PBF - Skarb Acheronu - Conan na Fate

Procjon
Reactions:
Posty: 1090
Rejestracja: 22 lutego 2012, 14:38

Post autor: Procjon » 14 maja 2014, 22:49

Proponuję trójki: Druss+Vanko+Tranicos i Goma+Zorian+Chen Shu, to chyba najbardziej zrównoważone składy jakie możemy stworzyć, zawierając to, że Chen Shu chce walczyć razem z Gomą, a Tranicos z Vanko. No i oczywiście ranger nie omieszka skorzystać ze swojej niebagatelnej zwinności gdy przejdzie do walki wręcz, zastosuję także piasek.

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 14 maja 2014, 23:29

Chen Shu jesteś pewny, że chcesz rzucić gwiazdkami w King Konga ? Największego z małpoludów, jakiego Goma skłonił do tego by nie walczył?
Ok jutro postaram się dać rozstrzygnięcie walki.
Ostatnio zmieniony 15 maja 2014, 09:46 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.

El Bragh
Reactions:
Posty: 58
Rejestracja: 31 października 2013, 21:54

Post autor: El Bragh » 15 maja 2014, 09:33

Chodziło mi o tego mniejszego z którym walczymy. Tego wielkiego na razie zostawiam w spokoju no chyba że nas zaatakuje :D

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 15 maja 2014, 09:45

Walka się zaczęła, podzielenie na dwie trójki rozpoczęliście starcie.

Druss, Vanko i Tranicos
Vanko używając bata i komend nauczonych od Gomy starał się nieco ogłupić małpoluda, chwilowo to się nawet udało, Tranicos posłał mu 2 zatrute dziryty nim bestia się otrząsnęła, Druss zaszedł go z boku i uderzył potężnie toporem. Cios jaki powaliłby rosłego męża, nie zrobił wielkiego wrażenia na małpoludzie. Vanko został zmuszony do sięgnięcia po sejmitary, po tym jak Tranicos cisnął 2 ostatnie dziryty sięgnął po 2 miecze.

Goma, Zorian i Chen Shu
Chen Shu ciskał szpilami i gwiazdkami udało mu się częściowo oślepić bestię, bo krew zalewał jej lewe oko, Goma związał ją walką zwinnie unikając ciosów i rąbiąc swym toporem, Zorian starał się atakować łydki.

Starając się trzymać na dystans i osaczać małpoludy stopniowo je osłabiacie, każdy z was został uderzony dwa albo trzy razy. Zaliczył lądowanie na ziemi, albo na prętach areny. Małpoludy są szybkie, trzymetrowa masa mięśni, futra i pazurów jest trudna do zabicia. Po około 8 rundach, skrwawieni, brudni i poobijani zarąbaliście drugą z bestii, pierwsza padła rundę wcześniej.
Techniczny:
Ryzyko ran było na 6, ale mieliście dobry plan i zatrutą broń to zmniejszyłem ryzyko do 4. Każdemu z Graczy wykonam test 4dF x2 i wynik podzielę na 2, to pokaże czy dostał więcej punktów ran niż 4, w całej walce czy mniej.
Druss rzuty - 2 i +2 średnia 0, więc otrzymał 4 punkty ran, dwie rany lekkie i masa obić i skaleczeń.
Vanko rzuty -2 i +1 średnia -1, więc otrzymał 5 punktów ran + 1 za rzut na minusie, trzy rany lekkie i masa obić i skaleczeń.
Tranicos rzuty 0 i -2 średnia -1, więc otrzymał 5 punktów ran + 1 za rzut na minusie, jedną ranę lekką oraz jedną średnią i masę obić i skaleczeń.
Goma dostał 2 rany lekkie.
Zorian rzuty 0 i -2 średnia -1, więc otrzymał 5 punktów ran + 1 za rzut na minusie, jedną ranę lekką oraz jedną średnią i masę obić i skaleczeń.
Chen Shu rzuty -2 i +3 średnia +1, więc otrzymał 3 punkty ran, jedną ranę średnią, ma nadal 1 lekką z ucieczki i masa obić i skaleczeń.
Po walce dowiedzieliście się, ze dowódca buntowników wymienił waszych pracodawców na kilkunastu swoich oficerów i wojowników, jakich więził Nabo.
Po walce z małpoludami Goma zabił aktualnego wodza buntowników, bo ten kwestionował jego prawo do tronu. Goma okazał starszyźnie swój królewski tatuaż, wielu pamiętało, że King Kong strzegł Gomy jak ten był chłopcem, prawa Gomy jako królewskiego syna, uznano.
Własne opisy walki, mile widziane, co dalej robicie?

Dobro
Reactions:
Posty: 2848
Rejestracja: 10 listopada 2012, 22:13

Post autor: Dobro » 15 maja 2014, 12:15

Zorian skinął głową porozumiewawczo do Chen-Shu i rzucił się na prawą stronę małpoluda, flankując go i celując na łydki. Pierwszy cios nie był trafiony - ostrze krótkiego miecza świsnęło w powietrzu, zupełnie przypadkowo przecinając odstające kłaki z futra. By uniknąć ciosu akwilończyk od razu rzucił się szczupakiem do przodu, koziołkując po arenie i wzbijając zarówno tumany kurzu, jak i ożywioną reakcję zgromadzonej widowni.

