Strona 29 z 34

: 18 grudnia 2017, 18:24
autor: dretch
Dzika knieja, 26 orakt-ran


Eco nie był mordercą, choć żądza zemsty, paliła jego wnętrzności za każdym razem kiedy natrafiała się okazja do zadośćuczynienia Angano za jego nikczemność. Jednak, strzał w plecy byłby w mniemaniu Eco zbytnią łaską. Kapłan musiał zejść ze świata powoli, wszak obiecał swoim małym włochatym kocim kulkom, że będą mogły się nim pożywić.

Sylwetka czciciela Morghilita zniknęła z szczerbinki kuszy gwardzisty, Eco opuścił broń zagłady uwalniając myśli od niepraworządnego czynu. Młody strażnik odwrócił głowę rozglądając się na lewo i prawo w poszukiwaniu zagrożenia. Zmasowany atak goblinów mógł być tylko początkiem innej rzezi, a surelion nie chciał być jej członkiem.

Tyle martwych ciał, pomyślał - i ani jednej baby do wymiętoszenia. Wymamrotał wycierając klingę z goblińskiej posoki w grube wargowe futro. - tylko zielone karły się napatoczyły! Dał upust emocją kopiąc truchło jednego z rozczłonkowanych leśnych oprychów, wtedy doszło do niego, że w okolicy mogą by gdzieś monety z Burat-aru. W takim chaosie Angano mógł opuścić sakwę.

Chytre lisie oczy młodego gwardzisty wyglądały za sakiewką z złotem, które kapłan zabrał z Burat-aru. Może gdzieś tu leżało sobie samopasem, wołające do sprawnych uszy młodego gwardzisty. Potrzebowałby tylko jednej, jednej monety którą mógłby pokazać komuś kto widzi przeszłość, teraźniejszość i przyszłość - Saar.
Bitwa szybko się skończyła. Niestety Eco nie jest mordercą, nie będzie strzelał w plecy kapłanowi. Prawo to prawo, ale nic nie stoi na przeszkodzie aby zabezpieczyć jedną złotą monetę, a w takim zamieszaniu te monety mogłyby się gdzieś napatoczyć :)?

: 18 grudnia 2017, 19:45
autor: Keth
Brama Atakar-kiru, 26 orakt-ran

Ukryci w ciemnościach zalegających w bramie, wciśnięci za jedno z jej uchylonych skrzydeł, podróżnicy z Ostragaru dosłownie skamienieli nadstawiając przy tym bacznie uszu. Oświetleni dla odmiany łuczywami strażnicy pozwolili, by nadchodzący od strony leśnego traktu nieznajomi podeszli bliżej, trzymani na celu przez wychylonych z pobliskiej wieży kuszników.

Otlaf westchnął, jako pierwszy z trójki surelian rozpoznając postać kthana Angano. Dwa ogry zwolniły kroku, pozwoliły, by ich straszny pryncypał wszedł pomiędzy rosłych przybocznych.

- Chociaż zapewne nie grzeszycie inteligencją, nawet wy musicie mnie pamiętać - oznajmił morglithański duchowny mierząc Hurgana i jego zbrojnych surowym spojrzeniem - Jestem kthan Angano, sługa świątyni Pana Umarłych. Powracam ze swej misji, zmierzam do Ostrogaru.

Słuchający gorączkowo słów kleryka Eszar uświadomił sobie, że nigdzie nie widzi niewielkiej postaci okutanej w czerń, swego tajemniczego wybawcę z pokładu statku, który szeptanymi do ucha kapłana radami ocalił rozbitków od poprzedzonego chędożeniem utopienia wsadzając ich w zamian do niewolniczej klatki.

- Iście was pamiętam, świątobliwy - zgodził się niechętnie zbrojny ork - Alem się nie spodziewał, że po ćmicy wrócicie i w tak niewielkiej kompanii. Jakeście wyjeżdżali z wioski, to całą karawaną z łapaczami. Nie było wam z nimi po drodze do Ahra-kiru?

- Nie tobie wiedzieć, co mi było po drodze - odparł srogim tonem Angano - Pan Umarłych mnie wiedzie, jego wolę wypełniam, posłuszny i pokorny sługa. Odpowiadaj lepiej, czy stoi jeszcze w porcie jakiś statek, który niezwłocznie odpływa do stolicy?

- Mnie tam nie wiadomo - wzruszył ramionami Hurgan - Mus wam w porcie poszukać, świątobliwy. Ruch taki duży w orakt-ranie, że statki często i nocą do Ostrogaru pływają. Był tu chwilę temu jakowy kupiec drzewny ze świtą, też statku wyglądał. Może razem popłyniecie jak się nad wami Katan zmiłuje.

Angano drgnął nieznacznie słysząc wypowiedziane hardo imię innego bóstwa, wszelako zachował dyplomatyczne milczenie.

- Gdzie poszedł ten kupiec? - zapytał w zamian podchodząc bliżej do orka i jego strażników - Jak się zwał?

- Bodajże Aszer, świątobliwy - odburknął niechętnie Hurgan - Tyle co odszedł, pewnikiem najdziecie go w drodze do przystani.
Jakbyście zaproponowali Angano pokrycie części kosztów podróży, może spojrzałby na Was bardziej łaskawym okiem, jak myślicie?

: 18 grudnia 2017, 20:00
autor: Keth
Dzika knieja, 26 orakt-ran

Ledwie Eco jął wyglądać z nieśmiałą nadzieją upuszczonej sakiewki, zaraz skwasiła mu się mina. Wciąż stojący na zaprzęgniętym w martwe woły wozie kthan Angano miał pełen złota mieszek przy sobie, uwiązany do czarnego skórzanego pasa. Kapłan pobłogosławił uniesioną ręką stworzenie w czerni, ono zaś schowało pod obszerny płaszcz pulsującą magicznym blaskiem klingę i podreptało w stronę swego pana omijając porozrzucane na leśnej drodze trupy wargów i goblinów.

Gwardzista odłożył kuszę z powrotem na wóz, wsunął do pochwy wytarty z krwi miecz, zeskoczył na ziemię słuchając oddalającego się w gęstwie wilczego wycia. Tuzin porąbanych strasznie bestii stygł w zgniecionej trawie, parowały wyprute wnętrzności, wsiąkała w ziemię gorąca posoka. Polująca na lejeszczaka goblińska wataha popełniła tragiczny w skutkach błąd, rzucając się z biegu na pozornie łatwą zdobycz.

Rzeź poczyniona na bandzie goblinów wywarła na Eco ogromne wrażenie, zwłaszcza zaś nieprawdopodobne umiejętności małego stworzenia w czarnym płaszczu z kapturem. Obserwując stojącego nieruchomo przy wozie stworka gwardzista skręcił ku swemu przełożonemu, opartemu o jednego z ogrów, klnącemu paskudnie i macającemu zarazem obiema rękami po prawym udzie.

- Ale mi jucha ciecze - warknął słabym głosem Fleituh próbując namacać głęboką widać ranę - Pomóż mi, durniu, nie gap się jak cielę malowane! Paskudnie mnie chlasnął jeden z tych kurwich synów, prosto w pachwinę!
Szlak zasłany jest goblińskimi trupami, ale i po stronie Ostrogarczyków polała się krew. Fleituh został zraniony, domaga się pomocy swego podwładnego.

: 18 grudnia 2017, 20:53
autor: dretch
Dzika knieja, 26 orakt-ran


- Panie, po ostatnia posługę to nie do mnie a do czaszkogłowego kapłana zawołaj! Uśmiechnął się szyderczo gwardzista. Leje się z ciebie jak ze świni. na koniec dodał kiedy Fleituh zagotowała się krew pod oblaną potem skórą.

