PBF - Bournemouth after Midnight
-
Oggy
- Reactions:
- Posty: 766
- Rejestracja: 13 lipca 2009, 15:05
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/Oggy
- Has thanked: 24 times
- Been thanked: 10 times
Achille szepnął cos do ucha jednej z dziewczyn siedzacych z nim przy stoliku. Niebieskooka blondynka spojrzała ciekawie na nowoprzybyłego po czym wzięła swoja koleżanke za rekę i obie, stukajac obcasami podeszyły do chlopaka.
Achille chciałby z Panem porozmawiac. Liczy że poswieci mu Pan chwilkę dopoki Mr Prince sie nie pojawi?
Nie czekajac na odpowiedz obie wzniely go pod ręce i przytulone podprowadziły pod stolik. Achille zaklnał w myslach. Wiec jednak dobrze zauwazył przed chwila, chlopak byl głodny albo slabo się kontrolował. Teraz niepotrzebie wystawil go na dodatkowa pokusę a mogl go po prostu poobserwowac. Chociaż biorac pod uwage jego ciuchy dobrze że sciagnalem go z widoku. Pomyslał z rozbawieniem. Achille sledził kazdy krok tej trójki z ogromną uwagą skrywana pod sympatycznym usmiechem. Odpreżył sie dopiero gdy Spokrewniony stanąl przed nim.
Achille Moreau. Toreador wyciagnal reke na przywitanie po czym wskazał miejsce przy stoliku.
Przygladajac sie dyskretnie fryzurze Thomasa odruchowo przejechał dłonią po swoich wlosach. Byly bardzo podobne chociaz Moreau zacząl sie tak czasac na długo nim uslyszano o Tokio Hotel czy One Direction. Cala sytuacja była dosyc zabawna - mieli miej wiecej tyle samo lat, tą samą lekką budowe ciala tylko ubrani byli zupełnie inaczej. Achille poprawił zwiazany węzłem ksiecia Alberta granatowy krawat i odchylił sie w fotelu obracajac w palcach żeton z sylwetka głowy nosorozca.
Skoro szukasz Xaviera wiec pewnie wiesz że Rhino jest faktycznie jego domeną. Tym samym jestes zobowiazany przedstawic sie mu. Wybacz jezeli jest to dla Ciebie oczywiste ale rozumiesz że zdarzaja sie tu rozne sytuacje a mi, poniekąd, zależy na tym klubie. Przy okazji czy wiesz czym jest Syndrom Paryski? Dotyka on Japonczykow ktorzy wydali ogromne pieniadze na podroz do Francji po czym okazuje sie ze swietnie wygladający na pocztowkach i w internecie Paryz jest obrzydliwym, zatłoczonym i zasyfiałym miastem z rdzewiejaca sterta żelastwa na srodku. Co prawda nie ma w diagnostyce czegos takiego jak Syndrom Las Vegas ale sądze że wielu ludzi czuje sie tam tak samo. Zamiast Casino Royal zastaja tylko knajpy z automatami i stado emerytow w krotkich spodenkach i skarpetach do sandalow. Dlatego uwazam ze kazde kasyno ktore wpuszcza klientow bez krawata prędzej czy pozniej siegnie dna. Achille zrobil krotka przerwę. Opowiadam Ci ta zabawna anegdotkę poniewaz znam troche Xaviera i wiem ze traktuje ten klub bardzo emocjonalnie. Trudno mi znalesc odpowiednie slowo... Moze tak: ma lekkiego zajoba. W zwiazku z tym na pewno poprosi Cie o bardziej stosowny strój podczas drugiej wizyty. Usmiechnal się serdecznie. Ale dopiero drugiej. A oto nasze drinki!
Położył na tacy kelnerki kilka żetonow. W Spearmint Rhino płaciło sie wewnatrzną waluta wymienianą przy wejsciu. Kiedys podczas rozmowy Xavier wyjasnił Achille ze ma to na celu podniesienie eksluzywnosci klubu i wywolanie wrażenia ze jest to jedno wielkie kasyno. Podał przy tym przyklad Macau. Achille stwierdzil ze zmuszanie klientow do płacenia w żetonach to cwaniactwo i lecenie na kasę i jako przyklad podal nedzny burdel na Rue Clausel. Po przedstawieniu swoich stanowisk nie wrocili wiecej do tej rozmowy.
Długonoga blondynka postawiła przed Thomasem kieliszek absyntu, jednak Achille delikatnie odsunal jej rekę gdy chiała podpalic koste cukru na ozdobnej łyżeczce. Wolal nie sprawdzac jak Thomas zareaguje na ogien, sam czuł sie w takich sytuacjach dyskomfortowo, drażniło go nawet żarzace sie cygaro. Palenie ich przez Kainitow uwazal za przejaw smarkateri typowej dla dzieciakow ktorzy dorwali sie do zapasow ojca. Tacy dorosli i cool. Tylko że zamiast sie odprężyc stawali sie nerwowi i czasami lała sie krew.
Wiec co Cie sprowadza co Rhino? Spytał w koncu upijajac łyk mleka ze swojej szklanki.
Achille chciałby z Panem porozmawiac. Liczy że poswieci mu Pan chwilkę dopoki Mr Prince sie nie pojawi?
Nie czekajac na odpowiedz obie wzniely go pod ręce i przytulone podprowadziły pod stolik. Achille zaklnał w myslach. Wiec jednak dobrze zauwazył przed chwila, chlopak byl głodny albo slabo się kontrolował. Teraz niepotrzebie wystawil go na dodatkowa pokusę a mogl go po prostu poobserwowac. Chociaż biorac pod uwage jego ciuchy dobrze że sciagnalem go z widoku. Pomyslał z rozbawieniem. Achille sledził kazdy krok tej trójki z ogromną uwagą skrywana pod sympatycznym usmiechem. Odpreżył sie dopiero gdy Spokrewniony stanąl przed nim.
Achille Moreau. Toreador wyciagnal reke na przywitanie po czym wskazał miejsce przy stoliku.
Przygladajac sie dyskretnie fryzurze Thomasa odruchowo przejechał dłonią po swoich wlosach. Byly bardzo podobne chociaz Moreau zacząl sie tak czasac na długo nim uslyszano o Tokio Hotel czy One Direction. Cala sytuacja była dosyc zabawna - mieli miej wiecej tyle samo lat, tą samą lekką budowe ciala tylko ubrani byli zupełnie inaczej. Achille poprawił zwiazany węzłem ksiecia Alberta granatowy krawat i odchylił sie w fotelu obracajac w palcach żeton z sylwetka głowy nosorozca.
Skoro szukasz Xaviera wiec pewnie wiesz że Rhino jest faktycznie jego domeną. Tym samym jestes zobowiazany przedstawic sie mu. Wybacz jezeli jest to dla Ciebie oczywiste ale rozumiesz że zdarzaja sie tu rozne sytuacje a mi, poniekąd, zależy na tym klubie. Przy okazji czy wiesz czym jest Syndrom Paryski? Dotyka on Japonczykow ktorzy wydali ogromne pieniadze na podroz do Francji po czym okazuje sie ze swietnie wygladający na pocztowkach i w internecie Paryz jest obrzydliwym, zatłoczonym i zasyfiałym miastem z rdzewiejaca sterta żelastwa na srodku. Co prawda nie ma w diagnostyce czegos takiego jak Syndrom Las Vegas ale sądze że wielu ludzi czuje sie tam tak samo. Zamiast Casino Royal zastaja tylko knajpy z automatami i stado emerytow w krotkich spodenkach i skarpetach do sandalow. Dlatego uwazam ze kazde kasyno ktore wpuszcza klientow bez krawata prędzej czy pozniej siegnie dna. Achille zrobil krotka przerwę. Opowiadam Ci ta zabawna anegdotkę poniewaz znam troche Xaviera i wiem ze traktuje ten klub bardzo emocjonalnie. Trudno mi znalesc odpowiednie slowo... Moze tak: ma lekkiego zajoba. W zwiazku z tym na pewno poprosi Cie o bardziej stosowny strój podczas drugiej wizyty. Usmiechnal się serdecznie. Ale dopiero drugiej. A oto nasze drinki!
Położył na tacy kelnerki kilka żetonow. W Spearmint Rhino płaciło sie wewnatrzną waluta wymienianą przy wejsciu. Kiedys podczas rozmowy Xavier wyjasnił Achille ze ma to na celu podniesienie eksluzywnosci klubu i wywolanie wrażenia ze jest to jedno wielkie kasyno. Podał przy tym przyklad Macau. Achille stwierdzil ze zmuszanie klientow do płacenia w żetonach to cwaniactwo i lecenie na kasę i jako przyklad podal nedzny burdel na Rue Clausel. Po przedstawieniu swoich stanowisk nie wrocili wiecej do tej rozmowy.
Długonoga blondynka postawiła przed Thomasem kieliszek absyntu, jednak Achille delikatnie odsunal jej rekę gdy chiała podpalic koste cukru na ozdobnej łyżeczce. Wolal nie sprawdzac jak Thomas zareaguje na ogien, sam czuł sie w takich sytuacjach dyskomfortowo, drażniło go nawet żarzace sie cygaro. Palenie ich przez Kainitow uwazal za przejaw smarkateri typowej dla dzieciakow ktorzy dorwali sie do zapasow ojca. Tacy dorosli i cool. Tylko że zamiast sie odprężyc stawali sie nerwowi i czasami lała sie krew.
Wiec co Cie sprowadza co Rhino? Spytał w koncu upijajac łyk mleka ze swojej szklanki.
Ostatnio zmieniony 18 listopada 2014, 11:36 przez Oggy, łącznie zmieniany 1 raz.
astrolog/alchemik 10/10 POZ
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
Oczy przybysza błądziły częściej po podłodze niż po wystroju kasyna czy ludziach ale nie zatrzymywały się nigdzie na dłużej. Już z daleka Achille wiedział, że ten kainita nie potrafi odnaleźć się w miejscu takie jak to. Kiedy się zbliżył jego zakłopotana postawa jeszcze bardziej śmieszyła nieporadnością i tylko dzięki dwóm prowadzącym go dziewczynom udawało się to minimalnie zatuszować.
Odwzajemniony uścisk dłoni był bardzo kruchy.
- Thomas Steinbach, Tremere... - Tylko przez moment wzrok Thomasa i Achille się spotkały jakby Tremere chciał sprawdzić reakcję kiedy wypowiadał nazwę swego klanu. Może i lepiej że jedynie przez chwilę ponieważ piwne oczy były świdrująco nieprzyjemne. Kiedy się na czymś koncentrowały, w nieludzki sposób epatowały nieskrywaną obcością. Chwilę potem wzrok szybko wrócił do jakiegoś bliżej nieokreślonego miejsca w podłodze i błądziły po niej przez resztę rozmowy.
