Losy Marandosa.
Poniżej fabularyzowany opis ostatnich wydarzeń.
-
Uważajcie, co mówicie - ostrzegł was Goma. - Jestem tu wodzem, i jeśli ktokolwiek może domagać się odpowiedzi, to tylko ja. Ci wojownicy przysięgli mi wierność. - Faktycznie, Cymmerianin widział szacunek, z jakim krajowcy odnosili się do jego towarzysza.
- Tak. I domyślam się, kim naprawdę jesteś. Ale co z tego? Byliśmy towarzyszami, a opuściłeś nas bez słowa.
Mężczyzna zaśmiał się pod nosem.
- Niełatwo cię zastraszyć, ale z drugiej strony ten, kto okpił boga jeziora, nie jest zwyczajnym człowiekiem. Dobrze, wyjaśnię ci wszystko, lecz potem nie wolno ci wysuwać w stosunku do mnie żadnych żądań. - Tutaj, w dolinie, Goma zachowywał się jeszcze bardziej wyniośle.
-
Kiedy zaciągnąłem się do was na służbę, zgodziłem się doprowadzić was do Rogów. Zrobiłem to. Nie miałem dalszych zobowiązali. Tak jak wy, nie wiedziałem, co czeka za Rogami. Przed przystąpieniem do jakiegokolwiek działania musiałem się zorientować w sytuacji. Przeczuwałem, że gdyby zobaczono was w moim towarzystwie, spotkałaby was pewna śmierć.
Szli stromą ścieżką, która kończyła się przy murach zbudowanych z ciężkich, z grubsza ociosanych głazów. Były one równie masywne jak w mieście, ale nie zdobione. Cymmerianin przypuszczał, że wznieśli je Pythończycy, zanim ulegli wpływowi potwora z przeklętego jeziora. Wrota były nowe, sporządzone z grubych belek. Strażnicy przy bramie oddali honory Górnie i zaczęli zamykać ciężkie wierzeje, następnie zabezpieczyli je długą kłodą.
W obrębie murów zbudowano gliniane chaty kryte strzechą. Mężczyźni i kobiety wspięli się na blanki, żeby zobaczyć, co się dzieje po drugiej stronie jeziora. Teraz schodzili, aby przyjrzeć się przybyszowi. Goma powiedział coś i mieszkańcy rozeszli się do domów.
- Kazałem im iść spać - poinformował was. - Będą mieli mnóstwo czasu, żeby obejrzeć was po wschodzie słońca, w lepszym świetle.
Na środku fortu stał kwadratowy, niski blokhauz, ale gospodarz ominął go i powiódł was do obszernej chaty, trzy czy cztery razy większej od innych. Tam usiadł na poduszkach ze skór i ruchem ręki kazał Cymmerianinowi i innym zająć miejsce obok siebie.
- To była wyczerpująca noc, - rzekł Goma. - Chcecie coś do jedzenia czy picia?
-
Na Croma, od południa nie miałem nic porządnego w ustach, i przez cały czas tylko walczyłem, obrywałem po łbie albo uciekałem. Konam z głodu.
Goma klasnął w ręce. Na ten znak służące przyniosły jadło na palmowych liściach i tykwy z pienistym piwem. Mężczyzna odprawił je ruchem ręki. Jego gość tymczasem posilał się mięsem, owocami i chlebem, spłukując jedzenie trunkiem. Gdy się nasycił, otarł usta grzbietem dłoni i rozparł się na poduszkach.
-
Kiedyśmy stanęli przed królem Nabo - powiedział - nade wszystko pragnął on wiedzieć, kto nas tu sprowadził, ł był wielce niezadowolony z naszych odpowiedzi. Potem przycisnęliśmy do muru tłumacza i od niego uzyskaliśmy pewne informacje.
- Tłumacza? Czy mówisz o tym niewolniku Khefim? Był pasterzem u mego ojca, ale potem został przy dworze, gdyż umiał się porozumieć z cudzoziemskimi kupcami.
- To ten sam. Wspomniał o wojnie domowej, ale bał się mówić, mimo że strażnicy nie mogli go zrozumieć. Powiedział, że w dolinie nadal są buntownicy. Napomknął też, że po bitwie, w której zginął stary król, nie znaleziono ciała jego syna.
Goma uśmiechnął się lekko.
-
To prawda, przyjacielu. Tak, ja jestem tym synem, i byłem w stanie udowodnić to buntownikom, jak sami widzieliście.