Drugie podejście było znacznie lepsze od pierwszego: Zorian szybko podniósłszy się na nogi, doskoczył do wściekłego wyrośniętego goryla i zaatakował jego odsłonięte łydki, trafiając w czuły punkt. Miecz za płytko wszedł w ciało; małpa zaś w reakcji na ból cisnęła łapą na odlew, uderzając w lewie ramie wojaka. Ten odrzucił tarczę i upadł na ziemię, znów koziołkując.

Gdy Zorian się otrząsnął, wstał i znów doskoczył do małpy, ale tym razem nawet nie zdążył wyprowadzić ciosu, gdyż rozszalała bestia niespodziewanie odwróciła się i taranem z głowy uderzyła akwilończyka w pierś, wyrzucając go do góry i w tył na dobre kilka metrów.

Wściekły Zorian z obitymi żebrami raz jeszcze podniósł się i przepuścił ostatnią szarżę na futrzastego stwora. Wykorzystując jego nieuwagę, akwilończyk wślizgiem podciął ścięgna w prawej nodze małpy, która to obaliła się na jedno kolano.

Potem ktoś musiał dokończyć sprawę, bo Zorian wstając zobaczył tylko spadającą głowę małpoluda, oddzieloną od korpusu...

***

Jakiś czas później, lazaret.

***

Zgromadzeni tutaj najemnicy nie wyglądali najlepiej. Ba! Wyglądali marnie. Mimo to Zorian czuł się w obowiązku podniesienia wszystkich na duchu.

- Dobrze walczyliście! Jestem z was dumny. Teraz została nam kwestia naszych pracodawców i dalszych planów... Może porozmawiamy z Gomą, by pertraktował z Nabo i odbił naszych chlebodawców? Wszak bez nich jesteśmy - póki co - zdani tylko na siebie...
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)

koszal
Reactions:
Posty: 2787
Rejestracja: 15 marca 2012, 13:35
Been thanked: 1 time

Post autor: koszal » 15 maja 2014, 13:08

Zedytowałem fabularnie wcześniejszy post 410- zachęcam do lektury.
Na wszystkie dziwki Zamorry! -na widok małpoludów Vanko na chwilę stracił rezon. Z poziomu areny ich cielska robiły druzgoczące wrażenie. Vanko już czuł łamanie w kościach.
To jednak tylko durne bestie.- pomyślał po chwili. Schował oba sejmitary, po czym postąpił krok naprzód rozwinąwszy bat na całą długość.

Odwrócił się ku Tranicosowi, który ostrożnym krokiem postępował tuż za nim, z wolna starając się oflankować wyznaczoną im bestię.

Vanko uśmiechnął się złowieszczo. W oku jego pojawił się chytry błysk. Rzucił ku kompanom:

Dzisiejszej nocy rozmówiłem się z bogami tej krainy. Krokodyle bydlę upomniało się o moją duszę i przyobiecało mi, że przetrwam tę bitkę.

Natomiast Wy macie przejebane!


po czym ryknął gromkim śmiechem i ruszył ku przeznaczeniu.

[center]***[/center]

Lazaret.

A po cóż nam oni... stęknął Vanko drżącą ręką sięgając po kubek z winem. Niefortunnym ruchem dłoni rozlał cał ą zawartość na posadzkę.

Psia krew! Jeszcze i to...

Czas nam rozmówić się... nad tym komu.... i po co służymy... Za chwilę dowiemy się, czy wśród buntowników jest poszukwiany mężulek. Jeśli go nie ma, nasza misja zakończona. Możemy zatem pomyśleć o złocie.

Własną krwią i ryzykiem ponad przyobiecane ocaliliśmy swoją skórę. A Taki Wulfrede i reszta woleli trząść łydkami na widowni. Mają, na co... zasłużyli.

a nam zostaje mniej ryjów do podziału.. dokończył w myślach Vanko.
Ostatnio zmieniony 15 maja 2014, 13:58 przez koszal, łącznie zmieniany 1 raz.

Procjon
Reactions:
Posty: 1090
Rejestracja: 22 lutego 2012, 14:38

Post autor: Procjon » 15 maja 2014, 23:59

Tranicos cisnął ostatni oszczep w kierunku zbliżającego się małpoluda. Poczuł nagle falę niepokoju rozlewającą się po ciele od stóp po czubek głowy. Póki miał w dłoniach dziryt, dotyk drewna dawał śladowe chociaż poczucie że nie jest bezbronny wobec gigantycznej małpy, ale teraz... Teraz już tylko miecz, krew i flaki. Taaak... Pogranicznik uśmiechnął się do wspomnień. Ile to razy wychodził obronną ręką z podobnych tarapatów. Teraz też się uda. Pogranicznik wyciągnął jeden z mieczy przywieszonych przy pasie i zaczął biec w stronę małpy. Jakieś trzy metry przed małpą skręcił w lewo i okrążył ją szerokim łukiem. Ta, odciągnięta na chwilę od nacierających ciągle Drussa i Vanka, zamachnęła się potężnym ramieniem. Tranicos wiedział, że cios w najlepszym wypadku rzuciłby nim na kilka metrów w tył, więc nie zwalniając biegu zgiął się nagle wpół, a gdy cios przeszedł nad nim, obrócił się na pięcie i ciął małpę po mijającej go łapie. Nie przerywając obrotu, wyciągnął drugi miecz i szerokim zamachem ciął po wierzchu w bok. Cios nie był głęboki, ale niemal oddzielił skórę małpy od ciała, więc musiał piekielnie boleć. Stwór zaryczał, obrócił się i zaczął nacierać na pogranicznika, który zebrał solidny cios w klatkę. Gdy małpolud stał nad leżącym Tranicosem, topór Drussa zagłębił się w jego plecy, więc przeciwnik ponownie obrócił się, by stawić czoła dwóm pozostałym bohaterom. Tranicos wstał, rzucając na ziemię jeden z mieczy, i niewiarygodnym manewrem wbiegł po plecach stwora, który właśnie upadł na kolano po cięciu Zoriana, i mieczem ciął go w szyję. Małpolud zagulgotał... i upadł na pogranicznika, przygniatając go. Tłum zaczął wiwatować, a Tranicos dusząc się machał wystającą spod stwora ręką i próbował wołać towarzyszy, którzy uznając przeciwnika za wyeliminowanego pobiegli walczyć z kolejnym. Na szczęście po chwili powalili go i wyciągnęli pogranicznika spod wielkiej małpy.

[center]* * *[/center]

Tranicos leżał na łóżku w lazarecie, gdy dobiegły go pojękiwania Vanka. Wyczulone rangerskie zmysły wychwyciły większość wypowiedzi.
- Masz rację. Nasi pracodawcy nie do końca wywiązują się z obietnic. - mówił, gestykulując zdrową ręką. - Ciekawe co zyskamy na tym, że daliśmy się tak przeraźliwie potłuc tym cholernym małpom. I jak to się wreszcie skończy, za pieniądze ze skarbu wybuduję sobie folwark w Kush, założę rodzinę i zacznę wreszcie normalnie żyć, a nie jako najemnik od zlecenia do zlecenia, kurwa.

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 16 maja 2014, 09:18

Losy Marandosa.
Poniżej fabularyzowany opis ostatnich wydarzeń.
- Uważajcie, co mówicie - ostrzegł was Goma. - Jestem tu wodzem, i jeśli ktokolwiek może domagać się odpowiedzi, to tylko ja. Ci wojownicy przysięgli mi wierność. - Faktycznie, Cymmerianin widział szacunek, z jakim krajowcy odnosili się do jego towarzysza.
- Tak. I domyślam się, kim naprawdę jesteś. Ale co z tego? Byliśmy towarzyszami, a opuściłeś nas bez słowa.
Mężczyzna zaśmiał się pod nosem.
- Niełatwo cię zastraszyć, ale z drugiej strony ten, kto okpił boga jeziora, nie jest zwyczajnym człowiekiem. Dobrze, wyjaśnię ci wszystko, lecz potem nie wolno ci wysuwać w stosunku do mnie żadnych żądań. - Tutaj, w dolinie, Goma zachowywał się jeszcze bardziej wyniośle.

- Kiedy zaciągnąłem się do was na służbę, zgodziłem się doprowadzić was do Rogów. Zrobiłem to. Nie miałem dalszych zobowiązali. Tak jak wy, nie wiedziałem, co czeka za Rogami. Przed przystąpieniem do jakiegokolwiek działania musiałem się zorientować w sytuacji. Przeczuwałem, że gdyby zobaczono was w moim towarzystwie, spotkałaby was pewna śmierć.

Szli stromą ścieżką, która kończyła się przy murach zbudowanych z ciężkich, z grubsza ociosanych głazów. Były one równie masywne jak w mieście, ale nie zdobione. Cymmerianin przypuszczał, że wznieśli je Pythończycy, zanim ulegli wpływowi potwora z przeklętego jeziora. Wrota były nowe, sporządzone z grubych belek. Strażnicy przy bramie oddali honory Górnie i zaczęli zamykać ciężkie wierzeje, następnie zabezpieczyli je długą kłodą.
W obrębie murów zbudowano gliniane chaty kryte strzechą. Mężczyźni i kobiety wspięli się na blanki, żeby zobaczyć, co się dzieje po drugiej stronie jeziora. Teraz schodzili, aby przyjrzeć się przybyszowi. Goma powiedział coś i mieszkańcy rozeszli się do domów.
- Kazałem im iść spać - poinformował was. - Będą mieli mnóstwo czasu, żeby obejrzeć was po wschodzie słońca, w lepszym świetle.
Na środku fortu stał kwadratowy, niski blokhauz, ale gospodarz ominął go i powiódł was do obszernej chaty, trzy czy cztery razy większej od innych. Tam usiadł na poduszkach ze skór i ruchem ręki kazał Cymmerianinowi i innym zająć miejsce obok siebie.
- To była wyczerpująca noc, - rzekł Goma. - Chcecie coś do jedzenia czy picia?

- Na Croma, od południa nie miałem nic porządnego w ustach, i przez cały czas tylko walczyłem, obrywałem po łbie albo uciekałem. Konam z głodu.
Goma klasnął w ręce. Na ten znak służące przyniosły jadło na palmowych liściach i tykwy z pienistym piwem. Mężczyzna odprawił je ruchem ręki. Jego gość tymczasem posilał się mięsem, owocami i chlebem, spłukując jedzenie trunkiem. Gdy się nasycił, otarł usta grzbietem dłoni i rozparł się na poduszkach.

- Kiedyśmy stanęli przed królem Nabo - powiedział - nade wszystko pragnął on wiedzieć, kto nas tu sprowadził, ł był wielce niezadowolony z naszych odpowiedzi. Potem przycisnęliśmy do muru tłumacza i od niego uzyskaliśmy pewne informacje.
- Tłumacza? Czy mówisz o tym niewolniku Khefim? Był pasterzem u mego ojca, ale potem został przy dworze, gdyż umiał się porozumieć z cudzoziemskimi kupcami.
- To ten sam. Wspomniał o wojnie domowej, ale bał się mówić, mimo że strażnicy nie mogli go zrozumieć. Powiedział, że w dolinie nadal są buntownicy. Napomknął też, że po bitwie, w której zginął stary król, nie znaleziono ciała jego syna.

Goma uśmiechnął się lekko.
- To prawda, przyjacielu. Tak, ja jestem tym synem, i byłem w stanie udowodnić to buntownikom, jak sami widzieliście. Wiele lat spędziłem na włóczędze, poznając inne ludy, ucząc się różnych sposobów walki i dając moim poddanym dużo czasu, by obrzydło im panowanie mojego wuja Naba.
- Nie sądzę, żeby go kochali. Ale boją się go i tej wstrętnej staruchy, Aghli.
- Aghla! - Goma splunął. - Ta złośliwa wiedźma od pokoleń jest przekleństwem mojego rodu. Nie chce umrzeć, i to ona wyznacza ludzi na ofiary dla boga jeziora. Wszyscy myślą, że w jakiś sposób dzieli jego moc.
- Wierzysz w to?

- Wierzyłem, gdy byłem chłopcem. Wędrując spotkałem wielu czarowników i widziałem, jak łatwo potrafią omamić ludzi i wmówić im, że posiadają wielką moc. Niektórzy z nich władali magią, niektórzy potrafili wzywać duchy dżungli, ale większość stosowała tylko kuglarskie sztuczki. Już nie wierzę, że ten potwór w jeziorze jest bogiem. Widziałem morze i wielkie stworzenia, które w nim pływają. Być może potwór z jeziora nawet nie myśli. Jeśli jest bogiem, dlaczego siedzi w jeziorze jak więzień? Dlaczego ludzie muszą go karmić krwią ofiar?
- Zdobyłeś wiedzę w czasie swoich podróży - skomentował Zorian.
- Kiedy człowiek żyje na własną rękę, musi się nauczyć samodzielnego myślenia. Zostałem oderwany od plemienia i jego tradycji, nie wierzyłem nikomu na słowo, póki nie ujrzałem prawdy na własne oczy. Po powrocie uznałem, że wiele rzeczy, w jakie mój lud zawsze wierzył bez zastrzeżeń, to czcze wymysły. Nie sądzę, by zabicie tego potwora było możliwe, ale z drugiej strony nie widzę powodu, by go dokarmiać.

- Khefi wspomniał, że twój ojciec przestał składać ofiary.
- I tym samym uczynił sobie wroga z Aghli. - Goma znowu splunął.
- Zabij ją i połowa problemu zostanie rozwiązana.
- Tak zamierzam. Uśmiercę też wuja i odzyskam królestwo.

- Możesz na mnie liczyć - obiecał Cymmerianin.
- To nie twoja walka.
- Jestem wojownikiem. Poza tym Nabo nadal więzi moich towarzyszy, jeśli nie zostali zabici dzisiejszej nocy. Zobowiązałem się im służyć, dopóki nie znajdę Marandosa, a skoro to się nie stało, muszę walczyć o ich wolność.
- Masz silne poczucie obowiązku - rzekł Goma. - To dobra i rzadka cecha.
- Może być brzemieniem. Wolałbym wziąć włócznię i miecz i wynieść się stąd jak najszybciej. Ale podjąłem się tej misji i chcę zobaczyć jej zakończenie.
- Dobrze. Kiedy pomaszerujemy na Naba, będziecie u mego boku.
- Doskonale. Mówiąc o tajemniczym Marandosie, masz pojęcie, gdzie on może być?

- Zobaczysz rano. Tymczasem kładź się spać.
- Skorzystam z dobrej rady - powiedział Druss. - Długi dzień zwieńczony jadłem i piwem jest męczący nawet dla wojownika z Cymmerii. Dobrze, że cię spotkałem, przyjacielu. Inaczej miałbym kłopoty z dogadaniem się z buntownikami.
Goma klasnął w ręce i wydał rozkazy żołnierzowi.
- Ten młody człowiek zaprowadzi was do wolnej chaty. Śpijcie dobrze, przyjaciele. W nadchodzące dni czeka nas wiele pracy.
Podążyliście za młodzieńcem, który przypatrywał mu się ze zdumieniem. Gościnna chata była taka sama jak inne, maleńka i okrągła, ze szczelinami w ścianach, które pozwalały na wymianę powietrza. Z mieczem na podorędziu, Cymmerianin zapadł w kamienny sen.
Poranek był rześki i jasny, jedynie nad jeziorem wznosiły się rzadkie opary mgły. Ytanicos wyszedł z chaty i przeciągnął się potężnie. Wioska też się budziła, mieszkańcy mrugali oczami w słońcu, najpierw porażeni jego blaskiem, a potem na widok białego. Paplając i wymachując rękoma, stłoczyli się wokół cudzoziemca. Dzieci z niedowierzaniem dotykały jego dziwnie jasnej skóry, a kobiety długich, prostych włosów. Ich ciekawość nie była zabarwiona wrogością i okrucieństwem cechującym mieszkańców miasta. Skoro należeli do tego samego plemienia, Tranicos przypisał różnicę zgubnemu wpływowi jeziora.
Kiedy zbliżył się do wejścia wielkiej chaty, wojownik stojący na straży uprzedził wodza. Goma wyszedł i przemówił do zgromadzonych, którzy następnie na jego znak odeszli do swoich zajęć.

- Powiedziałem im, że jesteście moimi przyjaciółmi zza gór - poinformował was - i że walczyliśmy ramię w ramię z wrogami. A także, że pochodzcie z dalekiej Północy, z zimnego, pochmurnego kraju, gdzie brak słońca wybiela ludziom skórę i sprawia, że mają błękitne oczy. Będą was traktować z szacunkiem przynależnym dowódcy.
- Dziękuję.
- A teraz chodź za mną. Muszę sprawdzić posterunki; porozmawiamy po drodze.
Gdy zbuntowany król sprawdzał warty i koszary, wyjaśniliście , jaką sytuację zostawiliście w mieście. Goma syknął, gdy wspomniał o Sethmesie i jego małej armii.
- Stygijczyk! Myślisz, że naprawdę włada czarnoksięskimi mocami?
- Magowie Stygii uchodzą za najpotężniejszych w świecie, a ja mam powody, by wierzyć, że to prawda. Ale ten kapłan jest kimś niezwykłym, potomkiem starożytnych królów Pythonu. Nie wiem, czy czyni go to bardziej, czy mniej potężnym. Z tego, co dotychczas mi wiadomo, widać, że jest intrygantem i spiskowcem, nie czarnoksiężnikiem.
- A jego ludzie? Jacy są w polu?

- Według mnie wyglądają na doświadczonych żołnierzy. Nie wolno ich nie doceniać. Będą walczyć w zwartych szeregach, włócznią, tarczą i mieczem.
- Też mi walka! - prychnał lekceważąco Goma. - Moi wojownicy runą na nich i skąpią włócznie w stygijskiej krwi.
- Zaciekłość może wziąć górę nad dyscypliną, ale w ten sposób stracisz wielu ludzi.
- Wojownicy rodzą się po to, aby ginąć w boju. Taka jest kolej rzeczy.
- Nie widziałem bumbana w mieście - podjął Vanko. - Prawdopodobnie będą walczyć jak ci, których spotkaliśmy na pustyni - zajadle i bezmyślnie.
- Mój wuj prawdopodobnie nie pozwolił im wejść do miasta.
- Zabrali naszych poległych - mruknął ponuro Zorian. - Myślę, że zjedli ich na kolację.

- Zabijemy wszystkich - zapewnił Goma z przekonaniem.
Na posterunkach stali wojownicy z żółtymi, czerwonymi i zielonymi pióropuszami. Byli odważni i rwali się do walki. Po latach życia jako uciekinierzy i bandyci, łaknęli krwi wrogów. Goma przebywał wśród nich nie dłużej niż trzy dni, a jednak wydawało się, iż darzą go bezgranicznym zaufaniem. Cymmerianin zwrócił na to uwagę.
- Przez wszystkie te lata - zaczął wyjaśniać wódz - hołubili w sobie nadzieję na mój powrót. Dowódcy pułków początkowo patrzyli na mnie podejrzliwie, lecz zabiłem tego, który śmiał mi się sprzeciwić i pozostali uznali mnie za swojego prawowitego władcę.
- To prosty sposób rozwiązywania kwestii spornych - podsumował Chen Shu. - Ilu was jest w porównaniu z siłami Naba?
- On ma więcej ludzi, może o czwartą część. Ale nie może całkowicie polegać na wojownikach z błękitnymi pióropuszami. Jeżeli zyskamy przewagę na początku bitwy, chyba przejdą na naszą stronę.
- A wieśniacy?
Goma wzruszył ramionami.
- Nieważne. Chłopi będą harować bez względu na to, kto nimi rządzi. Liczą się tylko wojownicy.
Cymmerianin nie zgadzał się z tym prymitywnym porządkiem, który przeważał w większej części świata. Ci, którzy nie walczyli, na nic nie zasługiwali. Powinni być wdzięczni, że wolno im oddychać i jeść. Syn wielkiej wojowniczej rasy żywił niewiele współczucia dla tych, którzy wybrali takie życie.
- Zeszłej nocy obiecałeś opowiedzieć mi o Marandosie - przypomniał.

- Tak, zrobię to. Chodź ze mną.
Wszyscy weszliście za Gomą do kamiennego blokhauzu. Podobnie jak mury, budowla była prosta, pozbawiona ozdób i funkcjonalna. Miała jedno wejście, niskie i wąskie, którego drzwi zniknęły przed laty. Prawdę mówiąc, był to tunel w grubym murze, prowadzący do małej komory o boku nie dłuższym niż sześć kroków. Na wysokości około dziesięciu stóp mieściło się sześć małych okien. Kamienne schody wiodły do pomieszczeń na górze. Na środku komory, na grubej kamiennej płycie, siedział mężczyzna. Okrywały go łachmany, był chudy niczym szkielet, lecz w jego oczach gorzał ogień. Gdy weszli, zmierzył ich ponurym spojrzeniem.
- Pochodzisz z północy! - zawołał na widok Drussa.
- Nie jesteś ślepy - powiedział Cymmerianin. - To dobry znak.
- Przyszliście z moim bratem? Przyprowadziliście ludzi, którzy zabiorą skarb? - Na jego wymizerowanej twarzy widać było zapał i chciwość. Druss dostrzegł, że niegdyś mężczyzna był przystojny, podobny do Ulfila.
- Tak, z nim przyszedłem. Co do skarbu, musi zaczekać.
Na te słowa mężczyzna popadł w przygnębienie.

- Jak długo przebywa tutaj ten więzień? - zapytał Zorian.
- Więzień? Nikt go tu nie trzyma. Sam widziałeś, że nie ma ani drzwi, ani straży na zewnątrz. Przybył parę miesięcy temu, chory na umyśle. Wszedł prosto do tej budowli i objął tę płytę niczym rodzoną matkę. Mój lud szanuje obłąkanych. Wydawał się nieszkodliwy, więc tylko zabrali mu broń i zostawili samemu sobie. Kobiety stawiają mu przy wejściu jedzenie i picie, ale on bierze niewiele. Ludzie słyszeli, jak bredzi coś w szaleństwie, lecz nikt nie rozumie jego słów. Nie mam czasu, by się nim zająć. Musi być mężem tej białej kobiety, jednak nie sądzę, że będzie ona zadowolona z jego odnalezienia.

- Co się stało? - spytał Vanko upiora, który niegdyś był kapitanem najemników. - Gdzie są ludzie, których przywiodłeś tutaj z drugą ekspedycją?
Mężczyzna z wysiłkiem zebrał myśli.
- Ludzie? Tak, miałem ludzi. Ludzi i półludzi, tych ludzi z dżungli zwanych bumbana. Mieli mi pomóc dźwigać skarb, ale nic z tego. - Uśmiechnął się przebiegle. - Zniknęli, i teraz wszystko należy do mnie. - Poklepał płytę, na której siedział.
- A co się z nimi stało? - dopytywał cierpliwie Vanko.
- Och, niektórzy pomarli w dżungli, paru w górach. Wielu straciliśmy w walce z dzikimi bumbana. Potem była pustynia... - Obłęd w jego oczach zapłonął ze zdwojoną siłą. - Wielu tam zginęło. Bumbana nie widzieli powodu, by umierać z głodu i pragnienia, gdy mieli pod ręką ludzkie ciała i krew. - Na chwilę pogrążył się w milczeniu. - Ale mnie nigdy nie zagrozili.

- A klątwy przy Rogach? - zapytał Druss, z trudem opanowując obrzydzenie.
- Rozszalała się burza. Błyskawice zabijały ludzi i bumbana. Był ze mną już tylko jeden człowiek, gdy spadł wielki kamień. - Skierował na Conana oczy przepełnione żalem. - A przecież czar powinien temu zapobiec! Czy to możliwe, że kapłan mnie okłamał?
- Czy człowiek przy zdrowych zmysłach obdarzyłby go zaufaniem?
Szaleniec zignorował te słowa.
- Ale teraz mam skarb. - Znowu poklepał kamień.
- Pod tym kamieniem?
- Tak, ale płyta jest zbyt ciężka i nie mogę jej podnieść.
- Czy to znaczy, że go nie widziałeś? - zdumiał się Chen Shu.
- Ale przecież nie może być nigdzie indziej! - wrzasnął Marandos.

- Od Asgalunu przebywałem w towarzystwie wariatów - mruknął Cymmerianin, odwracając się od szaleńca. - Powinienem był wiedzieć, że u kresu podróży znajdę jeszcze jednego.
- Sam widzisz, że ma pomieszane w głowie. Tracimy czas, Drussie. Jest wiele do zrobienia. Moja obecność tutaj nie na długo pozostanie w tajemnicy, i kiedy Nabo się dowie, będzie chciał mnie zniszczyć.
Odwrócili się i wyszli z komory. Za nimi obłąkany nucił piosenki swojemu domniemanemu skarbowi.
- Dlaczego Nabo jeszcze nie stłumił powstania? - zapytał Zorian, gdy znaleźli się na zewnątrz.

- Ponieważ buntownicy zajmują tę warownię. Mój lud nie przywykł do obrony murów, ale z drugiej strony wojownicy uzurpatora nie potrafią ich zdobywać. Umocnienia umożliwiają walkę z liczniejszymi oddziałami. Nabo może zdobyć warownię, ale poniósłby zbyt wielkie straty. Jakiś pomniejszy naczelnik mógłby wykorzystać przewagę wynikającą z powszechnego niezadowolenia i zrzucić go z tronu. Ten uzurpator lubi boga jeziora, lecz nie do tego stopnia, żeby pragnął zostać przez niego zjedzony. Ludzie gotowi są złożyć wielkie ofiary dla swego prawdziwego króla. Ale Nabo jest tyranem. Musi odnosić szybkie, łatwe i nie okupione stratami zwycięstwa, bo inaczej zwolennicy odwrócą się od niego.

- Tak jest wszędzie, gdzie bywałem, a podróżowałem więcej niż większość ludzi. Będziesz z nim walczył na otwartym polu, poza warownią?
- Muszę. Serce wojownika jest chore, gdy musi on walczyć zza murów. I aby zasłużyć na wierność, trzeba wykazać się czymś więcej niż królewską krwią. Muszę stanąć na czele swojej armii i wyzwać uzurpatora, a potem zmiażdżyć go w walce.
- Będzie to kosztowne zwycięstwo - uprzedził Tranicos.
- Wiem o tym dobrze. W ciągu lat tułaczki brałem udział w wielu wojnach. Wiem o walce dużo więcej niż Nabo, tyle że mógłbym zmiażdżyć go tu, w warowni, bez większych trudności. Ale wtedy zostałaby splamiona moja królewska godność. Zawsze znaleźliby się tacy, którzy by szeptali, że król Goma nie jest prawdziwym wojownikiem, że pokonał przeciwnika podstępem, nie odwagą. Takie słowa po pewnym czasie spełniłyby swoje zadanie i przez całe panowanie musiałbym tłumić rebelie.

- Podchodzisz poważnie do sprawowania władzy - podsumował Chen Shu. - Ja nie wzbraniam się przed żadną bitwą. Kiedy wyruszamy?
- Najpierw oceńmy dokładnie sytuację. Ale nie możemy zwlekać. Chodź, zwołałem naradę naczelników. Musimy wiedzieć, jakie są siły mego wuja. Tylko głupiec walczy na ślepo.
Ruszyliście na otwarty plac przed chatą Gomy. Zastali tam czterdziestu ludzi, którzy wyglądali na starszyznę. Mieli liczne blizny, niektórzy posiwiałe włosy i brody, i wszyscy swoją postawą przypominali dumne lwy. Poza kolorowymi pióropuszami oznaczającymi pułki, nosili na ramionach i pod kolanami barwne opaski z długiego futra. Ich tarcze były białe jak śnieg. Naczelnicy podnieśli ramiona i pozdrowili króla gromko.
Kwestia czy macie jakies pytania, lub sugestie, nie musicie walczyć po stronie Gomy, on tego od was nie wymaga.
Wojownicy z niebieskimi piórami się wahają, może uda się ich pozyskać dla sprawy Gomy szybki i udany atak, pomógłby wam w tym. Teraz będzie narada wojenna.
Ktoś chce pomóc księciu Gomie?
Ostatnio zmieniony 16 maja 2014, 09:28 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.

koszal
Reactions:
Posty: 2787
Rejestracja: 15 marca 2012, 13:35
Been thanked: 1 time

Post autor: koszal » 16 maja 2014, 13:38

Vanko przez dłuższą chwilę przyglądał się Marandosowi. Wariat, czy nie... może mówić prawdę.. -pomyślał.

Warto by zobaczyć, co tam się pod tą płytą kryje.. he he.. -szukał w myślach sposobu, by zostać sam na sam z szaleńcem. Zatarł ręce rad z faktu, że inni porzucili obłąkanego samemu sobie.

skaaarb, pewnie tu jest, a raczej wejście do skarbca.. -wycedził do siebie pod nosem..

Stary człowieku, pomogę ci odsunąć płytę!


a potem, jeśli twe słowa okażą się prawdą uduszę Cię we śnie, byś zabrał tę tajemnicę do grobu..

-szelmowski uśmiech rozjaśnił oblicze chciwego zamorańczyka.
Staram się odsunąć płytę razem z Marandosem. Następnie bez względu na to, co tam znajdziemy i czy wogóle się to uda, dołączę do narady.
[center]***[/center]

Narada.

Po cóż tracić wielu wojowników wodzu? Lud Twój przelał już nazbyt wiele krwi. Cóż Ci przyjdzie z zarządzania cmentarzyskiem?

Jako królewski syn znasz pewnie sekretne przejścia, wiesz jak się potajemnie dostać do Twych dawnych komnat.

Wyruszmy w małej grupie. Skrycie przedostańmy się do Pałacu i poderżnijmy gardło uzurpatorowi, a tę starą wiedźmę skrócimy o głowę. Z Sethmesem zaś uczynisz, co zechcesz.

I niech jasnym będzie, że nie weźmiemy w tym udziału za darmo.

Dobro
Reactions:
Posty: 2848
Rejestracja: 10 listopada 2012, 22:13

Post autor: Dobro » 16 maja 2014, 15:10

- Mnie tez bardziej widzi się atak małą grupą, aniżeli otwarta wojna - powiedział Zorian, upijając z tykwy tutejsze piwo. Smakowało nie najgorzej. - Za dużo przeszliśmy, by za darmo jeszcze raz narażać nasze życia w nie naszej wojnie - dodał już posępnym tonem, wpatrując się tępo w stół.
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 16 maja 2014, 17:05

Goma rzekł, też nie chcę krwawej wojny, Szybka zwycięska potyczka, umożliwi mi stoczenie pojedynku z Nabo.
Bez wielkiej krwawej bitwy, atak z zaskoczenia młodymi wojownikami, da nam zwycięstwo i może przeciągnie wojowników z niebieskiego pułku na moją stronę.
Muszę uczciwie zdobyć tron, bez skrytobójstwa, by mi nikt potem nie zarzucał podstępu i słabości.

Komentarze do walki można składać po fakcie.
Spoiler!
Sami nie odsuniecie, trzeba we 4. Pod spodem jest zejście w dół jakieś.

El Bragh
Reactions:
Posty: 58
Rejestracja: 31 października 2013, 21:54

Post autor: El Bragh » 17 maja 2014, 03:23

Opis walki z Małpami :
Wchodząc na arenę Khitajczyk poczuł jak ogarnia go euforia z powodu zbliżającej się walki.
Zabójca zmierzył wzrokiem trzy wielkie Goryle.
- Ta walka zapowiada się interesująco - powiedział do swoich towarzyszy. - Nie wiem jak wy ale ja jeszcze z takim przeciwnikiem nie miałem okazji się zmierzyć. Mam nadzieję że nie przyniesiemy hańby Duchom Przodków.- Po czym upewnił się czy szable gładko wysuwają się z pochw.
Spojrzał na Gomę, który zaczął przemawiać do King Konga. Małpa wycofała się.
W tej samej chwili Khitajczyk i Aquilończyk spojrzeli na siebie i skinęli porozumiewawczo by już po chwili ruszyć do walki.
Chen Shu ruszył na lewą flankę ciskając z nadludzką szybkością gwiazdkami w pysk potwora odciągając uwagę od przyjaciela. Pierwsza z gwiazdek trafiła w pysk olbrzyma co wywołało ryk wściekłości. W tej samej chwili Zorian chybił cios. Bestia z niewiarygodną szybkością skontrowała i tylko doświadczenie weterana uratowało mu życie, który już nurkował szczupakiem pod łapą bestii.
Zabójca widząc jaką szybkością dysponuje małpa stwierdził że ta walka nie będzie należeć do najłatwiejszych. Korzystając z chwili w której przeciwnik był zajęty kimśinnym cisnął w potwora gwiazdkami.
Dwie pierwsze odbiły się od grubego futra przeciwnika nie czyniąc żadnych szkód. Jednak przyciągnęły uwagę Małpoluda. Co pozwoliło Zorianowi zadać celny cios w łydkę, niestety kontra potwora zadana z ogromną siłą powaliła wojownika na ziemię.
Khitajczyk momentalnie zareagował wyciągając jedną szablę zatrutą usypiającym środkiem i ruszył z bojowym okrzykiem na stwora. Potwór zdołał zadać jeszcze cios Akwilończykowi po czym błyskawicznie odwrócił się w stronę szarżującego zabójcy.
Chen Shu przed zwarciem cisnął szpikulcem w pysk przeciwnika zanim doszło do zwarcia. Pocisk rozciął lewy łuk brwiowy, który zalał oko krwią. Furia w jaką wpadła bestia można by porównać z szalejącym tornadem.
Khitajczyk unikał szaleńczych ataków jak umiał starając się kontratakować. W pewnej chwili małpa zadała potężny cios z góry, Chen zdążył tylko nastawić sztych szabli w stronę nadlatującej łapy. Cios był tak potężny że broń przebiła na wylot przedramię atakującego stwora za razem dosięgając zabójcy, który odleciał 2 metry w tył zatrzymując się dopiero na ogrodzeniu.
Arena nagle zawirowała, Chen poczuł ból w plecach a po chwili ciepły piasek przy twarzy. Próbując się podnieść zorientował się że wszystko wiruje i dzieje się tak jakby w zwolnionym tempie. Zobaczył jak Małpa wyciąga sobie jego szablę i ciska na ziemię ruszając w jego kierunku. Spróbował jeszcze raz się podnieść niestety znów poczuł ciepło piasku na twarzy. Ostatni obraz który zapamiętał nim zemdlał był ciemny kształt który zwarł się z bestią jednak mało go to interesowało właśnie odpływał w objęcia Morfeusza.

Dobro
Reactions:
Posty: 2848
Rejestracja: 10 listopada 2012, 22:13

Post autor: Dobro » 17 maja 2014, 22:43

Zorian pokiwał głową.

- A gdybyśmy się przedarli skrycie i zajęli się tą paskudną wiedźmą, a ty zaś wytoczyłbyś prawo walki przeciwko uzurpatorowi Nabo, to uznano by cię za władcę? To i tak o wiele bardziej proste niż ogromna bitwa...
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 17 maja 2014, 23:02

Aghla jest silnie chroniona, ale możecie spróbować, ale to niemal pewna śmierć, ona włada magią i demony ją ostrzegą. Bumbana mogą was wyczuć, jak was złapią skończycie marnie, na torturach, albo w jeziorze jako ofiary.

Chcę potyczki, atakiem z zaskoczenia zagarniemy królewskie stada bydła, nie kilkadziesiąt sztuk jak zwykle, ale porwiemy całe bydło, albo jego większość.
Perspektywa głodu zmusi Nabo do negocjacji, spróbuję wyzwać go na pojedynek.
Konieczny będzie pokaz siły.

Dobro
Reactions:
Posty: 2848
Rejestracja: 10 listopada 2012, 22:13

Post autor: Dobro » 17 maja 2014, 23:23

- Głód najpierw dotknie biedotę, potem zaś wojsko i na końcu króla. Nie sądze, by było to najlepszy pomysł... - Zorian zamyślił się chwilę, po czym dodał - ale to ty decydujesz, Goma.
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)

ODPOWIEDZ