Thomas rozluźnił się nieco bardziej dopiero kiedy dziewczyny do towarzystwa odeszły zostawiając nieco więcej swobody.
- Pan wybaczy tyle tu dźwięków i ruchu, nie przywykłem... do takiego gwaru. Lecz cóż, winien jestem przedstawić się właścicielowi. Wysiłek jest warty podjęcia, a jeśli jest się nowym w mieście warto poznać spokrewnionych z szacunku. Rady klanu Toreador co do wizażu zawsze zasługują na szczególną uwagę. To dziwne ale nie zatrzymywano mnie w wejściu z powodu stroju, mimo to dziękuję za radę będę o tym pamiętał następnym razem jeśli będę tu nadal mile widziany.
Ręka Tremera padła na drinka a jego oczy zaczęły bacznie obserwować jego zwartość kiedy go przechlał na wszystkie strony, nie zdecydowany co ma z nim dalej zrobić.
- Czy w takim wypadku jest w tej domenie przewidziana jakaś szczególna forma przedstawiania się, bądź inne zasady które powinienem znać?
Odwzajemniony uścisk dłoni był bardzo kruchy.
- Thomas Steinbach, Tremere... - Tylko przez moment wzrok Thomasa i Achille się spotkały jakby Tremere chciał sprawdzić reakcję kiedy wypowiadał nazwę swego klanu. Może i lepiej że jedynie przez chwilę ponieważ piwne oczy były świdrująco nieprzyjemne. Kiedy się na czymś koncentrowały, w nieludzki sposób epatowały nieskrywaną obcością. Chwilę potem wzrok szybko wrócił do jakiegoś bliżej nieokreślonego miejsca w podłodze i błądziły po niej przez resztę rozmowy.
Thomas rozluźnił się nieco bardziej dopiero kiedy dziewczyny do towarzystwa odeszły zostawiając nieco więcej swobody.
- Pan wybaczy tyle tu dźwięków i ruchu, nie przywykłem... do takiego gwaru. Lecz cóż, winien jestem przedstawić się właścicielowi. Wysiłek jest warty podjęcia, a jeśli jest się nowym w mieście warto poznać spokrewnionych z szacunku. Rady klanu Toreador co do wizażu zawsze zasługują na szczególną uwagę. To dziwne ale nie zatrzymywano mnie w wejściu z powodu stroju, mimo to dziękuję za radę będę o tym pamiętał następnym razem jeśli będę tu nadal mile widziany.
Ręka Tremera padła na drinka a jego oczy zaczęły bacznie obserwować jego zwartość kiedy go przechlał na wszystkie strony, nie zdecydowany co ma z nim dalej zrobić.
- Czy w takim wypadku jest w tej domenie przewidziana jakaś szczególna forma przedstawiania się, bądź inne zasady które powinienem znać?
Ostatnio zmieniony 19 listopada 2014, 22:36 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
-
Oggy
- Reactions:
- Posty: 766
- Rejestracja: 13 lipca 2009, 15:05
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/Oggy
- Has thanked: 24 times
- Been thanked: 10 times
Zwyczajowa prezentacja bedzie wystarczająca. Co do zasad uznaj że obowiązuje Cie Tradycja, tak jak wszedzie. Resztę subtelnosci najlepiej wyjasni Ci sam Xavier.
Achille nadal dzwieczało w uszach zdanie Thomasa "To dziwne ale nie zatrzymywano mnie w wejściu z powodu stroju..."To nie jest dziwne pomyslał Moreau oznacza po prostu że Xavier się ciebie spodziewał. Ciekawe.
Jego mysli jeszcze raz popłyneły do wydarzen wczorajszego wieczoru. Dlaczego Brujach interesował sie hipoteka skoro z puli zgarniał prawie sto tysiecy funtow w gotowce? Szczegolnie że był nowy w miescie? Oczywiście grał dla kogoś i jeszcze wczoraj Achille mogł jedynie zgadywac dla kogo. Teraz wiedział wiecej poniewaz wczoraj w Rhino padło także nazwisko Michaela Vallo. Co takiego Primogen mogl robic tutaj? W klubie ktory sam Prince nazwał miejscem gdzie "nic nie znaczące Wampiry spędzają noc."
Nic nie znaczące wampiry. Achille obracał to sformulowanie w myslach. Zdaje sie że Xavier za bardzo sie rozluznił w jego towarzystwie i pozwolił sobie na nieco za mocne określenie. Szczegolnie że sam Achille nalezał to tej grupy. Nic nie znaczące wampiry...
Cała sytuacja nie drazniła jednak ciekawości Moreau, wiedział że dowie sie wszystkiego, bo sam jest czescią planu Vallo. Gdyby bylo inaczej jego poslaniec nie wymowiłby nazwiska mocodawcy w obecności Toreadora, podczas rozmowy z Xavierem. Michael Vallo chiał żeby Achille wiedzial. Wystarczyło poczekac.
Achille nadal dzwieczało w uszach zdanie Thomasa "To dziwne ale nie zatrzymywano mnie w wejściu z powodu stroju..."To nie jest dziwne pomyslał Moreau oznacza po prostu że Xavier się ciebie spodziewał. Ciekawe.
Jego mysli jeszcze raz popłyneły do wydarzen wczorajszego wieczoru. Dlaczego Brujach interesował sie hipoteka skoro z puli zgarniał prawie sto tysiecy funtow w gotowce? Szczegolnie że był nowy w miescie? Oczywiście grał dla kogoś i jeszcze wczoraj Achille mogł jedynie zgadywac dla kogo. Teraz wiedział wiecej poniewaz wczoraj w Rhino padło także nazwisko Michaela Vallo. Co takiego Primogen mogl robic tutaj? W klubie ktory sam Prince nazwał miejscem gdzie "nic nie znaczące Wampiry spędzają noc."
Nic nie znaczące wampiry. Achille obracał to sformulowanie w myslach. Zdaje sie że Xavier za bardzo sie rozluznił w jego towarzystwie i pozwolił sobie na nieco za mocne określenie. Szczegolnie że sam Achille nalezał to tej grupy. Nic nie znaczące wampiry...
Cała sytuacja nie drazniła jednak ciekawości Moreau, wiedział że dowie sie wszystkiego, bo sam jest czescią planu Vallo. Gdyby bylo inaczej jego poslaniec nie wymowiłby nazwiska mocodawcy w obecności Toreadora, podczas rozmowy z Xavierem. Michael Vallo chiał żeby Achille wiedzial. Wystarczyło poczekac.
Ostatnio zmieniony 19 listopada 2014, 12:26 przez Oggy, łącznie zmieniany 1 raz.
astrolog/alchemik 10/10 POZ
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Bournemouth; Spearmint Rhino; 17.11.14 wieczór;
Do klubu weszła jeszcze jedna postać, którą Achile kiedyś przelotnie już widział w Rhino. Nieumarły... Nie pamiętał nawet jak miał na imię. Widział go tylko raz i to dosłownie przez kilkanaście sekund. Nie spodziewał się nawet, że zobaczy go znów w tym miejscu. Intuicja podpowiadała, że też jak i inne wampiry, nie znalazł się akurat dziś w tym miejscu przypadkiem.
Co zatem on san robił tutaj? Czyżby był zupełnie nieświadomą częścią czyjejś manipulacji? Może był tu tylko przypadkiem? Toreador lubował się rachunkach prawdopodobieństwa, ale miał nieodparte wrażenie, że i on jest tutaj z jakiegoś powodu, jakiego jeszcze nie znał. Czy Vallo potrafił tak manipulować, że Moreau był w całkowitej nieświadomości? Pewnie się to okaże już bardzo szybko.
***
Price spojrzał zniecierpliwiony na zegarek. Wskazówki Rolexa nieubłaganie przesuwały się po białym cyferblacie, z każdym tyknięciem mechanicznego sekundnika zwiększając niepokój wampira.
Wyjrzał przez znaczone chotycznymi fraktalami kropli deszczu okno. Niepozorny Ford Transit stał zaparkowany kilkanaście metrów od wejścia. Clark już jakiś czas temu dał znać, że w klubie zjawił się Steinbach. Przed chwilą, co Xavier dostrzegł na monitorach cctv, do środka włąśnie wszedł Marcus.
Ani pojazd, ani zbierający się w elizjum kainici nie byli źródłem niepokoju Xaviera. Wręcz przeciwnie, obecność tych kilku wampirów i podejrzanego Transita działa nieco kojąco na nerwy Price'a. Co innego trapiło Ventrue.
W idealnie wyciszonym, luksusowym wnętrzu biura Price'a wciąż nie było tego na którego czekał. Demiurga mającego zapewne wprawić w ruch zebranych w Spearmint Rhino nieumarłych.
Do klubu weszła jeszcze jedna postać, którą Achile kiedyś przelotnie już widział w Rhino. Nieumarły... Nie pamiętał nawet jak miał na imię. Widział go tylko raz i to dosłownie przez kilkanaście sekund. Nie spodziewał się nawet, że zobaczy go znów w tym miejscu. Intuicja podpowiadała, że też jak i inne wampiry, nie znalazł się akurat dziś w tym miejscu przypadkiem.
Co zatem on san robił tutaj? Czyżby był zupełnie nieświadomą częścią czyjejś manipulacji? Może był tu tylko przypadkiem? Toreador lubował się rachunkach prawdopodobieństwa, ale miał nieodparte wrażenie, że i on jest tutaj z jakiegoś powodu, jakiego jeszcze nie znał. Czy Vallo potrafił tak manipulować, że Moreau był w całkowitej nieświadomości? Pewnie się to okaże już bardzo szybko.
***
Price spojrzał zniecierpliwiony na zegarek. Wskazówki Rolexa nieubłaganie przesuwały się po białym cyferblacie, z każdym tyknięciem mechanicznego sekundnika zwiększając niepokój wampira.
Wyjrzał przez znaczone chotycznymi fraktalami kropli deszczu okno. Niepozorny Ford Transit stał zaparkowany kilkanaście metrów od wejścia. Clark już jakiś czas temu dał znać, że w klubie zjawił się Steinbach. Przed chwilą, co Xavier dostrzegł na monitorach cctv, do środka włąśnie wszedł Marcus.
Ani pojazd, ani zbierający się w elizjum kainici nie byli źródłem niepokoju Xaviera. Wręcz przeciwnie, obecność tych kilku wampirów i podejrzanego Transita działa nieco kojąco na nerwy Price'a. Co innego trapiło Ventrue.
