Strona 4 z 16

: 01 października 2015, 11:37
autor: Yarin
David otrząsnął się. W pomieszczeniu nadal było ciemno i jedynie niewielkie źródła światła rozjaśniały niewielki metraż. Odetchnął kilkukrotnie i podniósł się powoli. Nowy kierownik robót dalej zastraszał pozostałych, pracownika-murzyna nadal nie było. Beltfort wyczekiwał, starając się nie rzucać w oczy Erwinowi - bał się, po prostu i po ludzku, bał się.

David nie przepadał za prankami, chociaż widział ich sporo. Igranie z ludzkimi emocjami dla żartu nie był w jego 'klimacie', jak to się mawia potocznie. No, jedynie żart z psem przebranym za pająka był dość...hmm...sugestywny i zwyczajnie śmieszył Mary Ann.

Agent doskonale znał psychologię tłumu - była ona niezwykle pomocna w spotkaniach z klientami. A zatem wiedział również, że musi dojść alb odo rozłamu alb odo przemocy - A Amerykanin sam był przykładem kolejnej zasady: ktoś z grupy zawsze się łamie. Na szczęście nie nastąpił kolejny krok - panika, chociaż...Baart, jego reakcja nosiła ślady paniki.

David szybkim ruchem podniósł komórkę i schował ją w dłoni. Kiedy bójka rozpoczęła się, mężczyzna prześlizgnął się w miejsce, gdzie leżało ciało. Odzyskał pewność siebie i jasność sytuacji - a w sprawę bójki nie będzie ingerował w żaden sposób: to nie jego poziom. Wzdrygnął się i przełknął ślinę, jednak zdołał włączyć latarkę w swojej P8-mce, a jej światło skierowało się na zwłoki i obok.

Mężczyzna sam nie wiedział tak naprawdę, czego szuka, jednak pamięta kilka scen z horrorów, które oglądał, mimo woli, z Mary. Ta sytuacja, o dziwo, była do nich podobna - dziwne miejsce, ktoś lub coś nagle znika. Zazwyczaj były tajemne zapadki, drzwi, otwory w ścianie, czy inne rzeczy.

'Warto spróbować' - kiwnął ramionami David...

Dla MG:
Spoiler!
Staram się dojrzeć cokolwiek: zapadki, szuflady, jakiegoś przedmiotu, fragment ściany innego koloru itp. - trochę chaotycznie, ale jednak

: 01 października 2015, 16:21
autor: Dobro
Ahmed szybko wyciągnął swój smartfon i włączył latarkę, by oświecić ciemność i walczących mężczyzn, lustrując przy tym dokładnie Ervina. Nieznacznie przybliżył się do nich...

- Jak w przedszkolu. Zaraz się bagiety zjadą, to się wszystko wyjaśni - powiedział głośno, wciąż oświetlając bójkę.
Spoiler!
Jeżeli Ahmed uzna, że będzie w stanie szybko zabrać Ervinowi rewolwer - od razu zrobi to. Jakoś nie wierzy meksowi, że to tylko atrapa... ale jeżeli będzie duża szansa, że sam dostanie od niego wpierdol, to zaczeka spokojnie na policję, rozglądając się jedynie po pomieszczeniu i próbując kodować w pamięci co ciekawsze rzeczy.

: 01 października 2015, 23:00
autor: Suriel
Pozostawieni samemu sobie Baart i Ervin stali nieco z boku przez chwilę mierząc się nawzajem wzrokiem. W tym czasie przedsiębiorczy David obszukiwał pomieszczenie w poszukiwaniu tajemnych zapadek, drzwi, otworów w ścianie i wszystkiego co wydawało mu się intrygujące. Towarzyszył mu Ahmed przyświecając nieco z boku przy poszukiwaniach. Obaj mężczyźni trzymali jednak rękę na pulsie, rzucając ukradkowe spojrzenia w kierunku Meksykanina a konkretnie podejrzanego przedmiotu którym jeszcze przez chwilą wymachiwał.

Ciemność skutecznie utrudniła im poszukiwania. Jedyne co znaleźli obaj to kilka kropel krwi na kamiennym katafalku, zapewne z krwawiącego nosa Numbiego oraz resztę ciała zakonnicy. Leżała w mroku jakieś dwa metry od miejsca w którym ją znaleźli. Wyglądało jakby ją jakąś nieznana siła cisnęła na tą odległość. Kiedy obaj pochylili się lekko by przyjrzeć się jej bliżej i być może dowiedzieć się coś więcej odezwał się Pascal.