Już miał zamachnąć się ręką na swojego podwładnego jak gdy atak łapskiem przerwał mu nagły atak bólu. Zdążył tylko złapać się bardziej za pachwinę i wrzasnąć, - zrób coś, kurwidołku jeden!

Dziesiętnik był w opłakanym stanie, z jego pachwiny lała się krew jak z młodej dziewicy. Z każdym tętnieniem serca kolejne strugi zalewały w pulsujący sposób odzienie orka.

- osz na Kielich! zdołał wywołać Eco kiedy Fleituh usunął się na koło wozu. Młody strażnik widać lejącą się posokę zdał sobie sprawę, że jedyna osoba która miała jakie poważanie w tym towarzystwie właśnie zaczęła dreptać na drugą stronę.

Ręce młodzieńca drżały z każdą sekundą, niezważający na okryte w płóciennym worku skarby Eco wyrzucił jego zawartość. szybkim ruchem ostrza rozszył worek na długą część, zgiął i owinął mocno krwawiące miejsce w nadziei, że jego jedyna deska ratunku przed kapłanem przeżyje goblińską jadkę.
Staram się jak mogę udzielić pierwszej posługi ... pomocy dziesiętnikowi. Utrzymuje przy tym rozmowę z należytym humorem. Dopiekam Fleituhowi jak się da! Niemniej jednak wołałbym żeby dziesiętnik przeżył ... Eco nie chce zostać sam na sam z kapłanem i jego ogrami .. i panem cichociemnym

: 18 grudnia 2017, 22:12
autor: Keth
Dzika knieja, 26 orakt-ran

Szczerze przejęty losem dziesiętnika, Eco rzucił mu się na ratunek, przyciskając do głębokiej rany jakieś szmaty i rzucając wymowne spojrzenia w kierunku otrzepującego ubranie kapłana. Sługa Czaszkogłowego zeskoczył z wozu, zaczął się zbliżać do coraz słabszego od upływu krwi Fleituha.

- Rychło wczas - sarknął blady po gębie ork. Kolana załamały się pod nim, ledwie wypowiedział te słowa, toteż klapnął bezwładnie na ziemię opierając się plecami o wóz - Pomóżcie... świątobliwy...

Eco wytarł lepkie od krwi Fleituha dłonie i cofnął się o krok od dziesiętnika robiąc miejsce kthanowi, ten jednak nie uczynił niczego, co mogłoby pomóc wykrwawiającemu się stróżowi prawa. Włoski na karku surelianina podniosły się na ów widok bezwiednie, a po kręgosłupie przebiegł mu lodowaty dreszcz.

- Czego się tak gapicie, świątobliwy? - wyrzucił z siebie Fleituh, tracąc całą swą pewność siebie i butę - Przecie znacie się na leczniczej magii, prawda? Albo przynajmniej na podwiązywaniu ran? Pomóżcie!

- Wisi nad tobą znamię Pana Umarłych, dziesiętniku - odpowiedział przerażająco beznamiętnym głosem Angano - Oto los zapisany w gwiazdach i czarnej wodzie dopełnia się w obecności sługi Czaszkogłowego. Twe życie dobiega końca.

- Ty skurwysynu! - Fleituh spróbował rzucić w kapłana nożem, ale słabość członków sprawiła, że ostrze po prostu wypadło mu z dłoni - Kapitan Gnath ...się o tym dowie! Że mnie zamordowałeś...

- Nie tknąłem cię nawet palcem, ani ja ani żaden z moich sług - odpowiedział kthan - Twa rana jest zbyt poważna, bym zdołał zatrzymać krwawienie. Nie ma sposobu ku temu, aby cię ocalić.

Zdjęty zgrozą Eco odniósł wrażenie, że w ostatnich słowach kapłana dźwięczał ewidentny fałsz, ale być może podpowiadała mu to jedynie przerażona wyobraźnia.

- Mogę wszelako wyświadczyć ci ostatnią przysługę, najcenniejszą z wszystkich - kapłan poruszył się w końcu, opadł przy tracącym przytomność orku na jedno kolano - Oddaj swą duszę Morglithowi, zawierz Panu Umarłych, a on cię ukoi na wieczność. Nawróć się, a zaznasz wieczystego życia.
Pomimo wcześniejszych starań Eco Fleituh chyba się jednak nie wywinie! :o

: 19 grudnia 2017, 21:50
autor: 8art
- Dobrześmy się podali za kogo innego. Jak nie piśnie nic o ślepcu, to może nam się uda... - Ślepak nie miał najmniejszej ochoty spotykać się jeszcze raz z morglithiańskim kapłanem, no chyba że byłoby to spotkanie w innych warunkach, gdy zabójca powoli przesuwałby ostrzem sztyletu po gardle Angano. Tu jednak bardziej prawdopodobne byłoby, że poszliby znów w niewolę i zapewne niewiele mogliby z tym zrobić.

- Lepiej kurwiego syna tutaj nie spotkać . Niech płynie dokąd chce. Ja już prędzej wpław popłynę niż z nim na jednym pokładzie. - szepnął.
Niech nas Surelion od wszelkiego złego chroni!

: 19 grudnia 2017, 22:22
autor: Keth
Brama Atakar-kiru, 26 orakt-ran

Wciśnięci za skrzydło bramy surelianie wstrzymali oddechy, kiedy strzeżony przez wielkie ogry kapłan Morglitha wszedł do Atakar-kiru i nieśpiesznym krokiem oddalił się w kierunku przesłoniętej drewnianymi budynkami przystani. Kręcący się na zewnątrz domostw drobni pijaczkowie i hultaje wszelkiej maści natychmiast schodzili słudze Czaszkogłowego z drogi, słusznie obawiając się wejścia w zwadę z jego rosłymi strażnikami.

- Już się lękałem, że nas jednak wypatrzy - Otlaf odważył się wypuścić powietrze z płuc dopiero wtedy, kiedy kapłan i jego słudzy zniknęli za rogiem podmurowanej karczmy - Mało brakowało.

- Niech boski Surelion ześle potępienie na tego parszywca - dodał bard kreśląc na piersi ochronny znak mający sprowadzić na niego protekcję Kielicha Magii - Tym razem pewnie by nas najpierw kazał tym ogrom wydupczyć, potem by utopił, a na końcu sprzedał łowcom niewolników.

- Nie stójmy tu jak jakie kołki - odezwał się Milcarr, który czuł się wyjątkowo nieswojo w całkowicie dla niego obcym miejscu - Gdzie Rokko i Karhuan? Poszukajmy ich jak najszybciej. Mnie już nawet nie trzeba spania w tej wiosce, niech byśmy nawet od zaraz popłynęli do miasta. Zróbcie coś z tym, na litość Najwyższego!

Wysłani na przeszpiegi druhowie znaleźli się chwilę później, ku wielkiej uldze Otlafa wychodząc z uliczki biegnącej w innym kierunku niż ten obrany przez Angano.

- Karczmy pełne, nawet w stajniach śpią pielgrzymi, którzy na statki czekają, co o świcie do Ostrogaru popłyną, bo dzisiaj w noc żaden rejs już się nie zdarzy - zreferował wyniki swego zwiadu Rokko - Wszelako znaleźliśmy na plaży dużą łódź, której tutejsi rybacy potrzebują do połowy ośmiorniczek. Oni pływają nocą, a czasami zapuszczają się nawet pod stołeczną wyspę. Pogadałem z nimi i herszt ich rzecze, że mogą nas wszystkich zabrać ze sobą jak im zapłacimy. Ledwie za chwilę będą łódź na wodę spychać.
Pora podjąć decyzje strategiczne. Jest późna pora, wokół ciemna noc. Na ulicach wioski wciąż ruch, pewnie będzie panował do rana, bo wielu miejscowych pije na umór i z upodobaniem się łajdaczy. Możecie cofnąć się do bramy i poprosić dowódcę straży o pomoc w znalezieniu miejsca do spania (może na wartowni). Możecie wcisnąć się komuś do chaty i zaproponować złoto za posłanie. Możecie spróbować raz jeszcze w zatłoczonych karczmach. Opcją alternatywną jest wyruszenie jeszcze nocą do Ostrogaru na pokładzie łodzi tutejszych rybaków, zmieścicie się na niej bez trudu wszyscy i z ekwipunkiem.

: 19 grudnia 2017, 22:27
autor: czegoj
Osobiście mam mieszane uczucia, bo nie bardzo wiem co mamy zrobić. Jakoś wszystko w tej przygodzie idzie nie tak i osobiście już nawet nie wiem, co chciałby zrobić mój bohater może poza spotkaniem z Eco, na które bardzo liczył.

: 19 grudnia 2017, 22:38
autor: Keth
Dzika knieja, 26 orakt-ran

Eco na przemian oblewał się lodowatym potem i mdlał pod wpływem uderzającej do głowy gorącej krwi, wpatrzony szeroko otwartymi oczami w swego konającego dowódcę. Dziesiętnik Fleituh, postrach żebraków z Chłopskiego Krocza, surowy mentor Eco i jego złośliwy prześladowca, wierny sługa Katana i przedstawiciel ostrogarskiego prawa miotał na Angano klątwy i błagał go o pomoc, na przemian i coraz słabszym, dźwięczącym rozpaczą głosem.

Kapłan Morglitha pozostawał niewzruszony, spoglądając na siedzącego w kałuży krwi orka beznamiętnym wzrokiem. Było coś takiego w jego opanowaniu, coś tak nieludzkiego i wstrząsającego rozmiarami bezwzględności, że prześladowany wspomnieniami Czarnej Krypty gwardzista osunął się w pewnej chwili na kolana, niezdolny już do ustania o własnych siłach.

- Nawróć się, a ocalisz duszę od zatracenia - powtórzył Angano - Zobacz, gdzie dogorywasz. W puszczy nawiedzanej przez prastare upiory. Dzikie zwierzęta rozwłóczą twe szczątki, nie zaznasz już nigdy spokoju, staniesz się widmem krążącym nad grobem, którego nikt ci nie sprawi.

- Niechaj się zatem stanie! - wykrzyknął pełnym desperacji głosem dziesiętnik - Oddaję się Panu Umarłych! Przysięgam mu swe oddanie, oddaję cześć, błagam o mroczne błogosławieństwo.

- Niechaj się stanie - powtórzył kapłan, a wtedy nieruchoma postać w czarnym odzieniu poruszyła się przypadając z nadnaturalną szybkością do Fleituha. Ork zdołał jedynie stęknąć, podniósł niewprawnie dłonie w daremnej próbie odepchnięcia stworzenia.

Czarny przywarł do dziesiętnika swym niewielkim ciałem, wskakując mu zwinnie na kolana, przykładając kaptur do twarzy w geście, który struchlałemu Eco skojarzył się z wymuszonym upiornym pocałunkiem. Spod kaptura dobiegły dzikie pojękiwania Fleituha, jego rosnący w gardle wizg, zagłuszony odgłosem ni to ssania, to charczenia.

Eco z trudem powstrzymał się od utraty świadomości, do krwi wbijając sobie w przedramiona własne paznokcie. Na jego oczach działo się coś, czego nie rozumiał i co rodziło w nim paniczną grozę. Kiedy po chwili czarny zeskoczył ze znieruchomiałego ciała Fleituha, strażnik ujrzał wykrzywioną w paroksyzmie przerażenia twarz dziesiętnika, jego wytrzeszczone oczy i ściągniętą na policzkowych kościach skórę, dziwnie pomarszczoną i spękaną.

- Cóż, pozostałeś mi jeszcze ty - Angano odwrócił się powoli w miejscu, a spojrzenie jego przywodzących na myśl czarne bryłki lodu oczu spoczęło na postaci Eco - Cóż za emocjonująca chwila, nie sądzisz, nędzny robaku?
Może warto powiedzieć coś miłego, żeby ocieplić atmosferę?

: 19 grudnia 2017, 22:53
autor: 8art
Ja bym przeczekał aż Angono odpłynie i potem dopiero szukał transportu. Ci rybacy, to już z opisu śmierdzą nie tylko rybą ale i zuem!

: 20 grudnia 2017, 10:39
autor: Nanatar
Ukrywając się, wzorem kompanionów w ciemnych zaułkach, miałem wrażenie że sam stanę się lada dzień, czy raczej noc, cieniem tylko. Może taki był podstępny plan Angano, porazić nas strachem, by ten wyssał z nas dumę, duszę, życie całe. Dwojakie miałem uczucia względem kapłana, nie lubiłem go, w jakiś jednak sposób mnie intrygował i wtedy pewnikiem mimo paraliżującego strachu wyszedłbym z cienia, gdyby nie trzeźwość osądu moich kamratów.
Surelinionie! Rozświetl mroki, co mącą me zmysły, pozwól trzeźwo oceniać sytuacje.

Skubaniec nawet nie zapłacił za przejazd, a pewnikiem bogatszy od nas. Toczący się powoli niewielki orszak przesłonił gwiazdy, niczym złowieszcza chmura. Ukryci w mroku obserwowaliśmy poharatanych strażników i zmęczoną twarz khtana. Co cię spotkało w głuszy, nasienie kościstego? To chciałbym wiedzieć. Gdzieś zgubił pokurcza? Tak czy inaczej kapłan minął nas, zaraz też odnaleźliśmy Rokko i Karhuana.

-Wypływają nocą mówicie. Tak robią przemytnicy. Trudno im się zresztą dziwić, biorąc pod uwagę wysokość opłat. A ilu ludzi załogi ich jest? Jak łódź duża?
-Nie będę ukrywał koledzy że chce mi się kapłona, cycka i oklasków pijaków, ale może najrozsądniej byłoby pozostać z wojakami.

Patrzyłem na Kathuana i zastanawiałem się jak długo musimy ukrywać jego niewolniczy stan.
Proszę o decyzję strażnica, czy wyszynk. Rozsądek skłania się do strażnicy, ale jeśli mnie zapytać powiem karczma. Mimo zmęczenia chętnie rozglądnąłbym się po gródku. Może nawet wyszukał kapłana i podsłuchał ogry.
Cóż mnie do nich ciągnie? Może to niespełniona miłość.

: 25 grudnia 2017, 21:31
autor: Keth
Brama Atakar-kiru, 26 orakt-ran

Wygłoszone ściszonym głosem pytanie barda zawisło w powietrzu, bo pozostali zbiegowie nie mieli widać pomysłu na to, gdzie spędzić resztę nocy. Wszyscy czuli w kościach trudy wielogodzinnej przeprawy przez gęsty las, zmęczenie ogromnie im doskwierało, a zabrany zabitym na trakcie łapaczom prowiant z trudem tylko zaspokoił apetyt mężczyzn.

- Bo jako rzekłem, ciągnie mnie do karczmy - powtórzył nieco niepewnym tonem Eszar - Moglibyśmy skrycie wybadać zamiary tego kapłana i jego sług, gdybyśmy usiedli dość blisko...

- Postradałeś zmysły? - spytał natychmiast Rokko, ściskający kurczowo w dłoni zdobyczną włócznię - Mnie ani się widzi zbliżać do sługi Czaszkogłowego, niechaj mnie Tfam i Arianna strzegą od takowych pomysłów. Jeślibyście mnie mieli o zdanie pytać, idźmy do przystani i prześpijmy się gdzie w jakiej szopie albo na zbrojach na miękkim piasku. Nic nie zapłacimy, a o świcie poszukamy statku do miasta.