W idealnie wyciszonym, luksusowym wnętrzu biura Price'a wciąż nie było tego na którego czekał. Demiurga mającego zapewne wprawić w ruch zebranych w Spearmint Rhino nieumarłych.
Atmosfera gęścieje. Pięciu nieumarłych jest już w klubie, tylko pan Vallo coś się spóźnia.
Nie będziemy się śpieszyć z ciągiem dalszym zbytnio. Oggiego nie będzie przez kilka dni. Mogę go proksować, jak będzie taka potrzeba. Macie teraz trochę czasu na wzajemne interakcje, w oczekiwaniu na Primogena. Założę, że dla swobody rozmów, Xavier zaprosi Was do biura, zgadzasz się lightstorm?
Nie będziemy się śpieszyć z ciągiem dalszym zbytnio. Oggiego nie będzie przez kilka dni. Mogę go proksować, jak będzie taka potrzeba. Macie teraz trochę czasu na wzajemne interakcje, w oczekiwaniu na Primogena. Założę, że dla swobody rozmów, Xavier zaprosi Was do biura, zgadzasz się lightstorm?
Ostatnio zmieniony 19 listopada 2014, 12:56 przez 8art, łącznie zmieniany 1 raz.
Tysiące z rzadka poruszanych nut napływało do umysłu kainity kuszącą mieszanką dekadenckich zapachów. W szalonej pokusie pozwolił sobie na tę chwilę słabości chłonąc odurzenie powodowane mnogością rejestrowanych doznań. Przez moment zachwiał się znajdując spodziewane oparcie w ciepłej dłoni, delikatnej damskiej. Pozwolił sobie na niewinny pocałunek wdzięczności ukłoniwszy się wcześniej z wyczuciem. Przesunął usta wzdłuż dłoni nieco odważnie podążając ku przedramieniu. Kobiety w Spearmint Rhino należały do gatunku tych, z którymi w dawno zapomnianym życiu nie miałby szans koegzystować, czy choćby porozmawiać.
Dziękuję.. -wyszeptał ledwie słyszalnie czując przyspieszone bicie serca.
Odwiesił z ramienia laskę powolnym krokiem odkrywając przestrzeń przed sobą. Oto złota klata Xaviera. Tak przewiewna i okazała. Pełna silnych, iście narkotycznych doznań. Otumaniająca zmysły i poczucie rzeczywistości. Pułapka doznań, niepospolitych wrażeń i przepychu, który należało dozować w odpowiedniej dawce. Jakże nie pragnąć więcej, każdego wieczoru tak dalece wypalając zmysły?
Właśnie z tego powodu Marcus nie zjawiał się tu częściej niż dwa razy w miesiącu. Zarazem nikt niespecjalnie martwił się jego nieobecnością. Świat Marcusa był na tyle rozległy i jednocześnie stonowany, by zapewnić mu dość milszych jak i tych mniej ciekawych doświadczeń.
Poczuł obecność innych, podobnych sobie. Kłębili się niczym zamknięte w komodzie puste, zakurzone kryształy oczekujące na wypełnienie swej smutnej, bezcelowej egzystencji czerpaną z vitae emocją, krótkotrwałym uniesieniem, czymkolwiek.
Usłyszał lekkie zamieszanie za sobą, gdy Wesley próbował wtargnąć z porzuconymi na tylnym siedzeniu skrzypcami. Ktoś wtajemniczony z pachnącej śmiercią i bezwzględnością ochrony Xaviera szybko, choć niezbyt finezyjnie rozwiązał problem.
To chyba należy do Pana. -sztucznie uprzejmym tonem basowy głos należący niechybnie do wprasowanego w garnitur neandertalczyka wręczył Marcusowi futerał, poirytowany najwyraźniej wcześniejszą prośbą kainity, wciąż oczekującą realizacji.
Wystukując starą melodię ślepca Marcus podążył ku dźwiękom uderzających o blat baru szklanek. Usiadł uśmiechając się w milczeniu.
Pink Floyd bał się tego miejsca, a lokalna społeczność .. niekoniecznie sympatyzowała z Pinkim. Koszyk był niezbędny. Nie wiedzieć czemu ochrona za każdym razem szukała go od nowa, jak gdyby mieli nadzieję, że tym razem Marcus przyjdzie sam. Słysząc ich tajone sapnięcia i woń unoszącą się w powietrzu woń adrenaliny czuł, że żywią nadzieję na rychłe spotkanie kundelka z kołami ciężarówki, tudzież jego samotną walkę z objuczonym kamieniami workiem gdzieś w okolicach molo.
Dziękuję.. -wyszeptał ledwie słyszalnie czując przyspieszone bicie serca.
Odwiesił z ramienia laskę powolnym krokiem odkrywając przestrzeń przed sobą. Oto złota klata Xaviera. Tak przewiewna i okazała. Pełna silnych, iście narkotycznych doznań. Otumaniająca zmysły i poczucie rzeczywistości. Pułapka doznań, niepospolitych wrażeń i przepychu, który należało dozować w odpowiedniej dawce. Jakże nie pragnąć więcej, każdego wieczoru tak dalece wypalając zmysły?
Właśnie z tego powodu Marcus nie zjawiał się tu częściej niż dwa razy w miesiącu. Zarazem nikt niespecjalnie martwił się jego nieobecnością. Świat Marcusa był na tyle rozległy i jednocześnie stonowany, by zapewnić mu dość milszych jak i tych mniej ciekawych doświadczeń.
Poczuł obecność innych, podobnych sobie. Kłębili się niczym zamknięte w komodzie puste, zakurzone kryształy oczekujące na wypełnienie swej smutnej, bezcelowej egzystencji czerpaną z vitae emocją, krótkotrwałym uniesieniem, czymkolwiek.
Usłyszał lekkie zamieszanie za sobą, gdy Wesley próbował wtargnąć z porzuconymi na tylnym siedzeniu skrzypcami. Ktoś wtajemniczony z pachnącej śmiercią i bezwzględnością ochrony Xaviera szybko, choć niezbyt finezyjnie rozwiązał problem.
To chyba należy do Pana. -sztucznie uprzejmym tonem basowy głos należący niechybnie do wprasowanego w garnitur neandertalczyka wręczył Marcusowi futerał, poirytowany najwyraźniej wcześniejszą prośbą kainity, wciąż oczekującą realizacji.
Wystukując starą melodię ślepca Marcus podążył ku dźwiękom uderzających o blat baru szklanek. Usiadł uśmiechając się w milczeniu.
Pink Floyd bał się tego miejsca, a lokalna społeczność .. niekoniecznie sympatyzowała z Pinkim. Koszyk był niezbędny. Nie wiedzieć czemu ochrona za każdym razem szukała go od nowa, jak gdyby mieli nadzieję, że tym razem Marcus przyjdzie sam. Słysząc ich tajone sapnięcia i woń unoszącą się w powietrzu woń adrenaliny czuł, że żywią nadzieję na rychłe spotkanie kundelka z kołami ciężarówki, tudzież jego samotną walkę z objuczonym kamieniami workiem gdzieś w okolicach molo.
Czy ktoś z ochrony Xaviera byłby na tyle miły, by nosić za Marcusem psinkę w koszyczku? Skrzypce, laska i koszyczek to zbyt wiele do uniesienia.
Spoiler!
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Xavier popatrzył ostatni raz na zegarek i postanowił dłużej nie czekać. Sekundy mijały bezpowrotnie dając do zrozumienia, że coś poważnego musiało się wydarzyć. "Tytuł Stragetoi zobowiązywał, starszy nigdy nie pozwoliliby na spóźnienie się ryzykując utratą reputacji." - uświadomił sobie, że dłuższe czekanie jest bez sensu.
Chwycił za telefon, a druga ręką włączył radio i telewizor. Interesowały go kanały informacyjne, wiadomości, wypadki, pożary...wszystko, co mógłby skojarzyć z Mr. Vallo. Z listy kontaktów w telefonie, wybrał znany dobrze numer i czekał na połączenie. Po trzecim sygnale usłyszał znajomy głos w słuchawce:
- Cześć Xavier stary druhu, co u ciebie? - zapytał zachrypnięty niski głos.
- Gilbert, nie jestem w nastroju. Sprawdź, czy w okolicach Boscombe nie było jakiegoś wypadku, pożaru, wiesz o czym mówię.
Gilbert słysząc te słowa dokładnie wiedział, co oznaczają. Ktoś właśnie zadarł z niewłaściwymi ludźmi i trzeba go znaleźć, zanim znajdzie go plastikowy worek. Jak zawsze wszystko odbywało się bez nazwisk. Xavier kontynuował:
- Mój przyjaciel, może mieć kłopoty i chciałbym wiedzieć, czy coś mu się stało. Zależy mi na czasie. Szukaj osób, które otaczają się luksusem więc skup się na drogich samochodach, krawatach za 10000 funtów itd. Odwdzięczę się jak zwykle. Xavier kończąc wypowiedź myślał, czy nie pominął jakiejś informacji. Upewnił się, że wszystko przekazał i rozłączył się.
Po chwili, postanowił wykonać jeszcze jeden telefon. Nie było mowy o jakimkolwiek błędzie, czy spóźnianiu się. Szybko wybrał kolejny numer, lecz tym razem gość po drugiej stronie odebrał natychmiast:
- No, kurwa jebana, psia jego jucha mać w końcu dzwonisz! Wiesz jak nie znoszę, gdy leje, a ja muszę zadowolić się jedną dziwką w samochodzie?
- Wiem, pamiętam. Monty masz wszystko?
- Taaaaa...pojechałeś tak ostro jak wpierdalanie loda na ruchomym waflu, ale jak zawsze masz żelazne zęby, albo dobrego dentystę - powiedział tym samym mało wyrafinowanym językiem. - Rozumiem, że jakieś święta idą? - odpowiedział mu głos, w tyle którego słychać było nędzne jęczenie taniej ulicznicy.
- To, czy dziś będzie gwiazdka nie zależy ode mnie. Czekaj ma mój telefon. To nie powinno potrwać długo. - Ventrue zakończył rozmowę i schował telefon do kieszeni. Spojrzał kolejny raz za szybę, szukając wzrokiem nadjeżdżającego samochodu. Jednak deszcz padał dalej w puste miejsce, czekające na pojazd.
"Poczekam na informacje" - pomyślał po, czym skupił się na wiadomościach.
Chwycił za telefon, a druga ręką włączył radio i telewizor. Interesowały go kanały informacyjne, wiadomości, wypadki, pożary...wszystko, co mógłby skojarzyć z Mr. Vallo. Z listy kontaktów w telefonie, wybrał znany dobrze numer i czekał na połączenie. Po trzecim sygnale usłyszał znajomy głos w słuchawce:
- Cześć Xavier stary druhu, co u ciebie? - zapytał zachrypnięty niski głos.
