czasów.
- Tak myślałem. Przez wieki wielu ludzi wędrowało przez tę dolinę, i niektórzy zatrzymywali się w ruinach nad jeziorem. Ale nikt nie zajmował warowni. Być może stoi opuszczona od czasu, gdy przed tysiącami lat umarł ostatni Pythończyk.
- W takim razie skarb może być nietknięty! - zawołał triumfalnie Wulfrede.
- Jeżeli tak - zaczął Springald - zatem najprawdopodobniej jest ukryty w zapieczętowanych lochach. Być może czekają nas długie poszukiwania.
- Jakie to ma znaczenie po tym wszystkim, przez co przeszliśmy?
- Wieczny optymista! - skarciła go gniewnie Malia. - Przypominam ci, że towarzyszy nam stu wojowników. Popatrz na nich! - Skinęła głową w stronę strażników. Podczas gdy połowa z nich jadła, z włóczniami wbitymi w ziemię w zasięgu ręki, druga połowa stała czujnie, z orężem w dłoniach. - A teraz popatrz na nas. - Siedzieli w szóstkę przy ogniu. Czterej marynarze, z pełnymi brzuchami i lekko podchmieleni winem, chrapali błogo w promieniach słońca.
- Ci chłopcy są niezłymi zabijakami, kiedy nie śpią - powiedział Wulfrede. - A z takimi dzielnymi szermierzami jak nasza grupka... - zamaszystym ruchem ręki wskazał swoich towarzyszy - chyba poradzilibyśmy sobie w tymi czarnymi łajdakami. Musimy tylko starannie obmyślić plan i zaatakować nagle, kiedy nie będą się tego spodziewali.
- Ale mają swoje obozy rozsiane po całej dolinie - przypomniał Ulfilo. - Założę się, że do wszystkich wysłano gońców z przykazaniem, by mieli nas na oku.
- Walka mogłaby obrócić się w ucieczkę - powiedział Van z niewzruszonym spojrzeniem. - Ale nie powinno nas to zniechęcać. Pomyślcie o nagrodzie, która czeka nas w razie powodzenia!
- Kiedy byłoby najlepiej spróbować? - zapytał Springald.
Ulfilo zastanawiał się przez chwilę.
- O zmierzchu. Po południu ruszymy w kierunku warowni. Gdy zawrócimy, powinni stać się nieco mniej czujni. To będzie najwłaściwsza pora na atak. W gasnącym świetle mamy większe szansę na niezauważalne dotarcie do fortu.
- To rozsądny plan - pochwalił Druss. - Wojownicy mają długie włócznie i duże tarcze, ale nie noszą zbroi. Rudobrody, powiedz marynarzom, że szybko muszą rzucić włócznie, potem wyciągnąć miecze i natychmiast dążyć do walki wręcz. W ten sposób zapewnią sobie przewagę.
- Powiem im. A co z nim? - Skinął w stronę Khefiego. Tłumacz drzemał, zmęczony przysłuchiwaniem się rozmowie prowadzonej w niezrozumiałym języku.
- Musi iść z nami - zadecydował Springald. - Będziemy go potrzebowali, żeby porozumieć się z buntownikami.
- Wszyscy jesteście pewni, że plan jest dobry? - zapytała Malia, którą ogarnęły wątpliwości.
- Musimy coś zrobić, i to szybko - powiedział Druss - bo inaczej wszyscy staniemy się obiadem tego ohydnego rybiego boga. - Pozostali skinęli na zgodę.
- Zatem postanowione - zakończył Ulfilo. - Zrobimy, jak zaplanowano.
Po południu dalej polowali, ale bez zbytniego zaangażowania. Rozmawiali i śmiali się, żeby uśpić czujność strażników. Wulfrede udawał rozczarowanie myśliwskim pechem, w tym samym czasie wprowadzając marynarzy w desperacki plan. Żeglarze szczerzyli zęby jak wilki na myśl o ataku. Dużo bardziej bali się potwora niż walki jeden na dwóch.
Gdy skraj słonecznej tarczy dotknął grzbietu wzgórz na zachodzie, Ulfilo kazał się zatrzymać.
- Powiedz im, że zawracamy - rzekł do tłumacza. Khefi rzucił parę słów i wojownicy zawrócili w stronę miasta.
Przez kilka minut szli powoli, markując zmęczenie polowaniem. Gdy znaleźli się w dolince między wzgórzami, w znacznej odległości od najbliższej wioski, Ulfilo zawołał:
- Teraz!