Wiele lat spędziłem na włóczędze, poznając inne ludy, ucząc się różnych sposobów walki i dając moim poddanym dużo czasu, by obrzydło im panowanie mojego wuja Naba.
- Nie sądzę, żeby go kochali. Ale boją się go i tej wstrętnej staruchy, Aghli.
-
Aghla! - Goma splunął. - Ta złośliwa wiedźma od pokoleń jest przekleństwem mojego rodu. Nie chce umrzeć, i to ona wyznacza ludzi na ofiary dla boga jeziora. Wszyscy myślą, że w jakiś sposób dzieli jego moc.
- Wierzysz w to?
-
Wierzyłem, gdy byłem chłopcem. Wędrując spotkałem wielu czarowników i widziałem, jak łatwo potrafią omamić ludzi i wmówić im, że posiadają wielką moc. Niektórzy z nich władali magią, niektórzy potrafili wzywać duchy dżungli, ale większość stosowała tylko kuglarskie sztuczki. Już nie wierzę, że ten potwór w jeziorze jest bogiem. Widziałem morze i wielkie stworzenia, które w nim pływają. Być może potwór z jeziora nawet nie myśli. Jeśli jest bogiem, dlaczego siedzi w jeziorze jak więzień? Dlaczego ludzie muszą go karmić krwią ofiar?
- Zdobyłeś wiedzę w czasie swoich podróży - skomentował Zorian.
- Kiedy człowiek żyje na własną rękę, musi się nauczyć samodzielnego myślenia. Zostałem oderwany od plemienia i jego tradycji, nie wierzyłem nikomu na słowo, póki nie ujrzałem prawdy na własne oczy. Po powrocie uznałem, że wiele rzeczy, w jakie mój lud zawsze wierzył bez zastrzeżeń, to czcze wymysły. Nie sądzę, by zabicie tego potwora było możliwe, ale z drugiej strony nie widzę powodu, by go dokarmiać.
-
Khefi wspomniał, że twój ojciec przestał składać ofiary.
- I tym samym uczynił sobie wroga z Aghli. - Goma znowu splunął.
- Zabij ją i połowa problemu zostanie rozwiązana.
- Tak zamierzam. Uśmiercę też wuja i odzyskam królestwo.
-
Możesz na mnie liczyć - obiecał Cymmerianin.
- To nie twoja walka.
- Jestem wojownikiem. Poza tym Nabo nadal więzi moich towarzyszy, jeśli nie zostali zabici dzisiejszej nocy. Zobowiązałem się im służyć, dopóki nie znajdę Marandosa, a skoro to się nie stało, muszę walczyć o ich wolność.
- Masz silne poczucie obowiązku - rzekł Goma. - To dobra i rzadka cecha.
- Może być brzemieniem. Wolałbym wziąć włócznię i miecz i wynieść się stąd jak najszybciej. Ale podjąłem się tej misji i chcę zobaczyć jej zakończenie.
- Dobrze. Kiedy pomaszerujemy na Naba, będziecie u mego boku.
-
Doskonale. Mówiąc o tajemniczym Marandosie, masz pojęcie, gdzie on może być?
- Zobaczysz rano. Tymczasem kładź się spać.
- Skorzystam z dobrej rady - powiedział Druss. - Długi dzień zwieńczony jadłem i piwem jest męczący nawet dla wojownika z Cymmerii. Dobrze, że cię spotkałem, przyjacielu. Inaczej miałbym kłopoty z dogadaniem się z buntownikami.
Goma klasnął w ręce i wydał rozkazy żołnierzowi.
-
Ten młody człowiek zaprowadzi was do wolnej chaty. Śpijcie dobrze, przyjaciele. W nadchodzące dni czeka nas wiele pracy.
Podążyliście za młodzieńcem, który przypatrywał mu się ze zdumieniem. Gościnna chata była taka sama jak inne, maleńka i okrągła, ze szczelinami w ścianach, które pozwalały na wymianę powietrza. Z mieczem na podorędziu, Cymmerianin zapadł w kamienny sen.