- Gilbert, nie jestem w nastroju. Sprawdź, czy w okolicach Boscombe nie było jakiegoś wypadku, pożaru, wiesz o czym mówię.
Gilbert słysząc te słowa dokładnie wiedział, co oznaczają. Ktoś właśnie zadarł z niewłaściwymi ludźmi i trzeba go znaleźć, zanim znajdzie go plastikowy worek. Jak zawsze wszystko odbywało się bez nazwisk. Xavier kontynuował:
- Mój przyjaciel, może mieć kłopoty i chciałbym wiedzieć, czy coś mu się stało. Zależy mi na czasie. Szukaj osób, które otaczają się luksusem więc skup się na drogich samochodach, krawatach za 10000 funtów itd. Odwdzięczę się jak zwykle. Xavier kończąc wypowiedź myślał, czy nie pominął jakiejś informacji. Upewnił się, że wszystko przekazał i rozłączył się.
Po chwili, postanowił wykonać jeszcze jeden telefon. Nie było mowy o jakimkolwiek błędzie, czy spóźnianiu się. Szybko wybrał kolejny numer, lecz tym razem gość po drugiej stronie odebrał natychmiast:
- No, kurwa jebana, psia jego jucha mać w końcu dzwonisz! Wiesz jak nie znoszę, gdy leje, a ja muszę zadowolić się jedną dziwką w samochodzie?
- Wiem, pamiętam. Monty masz wszystko?
- Taaaaa...pojechałeś tak ostro jak wpierdalanie loda na ruchomym waflu, ale jak zawsze masz żelazne zęby, albo dobrego dentystę - powiedział tym samym mało wyrafinowanym językiem. - Rozumiem, że jakieś święta idą? - odpowiedział mu głos, w tyle którego słychać było nędzne jęczenie taniej ulicznicy.
- To, czy dziś będzie gwiazdka nie zależy ode mnie. Czekaj ma mój telefon. To nie powinno potrwać długo. - Ventrue zakończył rozmowę i schował telefon do kieszeni. Spojrzał kolejny raz za szybę, szukając wzrokiem nadjeżdżającego samochodu. Jednak deszcz padał dalej w puste miejsce, czekające na pojazd.
"Poczekam na informacje" - pomyślał po, czym skupił się na wiadomościach.
Jak dostanę info od Gilberta zbiorę wszystkich w biurze. Na razie poczekam, Gilbertowi nie powinno to zając dużo czasu.
Ostatnio zmieniony 19 listopada 2014, 19:44 przez lightstorm, łącznie zmieniany 1 raz.
Cwetan siedział przy barze leniwie sącząc drinka Dzisiejszej nocy wszystko miało się wyjaśnić.
Zużyta talia kart co chwila z furkotem przeskakiwała z ręki do ręki.
Od wczorajszej nocy nie mógł zapomnieć damy w burgundzie. Jej usta, jej oczy jej czarne włosy których tak bardzo pragnął dotknąć. Była tak piękna i jednocześnie taka obca i tak onieśmielająca, że Bułgar wczoraj nie odważył się powiedzieć do niej słowa. Nie przestraszył się Xaviera i wielu przed nim, ale ona sprawiła, że głos uwiązł mu w gardle.
Kim była ? Jakie imię nosiła dawniej a jakie imię nosi teraz? Dlaczego ktoś sprawił, że to niewinne dziewczę stało się potworem. Nie zasłużyła na to, o nie.
Talia kart złapana sprawną ręką delikatnie rozsunęła się na blacie
- Wybierzesz kartę ? - Pajatonow uśmiechnął się do grupy wpatrujących się w całe przedstawienie młodych dziewczyn zamawiających właśnie piwo.
Jedna z nich nieśmiało sięgnęła dłonią i podniosła kartę z blatu.
Bułgar szybko przesunął ręką. Cała talia znowu znalazła się w dłoni by po chwili rozwinąć się w wachlarz.
- Proszę umieść ją w talii a ja postaram się odgadnąć - nie przestawał się uśmiechać.
Już teraz wiedział jaka to karta. Nie mógł nie poznać. Ile to już lat miał te talię? Przestał liczyć dawno temu. Była z nim w dawnej ojczyźnie, w Burgas gdzie się urodził. To tam na kartach pozostały ślady po ojcowskim pasie gdy trzymał je w tylnych kieszeniach spodni. W więzieniu w Sofii, gdzie Dymityr niemal podpalił ją papierosem. Była w Mediolanie gdzie powstał wyszczerbek po pocisku na lewej krawędzi i teraz jest z nim tutaj.
Zabawę przerwało pojawienie się nowego gościa. Jego laska wybijała miarowo takt o posadzkę, jednak wydawała się zbędna. Ślepiec który podążał przez salę w stronę baru zadziwiająco sprawnie radził sobie z wymijaniem mebli oraz ludzi. Śnieżnobiały, prążkowany garnitur kontrastował ze starymi skrzypcami.
Najciekawsze i jednocześnie najdziwniejsze było to co nieznajomy niósł w koszyczku. Zwierzę które się tam znajdowało mogło być psem, ale równie dobrze szczurem lub nietoperzem. Na sam widok większość klientów i dziewczyn które zabawiał Cwetan odsunęło się od baru na bezpieczną odległość.
Bułgar uśmiechnął się pod nosem. Nie był pewny ale przekonany, że nowy gość jest spokrewnionym.
Zużyta talia kart co chwila z furkotem przeskakiwała z ręki do ręki.
Od wczorajszej nocy nie mógł zapomnieć damy w burgundzie. Jej usta, jej oczy jej czarne włosy których tak bardzo pragnął dotknąć. Była tak piękna i jednocześnie taka obca i tak onieśmielająca, że Bułgar wczoraj nie odważył się powiedzieć do niej słowa. Nie przestraszył się Xaviera i wielu przed nim, ale ona sprawiła, że głos uwiązł mu w gardle.
Kim była ? Jakie imię nosiła dawniej a jakie imię nosi teraz? Dlaczego ktoś sprawił, że to niewinne dziewczę stało się potworem. Nie zasłużyła na to, o nie.
Talia kart złapana sprawną ręką delikatnie rozsunęła się na blacie
- Wybierzesz kartę ? - Pajatonow uśmiechnął się do grupy wpatrujących się w całe przedstawienie młodych dziewczyn zamawiających właśnie piwo.
Jedna z nich nieśmiało sięgnęła dłonią i podniosła kartę z blatu.
Bułgar szybko przesunął ręką. Cała talia znowu znalazła się w dłoni by po chwili rozwinąć się w wachlarz.
- Proszę umieść ją w talii a ja postaram się odgadnąć - nie przestawał się uśmiechać.
Już teraz wiedział jaka to karta. Nie mógł nie poznać. Ile to już lat miał te talię? Przestał liczyć dawno temu. Była z nim w dawnej ojczyźnie, w Burgas gdzie się urodził. To tam na kartach pozostały ślady po ojcowskim pasie gdy trzymał je w tylnych kieszeniach spodni. W więzieniu w Sofii, gdzie Dymityr niemal podpalił ją papierosem. Była w Mediolanie gdzie powstał wyszczerbek po pocisku na lewej krawędzi i teraz jest z nim tutaj.
Zabawę przerwało pojawienie się nowego gościa. Jego laska wybijała miarowo takt o posadzkę, jednak wydawała się zbędna. Ślepiec który podążał przez salę w stronę baru zadziwiająco sprawnie radził sobie z wymijaniem mebli oraz ludzi. Śnieżnobiały, prążkowany garnitur kontrastował ze starymi skrzypcami.
Najciekawsze i jednocześnie najdziwniejsze było to co nieznajomy niósł w koszyczku. Zwierzę które się tam znajdowało mogło być psem, ale równie dobrze szczurem lub nietoperzem. Na sam widok większość klientów i dziewczyn które zabawiał Cwetan odsunęło się od baru na bezpieczną odległość.
Bułgar uśmiechnął się pod nosem. Nie był pewny ale przekonany, że nowy gość jest spokrewnionym.
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Bournemouth; Spearmint Rhino; 17.11.14 wieczór;
Telefon zawibrował w kieszeni Ventrue. Wampir szybkim ruchem wyciągnął go jakby połączenie zaraz miało pozostać zerwane. Pomyślał, że złapał się na ludzkiem odruchu. Ale nie maił czasu na przemyślenia. Spojrzał na wyświetlacz komórki zuczuciem podobnym nastolatkowi, który spodziewa się ważnego telefonu. Dzwonił Gilbert. Mógł mieć niezmiernie istotne informacje, toteż odebrał nie zwlekając:
- Co masz? - spytał od razu przechodząc do meritum.
- Xavier. W tę parszywą pogodę nic się nie dzieje. - jakość głosu Gilberta była tragiczna. Bardziej przypominała rozmowę przez krótkofalówkę niż przez sieć 4G. Wyglądało na to, że przeklęty deszcz przeszakdza nie tylko żywym i umarłym, ale nawet i sieci komórkowej: - Na centrali są dwa zgłoszenia domestic violence na Boscombe, ale to nasi stali bywalcy, raczej nie wpasowywują się w profil jaki cie interesuje. Oprócz tego kolizja starej Fiesty i BMW na Holdenhurst Rd. A tak poza tym nic. Naprawdę nic. Każę wysłać kilka patroli na Boscombe. Rozejrzą się. Będę cię informował jesli coś ciekawego napłynie do nas.
- Cholera... - Price odłożył słuchawkę. Z policyjnych raportów nic nie dało powiązać się z Vallo, przynajmniej narazie. Wampir zagryzł wargi. Trudno stwierdzić czy martwił się o Michaela, czy tylko o własną reputację. Może coś ważnego zatrzymało Vallo. Nic nie mógł wykluczyć. Zapewne taki wampir miał o wiele więcej na głowie niż Xavier. Trzeba było jednak trzymać rękę na pulsie.
***
Marcus wyczuł dwóch kainitów rozmawiających w klubie. Jednego z nich poznał jakiś czas temu przelotnie. Jakiś francuski Toreador. Imienia nie pamiętał... Pionek... Figura...? podstawiona tu przez Vallo? Pewnie tak. Kolejny mały trybik, podobny Koroviewowi w maszynie po tysiąckroć przerastającej każdy składowy element. Był ktoś jeszcze. Ktoś bawiący się czymś... kartki...nie... to talia kart... Bawi się talią kart.... Charakterystyczny dźwięk tasowanych kart doszedł czuych uszów ślepca. Nie znał go. to musiał być ktoś nowy. Kolejny trybik w maszynie Vallo. Mrowienie w karku, szósty zmysł ślepca podpowiadał, że obcy wpatrywał się w niego. Nie musiał się kryć... Ślepy przecież nie dostrzeże niczego. Ale Marcus czuł całym ciałem świdrujący, ciekawy wzrok. Ale obcy nagle odpuścił... Musiał skupić wzrok na czymś innym... Pink Floyd poruszył się niespokojnie w koszyczku jakby też wyczuwając obecność innych wampirów. Nie lubi spokrewnionych, tylko mnie...