W jednej chwili podróżnicy zawirowali i z półobrotu cisnęli krótkie, myśliwskie dzidy. Trzech krajowców padło na ziemię, inni albo zostali ranni, albo przyjęli ciężkie drzewca na tarcze. Dowódca straży krzyknął coś i rozpoczęła się walka.
Zorian zatoczył mieczem zamaszysty łuk i odrąbał rękę wysokiemu strażnikowi, jednocześnie uskakując przed ostrzem długiej, ciężkiej bojowej włóczni. Wokół słyszał głośny stukot mieczy o obciągnięte skórą tarcze i cichsze, ale złowieszcze mlaskanie stali, gdy trafiała w ciało. Zobaczył, że jeden z marynarzy padł przeszyty włócznią w chwili, gdy próbował wyszarpnąć kordelas z brzucha wojownika.
Zaskoczenie wyrównało szansę, lecz brak tarcz przy walce wręcz był bardzo niekorzystny. Wędrowcy musieli robić zręczne uniki i szybko machać mieczem, żeby uniknąć zranienia i śmierci. Wulfrede rozpłatał przeciwnika od ramienia po pas, a Aquilończycy siali spustoszenie swoimi ostrzami, lecz czarni wojownicy walczyli zajadle i po mistrzowsku posługiwali się bronią.
Raptem rozległ się krzyk Malii, która miała trzymać się z dala od walki. Cymmerianin szybko zerknął w jej stronę, aby sprawdzić, czy nie spotkało jej coś złego. Zobaczył, że otaczają ją kudłate postacie, i że więcej tych istot zmierza ku walczącym.
- Bumbana! - ryknął, tnąc wojownika przez pierś. Większość strażników nie żyła, ale teraz ich miejsce zajęli półludzie.
Sytuacja robiła się beznadziejna, ale nastąpił atak buntowników jacy zaatakowali wojowników w białych pióropuszach i bumbana jacy służą Sethmesowi.
Udało wam się wyrwać poszliście z buntownikami którym Kefi wyjaśnił, że jesteście wrogami króla.
Małe cofnięcie się do rozmowy o polowaniu. Akwilończycy mimo wahania, po rozmowie z Khefim chcą uciekać z wami.
- A po co? - zapytał król. - Czyż nie macie mięsa pod dostatkiem?- Królu - rzekł Ulfilo - twoja gościnność i hojność nie ma sobie równych, ale w naszym kraju łowy są główną rozrywką szlachetnie urodzonych i nie znajdujemy niczego przyjemniejszego.
- Aha, lubicie zabijać! - zawołał Nabo z domyślnym uśmiechem. Coś takiego potrafił zrozumieć. - Zatem idźcie i polujcie. Przydzielę wam eskortę wojowników.
- Nie potrzebujemy straży - sprzeciwił się Druss.
- Ale ja nalegam - powiedział król z uśmiechem.
- W takim razie oczywiście czujemy się zaszczyceni - wtrącił gładko Springald. - Czy w swej łaskawości, panie, pozwolisz nam korzystać z usług twojego sługi, Khefiego? Z jego pomocą w razie konieczności będziemy mogli porozumieć się z eskortą i innymi poddanymi.
Nabo ruchem ręki wyraził zgodę.
- Udanych łowów, przyjaciele - rzekł na odchodnym i roześmiał się serdecznie.
- Nie podoba mi się sposób, w jaki ten dzikus bawi się z nami - powiedziała Malia, gdy z włóczniami na ramionach opuścili mury miasta. Czterej marynarze szli za swoimi przywódcami, a za nimi maszerowało dwójkami dwudziestu wojowników w białych pióropuszach.
- Ale o co chodzi w tej grze? - spytał Wulfrede. - Nie wysunął żadnych żądań, nawet nas nie wypytywał. Ciekawiło go tylko, kto nas tu przyprowadził.
Druss odwrócił się do Khefiego.
- Dlaczego król uznał, że potrzebna nam eskorta? - Wskazał kciukiem przez ramię na wojowników o kamiennych twarzach.
- Mój pan boi się, że możecie zostać zaatakowani.
- Zaatakowani? - powtórzył Ulfilo. - Przez kogo? Czy są tu bandyci?
- Bandyci - tak, i... i... buntownicy. - Khefi wyszeptał ostatnie słowo i zerknął nerwowo w stronę eskorty, mimo że wojownicy nie rozumieli kushyckiego.