Poranek był rześki i jasny, jedynie nad jeziorem wznosiły się rzadkie opary mgły. Ytanicos wyszedł z chaty i przeciągnął się potężnie. Wioska też się budziła, mieszkańcy mrugali oczami w słońcu, najpierw porażeni jego blaskiem, a potem na widok białego. Paplając i wymachując rękoma, stłoczyli się wokół cudzoziemca. Dzieci z niedowierzaniem dotykały jego dziwnie jasnej skóry, a kobiety długich, prostych włosów. Ich ciekawość nie była zabarwiona wrogością i okrucieństwem cechującym mieszkańców miasta. Skoro należeli do tego samego plemienia, Tranicos przypisał różnicę zgubnemu wpływowi jeziora.
Kiedy zbliżył się do wejścia wielkiej chaty, wojownik stojący na straży uprzedził wodza. Goma wyszedł i przemówił do zgromadzonych, którzy następnie na jego znak odeszli do swoich zajęć.
-
Powiedziałem im, że jesteście moimi przyjaciółmi zza gór - poinformował was - i że walczyliśmy ramię w ramię z wrogami. A także, że pochodzcie z dalekiej Północy, z zimnego, pochmurnego kraju, gdzie brak słońca wybiela ludziom skórę i sprawia, że mają błękitne oczy. Będą was traktować z szacunkiem przynależnym dowódcy.
- Dziękuję.
- A teraz chodź za mną. Muszę sprawdzić posterunki; porozmawiamy po drodze.
Gdy zbuntowany król sprawdzał warty i koszary, wyjaśniliście , jaką sytuację zostawiliście w mieście. Goma syknął, gdy wspomniał o Sethmesie i jego małej armii.
- Stygijczyk! Myślisz, że naprawdę włada czarnoksięskimi mocami?
- Magowie Stygii uchodzą za najpotężniejszych w świecie, a ja mam powody, by wierzyć, że to prawda. Ale ten kapłan jest kimś niezwykłym, potomkiem starożytnych królów Pythonu. Nie wiem, czy czyni go to bardziej, czy mniej potężnym. Z tego, co dotychczas mi wiadomo, widać, że jest intrygantem i spiskowcem, nie czarnoksiężnikiem.
- A jego ludzie? Jacy są w polu?
-
Według mnie wyglądają na doświadczonych żołnierzy. Nie wolno ich nie doceniać. Będą walczyć w zwartych szeregach, włócznią, tarczą i mieczem.
- Też mi walka! - prychnał lekceważąco Goma. - Moi wojownicy runą na nich i skąpią włócznie w stygijskiej krwi.
- Zaciekłość może wziąć górę nad dyscypliną, ale w ten sposób stracisz wielu ludzi.
- Wojownicy rodzą się po to, aby ginąć w boju. Taka jest kolej rzeczy.
- Nie widziałem bumbana w mieście - podjął Vanko. - Prawdopodobnie będą walczyć jak ci, których spotkaliśmy na pustyni - zajadle i bezmyślnie.
- Mój wuj prawdopodobnie nie pozwolił im wejść do miasta.
- Zabrali naszych poległych - mruknął ponuro Zorian. - Myślę, że zjedli ich na kolację.
-
Zabijemy wszystkich - zapewnił Goma z przekonaniem.
Na posterunkach stali wojownicy z żółtymi, czerwonymi i zielonymi pióropuszami. Byli odważni i rwali się do walki. Po latach życia jako uciekinierzy i bandyci, łaknęli krwi wrogów. Goma przebywał wśród nich nie dłużej niż trzy dni, a jednak wydawało się, iż darzą go bezgranicznym zaufaniem. Cymmerianin zwrócił na to uwagę.
- Przez wszystkie te lata - zaczął wyjaśniać wódz - hołubili w sobie nadzieję na mój powrót. Dowódcy pułków początkowo patrzyli na mnie podejrzliwie, lecz zabiłem tego, który śmiał mi się sprzeciwić i pozostali uznali mnie za swojego prawowitego władcę.
- To prosty sposób rozwiązywania kwestii spornych - podsumował Chen Shu. - Ilu was jest w porównaniu z siłami Naba?
- On ma więcej ludzi, może o czwartą część. Ale nie może całkowicie polegać na wojownikach z błękitnymi pióropuszami. Jeżeli zyskamy przewagę na początku bitwy, chyba przejdą na naszą stronę.
- A wieśniacy?
Goma wzruszył ramionami.
- Nieważne. Chłopi będą harować bez względu na to, kto nimi rządzi. Liczą się tylko wojownicy.