Nie wyczuwał nigdzie właściciela przybytku. Price... Siedział gdzieś indziej. W sercu swojego żałosnego królestwa, na którego stworzenie pozwolił mu Książe, żeby trzymać motłoch z dala od salonów. Taaak... Siedzi i obserwuje, słucha.... Ślepiec stanął jakby zastanawiając się co zrobić...
***
Cwetan dostrzegł ją. Schodziła schodami. Taka piękna, znów w burgundowej sukni, falującym jedwabiu przypominająym zamknięte w butelce wino albo życiodajną vitae. Cała pewność siebie jaką miał nagle go opusciła. Karty niemal wysunęły się z jakby rażonych nagłą apopleksją dłoni. Kobieta przeszła przez salę i zniknęła w wyjściu. Była jak piekny sen, zwiewna ułuda wyrażająca wszystko co najlepsze, najsłodsze. A jeśli podejdzie, czar pryśnie i zostanie znów w mroku nocy, bez światła rozgrzewającego serce. A jeśli nie dogoni jej teraz i już nigdy jej nie spotka? Zachowa tylko mgliste wspomnienie o cieniu kobiety w burgundzie?
Panajotow tęsknym wzrokiem spojrzał na puste wyjście a potem na stojącego po drugiej stronie spokrewnionego.
Ona czy on? cisnęło się w mu w myslach. Zastanawiał się. Pogonić za nią, czy wesprzeć ślepca z małym potworem w koszyku?
Telefon zawibrował w kieszeni Ventrue. Wampir szybkim ruchem wyciągnął go jakby połączenie zaraz miało pozostać zerwane. Pomyślał, że złapał się na ludzkiem odruchu. Ale nie maił czasu na przemyślenia. Spojrzał na wyświetlacz komórki zuczuciem podobnym nastolatkowi, który spodziewa się ważnego telefonu. Dzwonił Gilbert. Mógł mieć niezmiernie istotne informacje, toteż odebrał nie zwlekając:
- Co masz? - spytał od razu przechodząc do meritum.
- Xavier. W tę parszywą pogodę nic się nie dzieje. - jakość głosu Gilberta była tragiczna. Bardziej przypominała rozmowę przez krótkofalówkę niż przez sieć 4G. Wyglądało na to, że przeklęty deszcz przeszakdza nie tylko żywym i umarłym, ale nawet i sieci komórkowej: - Na centrali są dwa zgłoszenia domestic violence na Boscombe, ale to nasi stali bywalcy, raczej nie wpasowywują się w profil jaki cie interesuje. Oprócz tego kolizja starej Fiesty i BMW na Holdenhurst Rd. A tak poza tym nic. Naprawdę nic. Każę wysłać kilka patroli na Boscombe. Rozejrzą się. Będę cię informował jesli coś ciekawego napłynie do nas.
- Cholera... - Price odłożył słuchawkę. Z policyjnych raportów nic nie dało powiązać się z Vallo, przynajmniej narazie. Wampir zagryzł wargi. Trudno stwierdzić czy martwił się o Michaela, czy tylko o własną reputację. Może coś ważnego zatrzymało Vallo. Nic nie mógł wykluczyć. Zapewne taki wampir miał o wiele więcej na głowie niż Xavier. Trzeba było jednak trzymać rękę na pulsie.
***
Marcus wyczuł dwóch kainitów rozmawiających w klubie. Jednego z nich poznał jakiś czas temu przelotnie. Jakiś francuski Toreador. Imienia nie pamiętał... Pionek... Figura...? podstawiona tu przez Vallo? Pewnie tak. Kolejny mały trybik, podobny Koroviewowi w maszynie po tysiąckroć przerastającej każdy składowy element. Był ktoś jeszcze. Ktoś bawiący się czymś... kartki...nie... to talia kart... Bawi się talią kart.... Charakterystyczny dźwięk tasowanych kart doszedł czuych uszów ślepca. Nie znał go. to musiał być ktoś nowy. Kolejny trybik w maszynie Vallo. Mrowienie w karku, szósty zmysł ślepca podpowiadał, że obcy wpatrywał się w niego. Nie musiał się kryć... Ślepy przecież nie dostrzeże niczego. Ale Marcus czuł całym ciałem świdrujący, ciekawy wzrok. Ale obcy nagle odpuścił... Musiał skupić wzrok na czymś innym... Pink Floyd poruszył się niespokojnie w koszyczku jakby też wyczuwając obecność innych wampirów. Nie lubi spokrewnionych, tylko mnie...
Nie wyczuwał nigdzie właściciela przybytku. Price... Siedział gdzieś indziej. W sercu swojego żałosnego królestwa, na którego stworzenie pozwolił mu Książe, żeby trzymać motłoch z dala od salonów. Taaak... Siedzi i obserwuje, słucha.... Ślepiec stanął jakby zastanawiając się co zrobić...
***
Cwetan dostrzegł ją. Schodziła schodami. Taka piękna, znów w burgundowej sukni, falującym jedwabiu przypominająym zamknięte w butelce wino albo życiodajną vitae. Cała pewność siebie jaką miał nagle go opusciła. Karty niemal wysunęły się z jakby rażonych nagłą apopleksją dłoni. Kobieta przeszła przez salę i zniknęła w wyjściu. Była jak piekny sen, zwiewna ułuda wyrażająca wszystko co najlepsze, najsłodsze. A jeśli podejdzie, czar pryśnie i zostanie znów w mroku nocy, bez światła rozgrzewającego serce. A jeśli nie dogoni jej teraz i już nigdy jej nie spotka? Zachowa tylko mgliste wspomnienie o cieniu kobiety w burgundzie?
Panajotow tęsknym wzrokiem spojrzał na puste wyjście a potem na stojącego po drugiej stronie spokrewnionego.
Ona czy on? cisnęło się w mu w myslach. Zastanawiał się. Pogonić za nią, czy wesprzeć ślepca z małym potworem w koszyku?
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Xavier zdecydował się poznać nowego gościa. Bardzo szybko dowiedział się gdzie znajduje się Steinbah. Był razem z Achille, co poprawiło humor Ventrue. "Dobrze, że socjalizują się już teraz nawet nie wiele wiedząc o sobie." - pomyślał. Gdy znalazł się tuż obok Steinbaha, widok gościa był sporym zaskoczeniem dla Xaviera. "Jak można się tak ubrać na spotkanie z Vallo?" - zadał pytanie i po chwili sam sobie odpowiedział. Zapewne nie miał za co się ubrać. Przypomniał sobie swoje początki w Bournemouth i dostrzegł pewne podobieństwo. Wtedy też miał na sobie kiepską marynarkę i dresowe spodnie.
- Witam was serdecznie w Spearmint Rhino. Zanim zaczniemy konwersację mam prośbę. Achille, czy mógłbyś zabrać mojego gościa do garderoby na zapleczu i wybrać dla niego bardziej stosowny strój? Na koszt firmy oczywiście.
- Witam was serdecznie w Spearmint Rhino. Zanim zaczniemy konwersację mam prośbę. Achille, czy mógłbyś zabrać mojego gościa do garderoby na zapleczu i wybrać dla niego bardziej stosowny strój? Na koszt firmy oczywiście.
Ostatnio zmieniony 22 listopada 2014, 18:34 przez lightstorm, łącznie zmieniany 1 raz.
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Nina podchodząc do każdego z Spokrewnionych na których czekał Xavier powiedziała:
- Mr. Price prosi na spotkanie do biura. Zaprowadzę Pana.
Wszyscy zebrali się przed wejściem.
Podczas tego spotkania Xavier chciał wyglądać zdecydowanie lepiej i czuć się maksymalnie swobodnie. Przez lata przyzwyczaił się do noszenia luksusowych ubrań, a nawet polubił to. Zdawał sobie sprawę z faktu, że by mierzyć się z ludźmi z wyższych sfer musiał nauczyć się zasad etykiety i zapoznać się z stylem mody. Teraz stanie przed resztą Spokrewnionych, goszcząc ich w swoim domostwie. Wiedział, że znają zasady i każde ich złamanie pociąga za sobą konsekwencje.
Każdego z osobna przywitał podając rękę i pokazując kierunek w którym mają przejść dalej. Wchodząc do biura ujrzeli bardzo luksusowy wystrój. Zaraz po prawej stronie znajdował się dość długi, rzęsiście oświetlony bar, z wieloma butelkami drogich alkoholi. Po lewej natomiast ujrzeli półki z książkami oraz wielkie biurko, na którym znajdował się laptop oraz kilka małych rzeźb z Afryki. Na środku umieszczona była wygodna kanapa, obejmująca szklany stół. Prawie cały wystrój był drewniany, podłoga, ściany, blat baru, półki, wielkie masywne biurko...różnice znajdowały się tylko w rodzaju drewna oraz jego obróbce. Pomieszczenie robiło miłe i przytulne wrażenie, podkreślone przez zalegającą w nim ciszę. Powietrze przenikał delikatny zapach damskich perfum. Wiedzieli, że Xavier wpuszcza tutaj niejedną tancerkę.
[center]
[/center]
Przeszli dalej, idąc za Xavierem do przyciemnionego pomieszczenia, którego wejście było po drugiej stronie biura. Price zatrzymał się między fotelami tuż obok stolika, na którym znajdowały się przygotowane kryształowe kieliszki różnych kształtów i rozmiarów, oraz spora karafka z szkarłatnym płynem. Skonstatowali, iż w tym pokoju unosi się ulotny zapach arabskich kadzideł, pomieszany tradycyjnie z kobiecymi perfumami. Nie był to drażniący zapach, a raczej dawał efekt idealnego podkładu dla zaciemnionego pomieszczenia. Słabe światło padało na Xaviera ubranego w idealnie dopasowany garnitur koloru niebieskiego. Ciemno-fioletowa bawełniana koszula wydawała się w tym oświetleniu zupełnie czarna i zlewała się z czarnym krawatem. Na ścianach wisiały obrazy przedstawiające dzieła różnych epok. W kątach stało kilka rzeźb, nawiązujących do tradycji starożytnego Rzymu. Wielki telewizor wisiał jak czarny obraz idealnie dopasowany do całej reszty.