- Wreszcie do czegoś dochodzimy - podsumował Druss. - Opowiedz nam o buntownikach. Zapomnij o tych psach z białymi piórami. Zabiję każdego, który okaże, że zrozumiał choć jedno słowo.
- Dobrze. Jeżeli ktoś mnie zapyta, powiem, że opowiadam wam o kraju i zwierzynie, jaką można tu znaleźć.
- To powinno wystarczyć - rzekł Ulfilo. - Teraz mów.
- Król Nabo miał starszego brata, Chaaka, który kilka lat temu, po śmierci ich ojca, zasiadł na tronie. Chaak zaniedbał obrzędy ku czci boga jeziora, co bardzo rozzłościło Aghlę.
- Dlaczego nie zabił tej ohydnej staruchy? - zapytał Springald.
- Nawet królowie boją się Aghli, jej magia bowiem jest potężna, a klątwy niezwykle skuteczne. W każdym razie wiedźma głosiła wśród ludzi, że bezbożność króla ściągnie na ich głowy wielkie nieszczęście. Podjudzała zwłaszcza wojowników z białymi piórami.
- A kto był ich dowódcą? - zapytał Ulfilo, jak zwykle w lot chwytający sprawy wojskowe i polityczne.
- Zgodnie z tradycją na czele tego oddziału zawsze staje młodszy brat króla.
- Czyli Nabo - stwierdził Wulfrede.
- Właśnie.
- Mów dalej - poprosiła Malia.
- Aghla wychwalała Naba jako pobożnego i obowiązkowego księcia, człowieka odpowiedniego do przejęcia władzy i przywrócenia starożytnych obrzędów. Ten wywołał rebelię i z poparciem swoich wojowników wypędził prawowitego króla z miasta. Ci z błękitnymi piórami też stanęli po jego stronie, ale bez większego przekonania.
- A były król nie miał żadnych popleczników? - zapytał Ulfilo.
- Większość z jego klanu pozostała mu wierna, poza tym wojownicy z zielonymi piórami z jego straży przybocznej. W całej dolinie toczono walki. Rozstrzygająca bitwa miała miejsce w pobliżu zakazanej przełęczy, którą weszliście do doliny.
- Król zginął? - zapytał Druss.
- Tak. Również jego syna uznano za poległego, chociaż nigdy nie znaleziono ciała.
- Nie widzieliśmy w dolinie innych wojowników prócz tych, którzy noszą białe albo błękitne pióra. Co się stało z tamtymi? - dociekał Springald.
- Uciekli. A reszta... - urwał i znów niespokojnie rzucił okiem przez ramię.
- A reszta zamieszkuje miasto na wzgórzach za jeziorem? - dokończył za niego Druss.
- Tak. Tamto miasto jest dużo mniejsze, ale jego mury są wysokie. Przypomina warownię, podobną do fortec na wybrzeżu Stygii. Buntownicy urządzają stamtąd wypady na królewskie stada i spichlerze.
- A mój mąż Marandos? - zapytała Malia. - Powiedz mi szczerze, czy Nabo go zabił?
- Przysięgam ci, nie widziałem tego człowieka ani o nim nie słyszałem. Z pewnością gdyby tu przybył, król kazałby mi tłumaczyć.
Polowali przez cały ranek na małe, tłuste gazele. Przed południem Ulfilo zarządził odpoczynek, w czasie którego oprawiono zwierzynę i upieczono mięso nad dymiącymi węglami. Przy jedzeniu przywódcy przystąpili do omówienia planów.
- Musimy uciec - oznajmił Druss. - A warownia na wzgórzach jest jedynym miejscem, w którym moglibyśmy szukać schronienia. - Cymmerianin wolałby opuścić dolinę na dobre, ale dał słowo, że pomoże odnaleźć Marandosa i chciał dotrzymać obietnicy, Aquilończycy zaś byli zdecydowani kontynuować poszukiwania.
- Jeżeli mój brat przebył przełęcz - powiedział Ulfilo - tylko tam możemy go znaleźć.
- Poza tym nie założono warowni bez powodu - dodał Wulfrede.
- Co masz na myśli? - zapytała Malia.
