Strona 28 z 34

: 12 maja 2017, 10:20
autor: TatTvamAsi
[center]Calli, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Ery Ilaxoul. [/center]

Każde z zebranych w pogrążonym w ciszy korytarzu odczuwało pewną obawę o zdrowie Jaśniejącego, pragnęli przeto jak najszybciej oddać tajemne zwoje, wydarte z rąk sług Ciemności. Plan Syna Słońca wydawał się jednak dość przekonujący i rozsądny, gdyż nawet przyzwyczajona do nocnego czuwania, kapłanka Czarnej Matki odczuwała przemożne zmęczenie, pozbawiające ciało sił, a umysł odpowiedniej przejrzystości. W milczeniu wyszli więc z pałacu, rozstając się na jednej z uliczek, odchodzących od placu przed rezydencją.

Ku uldze każdego z nich, a w szczególności Ehecatlema, nim skierowali swe kroki ku drodze do wyjścia z pałacu., wyszedł im na spotkanie kościstej, a wręcz kruchej budowy staruszek - znany Synowi Słońca medyk starszego brata. Żylastymi dłońmi odebrał mackowaty flakon. Teraz pozostało omówić dalszy plan działania na spotkaniu w domu Khema. Do tego czasu jednak, każdy z mógł podreperować własne siły i przygotować się na wciąż pełną niewiadomych noc.
Rozejdziecie się w swoje strony, aby się przespać. Proszę abyście napisali mi na PW deklarację, co robi wasza postać przed spotkaniem u alchemika, gdzie idzie, co kupuje itd.

Zakładam, że umówiliście się u Khema na wieczór,aby mieć te kilka godzin na sen i inne przygotowania.

Khem: Znajdziesz oczywiście u siebie w domu Stratisa.

: 13 maja 2017, 21:21
autor: voodoochild
Calli, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Ery Ilaxoul.

Ehecatlem odszedł z dowódcą, czekanie na jego powrót dłużyło się dlatego nie chcąc mitrężyć czasu na bierne czekanie wyciszyła się i skupiła na otaczającej ją przestrzeni A nóż coś odkryje ciekawego, pomyślała mierząc siły na zamiary.

Zamknęła oczy i otworzyła je na astralną przestrzeń. Wokół dostrzegła aktywne zaklęcia ochronne oraz coś co wskazywało wyraźnie na stan gotowości w razie zagrożenia. Przy drzwiach emanowały magiczne symbole co do którychh miała niemalże pewność że stanowią kolejny element ochronny. Nad drzwiami prowadzącymi do komnat Jaśniejącego znajdował się byt pod postacią czujnie obserwującego otoczenie oka.

Cóż, nie dowiedziała się zbyt wiele pond to, że bezpieczeństwo Oroniego jest celem nadrzędnym i ten kto jest za nie odpowiedzialny dołożył starań aby nic mu nie zagroziło. A jednak pomimo tych wszystkich zabezpieczeń i stanu gotowości, jednak sługi spaczonego kultu przedostały się do jego komnat i dokonały swego.

Rekonesans wypełnił czas przynosząc smutną refleksję iż zaraza jaką są kultyści znalazła drogę i sposób na rozłożenie swych macek nawet w tak na wskroś bezpiecznym miejscu jakim jest pałac Jaśniejącego. Niedługo po tym pojawił się strażnik-przewodnik Ehecatlem.

Wiadomość iż nie dostaną się przed oblicze An'harata nie była dla niej zaskoczeniem cieszyło ją, że chociaż będzie mogła sprawdzić medyka pod kątem czy oddają miksturę w odpowiednie ręce.

Propozycja aby skupić się na karczmie zdawała się być najlepszym możliwym pomysłem na obecną chwilę, być może przyniesie nam to kilka odpowiedzi.

Kierując się do wyjścia spotkali się z medykiem. Był to starszy mężczyzna od którego wyraźnie emanowało zmęczenie ale też spokój właściwy dla żywiołu Ziemi. Przejmując flakon przejawiał zainteresowanie ale tylko w kontekście stworzenia z niebezpiecznej substancji antidotum. Dostrzegła też cień obawy przed zawartwością pojemnika oraz zrozumienie dla powagi zagrożenia jakie stanowi owa substancja.

Nic nie wskazywało na to że medyk chciałby zaszkodzić Oroniemu.

***

Idąc za radą Syna Słońca wróciła do sanktuarium Bogini Tarris gdzie zamierzała zażyć regenerującego snu tak potrzebnego jej po ostatnich wydarzeniach. Zanim jednak udała się na miejsce odpoczynku skierowała sie do swej przełożonej aby zdać relację z wydarzeń minionej nocy.

: 15 maja 2017, 22:47
autor: Keth
Domostwo Khema, 15 Pani Trzcin

Przemęczony ponad ludzkie siły, głodny i obolały, ajardzki alchemik dowlókł się skrwanymi ulicami Calli do swego domostwa, starając się nie zwracać na siebie uwagi i podejrzliwie zerkając na każdego nazbyt bliskiego przechodnia.