- Mnie się tak samo widzi, zacne pany - wybąkał Karhuan - Nie trza nam się po karczmach pałętać, z tego jeno więcej może być kłopotów. Który z nas niechby jeno strawę kupił do wyniesienia, tyle styknie.
Wasi towarzysze wolą przenocować gdzieś na uboczu pod gołym niebem (noc jest ciepła i pogodna). Eszar wolałby do knajpy. Czekam na deklaracje Milcarra i Otlafa.

: 25 grudnia 2017, 22:30
autor: czegoj
Otlaf zdecydowanie woli nie rzucać się w oczy, chociaż odpoczynek w łóżku potwornie kusi. Ostatecznie jednak skłaniam się ku szopie. Odpoczynek w sianku powinien trochę złagodzić trudy podróży, a rano zawsze większa chęć do jakiś działań.

: 30 grudnia 2017, 20:43
autor: dretch
Eco nie za bardzo wie co począć, kto jeszcze został żywy na tym pobojowisku? Jest to dla mnie istotne ze względu na wpis fabularny!

: 31 grudnia 2017, 12:51
autor: Keth
Atakar-kir, 27 orakt-ran

Otlaf nie potrzebował wiele czasu, aby w smolistym mroku rzucanym przez mur osady odnaleźć niewielką drewnianą szopę przylegającą do tylnej ściany dużej stajni. Dający baczenie, by nikt ich nie wypatrzył, surelianie i ich towarzysze niedoli wślizgnęli się do środka, z ogromną ulgą i lubością wyciągając się na kopcach miękkiego, pachnącego aromatycznie siana. Ciasnota nikomu nie przeszkadzała, wręcz przeciwnie, w pewnym stopniu przydawała poczucia bezpieczeństwa. Poprzestając na podparciu drewnianych drzwiczek od środka wielkimi grabiami, mężczyźni porozpinali swe zbroje i kładąc pod ręce oręż zasnęli niemal w tej samej chwili, zmożeni trudami całodziennej wędrówki.

Wydawać się mogło, że ledwie zmógł ich sen, a już jakiś hałas przerwał błogi wypoczynek, zmusił śpiących zbiegów do wygrzebania się z siana, otwarcia oczu.

- Od środka zaparte, patrzaj, Gułaku - zza zablokowanych grabiami drzwiczek dobiegł czyjś poirytowany głos, drewno zatrzeszczało pod naporem męskiego ramienia - Pewnikiem jaki włóczęga tam siedzi albo inszy złodziej.

Otlaf przysiadł w kuckach łapiąc za broń, obrzucił zaspanym spojrzeniem podnoszących się z siana towarzyszy. Przez szpary między deskami ścian szopy sączyło się jasne światło słonecznego dnia, przenikał przez nie niedaleki gwar wioski: stłumione głosy, stukot kowalskich narzędzi, szczekanie psa, śmiech dzieci.

- Przyspaliśmy niemożebnie! - syknął mieszaniec poszturchując ze złością barda, winnego zaistniałej sytuacji nie bardziej od samego złodzieja - Słońce już wysoko!

- Kto tam siedzi?! - na zewnątrz rozległ się inny męski głos, starszy, niższy w brzmieniu, wyraźnie zdenerwowany - Rozumny ludź czy nieludź czy jakie licho? Otwieraj, bo po pachołków poślemy, a wtedy będzie skóra garbowana!
Przespaliście spokojnie całą noc regenerując siły do poziomu wyjściowego. To ta dobra wiadomość, teraz dwie złe: jesteście cholernie głodni, a nadto ktoś natarczywie dobija się do zablokowanych drzwiczek szopy. Co robicie?