- Witam, wszystkich w moim prywatnym biurze. Nie byłoby tutaj was, gdyby nie Michael Vallo, który chciał byśmy się tutaj spotkali. - Ventrue popatrzył na swoich gości dając do zrozumienia, że jest zadowolony z ich przybycia. - Proszę rozgośćcie się i poczujcie się jak u siebie. Jeżeli ktoś ma ochotę na najbardziej wyszukaną krew proszę się nie krępować. - Mówiąc, odwrócił się do stolika sięgając po karafkę i sprawnym ruchem nalał do każdego z stojących tam kielichów.
Kontynuował:
- Świeża krew, bez niej jesteśmy zgubieni. Tak jak bez ognia, które mógłbym nazwać życiem - dodał ostatnie zdanie jakby miało podkreślić, tragizm bycia nieumarłym.
- Zanim zaczniemy konwersację chciałbym byście wysłuchali tego, co mam do przekazania. To, co zamierzam teraz powiedzieć powinno pozostać między nami i mam nadzieję, że potraktujecie to poważnie.
Xavier odszedł od stolika, częstując się jako pierwszy i tym samym dając znak innym, by się nie krępowali. W tej chwili był już bardzo dobrze odżywiony i nie potrzebował więcej. Pił dla smaku, delikatnie i małymi łykami. Gdy już wszyscy znaleźli swoje miejsce, a Xavier upewnił się że nie będą go zaraz zmieniać, odstawił kielich i powiedział dalej:
- Nie wszyscy z was wiedzą, że prowadzę to Elizjum od dwóch lat. A jeszcze więcej Spokrewnionych nie wie, że zrobiłem to dla tych, którzy nie mają się gdzie podziać. Jedyne Elizjum jakie było w tym mieście to Russell Coates Muzeum prowadzone przez Toreadorkę Katherine i jak wiecie pojawienie się tam nie przyniosłoby niczego dobrego. Postanowiłem stworzyć, coś dla całej, jak oni to nazywają, gorszej reszty. Uważam, że nie jesteśmy gorsi i także zasługujemy na szacunek. - tutaj Ventrue przerwał i spojrzał wymownie na Cwetana. Bez szacunku do siebie i innych jesteśmy nikim.
- Każdy może tutaj przyjść bez względu na status wśród Spokrewnionych i nigdy nie zdarzyło się bym kogoś wyrzucił bez powodu. Moje zasady nie różnią się zbytnio od zasad innych Elizjów.
Price kończąc wywód podszedł do jednego z obrazów i zapalił światło. Teraz widać było wyraźnie, co na nim się znajduje.
[center]
[/center]
- Jest to obraz belgijskiego malarza Jamesa Elsnora z 1889 roku. Dzieło to nosi tytuł "Szkielety grzejące się przy piecu". Gdy pierwszy raz zobaczyłem ten obraz wydawał mi się obojętny. Jednak, gdy zrozumiałem co malarz chciał przekazać postanowiłem stworzyć ten neutralny grunt. Jesteśmy dokładnie tacy sami jak te szkielety na tym obrazie. Każdy z nas szuka życia, zdając sobie sprawę że ten ogień zgasł bezpowrotnie. Te kościotrupy ubrały się w ubrania i próbują udawać ludzi. Wydaje się, że tych marznących nawet po śmierci osobników sprowadziło nie tylko zimno, lecz także przyzwyczajenie. Mamy artystę malarza, skrzypka, osobę o czerwonym odzieniu, co może symbolizować duży temperament. Według Ensora śmierć stanowi wprawdzie koniec fizycznej egzystencji, lecz dawne zwyczaje i potrzeby dają o sobie znać, nawet gdy jesteśmy po drugiej stronie. Myślę, że doskonale wiecie o czym mówię. Chciałem dać innym Kainitom, możliwość ogrzania się w tym miejscu i wiem, że towarzystwo osobnika z tego samego rodzaju daje poczucie owego ognia. Nie czujemy się sami patrząc w nieskończoną przyszłość.
Xavier podniósł kielich i wypił kolejny łyk przyglądając się reakcji wszystkich na jego wypowiedź. Upewniając się, że każdy słucha, kontynuował:
- Zastanawiacie się zapewne dlaczego wam to wszystko mówię. Otóż prawda jest taka, że zależy mi na tym miejscu oraz na was. Pomogę wam jak będziecie w potrzebie tak jak pomagałem innym od lat, gdy się tutaj znalazłem. Wielu wyrzuconych na margines przez Harpie może to potwierdzić. Mam dla was propozycję, byśmy założyli Koterię. Od Pana Vallo dowiedziałem się, że wszystkim grozi niebezpieczeństwo, a każdy z nas jest spoza układów. Moja propozycja jest uczciwa i wiecie także, że nie cieszę się dobrą opinią wśród Harpii. Mam nadzieję, że dobrze wykorzystałem swój majątek tworząc to Elizjum. Niech każdy opowie coś o sobie i odniesie się do mojej oferty.- Xavier zadając to pytanie w końcu usiadł naprzeciw wszystkich zgromadzonych.
- Mr. Price prosi na spotkanie do biura. Zaprowadzę Pana.
Wszyscy zebrali się przed wejściem.
Podczas tego spotkania Xavier chciał wyglądać zdecydowanie lepiej i czuć się maksymalnie swobodnie. Przez lata przyzwyczaił się do noszenia luksusowych ubrań, a nawet polubił to. Zdawał sobie sprawę z faktu, że by mierzyć się z ludźmi z wyższych sfer musiał nauczyć się zasad etykiety i zapoznać się z stylem mody. Teraz stanie przed resztą Spokrewnionych, goszcząc ich w swoim domostwie. Wiedział, że znają zasady i każde ich złamanie pociąga za sobą konsekwencje.
Każdego z osobna przywitał podając rękę i pokazując kierunek w którym mają przejść dalej. Wchodząc do biura ujrzeli bardzo luksusowy wystrój. Zaraz po prawej stronie znajdował się dość długi, rzęsiście oświetlony bar, z wieloma butelkami drogich alkoholi. Po lewej natomiast ujrzeli półki z książkami oraz wielkie biurko, na którym znajdował się laptop oraz kilka małych rzeźb z Afryki. Na środku umieszczona była wygodna kanapa, obejmująca szklany stół. Prawie cały wystrój był drewniany, podłoga, ściany, blat baru, półki, wielkie masywne biurko...różnice znajdowały się tylko w rodzaju drewna oraz jego obróbce. Pomieszczenie robiło miłe i przytulne wrażenie, podkreślone przez zalegającą w nim ciszę. Powietrze przenikał delikatny zapach damskich perfum. Wiedzieli, że Xavier wpuszcza tutaj niejedną tancerkę.
[center]
[/center]Przeszli dalej, idąc za Xavierem do przyciemnionego pomieszczenia, którego wejście było po drugiej stronie biura. Price zatrzymał się między fotelami tuż obok stolika, na którym znajdowały się przygotowane kryształowe kieliszki różnych kształtów i rozmiarów, oraz spora karafka z szkarłatnym płynem. Skonstatowali, iż w tym pokoju unosi się ulotny zapach arabskich kadzideł, pomieszany tradycyjnie z kobiecymi perfumami. Nie był to drażniący zapach, a raczej dawał efekt idealnego podkładu dla zaciemnionego pomieszczenia. Słabe światło padało na Xaviera ubranego w idealnie dopasowany garnitur koloru niebieskiego. Ciemno-fioletowa bawełniana koszula wydawała się w tym oświetleniu zupełnie czarna i zlewała się z czarnym krawatem. Na ścianach wisiały obrazy przedstawiające dzieła różnych epok. W kątach stało kilka rzeźb, nawiązujących do tradycji starożytnego Rzymu. Wielki telewizor wisiał jak czarny obraz idealnie dopasowany do całej reszty.
- Witam, wszystkich w moim prywatnym biurze. Nie byłoby tutaj was, gdyby nie Michael Vallo, który chciał byśmy się tutaj spotkali. - Ventrue popatrzył na swoich gości dając do zrozumienia, że jest zadowolony z ich przybycia. - Proszę rozgośćcie się i poczujcie się jak u siebie. Jeżeli ktoś ma ochotę na najbardziej wyszukaną krew proszę się nie krępować. - Mówiąc, odwrócił się do stolika sięgając po karafkę i sprawnym ruchem nalał do każdego z stojących tam kielichów.
Kontynuował:
- Świeża krew, bez niej jesteśmy zgubieni. Tak jak bez ognia, które mógłbym nazwać życiem - dodał ostatnie zdanie jakby miało podkreślić, tragizm bycia nieumarłym.
- Zanim zaczniemy konwersację chciałbym byście wysłuchali tego, co mam do przekazania. To, co zamierzam teraz powiedzieć powinno pozostać między nami i mam nadzieję, że potraktujecie to poważnie.
Xavier odszedł od stolika, częstując się jako pierwszy i tym samym dając znak innym, by się nie krępowali. W tej chwili był już bardzo dobrze odżywiony i nie potrzebował więcej. Pił dla smaku, delikatnie i małymi łykami. Gdy już wszyscy znaleźli swoje miejsce, a Xavier upewnił się że nie będą go zaraz zmieniać, odstawił kielich i powiedział dalej:
- Nie wszyscy z was wiedzą, że prowadzę to Elizjum od dwóch lat. A jeszcze więcej Spokrewnionych nie wie, że zrobiłem to dla tych, którzy nie mają się gdzie podziać. Jedyne Elizjum jakie było w tym mieście to Russell Coates Muzeum prowadzone przez Toreadorkę Katherine i jak wiecie pojawienie się tam nie przyniosłoby niczego dobrego. Postanowiłem stworzyć, coś dla całej, jak oni to nazywają, gorszej reszty. Uważam, że nie jesteśmy gorsi i także zasługujemy na szacunek. - tutaj Ventrue przerwał i spojrzał wymownie na Cwetana. Bez szacunku do siebie i innych jesteśmy nikim.
- Każdy może tutaj przyjść bez względu na status wśród Spokrewnionych i nigdy nie zdarzyło się bym kogoś wyrzucił bez powodu. Moje zasady nie różnią się zbytnio od zasad innych Elizjów.
Price kończąc wywód podszedł do jednego z obrazów i zapalił światło. Teraz widać było wyraźnie, co na nim się znajduje.