Dom i warsztat szanowanego kadiego sprawiał zwyczajne wrażenie, obiecując bezpieczeństwo i spoczynek. Zbliżając się do ukwieconej werandy Khem pozdrowił uniesioną ręką wyglądającego z zagrody ryczyosła młodego pomocnika i widząc zmieniający się wyraz twarzy siwja pojął, że wydarzyło się coś niecodziennego.

- Kadi, to wy? - wybąkał młodzieniec pocierając kciukami w wyrazie niedowierzania oczy - Przecież wy... jesteście w środku. Sam widziałem jakeście całkiem niedawno tam wchodzili, jedno kłopotać nie chciałem... to jak wy to wy, to kto jest w środku?

Gorące słońce wisiało ponad miastem smażąc je w nieznośnym skwarze, a mimo to Mibampes w jednej chwili oblał się lodowatym potem.

- Jesteś pewien, że tam wchodziłem? - zapytał pogłębiając swymi słowami jeszcze bardziej konsternację młodziutkiego służącego - Przynieś mi szczotkę do zamiatania zagrody, szybko!
Podstęp kultystów, nie ma innej opcji! Ale zaraz zobaczycie, co samozwańczy paladyn potrafi zrobić z ugnojoną szczotą!

: 17 maja 2017, 12:26
autor: TatTvamAsi
[center]Domostwo Khema, Calli, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Ery Ilaxoul.[/center]

Wielce skonsternowany i przejęty sługa domu Khema Lateefa Mibampesa, pognał ile sił w nogach do rozbrzmiewającej przeciągłym rykiem stajni. Khem nie musiał czekać długo na swego podwładnego, który po chwili wrócił, targając ze sobą solidną szczotę z włosia ryczyosłów i sztywnego włókna modryszu nizinnego. Wyciągnięty wprost z boksu ryczyosła, instrument ten mógł wzbudzić obawy w niejednym mieszkańcu Calli, ceniącym swe zdrowie, elegancje, a przede wszystkim delikatny zmysł powonienia. Dzierżąc ów najeżony włosiem ,,kostur", sługa wyprzedził swego pana. Ściskając przed sobą szczotę w pozycji gotowej do natychmiastowego ataku bądź obrony, zdawał się nie być skory do wręczenia jej szlachcicowi. Niepewnym wzrokiem spojrzał tylko na swego pana, a upewniwszy się o jego zamiarach, otworzył drzwi. Wnętrze domostwa zdawało się być całkowicie normalne w swej codzienności, z tymi samymi miękkimi dywanami, czy pojedynczymi śladami alchemicznych ingrediencji na którejś ze ścian. Spokojna cisza i ta kojąca, a właściwa dla domostwa atmosfera, nie była jednak wystarczająco przekonywująca. Poprzedzany przez wiernego sługę, Khem Latef Mibampes przeszedł wypełnioną ciszą i kurzem sień, a gdy jego stopy przekroczyły próg pokoju dziennego, ujrzał na dywanie zwiniętą postać. Przed nim leżał Stratis. Uśpiony, zdawałoby się zmożony głębokim snem po wydarzeniach ostatniej nocy. Młodzieniec zdawał się być skrajnie wyczerpany, nie przebudził się bowiem nawet, gdy alchemik stanął mniej niż metr przed nim.

- Lać obwiesia? - szepnął służący, zaciskając dłonie na trzonku szczotki. Błysk w jego oku sugerował, iż młody Siwja jest przygotowany na wszystko w obronie swego pana.
Khem: Sługa nie odda Ci szczoty, bo nie wypada panom tykać ugnojonych narzędzi pracy swych sług. A młodzieniec najwyraźniej nie usłyszał jak wchodzisz i się nie ocknął.

Stratis: Sofia obudzi Cię w momencie, jak tylko wyczuje zbliżającego się do pokoju Khema i jego sługę.

: 17 maja 2017, 13:47
autor: Keth
[center]Domostwo Khema, 15 Pani Trzcin[/center]
Khem nie odpowiedział w pierwszej chwili, pogrążony w pełnym skupienia milczeniu, zapatrzony na zmorzonego kamiennym snem młodzieńca. Wydarzenia minionego dnia i nocy zmieniły wiele w życiu poczciwego alchemika, zwłaszcza w sposobie postrzegania przez niego innych mieszkańców Calli. Iluzja spokojnego życia została brutalnie zdarta z oczu Mibampesa odkrywając matnię półprawd, kłamstw i zbrodni drzemiających pod ucywilizowaną fasadą miasta.

- Sam nie wiem - powiedział półgłosem, bardziej do siebie samego niż dzierżącego heroicznie szczotkę służącego. Pewne obserwacje poczynione w domostwie Bentaresh zasiadły ziarenko niepokoju w umyśle Khema, malutką drobinę podejrzliwości nawet w stosunku do tych towarzyszy z przypadku, których dotąd uważał za całkowicie godnych zaufania.

- To lać czy nie? - siwja strzelał oczami to na intruza, to na swego pryncypała, przestępując nerwowo z nogi na nogę. Chcąc go uspokoić, alchemik położył dłoń na ramieniu niespokojnego młodzieńca.

- To mój znajomy, strudzony widać tak dalece, że zasnął oczekując mego powrotu - powiedział półgłosem - Nie troskaj się jego osobą, sam zaś możesz od razu pójść do domu, nie mam dla ciebie żadnej pracy innej niż posprzątanie u Smolucha.