Cymmerianin nie zgadzał się z tym prymitywnym porządkiem, który przeważał w większej części świata. Ci, którzy nie walczyli, na nic nie zasługiwali. Powinni być wdzięczni, że wolno im oddychać i jeść. Syn wielkiej wojowniczej rasy żywił niewiele współczucia dla tych, którzy wybrali takie życie.
- Zeszłej nocy obiecałeś opowiedzieć mi o Marandosie - przypomniał.
- Tak, zrobię to. Chodź ze mną.
Wszyscy weszliście za Gomą do kamiennego blokhauzu. Podobnie jak mury, budowla była prosta, pozbawiona ozdób i funkcjonalna. Miała jedno wejście, niskie i wąskie, którego drzwi zniknęły przed laty. Prawdę mówiąc, był to tunel w grubym murze, prowadzący do małej komory o boku nie dłuższym niż sześć kroków. Na wysokości około dziesięciu stóp mieściło się sześć małych okien. Kamienne schody wiodły do pomieszczeń na górze. Na środku komory, na grubej kamiennej płycie, siedział mężczyzna. Okrywały go łachmany, był chudy niczym szkielet, lecz w jego oczach gorzał ogień. Gdy weszli, zmierzył ich ponurym spojrzeniem.
- Pochodzisz z północy! - zawołał na widok Drussa.
- Nie jesteś ślepy - powiedział Cymmerianin. - To dobry znak.
-
Przyszliście z moim bratem? Przyprowadziliście ludzi, którzy zabiorą skarb? - Na jego wymizerowanej twarzy widać było zapał i chciwość.
Druss dostrzegł, że niegdyś mężczyzna był przystojny, podobny do Ulfila.
- Tak, z nim przyszedłem. Co do skarbu, musi zaczekać.
Na te słowa mężczyzna popadł w przygnębienie.
-
Jak długo przebywa tutaj ten więzień? - zapytał Zorian.
- Więzień? Nikt go tu nie trzyma. Sam widziałeś, że nie ma ani drzwi, ani straży na zewnątrz. Przybył parę miesięcy temu, chory na umyśle. Wszedł prosto do tej budowli i objął tę płytę niczym rodzoną matkę. Mój lud szanuje obłąkanych. Wydawał się nieszkodliwy, więc tylko zabrali mu broń i zostawili samemu sobie. Kobiety stawiają mu przy wejściu jedzenie i picie, ale on bierze niewiele. Ludzie słyszeli, jak bredzi coś w szaleństwie, lecz nikt nie rozumie jego słów. Nie mam czasu, by się nim zająć. Musi być mężem tej białej kobiety, jednak nie sądzę, że będzie ona zadowolona z jego odnalezienia.
-
Co się stało? - spytał Vanko upiora, który niegdyś był kapitanem najemników. - Gdzie są ludzie, których przywiodłeś tutaj z drugą ekspedycją?
Mężczyzna z wysiłkiem zebrał myśli.
- Ludzie? Tak, miałem ludzi. Ludzi i półludzi, tych ludzi z dżungli zwanych bumbana. Mieli mi pomóc dźwigać skarb, ale nic z tego. - Uśmiechnął się przebiegle. - Zniknęli, i teraz wszystko należy do mnie. - Poklepał płytę, na której siedział.
- A co się z nimi stało? - dopytywał cierpliwie Vanko.
- Och, niektórzy pomarli w dżungli, paru w górach. Wielu straciliśmy w walce z dzikimi bumbana. Potem była pustynia... - Obłęd w jego oczach zapłonął ze zdwojoną siłą. - Wielu tam zginęło. Bumbana nie widzieli powodu, by umierać z głodu i pragnienia, gdy mieli pod ręką ludzkie ciała i krew. - Na chwilę pogrążył się w milczeniu. - Ale mnie nigdy nie zagrozili.
-
A klątwy przy Rogach? - zapytał Druss, z trudem opanowując obrzydzenie.
- Rozszalała się burza. Błyskawice zabijały ludzi i bumbana. Był ze mną już tylko jeden człowiek, gdy spadł wielki kamień. - Skierował na Conana oczy przepełnione żalem. - A przecież czar powinien temu zapobiec! Czy to możliwe, że kapłan mnie okłamał?
- Czy człowiek przy zdrowych zmysłach obdarzyłby go zaufaniem?
Szaleniec zignorował te słowa.
-
Ale teraz mam skarb. - Znowu poklepał kamień.