[center]
[/center]- Jest to obraz belgijskiego malarza Jamesa Elsnora z 1889 roku. Dzieło to nosi tytuł "Szkielety grzejące się przy piecu". Gdy pierwszy raz zobaczyłem ten obraz wydawał mi się obojętny. Jednak, gdy zrozumiałem co malarz chciał przekazać postanowiłem stworzyć ten neutralny grunt. Jesteśmy dokładnie tacy sami jak te szkielety na tym obrazie. Każdy z nas szuka życia, zdając sobie sprawę że ten ogień zgasł bezpowrotnie. Te kościotrupy ubrały się w ubrania i próbują udawać ludzi. Wydaje się, że tych marznących nawet po śmierci osobników sprowadziło nie tylko zimno, lecz także przyzwyczajenie. Mamy artystę malarza, skrzypka, osobę o czerwonym odzieniu, co może symbolizować duży temperament. Według Ensora śmierć stanowi wprawdzie koniec fizycznej egzystencji, lecz dawne zwyczaje i potrzeby dają o sobie znać, nawet gdy jesteśmy po drugiej stronie. Myślę, że doskonale wiecie o czym mówię. Chciałem dać innym Kainitom, możliwość ogrzania się w tym miejscu i wiem, że towarzystwo osobnika z tego samego rodzaju daje poczucie owego ognia. Nie czujemy się sami patrząc w nieskończoną przyszłość.
Xavier podniósł kielich i wypił kolejny łyk przyglądając się reakcji wszystkich na jego wypowiedź. Upewniając się, że każdy słucha, kontynuował:
- Zastanawiacie się zapewne dlaczego wam to wszystko mówię. Otóż prawda jest taka, że zależy mi na tym miejscu oraz na was. Pomogę wam jak będziecie w potrzebie tak jak pomagałem innym od lat, gdy się tutaj znalazłem. Wielu wyrzuconych na margines przez Harpie może to potwierdzić. Mam dla was propozycję, byśmy założyli Koterię. Od Pana Vallo dowiedziałem się, że wszystkim grozi niebezpieczeństwo, a każdy z nas jest spoza układów. Moja propozycja jest uczciwa i wiecie także, że nie cieszę się dobrą opinią wśród Harpii. Mam nadzieję, że dobrze wykorzystałem swój majątek tworząc to Elizjum. Niech każdy opowie coś o sobie i odniesie się do mojej oferty.- Xavier zadając to pytanie w końcu usiadł naprzeciw wszystkich zgromadzonych.
Ostatnio zmieniony 23 listopada 2014, 12:34 przez lightstorm, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Oggy
- Reactions:
- Posty: 766
- Rejestracja: 13 lipca 2009, 15:05
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/Oggy
- Has thanked: 24 times
- Been thanked: 10 times
Achille, czy mógłbyś zabrać mojego gościa do garderoby na zapleczu i wybrać dla niego bardziej stosowny strój?
O nie! Moreau roześmiał sie teatralnie zasłaniajac sie dlonia. Thomas gotów zamienic mnie za to w żabe czy coś.
Jeszcze raz, dyskretnie przebiegł wzrokiem po sylwetce Tremera. Poza tym, podobnie jak ja, jest pomiedzy standardową rozmiarowką, wszystko co masz w szafie bedzie wygladało na nim jak worek pomyslał. Przebrałbym go a nie ubrał.
Klasyczny strój staje sie Twoją wizytowka kiedy jest drugą skórą, kiedy idealnie opiera sie na ramianach, wedruje z linia talii, perfekcyjnie przylega do kołnierzyka koszuli, układa sie na butach, kiedy oddycha z Tobą i porusza sie z Tobą. Kiedys, na Pitti Uomo, Michele Huiban powiedziala mu ze garnitur dobrze lezy, gdy po stoczeniu sie po pijaku ze schodów wystarczy wstac i wyprostowac sie aby znowu wygladac perfekcyjnie. Garnitur Saint Laurent z wieszaka jest tyle samo wart co marynarka z Tesco, tak długo, jak długo nie polubisz sie z krawcem.
W drzwiach do gabinetu Xaviera Achille pomógl temu starszemu Spokrewnionwemu ponieśc skrzypce. Byl zafascynowany jego pokracznym pieskiem. Miniaturowy, przedwieczny Cthulhu, prawdziwy Carleton Lufteufel, aż gestniało wokoł niego od nienawiści.
Strachu poprawil sie w myślach Achille. Zwierzeta nie odczuwaja nienawiści, powoduje nimi jednynie strach i wola przetrwania. To tak jak z wampirami, w miare jak zanikaja w nas ludzkie emocje pozostaja tylko najnizsze instynkty, cala nasza egzystencja od pewnego punktu to tylko lek przed ostateczną śmiercia, nawet ludzka nienawiśc staje sie tylko fasadą strachu.
"Każdy, kto nienawidzi brata swego, jest zabójcą, a wiecie, że żaden zabójca nie ma w sobie żywota wiecznego" przemkneło mu przez glowe. Chyba nie miales tu racji Janie, synu Zebedeusza. Chociaz kto wie... dopowiedział w myślach patrzac na puste oczodoły tkwiacych przy piecu szkieletow.
Odchylił sie w fotelu i przebiegł wzrokiem po osobach w pomieszczeniu. Koteria? Interesujace. Tylko po co? Sformalizowanie ich współpracy zwroci uwage Ksiecia. Może nie byłoby to istotne gdyby ograniczyli sie do interesów w swoim gronie ale majac protekcje Primogena w oczywisty sposob narażali sie na konfrontacje. Achille nie był wcale przekonany, czy był na nią gotowy. Chyba że to, co powie Vallo postawi sprawe na ostrzu noża. Jeszcze raz przebiegł wzrokiem po graczach w tej partii. Wbił wzrok w Slepca, o nim wiedzial najmniej. Czekał.
O nie! Moreau roześmiał sie teatralnie zasłaniajac sie dlonia. Thomas gotów zamienic mnie za to w żabe czy coś.
Jeszcze raz, dyskretnie przebiegł wzrokiem po sylwetce Tremera. Poza tym, podobnie jak ja, jest pomiedzy standardową rozmiarowką, wszystko co masz w szafie bedzie wygladało na nim jak worek pomyslał. Przebrałbym go a nie ubrał.
Klasyczny strój staje sie Twoją wizytowka kiedy jest drugą skórą, kiedy idealnie opiera sie na ramianach, wedruje z linia talii, perfekcyjnie przylega do kołnierzyka koszuli, układa sie na butach, kiedy oddycha z Tobą i porusza sie z Tobą. Kiedys, na Pitti Uomo, Michele Huiban powiedziala mu ze garnitur dobrze lezy, gdy po stoczeniu sie po pijaku ze schodów wystarczy wstac i wyprostowac sie aby znowu wygladac perfekcyjnie. Garnitur Saint Laurent z wieszaka jest tyle samo wart co marynarka z Tesco, tak długo, jak długo nie polubisz sie z krawcem.
W drzwiach do gabinetu Xaviera Achille pomógl temu starszemu Spokrewnionwemu ponieśc skrzypce. Byl zafascynowany jego pokracznym pieskiem. Miniaturowy, przedwieczny Cthulhu, prawdziwy Carleton Lufteufel, aż gestniało wokoł niego od nienawiści.
Strachu poprawil sie w myślach Achille. Zwierzeta nie odczuwaja nienawiści, powoduje nimi jednynie strach i wola przetrwania. To tak jak z wampirami, w miare jak zanikaja w nas ludzkie emocje pozostaja tylko najnizsze instynkty, cala nasza egzystencja od pewnego punktu to tylko lek przed ostateczną śmiercia, nawet ludzka nienawiśc staje sie tylko fasadą strachu.
"Każdy, kto nienawidzi brata swego, jest zabójcą, a wiecie, że żaden zabójca nie ma w sobie żywota wiecznego" przemkneło mu przez glowe. Chyba nie miales tu racji Janie, synu Zebedeusza. Chociaz kto wie... dopowiedział w myślach patrzac na puste oczodoły tkwiacych przy piecu szkieletow.
Odchylił sie w fotelu i przebiegł wzrokiem po osobach w pomieszczeniu. Koteria? Interesujace. Tylko po co? Sformalizowanie ich współpracy zwroci uwage Ksiecia. Może nie byłoby to istotne gdyby ograniczyli sie do interesów w swoim gronie ale majac protekcje Primogena w oczywisty sposob narażali sie na konfrontacje. Achille nie był wcale przekonany, czy był na nią gotowy. Chyba że to, co powie Vallo postawi sprawe na ostrzu noża. Jeszcze raz przebiegł wzrokiem po graczach w tej partii. Wbił wzrok w Slepca, o nim wiedzial najmniej. Czekał.
Ostatnio zmieniony 24 listopada 2014, 14:17 przez Oggy, łącznie zmieniany 1 raz.
astrolog/alchemik 10/10 POZ
Przez moment siedział dość sztywno zaciskając w obu dłoniach rączkę od laski. Gładził hebanowe wykończenie noszące ślady zębów Pinkiego. Psina wygrzebała się wreszcie z koszyczka znajdując schronienie przy nodze swego opiekuna. Okutym spodem laski Marcus zatoczył kilka kręgów w swej wiecznej ciemności z lekkim rozbawieniem słuchając wywodów Xaviera na temat osobliwych walorów obrazu.
Nie znał go od tej strony. Poczucie humoru Ventrue wprawiło go w lepszy nastrój. Pochylił się do Pinkiego i by nie zakłócić wywodu ledwie słyszalnym głosem warknął w podobnym co on tonie.
Pan ładnie opowiada o obrazie Pinki, słuchaj, słuchaj, to ciekawe..
Rozwarł się w fotelu opadając weń głębiej. Uśmiechnąwszy do własnych myśli.
W oceanie dźwięków wyłapywał kolejne słowa.
...margines... odrzucenie... wspólnota..
...niebezpieczeństwo.. opinia.. majątek.. oferta....
Zabawne. Wieczna egzystencja uwypuklała jedynie cechy osób takich jak Xavier. Wciąż pogrążonych w swych małych, tak przyziemnie ludzkich potrzebach. Zdawał się grać w kości ze śmiercią, lecz cóż mogło stanowić stawkę na tyle wysoką, by warta była uwagi nieumarłego?
Otoczenie aż pachniało przepychem.. Ot, złota klatka w której lata temu Xavier zamknął się od środka. I nawet tam, przykuty do własnego tronu teraz drży, by ktoś nie wykradł złotego domku dla ptaszków, razem z zawartością.
Masz tu wspaniałą ochronę Xavierze.. -przerywając milczenie Marcus niby od niechcenia skierował rozmowę na inne tory.
Labirynt korytarzy i dźwięków, ciężcy od stali ludzie. Konieczne by nad tym wszystkim zapanować układy.. -pomyślał jedynie, by nadto nie kompromitować gospodarza, po czym podjął:
..musisz się bardzo bać stary przyjacielu, by składać ofertę kulawemu ślepcowi..
Ot, królowa pchnęła gońca, by uderzył w pion.. -znów pomyślał.