Odprawiwszy służącego za drzwi Khem przeszedł cicho do kuchni i usiadł na plecionej macie obok paleniska pozwalając sobie na dłuższą chwilę odprężenia.
Muszę sprawdzić, gdzie trzymam drugą miotłę w domu, wtedy nie będę musiał bezskutecznie żądać jej od służącego!

: 17 maja 2017, 14:02
autor: Sigil
[center]Calli, Domostwo Khema, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]
Uścisk Sophii na przegubie wraz z odgłosem klucza w zamku obudził złodzieja. Ocknął się natychmiast, całkowicie przytomny i czujny. Nie zmienił jednak pozycji. Spod przymkniętych powiek obserwował fragment dywanu i posadzki w komnacie. Wkrótce ujrzał tam bose stopy jakiegoś Siwja, który najwyraźniej skradał się w jego kierunku. Przesunął delikatnie dłoń ukrytą pod ponczo, zaciskając palce na rękojeści sztyletu. Po chwili w jednak polu widzenia pojawiły się także buty Khema i Sa rozluźnił napięte mięśnie, niepostrzeżenie cofając dłoń na poprzednie miejsce. Zamknął oczy i wsłuchując się w krótki, szeptany dialog pomiędzy sługą i jego panem, starał się wyglądać najbardziej niewinnie, jak tylko potrafił - niczym biedny, znużony artysta, bardzo biedny i zdecydowanie bardzo znużony...
Po tym jak Khem zniknie w kuchni, poczekam w napięciu około kwadransa, po czym ponownie zasnę. Szkoda marnować czasu na wypoczynek.
Odsypiam 7 h.

: 18 maja 2017, 08:50
autor: Mystic
[center]Calli, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Eonu Ilaxoul
[/center]

Właśnie nadszedł ten moment, gdy emocje zaczynają opadać, a zmęczenie wypływa na szerokie wody rzeczywistości. Mezxtli był wręcz nieziemsko zmęczony. Wyczerpany tak doszczętnie, że biegnące wzdłuż kośćca kanały energetyczne tliły się tępym ogniem bólu. Nadwyrężone rezerwy energetyczne nieomal ssały go od wewnątrz domagając się odpoczynku...

Wydarzenia ostatniej nocy zdawały się trwać tyle, jakby całe dnie, a wręcz tygodnie postanowiły ścisnąć się do długości jednej nocy i tam znaleźć swoje ujście. Przeciążony mental Alinur żądał odnawiającej kąpieli w toni niebytu by pozwolić wrażeniom ułożyć się w całość.

...A wezbrana rzeka podświadomości zalewała oczy maga echami ostatnich wydarzeń, napierając na coraz to cięższe powieki. Myśli zaczynały błądzić, krążyć jak ćmy wokół ognia, a odpływająca świadomość zatracała się w tym tańcu, obserwując go i zapominając o świecie wokół.

Resztkami sił Mezxtli skupił swą uwagę i ocknął się. Ciało, umysł i dusza potrzebowały na gwałt odpoczynku. Ostatnie godziny żył na energetyczny kredyt, a wierzyciel właśnie pukał do drzwi...

Pospiesznie pożegnał się z członkami drużyny i wspierając się na kosturze podreptał w kierunku domu. Po drodze chciał jeszcze dokonać najpotrzebniejszych sprawunków - wszak wieczorem targ czy sklep magiczny będą już zamknięte, a nie mógł sobie pozwolić na nieprzygotowanie do kolejnej wyprawy. Poranne powietrze i wznoszące się nad miastem słońce otrzeźwiło nieco umysł maga. Przemierzając uliczki Calli próbował rozważyć wieści, które dobiegły ich z pałacu. Rzekoma choroba czy zatrucie Oroniego An'harata właściwie nie zdumiało młodego maga. Po potwornościach, jakich minionej nocy był świadkiem, zamach na szlachetnie urodzonego dostojnika zdawał się być czymś nie tak odległym od pewnych norm. Dowodziło to jednak temu, że słudzy ciemności zaryzykowali wyjście z cienia i połowicznie otwarty atak. To oznacza, że czasu jest mało - pomyślał - Rzeczy dzieją się poza zasięgiem naszego wzroku i bogowie raczą wiedzieć jak bardzo są zaawansowane.

Myśl ta nie pokrzepiła strudzonego serca Alinur. Nie wiedział gdzie plugawcy uderzą kolejnym razem i co jest ich ostatecznym celem. Sukcesy, które były udziałem drużyny, były tylko częściowe - kto wie jak głęboko zapuściła swe korzenie ciemność? Zanurzony w swych myślach dotarł do targowiska położonego w dzielnicy kupieckiej. Na jednym ze straganów zaopatrzył się w odpowiednie zioła, w kolejnym zaś zakupił nieco suchego prowiantu. Następnie skierował swe kroki do sklepu magicznego by nabyć mikstury.

Tak obkupiony począł zmierzać ku swemu domostwu, by dać swemu strudzonemu ciału choć parę błogich godzin wytchnienia. Dobywszy schronienia, pospiesznie rozebrał się z odzienia wierzchniego, odłożył starannie swe magiczne utensylia i ledwie przytomny legł na posłanie.
Do MG: listę moich zakupów wysłałem Ci na PM.