- Pomyśl tylko, starożytni Pythończycy, albo może ktoś inny, zbudowali miasto w najdogodniejszym miejscu w dolinie. Leży pośrodku żyznych ziem, nad jeziorem, gdzie zbiegają się wszystkie strumienie. Jest doskonale zlokalizowane pod względem sprawowania władzy nad okolicą, wymiany towarów i dostarczania płodów z okolicznych wiosek. Ale po co ten fort na wzgórzach? Bardziej pasowałby na granicy lub przełęczy, gdzie można się spodziewać najazdu wroga.
- No to dlaczego go wybudowano? - zapytała zaintrygowana Malia.
- Ze względu na skarb! - zawołał Springald z błyskiem w oku.
- Tak - potwierdził Van. - Czy nie widzieliście podobnych budowli w innych krajach? Królowie lubią trzymać skarby w pobliżu, ale zarazem bezpiecznie, żeby nie wpadły w ręce chciwych baronów czy nielojalnych rajców miejskich.
- To ma sens - przyznał Chen Shu. - W Nemedii i w Koryntii, w Zamorze, w Turanie i w wielu innych krajach widziałem królewskie skarbce ulokowane w warowniach w pobliżu stolicy. Te zamki w czasie zamieszek często służą królowi za azyl.
- Tym razem, jak się wydaje, stało się na odwrót - powiedział Ulfilo. - Jeśli Marandos spotkał buntowników po przebyciu przełęczy, prawdopodobnie powędrował właśnie do warowni.
- I być może znalazł skarb! - zakrzyknął Wulfrede.
Springald zwrócił się do Khefiego po kushycku:
- Czy ktoś mieszkał w tej warowni, zanim zajęli ją buntownicy?
Tłumacz pokręcił głową.
- Nie. Warownia była opuszczona i nie sądzę, żeby ktoś z niej korzystał od najdawniejszych czasów.
- Tak myślałem. Przez wieki wielu ludzi wędrowało przez tę dolinę, i niektórzy zatrzymywali się w ruinach nad jeziorem. Ale nikt nie zajmował warowni. Być może stoi opuszczona od czasu, gdy przed tysiącami lat umarł ostatni Pythończyk.
- W takim razie skarb może być nietknięty! - zawołał triumfalnie Wulfrede.
- Jeżeli tak - zaczął Springald - zatem najprawdopodobniej jest ukryty w zapieczętowanych lochach. Być może czekają nas długie poszukiwania.
- Jakie to ma znaczenie po tym wszystkim, przez co przeszliśmy?
- Wieczny optymista! - skarciła go gniewnie Malia. - Przypominam ci, że towarzyszy nam stu wojowników. Popatrz na nich! - Skinęła głową w stronę strażników. Podczas gdy połowa z nich jadła, z włóczniami wbitymi w ziemię w zasięgu ręki, druga połowa stała czujnie, z orężem w dłoniach. - A teraz popatrz na nas. - Siedzieli w szóstkę przy ogniu. Czterej marynarze, z pełnymi brzuchami i lekko podchmieleni winem, chrapali błogo w promieniach słońca.
- Ci chłopcy są niezłymi zabijakami, kiedy nie śpią - powiedział Wulfrede. - A z takimi dzielnymi szermierzami jak nasza grupka... - zamaszystym ruchem ręki wskazał swoich towarzyszy - chyba poradzilibyśmy sobie w tymi czarnymi łajdakami. Musimy tylko starannie obmyślić plan i zaatakować nagle, kiedy nie będą się tego spodziewali.
- Ale mają swoje obozy rozsiane po całej dolinie - przypomniał Ulfilo. - Założę się, że do wszystkich wysłano gońców z przykazaniem, by mieli nas na oku.
- Walka mogłaby obrócić się w ucieczkę - powiedział Van z niewzruszonym spojrzeniem. - Ale nie powinno nas to zniechęcać. Pomyślcie o nagrodzie, która czeka nas w razie powodzenia!
- Kiedy byłoby najlepiej spróbować? - zapytał Springald.
Ulfilo zastanawiał się przez chwilę.
- O zmierzchu. Po południu ruszymy w kierunku warowni. Gdy zawrócimy, powinni stać się nieco mniej czujni. To będzie najwłaściwsza pora na atak. W gasnącym świetle mamy większe szansę na niezauważalne dotarcie do fortu.
- To rozsądny plan - pochwalił Druss. - Wojownicy mają długie włócznie i duże tarcze, ale nie noszą zbroi. Rudobrody, powiedz marynarzom, że szybko muszą rzucić włócznie, potem wyciągnąć miecze i natychmiast dążyć do walki wręcz. W ten sposób zapewnią sobie przewagę.