- Pod tym kamieniem?
- Tak, ale płyta jest zbyt ciężka i nie mogę jej podnieść.
- Czy to znaczy, że go nie widziałeś? - zdumiał się Chen Shu.
- Ale przecież nie może być nigdzie indziej! - wrzasnął Marandos.
-
Od Asgalunu przebywałem w towarzystwie wariatów - mruknął Cymmerianin, odwracając się od szaleńca. - Powinienem był wiedzieć, że u kresu podróży znajdę jeszcze jednego.
- Sam widzisz, że ma pomieszane w głowie. Tracimy czas, Drussie. Jest wiele do zrobienia. Moja obecność tutaj nie na długo pozostanie w tajemnicy, i kiedy Nabo się dowie, będzie chciał mnie zniszczyć.
Odwrócili się i wyszli z komory. Za nimi obłąkany nucił piosenki swojemu domniemanemu skarbowi.
- Dlaczego Nabo jeszcze nie stłumił powstania? - zapytał Zorian, gdy znaleźli się na zewnątrz.
-
Ponieważ buntownicy zajmują tę warownię. Mój lud nie przywykł do obrony murów, ale z drugiej strony wojownicy uzurpatora nie potrafią ich zdobywać. Umocnienia umożliwiają walkę z liczniejszymi oddziałami. Nabo może zdobyć warownię, ale poniósłby zbyt wielkie straty. Jakiś pomniejszy naczelnik mógłby wykorzystać przewagę wynikającą z powszechnego niezadowolenia i zrzucić go z tronu. Ten uzurpator lubi boga jeziora, lecz nie do tego stopnia, żeby pragnął zostać przez niego zjedzony. Ludzie gotowi są złożyć wielkie ofiary dla swego prawdziwego króla. Ale Nabo jest tyranem. Musi odnosić szybkie, łatwe i nie okupione stratami zwycięstwa, bo inaczej zwolennicy odwrócą się od niego.
- Tak jest wszędzie, gdzie bywałem, a podróżowałem więcej niż większość ludzi. Będziesz z nim walczył na otwartym polu, poza warownią?
- Muszę. Serce wojownika jest chore, gdy musi on walczyć zza murów. I aby zasłużyć na wierność, trzeba wykazać się czymś więcej niż królewską krwią. Muszę stanąć na czele swojej armii i wyzwać uzurpatora, a potem zmiażdżyć go w walce.
-
Będzie to kosztowne zwycięstwo - uprzedził Tranicos.
- Wiem o tym dobrze. W ciągu lat tułaczki brałem udział w wielu wojnach. Wiem o walce dużo więcej niż Nabo, tyle że mógłbym zmiażdżyć go tu, w warowni, bez większych trudności. Ale wtedy zostałaby splamiona moja królewska godność. Zawsze znaleźliby się tacy, którzy by szeptali, że król Goma nie jest prawdziwym wojownikiem, że pokonał przeciwnika podstępem, nie odwagą. Takie słowa po pewnym czasie spełniłyby swoje zadanie i przez całe panowanie musiałbym tłumić rebelie.
-
Podchodzisz poważnie do sprawowania władzy - podsumował Chen Shu. - Ja nie wzbraniam się przed żadną bitwą. Kiedy wyruszamy?
- Najpierw oceńmy dokładnie sytuację. Ale nie możemy zwlekać. Chodź, zwołałem naradę naczelników. Musimy wiedzieć, jakie są siły mego wuja. Tylko głupiec walczy na ślepo.
Ruszyliście na otwarty plac przed chatą Gomy. Zastali tam czterdziestu ludzi, którzy wyglądali na starszyznę. Mieli liczne blizny, niektórzy posiwiałe włosy i brody, i wszyscy swoją postawą przypominali dumne lwy. Poza kolorowymi pióropuszami oznaczającymi pułki, nosili na ramionach i pod kolanami barwne opaski z długiego futra. Ich tarcze były białe jak śnieg. Naczelnicy podnieśli ramiona i pozdrowili króla gromko.
Kwestia czy macie jakies pytania, lub sugestie, nie musicie walczyć po stronie Gomy, on tego od was nie wymaga.
Wojownicy z niebieskimi piórami się wahają, może uda się ich pozyskać dla sprawy Gomy szybki i udany atak, pomógłby wam w tym. Teraz będzie narada wojenna.
Ktoś chce pomóc księciu Gomie?