: 23 maja 2017, 23:50
autor: TatTvamAsi
[center]Calli, wieczór, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Ery Ilaxoul. [/center]

Wczesnym wieczorem, gdy puls miasta zaczynał zwalniać tempa, a mieszkańcy kończyć swe codzienne obowiązki, Mezxtli począł przygotowywać się do kolejnej eskapady. Do drelichowej, podróżnej torby spakował zakupione uprzednio leczące zioła i mikstury, umieszczając je odpowiednio w małych woreczkach lub owijając materiałem. Dodał do tego dwie racje suchego prowiantu i zapas wody w manierce. Na samym wierzchu torby umieścił tajemniczy list, który zdobyli poprzedniej nocy. W jednej z bocznych kieszeni umieścił rolkę bandażu oraz hubkę i krzesiwo. Nie zapomniał też zabrać świeczki i kilku arkuszy pergaminu wraz z czymś do pisania.

Na ubiór wybrał burgundową szatę przepasaną wpół złocistą tkaniną, a całości dopełnił obsydianową oraz magiczną biżuterią. Tak przygotowany, z poczuciem dobrze wykonanej pracy, wyruszył z domu na umówione spotkanie u Khema Lateefa Mibampesa. Wcześniej jednak skierował się w stronę Uniwersytetu Tlahtoantzli, gdzie chciał zasięgnąć rady swego nauczyciela. Spieszył się, gdyż czas płynął nieubłaganie - jego energicznym krokom wtórował stukot kostura o bruk.

Gdy dotarł na miejsce, został pokierowany do Wieży Astronomicznej. W szczytowej komnacie obradowało szerokie gremium magów parających się naukami astrologicznymi, najwyraźniej silnie czymś poruszonymi. Wśród obecnych odszukał swego mentora, zbliżył się i wyrazem szacunku pozdrowił go:

- Witaj czcigodny Ixti'nauhitlu, przybyłem do ciebie w pilnej potrzebie.

- Witaj Mezxtli, synu Tlanextli. Mam nadzieję, że rzeczywiście sprawa jest istotna. - odpowiedział z powagą dość leciwy Alinur. Rozejrzał się po wysoko sklepionym wnętrzu wieży astronomicznej, po czym powiódł za sobą swego ucznia do widocznej po przeciwnej stronie, głębokiej niszy. Upewniwszy się, że mają całkowitą swobodę prowadzenia rozmowy, zachęcił Mezxtliego do zwięzłego przedłożenia sprawy.

- Czy wiadome są ci jakieś fakty odnośnie ekspedycji do jaskiń położonych poza miastem? Jak wiesz, pomagam odzyskać zwoje skradzione z biblioteki i fakty, które odkryłem zdają się mieć związek z tamtymi wydarzeniami.

Starszy mag zastanawiał się przez chwilę, pocierając kościstą dłonią gładki podbródek. Zaraz jednak odezwał się, choć barwa jego głosu oraz zapatrzone w przestrzeń oczy sugerowały, że cały czas ocenia otrzymane informacje:

- Ciekawe jest to, o czym mówisz. Do tej pory nikt z Uniwersytetu nie interesował się organizowanymi wyprawami. Oczywiście sam fakt był nam znany, nawet część magów angażowała się w pomoc wysyłanej ekspedycji. - mag ponownie potarł z zadumą podbródek, po czym opowiedział swemu uczniowi, o wciąż żywym wspomnieniu zdarzenia, mającego miejsce na terenie uniwersytetu:

- Pewien czas temu, do takowej ekspedycji dołączył jeden spośród nas. Tylko jak mu tak było... ach, tak - przypomniał sobie mag - Tlaxtoacaan, tak... Tlaxtoacaan Huimaulii. Nie wiemy, co było celem wyprawy do jaskiń, ani kto ją dokładnie organizował. - Ixti'nauhitl przerwał i westchnął, najwyraźniej nie podzielając zainteresowań i celów Tlaxtoacaana - niestety... miał chorobliwą fascynację badania dawnej magii i rzeczy, które powinny pozostać w mroku historii. Nie widzieliśmy go przez pewien czas... Było to jednak normalne i nikt nie przypuszczałby, co się tak naprawdę stało. W końcu Ixti'nauhitl wrócił... całkowicie odmieniony... Jakby całe lata życia odbiły się w jego młodym ciele i odcisnęły swe piętno. Jego umysł był w jeszcze gorszym stanie. Jego słowa nie były wyraźne, nie układały się w zdania. Tlaxtoacaan był całkowicie obłąkany i choć od razu staraliśmy się mu pomóc, po kilku minutach wyzionął ducha. Na jego umysł musiała podziałać mroczna magia. Przed swą śmiercią zdążył ledwie wykonać szkic na skrawku papirusu.

- Czy w takim razie ktoś badał tą sprawę? Przyznasz przecież, o szacowny, że był to niecodzienny wypadek.

Na wspomnienie o przyczynie śmierci maga, przez zwykle spokojną twarz mentora przebiegło ledwie zauważalne drżenie. Gdy zwrócił się ponownie do swego ucznia, zawarty w jego głosie ponury ton ujawnił się jeszcze wyraźniej:

- W samych jaskiniach nie było żadnego śladu po obecności wyznawców mrocznych bóstw. Jedynie u wylotu jednej z nich, posłany wraz z tiba mag wyczuł wyraźne ślady działania plugawej magii. Zwiadowcy badali dokładnie to miejsce, lecz nie znaleźli tam śladów walki. - mentor urwał na chwilę opowieść, przenosząc się pamięcią jeszcze głębiej do relacji z badanej sprawy. - A jednak przed samym wejściem znalazło się coś niezaprzeczalnie związanego ze zniknięciem ekspedycji. Były to zwęglone szczątki, fragmenty zbroi i oręż należący do tiba. Z początku wydawało się, że ciała mogły zostać spalone aby zatrzeć ślady, ale jednak... ktoś przyłożył zbyt dużo starań i najwyraźniej musiał się obchodzić z ciałami z szacunkiem... Zupełnie jakby chciał oddać zmarłym ostatnią przysługę.

- A jakie są twe podejrzenia, mistrzu? Czy jest możliwość bym zobaczył szkic wykonany ręką tego nieszczęśnika? - nauczyciel młodego maga astralnego spojrzał się z powagą na swego ucznia, po czym bez słowa dalszego wyjaśnienia, poprowadził go do znajdujących się w dalszej części sali pulpitów. Na znak Ixti'nauhitla spisujący coś przy pulpicie młodzieniec zostawił ich samych. Na pulpicie rozpięty był spory kartusz papirusu przykryty jeszcze cieńszym arkuszem. Mentor wprawnym, acz delikatnym ruchem zdjął przesłonę. Oczom Mezxtliego ukazał się nieduży skrawek papirusu nanizany na większy arkusz pod spodem. Z początku zdawałoby się dziecięcy rysunek przedstawiał czarny dysk. Nierówne, kołujące linie, poprzerywana miejscami kreska obrazowała stan, w którym musiał znajdować się dotknięty obłędem mag. Jedynie rozbity całkowicie umysł i drżąca dłoń w ostatnich chwilach maga, mogła odtworzyć tak prosty, lecz niepokojący obraz.

Skłoniwszy się przed swym mentorem, Mezxtli udał się szybko ku wyjściu z wieży. Niebo na zewnątrz od pewnego już czasu miało barwę głębokiego szafiru. Każdy z ich niewielkiej, zgromadzonej przez zacnego oroni grupy, musiał już przybyć do domu alchemika. Mezxtli przebył więc obrośnięty bujną roślinnością, acz zadbany dziedziniec Uniwersytetu Tlahtoantzli i skierował się ku położonej na wschód, dzielnicy kupieckiej.
Dla Mezxtli: rysunek, choć prosty, wywołuje w Tobie niepokój. Przedstawia narysowane kawałkiem węgla, czarne koło.
Post pisany wraz z Mystic'iem - Mystic pisał też o działaniach Mezxtliego i podróży do Uniwersytetu.
[center]***[/center]

Gorąco dnia ustąpiło w końcu kojącej atmosferze wczesnego wieczoru. Chłodne, wężowe łuski musnęły jego ramię. Sophia stawała się wyraźnie głodna, co raz dobitniej domagając się uwagi. Ah-saa-brax przebudził się gdy na nieboskłonie zajaśniały pierwsze gwiazdy. W domu panowała zdałoby się wciąż senna cisza i nawet niesamowicie uparty Smoluch nie obwieszczał swego niezadowolenia rykiem. Po pewnym czasie w nisko sklepionym domostwie AjArdzkiego szlachcica rozbrzmiało pukanie do drzwi frontowych. Minęła dłuższa chwila nim z czeluści zacienionego korytarza wyłonił się wciąż zaspany alchemik. Na ledwie jego skinienie pojawił się zaraz młody chłopczyna, dokładnie ten sam, który jeszcze kilka godzin temu czekał na rozkaz do ataku na zwiniętego na podłodze Stratisa. Sługa szybko podbiegł do drzwi, a upewniwszy się o tożsamości przybyłych, otworzył wrota Ehecatlemowi oraz dostojnej Zyanyi. Niebawem nieduże, lecz wytwornie urządzone domostwo Khema, zalśniło ciepłym blaskiem magicznych kryształów. Młodzieniec usłużnie wskazał gościom miejsca przy niskim, inkrustowanym masą perłową stoliku. Zebrani otrzymali również poczęstunek - gęste i mocne kakao, rozbudzające ciało oraz umysł, a także mięsiste owoce mango. Szlachetnie urodzeni a także Stratis, zasiedli do przygotowanego miejsca. Wciąż nie było jednak dostojnego Alinur. Alchemik wydał niedbałym gestem polecenie, a młodzieniec przybył zaraz z pękatą, pachnącą różanym dymem nargilą. Ustawił fajkę między swoim panem a Stratisem, rzucając ukradkowe i nieufne spojrzenie w kierunku muzyka. 

Nieobecność maga zdawała się przeciągać ponad miarę, choć w rzeczywistości nie mogło upłynąć więcej niż dwadzieścia minut. W końcu wprowadzony przez sługę Mezxtli wpadł niczym struna do dziennego pokoju alchemika. Jego oddech zdawał się przyspieszony pośpiechem, z jakim mag musiał przebyć całą drogę. Wyraźnie jednak na jego twarzy odbijało się coś jeszcze, jakby młody Alinur zdobył całkiem nowe informacje. 
 
Zapadł już wieczór i zgodnie z ustaleniem zebraliście się w domostwie Khema. Możecie teraz ustalić, co chcecie zrobić dalej. 
Poza Zyanyą i Ah-saa-braxem każde z was mogłoby z chęcią spać dłużej. Zregenerujecie się mimo wszystko na tyle, że nie będziecie mieć żadnych kar do testów wynikających ze zmęczenia.
Sigil - nie jestem pewna czy w Krainach Południa mogą palić nargilę, więc jeśli nie, to daj znać, a zmienię.

Od Twórcy Systemu: Mogą, choć jest to zwyczaj z AjArd, a nie z Lenji. No ale w końcu jesteśmy w domu AjArdczyka, więc jest ok. Poza tym na Lenji też będzie on znany na zasadzie importowanej ciekawostki.

: 27 maja 2017, 18:16
autor: Mystic
[center]Domostwo Khema, Calli, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]

Lekko zdyszany mag szybkim krokiem, niczym szkarłatna rozmazana wstęga, wparował do mieszkania czarnoskórego alchemika. Mimo iż nie biegł, trasę z Uniwersytetu pokonał w tempie co najmniej średniodystansowego biegacza. Z pewnością musi być to umiejętność zarezerwowana dla kasty czarodziejów, szczególnie tych spóźnionych. Niektórzy zwą to dostojnym marszobiegiem.

Pęd powietrza, które za sobą pociągnął, spowodował fantastyczne zawirowania w unoszącym się w powietrzu dymie. Gdzieś na krawędzi olśnienia, na granicy rzeczywistości i świata wzorów, dostrzegł rozpływające się fraktale powstałe ze splotu magicznego dymu i pomarańczowego światła kryształów. Wzrokiem powiódł po twarzach zebranych, wciąż jeszcze bogatszych o nadprogramowe wymiary, odczytując z nich wyczekiwanie i zaciekawienie. Z pewnością spóźnione i tak dynamiczne pojawienie się Alinur zrodziło pewne pytania w ich głowach...

Mezxtli, z powagą wspierając się na kosturze, próbował wyrównać oddech. Kilka głębszych wdechów wystarczyło by móc na powrót swobodnie mówić. Chłód zbliżającej się nocy ułatwił mu to zadanie, toteż po chwili przemówił:

- Wybaczcie me spóźnienie, o czcigodni. Chciałem sprawdzić jedną rzecz na Uniwersytecie nim wyruszymy w kolejną noc działań.

Delikatnie odkaszlnął, po czym kontynuował:

- Pamiętacie zapewne, że Xatatl uczestniczył w ekspedycji do położonych za miastem jaskiń. Był na niej obecny i mag, a jakże. Zasięgnąłem języka u mego mentora na Tlahtoantzli, który zdradził mi nieco w tej sprawie.

Młody mag energicznym ruchem wydobył ze swej torby pergamin wraz z piórem i przyklękając przy stoliku zaczął szkicować zobaczony uprzednio rysunek. Jednocześnie streszczał zebranym towarzyszom szczegóły rozmowy z Ixti'nauhitlem.
Mezxtli stara się możliwie wiernie odtworzyć przekaz przeprowadzonej ze swym nauczycielem rozmowy. Po wszystkim oczekuje na ewentualne pytania.

: 29 maja 2017, 21:13
autor: Keth
[center]Domostwo Khema, Calli, 15 Pani Trzcin[/center]
Wypaliwszy nargilę czarnoskóry alchemik poczuł się nieco bardziej rozluźniony, chociaż wspomnienia minionej nocy wciąż targały jego znerwicowaną pamięcią. Siedząc na plecionej macie z opartymi o ścianę plecami, gospodarz wodził nieco rozmytym spojrzeniem po zgromadzonych w domostwie gościach. W szczególności po Ixaru, której zarysowane pod odzieniem kształty coraz bardziej zwracały uwagę alchemika.

Opowieść astralnego maga zaintrygowała Mibampesa, ale jej mętne szczegóły niewiele adeptowi mówiły. Zagadka nieudanej ekspedycji pod Calli oraz tragiczny los jej przywódcy musiały przynajmniej na razie pozostać tajemnicą.

- Szlachetny oroni pozostaje ciężko chory, co znacząco ogranicza nasze możliwości działania - orzekł po dłuższej chwili namysłu gospodarz - Cóż zatem możemy uczynić, by ochronić miasto przed zakusami plugawców?
Przyznam szczerze, że chwilowo nie mam żadnego pomysłu na pchnięcie akcji. Może dla rozrywki umilimy sobie zatem wieczór ujeżdżaniem Smolucha i związanym z tą zabawą hazardem?

: 31 maja 2017, 14:21
autor: Sigil
[center]Calli, Domostwo Khema, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]
Siedząc pomiędzy Alchemikiem, a Zanyą, milczał, starając się zebrać myśli. Myśli jednak najwyraźniej za nic miały sobie jego starania, pędząc w kilku kierunkach na raz, rozpraszając się i łącząc niczym ławica spłoszonych ryb moola, którą pamiętał z dzieciństwa.

Co ja tu robię, na Wielkiego Węża? Siedzę z tymi chędożonymi poganami w niezłym kanale! Powinienem się zwinąć już dawno... Przekleństwo! Oroni może być martwy... A jeśli jest, powinienem szukać innego patrona. Bez patrona jestem trupem... - przełknął ślinę, myśląc o tych wszystkich bandziorach, którym nadepnął na odcisk korzystając z ochrony, jaką zapewniała protekcja możnych. I którzy z pewnością wypruliby mu flaki, gdyby tylko usłyszeli, że wypadł z łask. Myśli jednak kłębiły się niespokojnie dalej, nie pozwalając odetchnąć i rysując w umyśle złodzieja kolejne nad wyraz ponure perspektywy - Kultyści wiedzą jak wyglądam. Znajdą mnie... Najlepiej byłoby zniknąć. Inne imię, inna twarz. Zaczynać od zera? Niech to Gad pochłonie! Może w innym mieście... Tu jest zbyt ślisko... A jeśli An'harata przeżyje? Nie mogę sprzedać tego, co o nim wiem, zanim nie będzie martwy... Muszę grać w tę grę do końca. Jego żona siedzi w tym bagnie po uszy, ale nie... Nie mogę powiedzieć o tym reszcie. Ehecatlem, cholera, ze swoim pieprzowym zakutym łbem i myśleniem prostym jak trzcina yakaru... Pewnie uznałby to za rodową obelgę i rozwalił mi łeb nim zdążyłbym dopaść okna... Nie, lepiej trzymać mordę na kłódkę... Wygląda na to, że będę musiał się z nimi jeszcze trochę powozić. Kultyści, cholera, niech będą przeklęci...! Ale jeśli An'harat padnie trza mi będzie zniknąć. Jego brat mi nie pomoże, jest nikim, nie ma znajomości, ani układów... Poza tym jest ciężko nawiedzony... - przeniósł wzrok z Syna Słońca i spoglądając ukradkiem na pozostałych, znajdujących się w pomieszczeniu. - Nikt z nich mi nie zapewni roboty ani opieki... Myśl, do cholery... Mógłbym ukraść zwoje, sprzedać je wraz z informacjami o An'haracie... To będzie trochę warte... Tyle, co moje życie... To jest jakiś plan... Na razie...

Gdzieś poza nawałnicą wątpliwości, zaprzątających jego uwagę, starał się notować treść wypowiedzi Mezxtli. Musiał jednak przyznać, że nie miała ona dla niego większego sensu. A przynajmniej aktualnie nie wnosiła wiele.

Niech sny pogan pożrą te jaskinie! Co nas to teraz może obchodzić? Za mało mi płacą bym miał się pakować pod ziemię, szukając jakiś Kultystów... Tak mniej więcej o tysiąc nakf. Pieprzyć to...! Magowie zawsze bredzą coś bez sensu...

Ożywił się dopiero słysząc pytanie padające z ust alchemika.

- Wiem, gdzie jest Perłowa Ucieczka - odezwał się z nieśmiałym uśmiechem, starając się, by jego głos nie zdradzał targających nim faktycznie emocji. - Tak mniej więcej co prawda, ale powinienem trafić. Możemy ją zawsze sprawdzić, co sądzicie o tym?

: 02 czerwca 2017, 10:27
autor: zmarly
- Dokładnie o tym samym pomyślałem - odpowiedział Ehecatlem wypuszczając z fajki dym w kształcie kolorowych kółek. Właściwie to nasz jedyny trop w tym momencie. A czasu mamy coraz mniej, zarówno do spotkania tych, których szukamy, jak i do wyjaśnienia zagadki choroby mego brata. Tylko kłania się jedno pytanie - jak się tam dostać, by nie zwrócić na siebie zbyt wielkiej uwagi - Syn Słońca rozejrzał się po zebranych, po czym kontynuował:

- Jakby nie patrzeć, wyróżniamy się z tłumu dość mocno. Teoretycznie najlepiej byłoby się rozdzielić, ale to z kolei stwarza ryzyko ataku na poszczególne osoby po kolei. Może zatem 2 grupy przybywające różnymi drogami na miejsce? Szczególnie, że zapewne każdy z nich pójdzie potem w sobie tylko znanym kierunku. Jakieś propozycje?

: 02 czerwca 2017, 10:54
autor: Sigil
[center]Calli, Domostwo Khema, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]
- Wybacz, Aru, ale nie do końca mogę się z wami zgodzić - zaoponował Stratis. - Ja się nie wyróżniam, zacny Kadi Khem także nie rzuca się w oczy. Podobnie jak światły Mezxtli. Właściwie jedynie wy, oraz czcigodna Zanya możecie zwrócić uwagę. Któż bowiem widział by duchowni włóczyli się wieczorami po karczmach w dzielnicy Siwja? Ośmielę się więc zasugerować, byście ukryli emblematy świątynne pod mniej rzucającym się w oczy odzieniem.

- W każdym razie wolałbym byśmy się nie rozdzielali, bo to tylko osłabia nasze siły. Wszelako karczma jest normalnym miejscem spotkań, gdzie widuje się wiele istot. Jeśli nikt nie ubierze się specjalnie bogato, to myślę, że ujdziemy w tłoku. W końcu nawet młodzi magowie z uczelni często palą haszysz w podrzędnych spelunach... Wybaczcie, nie miałem nic złego na myśli - zreflektował się, spoglądając na Mezxtli z przepraszającym uśmiechem.

- W każdym razie, jeśli będziemy wyglądać odpowiednio skromnie, nikt się nami nie zainteresuje - dodał po chwili. - Jakieś ponczo czy płaszcze załatwiłyby sprawę - dodał przyglądając się Synowi Słońca i Ixari - Ewentualnie można zasłonić twarze, udając podróżnych, którzy przybyli z Szarych Równin... Karczma jest niedaleko bram miejskich, nikogo nie zdziwi, że znużeni wędrowcy szukają w niej noclegu po przybyciu do miasta.

Sam dziwił się sobie nieco, że mówi to wszystko, podczas gdy jeszcze przed chwilą chciał po prostu przeczekać... Z drugiej jednak strony rozmowa pozwalała mu odgonić niechciane myśli, skupić się na jakimś konkretnym zadaniu, zwłaszcza, że to przedstawiało się całkiem prosto: pójść do karczmy, zobaczyć co się tam dzieje, pozostać w jednym kawałku... Mimo wszystko zanotował w pamięci, aby na miejscu niczego nie jeść, nie pić i nie palić.

: 03 czerwca 2017, 03:42
autor: zmarly
[center]Calli, Domostwo Khema, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]
Jakkolwiek by nie chciał, Syn Słońca musiał przyznać artyście rację. Nigdy bowiem nie musiał się ukrywać, był wręcz dumny ze swej przynależności. Tym razem jednak zadanie wymagało nie wyróżniania się z tłumu, a o ile paladyn mógł się przebrać, to raczej trudno byłoby mu ukryć swoją posturę. Nie miał jednak wyjścia - musiał zaufać siwja.

- Dobrze zatem Stratisie, czy możesz zająć się kwestią naszego odzienia tak, by jak najlepiej wtopić się w otoczenie?

- Już się robi, aru - Sa błysnął zębami w uśmiechu. - Będziecie mieć wszystko co trzeba. Wrócę, nim zdążycie dopalić - dodał wskazując na pokaźnych rozmiarów shishę, zajmującą centralne miejsce na stole.

Po czym, nie zwlekając dłużej wstał od stołu i udał się do składziku, którego okno wychodziło na zaułek obok domu Khema.
Idę na miasto ukraść trochę ciuchów: jakieś płaszcze, ponczo czy chusty na turbany. Z pewnością sporo się tego suszy w uboższych dzielnicach.
Wychodzę oknem i używam krycia się. Uważam, by mnie nikt nie śledził.

: 03 czerwca 2017, 13:22
autor: voodoochild
Calli, świątynia Tarris, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Eonu Ilaxoul

Rozmowa jaką przeprowadziła ze swoją przełożoną z trudem dawała nazwać się rozmową, bardziej pasowałoby tu określenie "monolog" przerywany zadumanym kiwaniem głowy i marszczeniem czoła. Mówiąc krótko zrelacjonowała przygody minionej nocy. Przełożona zdawała się przyjmować fakty do wiadomości, a kiedy Zyanya skończyła opuściła pokój w ponurym nastroju.

Powołanie i przeczucie nakazywało jej dalej śledzić i czynnie uczestniczyć w rozwiązaniu sprawy kultystów zatem gdy tylko rozmowa dobiegła końca udała się na spoczynek.

Gdy snu stało się zadość udała się do świątyni gdzie zanurzyła się w modlitwie.

Calli, Domostwo Khema, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Eonu Ilaxoul

Nienękana przez nikogo zebrała najpotrzebniejsze rzeczy i wyruszyła na umówione miejsce spotkania - do domu alchemika. Do jego drzwi dotała w towarzystwie Ehecatlema, ich ścieżki krzyżowały się w końcowym etapie podróży.

Czekając już w środku i mimowolnie wdychając dym unoszący się w powietrzu myślała nad najlepszym rozwiązaniem, oczywiście jej myśli błądziły wokół wiadomości z podaną lokalizacją, nieodgadnioną dla niej Perłową Ucieczką. Choć bardzo chciała nie przychodziło jej jednak nic do głowy co mogłoby pomóc w dalszym śledztwie.Nawet rewelacje przyniesione przez maga nie przyniosły za sobą żadnego sensownego pomysłu.

Dlatego słowa muzyka przyniosły jej ulgę i odrobinę rozproszyły dym który jakby przeniknął z zewnątrz do jej umysłu zasnuwając wszystko.

Przysłuchując się rozmowie między Stratisem a Ehecatlemem jedynie spojrzała po sobie konstatując że trudno odmówić im racji i nie protestowała gdy decyzja o zmianie ubioru zapadła.