- Powiem im. A co z nim? - Skinął w stronę Khefiego. Tłumacz drzemał, zmęczony przysłuchiwaniem się rozmowie prowadzonej w niezrozumiałym języku.
- Musi iść z nami - zadecydował Springald. - Będziemy go potrzebowali, żeby porozumieć się z buntownikami.
- Wszyscy jesteście pewni, że plan jest dobry? - zapytała Malia, którą ogarnęły wątpliwości.
- Musimy coś zrobić, i to szybko - powiedział Druss - bo inaczej wszyscy staniemy się obiadem tego ohydnego rybiego boga. - Pozostali skinęli na zgodę.
- Zatem postanowione - zakończył Ulfilo. - Zrobimy, jak zaplanowano.
Po południu dalej polowali, ale bez zbytniego zaangażowania. Rozmawiali i śmiali się, żeby uśpić czujność strażników. Wulfrede udawał rozczarowanie myśliwskim pechem, w tym samym czasie wprowadzając marynarzy w desperacki plan. Żeglarze szczerzyli zęby jak wilki na myśl o ataku. Dużo bardziej bali się potwora niż walki jeden na dwóch.
Gdy skraj słonecznej tarczy dotknął grzbietu wzgórz na zachodzie, Ulfilo kazał się zatrzymać.
- Powiedz im, że zawracamy - rzekł do tłumacza. Khefi rzucił parę słów i wojownicy zawrócili w stronę miasta.
Przez kilka minut szli powoli, markując zmęczenie polowaniem. Gdy znaleźli się w dolince między wzgórzami, w znacznej odległości od najbliższej wioski, Ulfilo zawołał:
- Teraz!
W jednej chwili podróżnicy zawirowali i z półobrotu cisnęli krótkie, myśliwskie dzidy. Trzech krajowców padło na ziemię, inni albo zostali ranni, albo przyjęli ciężkie drzewca na tarcze. Dowódca straży krzyknął coś i rozpoczęła się walka.
Zorian zatoczył mieczem zamaszysty łuk i odrąbał rękę wysokiemu strażnikowi, jednocześnie uskakując przed ostrzem długiej, ciężkiej bojowej włóczni. Wokół słyszał głośny stukot mieczy o obciągnięte skórą tarcze i cichsze, ale złowieszcze mlaskanie stali, gdy trafiała w ciało. Zobaczył, że jeden z marynarzy padł przeszyty włócznią w chwili, gdy próbował wyszarpnąć kordelas z brzucha wojownika.
Zaskoczenie wyrównało szansę, lecz brak tarcz przy walce wręcz był bardzo niekorzystny. Wędrowcy musieli robić zręczne uniki i szybko machać mieczem, żeby uniknąć zranienia i śmierci. Wulfrede rozpłatał przeciwnika od ramienia po pas, a Aquilończycy siali spustoszenie swoimi ostrzami, lecz czarni wojownicy walczyli zajadle i po mistrzowsku posługiwali się bronią.
Raptem rozległ się krzyk Malii, która miała trzymać się z dala od walki. Cymmerianin szybko zerknął w jej stronę, aby sprawdzić, czy nie spotkało jej coś złego. Zobaczył, że otaczają ją kudłate postacie, i że więcej tych istot zmierza ku walczącym.
- Bumbana! - ryknął, tnąc wojownika przez pierś. Większość strażników nie żyła, ale teraz ich miejsce zajęli półludzie.
Sytuacja robiła się beznadziejna, ale nastąpił atak buntowników jacy zaatakowali wojowników w białych pióropuszach i bumbana jacy służą Sethmesowi.
Udało wam się wyrwać poszliście z buntownikami którym Kefi wyjaśnił, że jesteście wrogami króla.
Vanko, Tranicos i Druss uczyli się w międzyczasie ile mogli języka Atlajów, oraz acherońskiego tu tylko Druss.
Straciliście 1/3 ludzi, 3 najemników, Vea i jeden niewolnik Vanko zginęli. Około 10 marynarzy i większość ochrony Ufila padła.
Jest was 42 obecnie. Coś robicie w czasie drogi ku wyspie?
Straciliście 1/3 ludzi, 3 najemników, Vea i jeden niewolnik Vanko zginęli. Około 10 marynarzy i większość ochrony Ufila padła.
Jest was 42 obecnie. Coś robicie w czasie drogi ku wyspie?
Każdy z was ma po jednej ranie lekkiej, Chen Shu ma dwie lekkie.