Sądzę, że to odpowiednia robota dla Pinkiego, by zapewnił nam wszystkim bezpieczeństwo.. nie uważasz Pinki? -radośnie skierował się ku koszmarowi kłębiącemu się w nogach.
Xavierze, rozumiem że zgromadzone tu przez lata dobra, zarazem atmosfera jak i miejsce na owej drabinie do niebios stanowią dla ciebie źródło satysfakcji i lęku zarazem. Przyznam szczerze, że niespecjalnie mnie one obchodzą..
-niejako kontrastując z ostatnią wypowiedzią wymacał na stoliczku wypełniony życiodajną vitae kielich, łapczywie opróżniając go do połowy. Czuł, że skupił teraz na sobie spojrzenia wszystkich, zgodnie z zamysłem, subtelnie kierując ich myśli na upatrzone tory.
..natomiast interesuje mnie znajdować cię w twym jakże przyjemnym przybytku w dobrym zdrowiu i nastroju w chwilach, gdy interesy nie pochłaniają zbytnio twej zapracowanej egzystencji. Z serdeczną przyjemnością, może też z nudy.. i dla kaprysu emocji wesprę cię w odpowiedniej do mych skromnych możliwości mierze.
Nie znał go od tej strony. Poczucie humoru Ventrue wprawiło go w lepszy nastrój. Pochylił się do Pinkiego i by nie zakłócić wywodu ledwie słyszalnym głosem warknął w podobnym co on tonie.
Pan ładnie opowiada o obrazie Pinki, słuchaj, słuchaj, to ciekawe..
Rozwarł się w fotelu opadając weń głębiej. Uśmiechnąwszy do własnych myśli.
W oceanie dźwięków wyłapywał kolejne słowa.
...margines... odrzucenie... wspólnota..
...niebezpieczeństwo.. opinia.. majątek.. oferta....
Zabawne. Wieczna egzystencja uwypuklała jedynie cechy osób takich jak Xavier. Wciąż pogrążonych w swych małych, tak przyziemnie ludzkich potrzebach. Zdawał się grać w kości ze śmiercią, lecz cóż mogło stanowić stawkę na tyle wysoką, by warta była uwagi nieumarłego?
Otoczenie aż pachniało przepychem.. Ot, złota klatka w której lata temu Xavier zamknął się od środka. I nawet tam, przykuty do własnego tronu teraz drży, by ktoś nie wykradł złotego domku dla ptaszków, razem z zawartością.
Masz tu wspaniałą ochronę Xavierze.. -przerywając milczenie Marcus niby od niechcenia skierował rozmowę na inne tory.
Labirynt korytarzy i dźwięków, ciężcy od stali ludzie. Konieczne by nad tym wszystkim zapanować układy.. -pomyślał jedynie, by nadto nie kompromitować gospodarza, po czym podjął:
..musisz się bardzo bać stary przyjacielu, by składać ofertę kulawemu ślepcowi..
Ot, królowa pchnęła gońca, by uderzył w pion.. -znów pomyślał.
Sądzę, że to odpowiednia robota dla Pinkiego, by zapewnił nam wszystkim bezpieczeństwo.. nie uważasz Pinki? -radośnie skierował się ku koszmarowi kłębiącemu się w nogach.
Xavierze, rozumiem że zgromadzone tu przez lata dobra, zarazem atmosfera jak i miejsce na owej drabinie do niebios stanowią dla ciebie źródło satysfakcji i lęku zarazem. Przyznam szczerze, że niespecjalnie mnie one obchodzą..
-niejako kontrastując z ostatnią wypowiedzią wymacał na stoliczku wypełniony życiodajną vitae kielich, łapczywie opróżniając go do połowy. Czuł, że skupił teraz na sobie spojrzenia wszystkich, zgodnie z zamysłem, subtelnie kierując ich myśli na upatrzone tory.
..natomiast interesuje mnie znajdować cię w twym jakże przyjemnym przybytku w dobrym zdrowiu i nastroju w chwilach, gdy interesy nie pochłaniają zbytnio twej zapracowanej egzystencji. Z serdeczną przyjemnością, może też z nudy.. i dla kaprysu emocji wesprę cię w odpowiedniej do mych skromnych możliwości mierze.
Spoiler!
Ostatnio zmieniony 24 listopada 2014, 14:59 przez koszal, łącznie zmieniany 1 raz.
Cwetanowi podobało się to pomieszczenie. Świetnie nadawałoby się na szybkie rozdanie Texas Hold'em. Tylko kto będzie dzisiaj rozdawał, a kto wygra ?
Opróżnił swój kieliszek vitae i go odstawił.
Interesujące grono tu się zebrało. Niektórych już widział, nie poznał żadnego z nich. No może Xaviera, ale w jakim stopniu ?
Gdy zaczął przemawiać Cwetan przyglądał się z uwagą. Najbardziej zapadło mu w pamięć omówienie obrazu. Skąd ktoś żyjący 200 lat po autorze może wiedzieć co on chciał ukazać na płótnie ? Hmmm może to on go namalował, albo znał autora - przyszło do głowy Bułgarowi
Niebezpieczeństwo - Cwetan uśmiechnął się - tyle razy już je odczuwał. Nie bał się śmierci. Bał się, że nie zdąży załatwić pewnych spraw. Szczególnie teraz gdy Ją poznał. Zapewne zostanie tu jakiś czas a sojusznicy by się przydali.
Karta krążyła między palcami
Opróżnił swój kieliszek vitae i go odstawił.
Interesujące grono tu się zebrało. Niektórych już widział, nie poznał żadnego z nich. No może Xaviera, ale w jakim stopniu ?
Gdy zaczął przemawiać Cwetan przyglądał się z uwagą. Najbardziej zapadło mu w pamięć omówienie obrazu. Skąd ktoś żyjący 200 lat po autorze może wiedzieć co on chciał ukazać na płótnie ? Hmmm może to on go namalował, albo znał autora - przyszło do głowy Bułgarowi
Niebezpieczeństwo - Cwetan uśmiechnął się - tyle razy już je odczuwał. Nie bał się śmierci. Bał się, że nie zdąży załatwić pewnych spraw. Szczególnie teraz gdy Ją poznał. Zapewne zostanie tu jakiś czas a sojusznicy by się przydali.
Karta krążyła między palcami
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
Nietknięty puchar stał obok. Thomas siedział sztywno i słuchał a jego oczy błądziły przelotnie po pomieszczeniu nie skupiając się ani razu na którejkolwiek z osób. Nawet kiedy się wypowiadała. Jego myśli błądziły równie mocno.
Koteria pana Vallo. A może Xawier Price nadal myśli że koteria to jego pomysł? Przyszedł tutaj by dowiedzieć się, że Pan Vallo chce założyć koterię łatwych do poświęcenia o przepraszam, szybko poprawił się w myślach, wampirów jak on to ujął ładnie "spoza układów". Idealnych by wykonać kilka rzeczy a potem na tyle nieistotnych żeby... Wspaniały pan Vallo uprzedzający przed zagrożeniem. Za chwilę podczas diatryby cudownie okaże się że mamy wspólnych wrogów. Potem stanie na tym, że jedynym wyjściem jest ich się pozbyć. A na koniec Vallo wyrzuci niepotrzebne już narzędzia księciu, niech wymierzy karę. Wtedy dopiero okaże się, kto był od początku przyczyną zagrożenia i przez kogo naprawdę Thomas musiał opuścić schronienie.
Ostatnie myśli popchnęły coś mrocznego w środku Thomasa, do działania. Jego wzrok się skoncentrował a kłykcie pobladły zaciskając się na oparciu fotela. Powstał korzystając z chwilowo przedłużającej się ciszy po słowach poprzedników.
- Jako nowy w tym mieście chciałbym się przedstawić. Jestem Thomas Steinbach z klanu Tremere - tu nastąpił lekki ukłon w stronę Xawiera - i jeśli chodzi o koterię to... chętnie przyjmę zaproszenie szacownego gospodarza. Oczywiście jeśli tylko okaże się że jestem wystarczająco dobrze ubrany... - usta wykrzywiły się sugerując żart. A oczy pobłądziły na chwilę na obraz.
"...Te kościotrupy ubrały się w ubrania i próbują udawać ludzi." Już drugi raz ze mnie kpisz Ventrze.
Koteria pana Vallo. A może Xawier Price nadal myśli że koteria to jego pomysł? Przyszedł tutaj by dowiedzieć się, że Pan Vallo chce założyć koterię łatwych do poświęcenia o przepraszam, szybko poprawił się w myślach, wampirów jak on to ujął ładnie "spoza układów". Idealnych by wykonać kilka rzeczy a potem na tyle nieistotnych żeby... Wspaniały pan Vallo uprzedzający przed zagrożeniem. Za chwilę podczas diatryby cudownie okaże się że mamy wspólnych wrogów. Potem stanie na tym, że jedynym wyjściem jest ich się pozbyć. A na koniec Vallo wyrzuci niepotrzebne już narzędzia księciu, niech wymierzy karę. Wtedy dopiero okaże się, kto był od początku przyczyną zagrożenia i przez kogo naprawdę Thomas musiał opuścić schronienie.
Ostatnie myśli popchnęły coś mrocznego w środku Thomasa, do działania. Jego wzrok się skoncentrował a kłykcie pobladły zaciskając się na oparciu fotela. Powstał korzystając z chwilowo przedłużającej się ciszy po słowach poprzedników.
- Jako nowy w tym mieście chciałbym się przedstawić. Jestem Thomas Steinbach z klanu Tremere - tu nastąpił lekki ukłon w stronę Xawiera - i jeśli chodzi o koterię to... chętnie przyjmę zaproszenie szacownego gospodarza. Oczywiście jeśli tylko okaże się że jestem wystarczająco dobrze ubrany... - usta wykrzywiły się sugerując żart. A oczy pobłądziły na chwilę na obraz.
"...Te kościotrupy ubrały się w ubrania i próbują udawać ludzi." Już drugi raz ze mnie kpisz Ventrze.
Usystematyzujmy pisownię w tym pbf bo przyznam, że się miejscami na chwilę gubiłem, kiedy każdy pisze jak chce. Sugeruję pisać jak w książkach:
1) od myślnika wypowiedź, 2) pochyloną kursywą myśli i przemyślenia oraz telepatię, 3) zwykła czcionka do pozostałych opisów. Jestem otwarty na inne propozycje bylebyśmy ujednolicili.
1) od myślnika wypowiedź, 2) pochyloną kursywą myśli i przemyślenia oraz telepatię, 3) zwykła czcionka do pozostałych opisów. Jestem otwarty na inne propozycje bylebyśmy ujednolicili.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein