Thomas wracał przyciemnionym korytarzem do reszty towarzystwa. Jego myśli skupiały się na wszystkich rewelacjach, które przed chwilą usłyszał.
Tak oto moja osobista mistyczna droga, którą każdy mag Tremere podąża ku iluminacji wepchnęła mnie w wędrówkę wewnątrz siebie, gdzie są jedynie rozdroża. Wielu twierdziło, że celem każdego rozumnego istnienia jest przebudzenie odrętwiałej pneumy i uwolnienie jej z więzów losu i świata by w końcu mogła wznieść się w kierunku transcendentalnej prawdy. Lecz już bez kotwicy jaką są prawa fizyki, przywiązania i zbędne emocje. Kto mi powie która z dróg przede mną tam prowadzi? Odpowiedzi nie przyniosą rytuały, tarot, ouija ani astrologia. Najważniejsze wybory bowiem dokonuje się samą wolą bez udziału Sztuk. Czy aby na pewno bez? - zawahał się gubiąc krok -
Wszak mogę poprosić starego diabła o użycie dyscypliny. Legendarna moc Tzismisce mogłaby mnie zmienić w kogoś zupełnie innego. Mógłbym stać się martwy dla nich wszystkich, raz i na zawsze. Pojawiłby się nowy ja wolny i piękny. I mógłbym odzyskać moje oczy...
[center]
***[/center]
Wszyscy nowi zebrali się w głównej hali. Było ich więcej niż tylko dwoje pozostałych przemienionych z Thomasem. Przybyli od kilku regentów podlegających jurysdykcji zamku. Niektórzy czekali na tą chwilę kilka lat. Pośrodku Lord kończył inwokację oczyszczenia dla nowicjuszy którzy za chwilę mieli dostąpić zaszczytu zajrzenia w toń.
[center]

[/center]
Kiedy przyszła kolej Thomasa zbliżył się do wielkiego złotego kotła w którym falowała czarna oleista ciecz. Uważał by nie dotknąć brzegów sagana, który wokół zdobiony był w dziwne powykręcane sylwetki. Spojrzał w głąb ciemności. Na początku nie działo się nic.
- Czy widzisz? - zapytał lord
Wtem Thomas jakby zauważył coś na dnie, jakby na kształt przypominające...
- Widzę Mistrzu.
- Sięgnij po niego Thomasie wolą. Udźwignij go. Przynieś nam…
Słowa Lorda zatarły się, straciły sens. W skupiał się coraz mocniej. Nagle poczuł że coś spogląda z głębi również na niego. W niego. Przestraszył się, upuścił. W uszach mu szumiało.
- To był ostatni Mistrzu. - powiedziała Elza
- Żaden z nich. - odpowiedział Lord i odszedł.
Ceremonia się zakończyła.
Mijały noce. Thomas nie mógł pogodzić się że coś mu nie wszyło. Czuł że zawiódł ponieważ nie dał z siebie wszystkiego. Czuł że mógłby lepiej. Co prawda nie wiedział kogo szukali mistrzowie ale był pewien że to właśnie on był tym wybrańcem. Przecież zawsze musiał być najlepszy. Gdyby tylko dano mu drugą szansę. Ale ona nie przysługiwała. Wola kreuje drogi maga a granice są dla słabych. Postanowił więc zakraść się do pracowni Lorda i spróbować ponownie. Kiedy zbliżał się do garńca niemal już czuł jaką glorią za chwilę się otoczy. Spojrzał w toń ale od początku coś było nie tak. Niewyraźnie widział to co skryte na dnie ale miast to podnosić czuł, że musi walczyć by sam się tam nie znaleźć. Czuł jak coś zaczęło wciągać go w otchłań. Niemal zatapiał się w toni brutalnie wyciągany z ciała. Oczy wypalane przez moc piekły go bardziej niż gdyby potraktowano je żywym ogniem. Jego duch właśnie przez nie wychodził. Bronił się ale sił brakło, nie pamiętał czy wtedy krzyknął.
Kiedy się ocknął wszędzie paliły się światła. Byli wszyscy, a nad nim pochyla się Lord.
- Ja przepraszam, ja... - wyjąkał ale wiedział że kara za to będzie straszna. Tym razem ostateczna.
- Już dobrze chłopcze, nie przejmuj się - powiedział Lord ze sztuczną dobrotliwością - A teraz wszyscy wyjść!
Thomas nie mógł w to uwierzyć, ruszył posłusznie w kierunku wyjścia.
- Ty nie Elzo. - powiedział chłodno lord - Thomasie poczekaj z łaski swojej pod drzwiami.
Oczy paliły go kiedy stał przed komnatą pracowni. Mimo iż tarł je rękami ból nie ustawał. Wtedy z komnaty usłyszał Jej krzyk. Musiał go słyszeć cały zamek. Wrzask bólu jaki targnął matką przeszył jego serce niczym zimny sztylet. Po nim była przerwa po niej i kolejny wrzask matki, a potem kolejny i następne.
Kiedy wyszła z pracowni lorda, cała była rozdygotana. Nawet na niego nie popatrzyła tylko bez słowa, chwiejnie ruszyła korytarzem. Jej pełna bólu twarz mówiła wszystko. Thomas bez słowa, potulnie ruszył za nią. Idąc korytarzem, niczym dziecko pocierał ciągle oczy.
[center]

[/center]
[center]***[/center]
Moje piękne oczy, straciłem je.
Rozejrzał się, bezwiednie zatrzymał się w korytarzu którego przyćmione światło przypomniało mu zamek.
Nie, nie byłbym martwy dla wszystkich. Wiedziałby cała koteria, Vallo. No i zdradziłaby mnie krew Siedmiu którą piłem. Tak jak noce Goratrixa i jego sabatników zostały policzone tak i mnie w końcu by odnalazł któryś Astor, a wówczas... Lecz chwila, kim jest ten dla którego zdjęcie klątwy jest dziecinnie proste, i co może jeszcze czynić?
Z góry przepraszam, że taka dłużyzna mi wyszła ale może komuś się spodoba.