Gościnność ludzi znacznie różniła się od standardów khajitów. Ludzie byli nudni, a ich prosta etykieta zostawiała mało miejsca na zabawę i przyjemności. Barr'teh tradycyjnie zaczepiony przez wiodącego samca odpowiedział tak jak nakazywało dobre wychowanie wyzywając samca, chociaż ani nie miał do niego żadnego rankoru ani też nie darzył go afektem. Ale tradycja była tradycją i kotołak już puścił zapach podnieconego wizją walki piżma:
- Ma'randru-jo powinien wylizać swoje piżmo, bo Barr'teh czuje strach. - Kotołak tradycyjnie się ukłonił samcowi, któremu rzucał wyzwanie. Równocześnie podniósł łapy, nie pokazując pazurów, tym samym dając Ma'randru-jo do zrozumienia, że nie przejmie haremu khajita, nawet jeśli wygra pojedynek. Teraz decyzja zostawała w rękach Atahbah i Khayla'y. Już wiedziały, że jesli będą chciały, to Barr'teh odwzajemni ich zaloty. Jesli jednak nie będą chciały, to tylko zasiądą do wspólnego posiłku, żartując i ciesząc się ze spotkania. Zresztą posiłek czekał na Barr'teha nawet w przypadku, gdyby musiał się poddać. Ot, po prostu ciepłe khajickie powitanie.
Samiec odpowiedział ukłonem i Barr'teh wyczuł radość w piżmie Ma'randru-jo. Wyglądało, że obu czekały ciekawe zawody:
- Barr'teh śmierdzi psem. Ma'randru-jo czuje zapach kundla. - Kotołak wypowiedział tradycyjną formułe zapraszającą Barr'teha do zabawy. Koty rzuciły się na siebie w tańcu, który postronny człowiek mógł uznać za szaloną bójkę, dwóch poruszających się w niesamowitym tempie cieni, ale zabawa jeszcze się nawet nie zaczęła. Nie wypadało się bawić w jurcie. Khajici dopiero wypadali na zewnątrz, gdzie mieli zatanczyć z pazurami. Koty zawirowały i w akrobatycznych pozach markując ciosy przystanęły na sekundę przed jurtą. Obaj wyczuli charakterystyczną woń samic zadowolonych z rozrywki jakiej za chwilę zaznają. Kocice przyklasnęły w dłonie, a stary Ri'saad wyglądał ciekawie z jurty, przypominając sobie czasy, gdy sam był w sile wieku i aktywnie brał udział w podobnych rytuałach.
Koty jeszcze przez chwilę miarkowały swoje siły. Barr'teh wiedział, że góruje nad Ma'randru-jo szybkością, ale przeciwnik był diablo silny. Zapowiadała się ciekawa rozrywka. Oba kotołaki uśmiechnęły się jeszcze i skoczyły w swoją stronę.
Starcie trwało kilka sekund. Khajici wymienili w tym czasie niezliczoną ilość ciosów, głośno prychając i krzycząc. Odskoczyły od siebie. Ma'randru-jo krwawił z szyji, a Barr'teh z rozdrapanego nosa.
Kocice głośno mruczały ukontentowane z atrakcyjnego pojedynku ociekających samczymi zapachami kocurów. Ma'randru-jo pochwalił przeciwnika:
- Ma'randru-jo musiałby prosić bogów o wygraną w tym pojedynku. - Barr'teh skłonił się i odpowiedział tak jak nakazywała tradycja:
- Barr'teh bez boskiej pomocy nie stawiłby czoła Ma'randru-jo.
Oba koty objęły się przyjacielsko, a samiec dominujący oznajmił:
- Ma'randru-jo ma dużo mleka. Mleko Ma'randru-jo jest mlekiem Barr'teha. - Kocury objęły się przyjacielsko i weszły ucztować do jurty z samicami i Ri'saadem.
Mam nadzieję, że takie rozwiązanie nie naruszyło jakieogś niecnego planu MG