- Dobry wieczór Mr Vallo. - Głos Achille nie zdradzał nawet cienia zaskoczenia.
Pat. Moreau nie lubił tego słowa. Juz Capablanca mówił ze szachy umrą na pata. Takiego właśnie słowa użył - umrą. Achille uwielbiał szachy. Była w nich matematyka, tak, bardzo piękna ale nie tylko o nią chodziło. Ponad szachownica, toczyła się bezpardonowa, pozbawiona litości walka. W sterylnej ciszy przetaczaly się wszystkie emocje typowe dla wojny. Chłodna kalkulacja mieszała się z ryzykiem. Zastawiajac pułapkę nerwy napinaly sie z zaśpiewem rozciąganej stali. Błąd przeciwnika podrywał serce wybuchem adrenaliny. Potworne, nieustające zmaganie, skryte przed wzrokiem laika. Znowu, wszystko ukryte pod gładką, spokojną powierzchnią. Przebiegł wzrokiem po regałach, obliczając szanse że wyłowi wzrokiem Melvilla. Właśnie to kochał w szachach.
Poświęcił chwile na dyskretne spojrzenie na szachownice, szukając analogii w grze wielkich mistrzów. Petrosjan? Właśnie takiego stylu spodziewał się po Vallo, mrówcza, dokładna gra pozycyjna, jak powolne duszenie przeciwnika w uścisku. Nie ważny był styl, liczyło się tylko zwycięstwo. Jak nazywali Petrosjana? Żelazny Tigran? Jak wiele można powiedzieć o człowieku patrząc na jego grę. Siedzą naprzeciw siebie i staczają partie za partia, każdą zakończoną klinczem.
Achille w końcu odnalazł w pamięci podobny wariant. Spasski - Pertosjan, 1969. Ależ się pilnują. Żadnej ekstrawagancji, jakby wynik tej gry coś znaczył, choć nic nie znaczy.
Nagle Moreau poczuł się zmęczony. Nie znosił takich szachów, były wypalone i zimne. W jednej chwili poczuł jak bardzo różni się od tych Starszych.
Na drugim roku studiów zaproponowano mu grę w reprezentacji Francji. Nie zgodził się wtedy, wiedział ze musiałby opanować takie szachy negatywne i nie potrafiłby znaleźć do tego motywacji. Teraz znowu zaczynał grać. I znowu stawał przed tym samym wyborem. Jałowy, pusty styl.
: 04 marca 2015, 23:57
autor: Suriel
Thomas schodził szybko po schodach. Miał tyle pytań do tego statego diabła. Kiedy wreszcie weszli do pokoju w głowie aż mu huczalo. Chciał je wszystkie wystrzelić na raz ize strzępow poskładać prawdę. Ale nie mógł. Obecność Vallo nie bardzo go zaskoczyła, ponieważ ta opcję rozważali jeszcze w Rhino. Bardziej irytowala, ponieważ odwlekala te wszystkie pytania na jtorych zadanie nie mógł sobie przy nim pozwolić. Nie miał wyjścia musiał poczekać.
- Gutte Nacht Herr Vallo.
Niech mówią pierwsi. Mogą tylko zgadywać ile ukladanki sami już ułożylismy.
: 05 marca 2015, 15:20
autor: 8art
Rezydencja Furstenhof; 21;11/14; po 23:00
Wampiry zachęcone gestem Rundsteda rozsiadły się na przyjenych w dotyku sofach. Moreau zerknął dokładniej na szachownicę i oniemiał. Bitwa dopiero się zaczęła. To co wydawało mu sę znanym wariantem, okazało się finezją prawdziwych mistrzów nad mistrzami. Wykonano może osiem lub dziesięć ruchów, a obaj kainici już zgodnie stwierdzili pat. Achile pomimo całęj swej wiedzy, matematycznego geniuszu, nie potrafił wciąż nic dostrzec na szachownicy. Rozgrywka mogła potoczyć się wciąż tysiącami róznych kombinacji, a tu koniec. W grze tych dwóch był geniusz i doświadczenie o jakim każdy znany Achile szachista mógł tylko pomarzyć.
Spasski, Pertosjan... Oni mogliby im strącone przypadkiem na ziemie pionki podawać...
Vallo wstał od stolika skupiając uwagę na gościach. Zrobiwszy kilka kroków odezwał się:
- Jestem wam winny przeprosiny. Moje zniknięcie jest elementem planu, tak samo jak wasze się tu pojawienie. Przekazałem wam tylko kilka niezbędnych informacji. Ale nadchodzi pora aby wtajemniczyć was w to co się dzieje. Jak wiecie domyślam się, ktoś od wielu lat planuje wskrzeszenie pewnej linii krwi, której ostatnią ostoją byłą Mary Shelley. Jej ponowne narodziny byłoby prawdziwą katastrofą. Mam informacje, że planem restauracji linii stoi Sabat, lub jakaś sekta i wiem też, że w mieście ktoś im pomaga. Dlatego wolałem zniknąć z pola widzenia licząc, że ktoś się odsłoni, co pozwoli nam skutecznie działać.
- A gdzie nasza rola w tym wszystkim?
- Chciałbym abyście przeprowadzili rytuał jaki zniszczy Mary Shelley raz na zawsze.
: 05 marca 2015, 17:25
autor: Suriel
I nagle wszystko stało się nie istotne. Matka, Rundstedt, klan i wszystkie sprawy rodzinne w chwilę odpłynęły i stały się tak odległe jak wspomnienia z dzieciństwa. Thomas czuł jak momentalnie gasną w nim te wszystkie drobne uczucia, które nim targały do tej pory. Ex professo zastępowała je chorobliwa i nieustająca ciekawość, którą nosił w sobie. I ekscytacja. Och, tak… czuł jak ręce zaczynają mu dygotać delikatnie w takt muzyki, którą dopiero miał poznać i prawdopodobnie zagrać.
Starał się opanować by na zewnątrz nie okazać tego co kotłowało się w jego środku. Emocje umiał ukryć ale nie potrafił zatrzymać łańcucha pytań jaki w jednej chwili przesunął mu się w myślach.
Czym jest naprawdę rytuał, i do czego jest zdolny jeszcze? Gdzie go odprawić, na kim lub na czym i gdzie? Jakich ingrediencji mógł potrzebować o kiedy należy go odprawić? Jak wygląda jego treść?
Już nie mógł się doczekać dotyku pożółkłych tych kart papieru i tego specyficznego zapachu jaki towarzyszył wiekowym inkunabułom wypisanymi krwią, w osobliwym języku Sztuki.
Spokojnie Thomasie nie zdradzaj się tak łatwo, niech mówią dalej
- Jak dokładnie wyobrażacie sobie Panowie, że ma się to zadziać. Najpierw jednak może uraczycie nas całą skrywaną do tej pory historią?
: 05 marca 2015, 21:38
autor: lightstorm
Gdy Price wszedł do pokoju i ujrzał Vallo, poczuł się zdecydowanie lepiej. Gdzieś w środku chyba na to liczył, bo przecież tego od niego wymagano. Prostota jest pieczęcią natury - pomyślał podchodząc do fotela.
- Witaj, Mr. Vallo. Dobrze cię widzieć. - powiedział, po czym opadł miękko na fotelu. Tradycja nakazywała mu czekać i nie odzywać się jako pierwszemu. Pytania zostawię na koniec - pomyślał. Słuchał z skupieniem wypowiedzi starego Ventrue.
Chcesz, bym robił jakiś przeklęty rytuał? Bardzo to dziwne rozwiązanie... Koroview robiący rytuał? Już raz skłamałeś mówiąc, że każdy jest spoza układów. Xavier przestał myśleć o tym, co sądzi o całej sytuacji i skupił się na informacjach, które zostaną przekazane.
Czekam, aż wszyscy się wypowiedzą. Na końcu odniosę się do tego, co zostało już powiedziane.
: 06 marca 2015, 22:45
autor: 8art
Rezydencja Furstenhof; 21;11/14; po 23:00
- Grób Mary kryje jej serce. A ono jest kluczem do wszystkiego. - zaczął Vallo: - Osobiście złożyłem je w grobie w deszczową noc tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego piątego roku...
- Ale przecież Mary Shelley zmarła w tysiąc osiemset pięćdziesiątym pierwszym. - przerwał zdzwiony Moreau.
- Oficjalnie tak, ale to tylko data, kiedy zdecydowala się zejść z oczu ludzkiego świata. Wystarczy Wam wiedzieć narazie, że złożenie jej serca w grobie było najsmutniejszą nocą w moim nieżyciu. Gdybym wtedy wiedział, że ktoś znów spróbuje wygrzebać to, co z takim trudem udało mi się pochować, to postąpiłbym innaczej. Ale stało się. Błędy za które słono zapłaciłem.
Historia Doktora Frankensteina, którą spisała, krótko przed swoim przeistoczeniem była złym omenem. Została monstrum, przesistoczona rzez kilku odszczepieńców z klanu Tremere, chcących zmierzyć się z legendą powstania własnego klanu. Szaleńcy opętani wizją stworzenia uberwampira. Frankensztajni, przez setki lat doskonalący swą wiedzę w ślepym pożądaniu. Dopięli swego. Mary była wspaniałą kobietą, ale hgdy ogarniał ją głód zaspokoić go mogła jedynie aktem diabolizmu. Stali się jej pierwszymi ofiarami. Potem zginął jej mąż - Percy z krwi Toreador, który rzekomo utopił się, a później hekatomba vitae. Powiem tylko, że w dobrze znanej wszystkim historii z końca lat osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku, prostytutki z Whitechapell nie były zwykłymi kobietami. Były siostrami z klanu Malkavian. Reszty możecie się domysleć. Krwawe Łowy trwały latami, ale w końcu schwytano ją i osobiście ją uśmierciłem.
Niestety jej śmierć to zbyt mało. Ta linia, na co wszystko wskazuje jest czyimś obiektem zainteresowania i może zostać znów wskrzeszona. Ci, którzy stoją za próbami restauracji linii mają w Bournemouth swojego szpicla. Wiem o tym napewno, ale nie wiem kto to. Stąd moje zniknięcie, obliczone na efekt, że zdrajca się odsłoni, co pozwoli Wam działać bardziej bezpiecznie. Chcę zapewnić Mary spokój duszy i ostatecznie zniszczyć efekt eksperymentu.
: 07 marca 2015, 23:20
autor: 8art
Rezydencja Furstenhof; 21;11/14; po 23:00
- Czyny Mary nie były skutkiem jej zdeprawowania czy zaburzeń osobowych. - sucho kontynuował dalej.
Dziwna nuta zaciekawienia ukłuła serce Achile, gdy Michael wspomniał o Tragicznie zmarłym mężu pisarki.
A jednak! Percy był naszej krwi. Zamordowany przez własną żonę... Kto by pomyślał. Jeszcze chwila i Vallo wyjaśni wszystkie zagadki wiktoriańskiej Anglii. Jack the Ripper... Nigdy bym się domyślił...
Marcus słuchał spokojnie, ale ton starego Ventrue uderzał innaczej w czuły słuch Malkaviana. Był coraz bardziej pewien, że mówienie o Shelley sprawia trudność Vallo.
Król i hetman... A może bardziej król i królowa. Gdzieś i my jesteśmy na tej szachownicy... Królowi zbito jego królową, czy król musiał poświęcić królową?
Rozmyślania Koronieva przerwało delikatne pukanie do gabinetu. Chwilę później w drzwiach pojawił się Kurt i bez słowa kiwnął przyzywająco ręką do Gerharda. Stojący przy oknie i zamyślony do tej pory Tzimisce odwrócił się w stronę gości:
- Raczcie wybaczyć, obowiązki wzywają. Wkrótce do was dołączę.
Obaj krewniacy wyszli z pokoju, zostawiając koterię sam na sam z Vallo. Michael kontynuował:
- Jej nieżycie nie było takie jak nasze. Połączono ją z jakimś nieznanym bytem, który wypaczył jej ego i coraz bardziej przejmował kontrolę nad wampirzą duszą. Kilkadziesiąt lat zajęły mi próby odpowiedzi na zagadkę jestestwa Mary i nawet dziś nie mam żadnej stuprocentowo pewnej odpowiedzi. Wiem, że miało to związek z mrocznym kultem hinduskiej bogini Kali i thugami. Thugowie zostali na moje polecenie ostatecznie zlikwidowani poprzez administrację kolonialną po umocnieniu się brytyjskiego panowania w Indiach w drugiej połowie dziewiętnastego wieku. Danina krwi jaką sycił się symbiontyczny byt w duszy Mary osłabła, co w końcu po kilkunastu latach jakie wydawały się początkiem Gehenny pozwoliły dopaść Shelley, która i tak wydawała się istotą niemal wszechmocną.
Steinbach słuchający Ventrue i kręcący się po pokoju, zbliżył się do okna. Nieskrępowanie wyjrzał przez okno. Na podjeździe zatrzymała się stara furgonetka. Thomas skupił się na widoku przed rezydencją. Z auta wysiadło trzech rosłych mężczyzn, pomimo mrozu odzianych jedynie w spodnie i koszulki. Z paki furgonu wyciągnęli mocno krwawiącego z licznych ran, ledwo stojącego na nogach kolejnego mężczyzne podobnej do reszty postury. Rundstedt wskazał ręką na szpitalne łóżko i coś powiedział do przybyszy. Steinbach nie mógł niczego dosłyszeć, bo okna całkowicie tłumiły jakiekolwiek odgłosy z zewnątrz, ale cokolwiek powiedział Tzimisce, spowodowało to momentalną agresywną reakcję mężczyzn. Rundstedt stał spokojnie i nawet nie cofnął się o krok, gdy jeden z nich doskoczył do wampira zatrzymując się dosłownie o centymetry przed Tzimisce. Kurt również zadziałał błyskawicznie sięgając po broń pod połę kurtki. Największy z obcych, o bujnych długich włosach kiwnął uspokajająco ręką, do swych kompanów i zmierzył wzrokiem Gerharda. Po napiętej, nerwowej chwili nakazał coś mężczyznom i obcy posłusznie, acz niechętnie przykuli rannego do łóżka nienaturalnie ogromnymi kajdanami, na stałe przytwierdzonymi do ramy szpitalnego wózka. Gdy skończyli, widać było jak żegnają się z rannym i wsiadają do auta. Rundstedt pchnął łóżko w stronę wejścia i zniknął wraz z Kurtem z pola widzenia, rozciągającego się z okna w którym stał Tremere. Furgon ruszył drogą w ciemność, w stronę skąd przyjechała niedawno koteria...
Rundstedt znika wam z oczu w takich dziwnych okolicznościach. Jesli macie jakieś pytania do Vallo, to teraz jest dobry moment, bo jesteście sami z Michaelem. Każdy z Was szczerze wątpi abyście mogli być podsłuchiwani w osobistym gabinecie Gerharda.
: 07 marca 2015, 23:56
autor: Oggy
Oto ogromny sklep z cukierkami. Tylko nie mam czasu rozpakować nawet jednego. Był zmęczony. Kątem oka wyłowil koleją potencjalną kombinację, długi wariant gry środkowej w którym momentalnie się zgubił. Kiedy Deep Blue pokonał Kasparowa z całego medialnego szumu pamiętał tylko rysunek, na którym dwa roboty siedziały przy szachownicy. Jeden wykonuje pierwszy ruch a drugi natychmiast odpowiada: Mat w 32 posunięciach. Oto groteska przyoblekła się w ciało i drwi z niego.
Co za potworność. Jaki sens ma taką gra? Przynajmniej nie ma wątpliwości dlaczego zamienili 64 pola na znacznie większą szachownice. Wprawianie w ruch figur i pionków... Marcus musi wyć z rozkoszy. A oni siedzą tutaj i rozgrywają kółko i krzyżyk, raz za razem, bez wygranego i bez sensu...
- Czy Mr Rundstedt lub Pan wiedzieliście o nadchodzącym nalocie na Pańska rezydencje na Lilipucie?
: 08 marca 2015, 19:42
autor: 8art
Rezydencja Furstenhof; 21;11/14; po 23:00
- A więc jednak... - Ventrue wstał z fotela. Wampiry spoglądały na Vallo próbując odczytać jakieś emocje z twarzy wampira, ale wszystko wskazywało, że w tej kwestii kainta nie zdradzi się nawet najmniejszym grymasem, czy gestem mogącym cokolwiek zasugerować. Przeszedłwszy się spojrzał na koterię: - Nie mam kontaktu z nikim w mieście. Jako pierwsi przynosicie jakiekolwiek wieści z domeny. Nie wiedziałem nic o tym jak to określiłeś Achile "nalocie", aczkolwiek brałem taką opcję pod uwagę. Czy chodzi o rezydencję w dzielnicy Lilliput czy o inne miejsce? Mówcie co dokładnie się stało.
: 08 marca 2015, 20:09
autor: lightstorm
Price siedział wygodnie na miękkim luksusowym fotelu słuchając wszystkiego, co powiedział starszy Ventrue. Dowiadywał się nowych szczegółów, aczkolwiek nie do końca był w stanie uwierzyć w to, co słyszy. Najpierw gra w szachy przekraczająca możliwości ludzi i komputerów, a teraz wielka tajemnica linii krwi została obnażona przed nim.
Czym sobie zasłużyłem, by słuchać tej historii. Ten dramat nie ma końca... Coś tutaj jest mocno nie tak. Vallo mówi, że w Bournemouth jest ktoś, kto wspiera odnowienie linii i sam nie wie kto. Patrząc na jego spryt, intelekt i grę w szachy powinien przewidzieć, że ktoś będzie chciał odrestaurować Frankensteina... To jest niemożliwe, by tego nie wiedział. On nie chce tego powiedzieć, albo nasz przeciwnik jest jeszcze potężniejszy od Vallo. Jyhad? Przecież Przedpotopowcy to mit...
Xavier spojrzał na Steinbaha, który patrzył przez okno. Gdy padło pytanie od Achille Xavier dodał swoje:
- Patrząc kolejny raz na Pańską grę w szachy, zadaję sobie pytanie. Dlaczego sądzi Pan, że my poradzimy sobie tam, gdzie ponoć Pan nie dał rady? - Ventrue zadał pytanie spokojnym głosem, ale w jego oczach lśniła żywa iskra intelektu, świadcząca o tym, że procesy myślowe w głowie Xawiera nabierają obrotów.
- Jednak, zanim zechce mi Pan odpowiedzieć, mam kilka innych problematycznych kwestii... Po pierwsze, nie za bardzo pojmuję ideę istoty zaspokajającej głód przez diabolizację. Nie wiem, czemu miałaby być aż tak wielkim zagrożeniem, ponieważ z uwagi na charakter jej odżywiania się, należałoby założyć, że musiałaby żyć tam, gdzie jest dużo ofiar - mam na myśli Spokrewnionych. Tego typu stworzenie nie umiałoby długo ukrywać swojej obecności, co oczywiście spowodowałoby właściwa reakcję Wewnętrznego Kręgu Camarilli. Być może coś mi tutaj umyka, ale naprawdę chciałbym móc to zrozumieć.
- Po drugie, trudno mi uwierzyć, aby seks za pieniądze był ulubionym sposobem spędzania czasu dla Malkavianek z dziewiętnastowiecznego Londynu. Kuba Rozpruwacz pozostawił po sześć ofiar. I były to zwłoki ludzkie. Opisy ich autopsji a także zdjęcia, udowadniające, iż ofiary nie były członkami Rodziny znaleźć można zarówno na internecie, jak i w każdej większej bibliotece. W końcu właśnie sposób zabijania sprawił, iż mordercę tego nazwano Rozpruwaczem... Czy mam więc wierzyć, że ktoś podmienił te ciała? Lecz w takim wypadku mówilibyśmy o dwóch rożnych sprawach, prawda? Poza tym to nie miałoby sensu, szerzyć terror, by ukryć znikanie Malkavianek?
- Po trzecie eksperymenty tego rodzaju, które zechciał Pan opisać kojarzą mi się zarówno z Tremerami jak i z Tzimisce. I z tego co się orientuję nie są niczym nowym... Plotki głoszą, iż Klan Zmiennokształtnych potrafi tworzyć o wiele bardziej przerażające monstra...
- Po czwarte wreszcie (proszę się odprężyć, to naprawdę ostatnie pytanie) jeśli w sprawę zamieszany jest kult Bogini Kali to chyba wszyscy wiemy kto może chcieć odrodzenia się linii prawda? Klany ze Wschodu: Ravnosi albo Assamici. Chyba, że znów coś mi umyka. Możliwe zresztą, jestem dość zmęczony i mogę nie rozumieć właściwie całej sprawy...
: 08 marca 2015, 20:53
autor: Suriel
Cokolwiek działo się na zewnątrz przykuło wzrok tremera, co już samo w sobie było ewenementem. Steinbach patrzył nadal przez okno i nie odwracając oczu włączył się do rozmowy zanim odpowiedział Vallo.
- Po drugie, co do Malkavianek to ten klan jest dziwny sam w sobie. Seks za pieniądze? Nie takie rzeczy ten klan robił i robi. Co do zwłok ludzkich, to równie dobrze mogły być to ghule stające w obronie swoich mistrzów albo przypadkowi śmiertelnicy. Ciał mogło być więcej, a te sześć... no cóż czasami nie wszystko jednak udaje się zatuszować.
Thomas odwrócił wzrok w stronę salonu i jednocześnie zmilczał. Wzrok przebiegł najpierw po koterii potem pomknął w kierunku tego na co się patrzyli by w końcu zacząć swoją typową bezustanną wędrówkę po pomieszczeniu.
Po piąte którymi pionami jesteśmy i jak długo zamierzasz nami grać. Niezmiernie rzadko się zdarza żeby to nie figura zadawała ostatni cios, więc kiedy mamy odpaść? Bo przecież znasz już wszystkie możliwe ruchy tej gry którą zacząłeś, nieprawdaż? Ta kula sprzedana mi kiedy wybrany przez ciebie do koterii lekarz był dziwnym trafem tak blisko, ta pomoc tutaj.
Spoiler!
Usłyszeć nie usłyszę ale wzrok to sobie podkręcam. Szukam szczegółów i staram się je zapamiętać. Może któryś ma jeszcze jakieś rany albo blizny. Zapamiętuje twarze jeśli to możliwe. Czy widać rejestrację samochodu? Może to jedynie brujahy ale może to nasz włochaty przyjaciel, przyjechał. Może doktor tylko prowadzi klinikę dla specyficznych klientów ale może to element układanki.
: 08 marca 2015, 22:51
autor: Oggy
- Dlaczego sądzi Pan, że my poradzimy sobie tam, gdzie ponoć Pan nie dał rady? - Za gruba prowokacja Xavier. Słabo dzisiaj grasz, choć życzę Ci jak najlepiej.
- Rezydencja na Pearce Avenue. Wyglądało na to, że czegoś szukali w nocy siedemnastego, około drugiej trzydzieści. Antitribu Tremerów, według Thomasa. - Achille zrobił krótka pauze. - Prawdopodobnie. - Odchylił się w fotelu i oparł usta o splecione dłonie.
- Nie związani z kretem w Bournemouth, choć szukają tego samego. Według mnie. - I szczerze: poważnie mnie to niepokoi.
"Poradzimy sobie tam, gdzie ponoć Pan nie dał rady..." Litości. Nie mamy sobie radzić, tylko pociągnąć za spust.
: 16 marca 2015, 14:43
autor: 8art
Rezydencja Furstenhof; 21;11/14; po 23:00
Ośmielasz się kwestionować młodzieńcze co mówię? - cicho odezwał się Vallo, tonem sugerującym, że nie jest bynajmniej zadowolony ze zuchwałości Price'a. Xavier odruchowo spróbował przełknąć ślinę i poczuł, że swym zbyt otwartym podejściem do starego Ventrue przekroczył pewną granicę.
Price momentalnie skojarzył srogi wzrok primogena ze wzrokiem Roberta, gdy dawno temu zakwestionował kilka decyzji Ojca odnośnie prowadzenia Spearmint. Odpokutował za swoje spostrzeżenia bardzo boleśnie i jakaś cząstka jaźni, że krytyka Vallo może go bardzo, ale to bardzo drogo kosztować.
***
Kości zostały rzucone... Price przekroczył rzekę Granik, ale gdzież mu do Wielkiego Aleksandra... Pion zaraz zleci z szachownicy...
Marcus niemal namacalnie poczuł gniew Vallo i kurczowo zacisnął powieki, jakby to naiego samego miała spaść karząca ręka primogena Ventrue.
Koroview nigdy nie przypuszczałby, jakaż iście malkaviańska dusza kryje się w sercu starego wampira. Marcus wybuchnął śmiechem.
***
Xavier desperacko próbował wytrzymać spojrzenie Vallo, ale w końcu zimno rachując potencjalne zyski i straty spuścił wzrok. Dosłyszał idiotyczny śmiech Malkavianina.
Pięknie, jeszcze tego tylko brakuje...
Spodziewał się wszystkiego, ale o to jedno nie podejrzewał statecznego, starego Ventrue, który trzymał w ręku populację klanu w regionie. Poczuł tę rozkazującą klanową dłoń na ramieniu i usłyszał ciepły głos Vallo:
- Bardzo dobrze Xavierze... Byłem niemal pewien, że właśnie tak postąpisz, co utwierdza mnie w przekonaniu, że daleko zajdziesz. Bardzo was wszystkich przepraszam, a Ciebie Xavierze osobiście proszę o wybaczenie. Zachowałeś się jak prawdziwy Ventrue, nie ulękłeś się otwarcie skrytykować opowieści brnącej celowo w coraz większy absurd. Proszę, nie chowaj do mnie o to urazy. Pozwoliłem sobie na mały żart, bo szachy wychodzą mi już bokiem.
Price poczuł ogrmoną ulgę. Z jednej strony czuł także złość za to że stał się obiektem niewybrednego żartu, ale z drugiej też rozpierała go duma ze świadomości, że zdał pewnego rodzaju test.
- Prawda jest znacznie bardziej tajemnicza niż krotochwila jaką zabawiłem się waszym kosztem, a fakt, że stałem się celem zuchwałego włamania intryguje mnie bardzo.
Shelley w istocie była Toreadorem, tak jak jej mąż Percy. Oboje zginęli z rąk Sabatu w odstępie kilkudziesięciu lat. I przez ponad wiek historia wydawała się dla mnie zamknięta. Nikt nie interesował się rodziną Shelley innaczej niż pod kątem ich spuścizny literackiej. Od niedawna sekta interesuje się grobem Mary i jej męża. Po tym jak kilka miesięcy splądrowano grób Percy Shelley w Rzymie nabrałem pewności, że z jakichś powodów Sabat węszy za tym. Nie wiem co spowodowało takie nagłe zainteresowanie i co tak naprawdę ja mam z tym wspólnego.
Owszem, Mary była mi zbyt bliską osobą, kimś więcej niż jedynie siostrą z Camarilli i osobiście złożyłem jej szczątki w grobowcu w Bournemouth. Nie wiem jaką tajemnicę kryją mogiły, ale chciałbym abyście się tego dowiedzieli. Jeszcze do wczoraj uważałem, że zniszczenie szczątków rodzinnych w grobowcu Shelley będzie najlepszym rozwiązaniem, ale w świetle ostatnich wydarzeń, których jak widać jestem nieświadomie cząstką, skłaniam się ku innemu wyjściu.
Do gabinetu wróćił Rundstedt. Nie wszedł jednak dalej do pomieszczenia tylko z drzwi zapytał otwarcie:
- Panie Steinbach, zechce mi pan poświęcić chwilę na osobności?
Będzie dodatkowy PD dla Xaviera za postawienie się Vallo, który jak się zdaje przewidział taki obrót sprawy.
Suriel, jak jest reakcja Thomasa? Chcesz ewentualną konwersację z Tzimisce w spoilerze czy w otwartym wątku?
: 16 marca 2015, 14:50
autor: Suriel
Poproszę spoiler, lubię tajemnice
: 16 marca 2015, 15:01
autor: 8art
Spoiler!
Zaintrygowany Steinbach przeprosił kainitów i wyszedł za Gerhardem z gabinetu. Tzimisce poprowadził go długim korytarzem pełnym portetów. W koncu weszli do niewielkiego salonu, urządzonego w wiktoriańskim stylu,
Rundstedt bez słowa podszedł do starego jak świat albumu ze zdjęciami. Wyjąwszy jedno z nich, podszedł do Thomasa.
- Chciałem cię na wstępie przeprosić chłopcze. Nigdy nie pisałem Ci przekleństwa Kaina, ale stało się... Czy wiesz kogo przedstawia to zdjęcie?
Steinabch kompletnie nie rozumiał o co chodzi Gerhardowi. Spojrzał na fotografie przedstawiającą jego dziadków.
Skąd ten diabeł ma ich zdjęcie? - pomyslał.
- To moi dziadkowie...
- A czy znasz panieńskie nazwisko swojej babki?
Steinbach kiwnął głową przecząco. Choć dobrze pamiętał przekochaną parę staruszków, mieszkających w Berlinie Zachodnim, to nigdy nie interesował się genealogia rodzinną. W pamięci miał obraz swoich pierwszych wakacji spędzanych u pracowitego dziadka Hansa opiekującego się przydomowym ogródkiem i dumnej, kochanej babci Rosie.
- Twoja babka pochodziła z Rundstedów Thomasie. Rozetta von Rundstedt wyszła za mąż za Twojego dziadka Hansa von Steinbacha z Zoppot. Twoja babka była moją wnuczką chłopcze. Tak chłopcze, ja Gerhard von Rundstedt krwi Tzimisce jestem twoim biologicznym przodkiem. Już jako nieumarły pojawiłem się przy łożu śmierci mojej żony Rozalii i przysiągłem, że będę opiekował się naszymi potomkami. Słowa raz danego mojej świętej pamięci żonie, która przez lata wiodła żywot wdowy po mnie, nigdy nie złamię, tak mi dopomóż Święty Boże. Jesteś drugą osobą po Kurcie znającą moją tożsamość i sposób w jaki jesteśmy powiązani. Moim zamiarem było tylko pomóc Ci wyjść z problemów zdrowotnych i pozwolić Ci się cieszyć pełnią życia. Nie chciałem ujawniać się, niestety wmieszała się w to wszystko Elza von Bock, czy jak wolisz Czarna Matka...