- Bardzo mi przykro ale muszę Panów stąd wyprosić. Nadal to miejsce jest własnością szpitala i w zaistniałej sytuacji obawiam się, że muszę zaplombować całe to skrzydło w takim stanie jakie jest aż do odwołania. - westchnął ciężko jakby zbierając się do powiedzenia rzeczy trudnej - Muszę też, niestety zgłosić popełnienie przestępstwa, mam na myśli kradzież. Jeśli dobrze usłyszałem, to ktoś już wykręcił numer po odpowiednie służby, więc po prostu poczekamy na nich wszyscy razem u doktora. Jestem też pewien, że panów sprawa ta nie dotknie w żaden sposób. Ale najpierw... najpierw spróbujemy włączyć prąd, żeby zadziałały kamery i żebyśmy się nie pozabijali w ciemnościach. - mimowolnie spojrzał na Ervina i Baarta - Rozdzielnia główna jest niemal dokładnie piętro pod nami. I tu problem, bo zupełnie nie mam o tym pojęcia, czy któryś z...

- To nie będzie trudne, ja się trochę na tym znam. - przerwał mu Camille.
Czekam na deklaracje do soboty od jakiejś 22, potem ruszam dalej z fabułą, pora się w końcu obudzić Panowie. To jedyny punkt obowiązkowy tej sesji, cała reszta potem w waszych rękach.

: 02 października 2015, 01:59
autor: koszal
- Panie Doktor, włączyć prąd to i ja mogę, ale to mi teraz akurat zwisa. Zjechałem tu na pieprzone święta, żeby zarobić parę groszy premki. Jak przesiedzę to na pogaduchach z psami to ani forsy z tego nie będzie, ani świątecznego marszczenia pały przy piecku. Zanim więc zjadą tutaj pały proponowałbym znaleźć Numbiego, to przynajmniej będziemy się mogli w spokoju rozjechać do domów, bo pewnie to on pomyka teraz w siną dal z cacuszkiem. Nerwy mnie poniosły przez ten wasz głupi szpitalny dowcip, ale jak mnie na dołek przez to zamkną na święta, to jak z niego wyjdę to wam już tutaj do śmiechu nie będzie... -spojrzał na Ping Ponga- Podkurwiłeś mnie Pan na maksa tymi glinami ale kumam że to jakaś część dowcipu, który przyznam już mnie z deczka nudzi. Idę szukać mojego człowieka, a jak któryś z was ma inne zdanie to za 10 minut czekam na dole i możemy to sobie tam wyjaśnić na solo.

Stahler odwrócił się prowokacyjnie ukazując szerokie plecy, czekał chwilę na cios, po czym ruszył do wyjścia.

- Nie było słychać silnika samochodu, a Numbi miał klucze od ciężarówki, więc jest jeszcze pewnie na obiekcie.

: 02 października 2015, 11:31
autor: Yarin
David westchnął. Nie znalazł niczego, co by mogło choć odrobinę rzucić cień na wydarzenia sprzed kilku minut. Meksykanin zaczął coraz bardziej go irytować - zupełnie nie panował nad swoimi emocjami, a w takiej sytuacji, w jakiej wszyscy się znaleźli, było to destrukcyjne zachowanie.

- Posłuchaj, opanuj się, ok? W za małe gówno wdepnęliśmy, żebyś musiał zachowywać się jak jakiś dzikus lub nastolatek ze zbyt dużym stężeniem testosteronu? - Mężczyzna odezwał się na głos, spoglądając na Erwina. Nie mówił groźny tonem, bardziej rzeczowym i spokojnym.

- Zgadzam się z panem Pascalem: w świetle prawa to jeszcze nie własność Azure i w obecnej sytuacji reprezentant szpitala jest głównym decydentem. Poczekajmy na policję.

: 02 października 2015, 22:27
autor: 8art
Baart masował piekącą od uderzenia twarz, hardo patrząc na wiele potężniejszego Meksykanina. Morda nie szklanka nie stłucze się, powiadali na dzielnicy na której się wychował, ale solo z Erwinem było samobójstwem. De Jong może i potrafił przyłożyć w ryj, ale był w wadze piórkowej, a Sthaler bardziej przypominał Wałujewa.

- Lubisz bić słabszych, nie? - zapytał zaczepnie w odpowiedzi na oferte solówki, choć do bójki nie było mu spieszno. Dał już upust złości i w swoim mniemaniu pokazał, że nie pozwoli sobą manipulować za pomocą prymitywnej siły... Pozatym Sthaler udowodnił już, że potrafi zrobić uzytek z wielkich łap.

Poczuł tylko dreszcz głupiej satysfakcji, że policja pewno zawinie Erwina za posiadanie broni, na którą pewnie nie miał pozwolenia. A nawet jeśli ma, to i tak będzie musiał tłumaczyć się gęsto na dołku. Może w Meksyku chodzono z armatami do sklepu, ale Europa nosiła nadal dumne i rozsądne miano regionu, gdzie posiadanie broni przez obywateli było mocno ograniczone.

Przytaknął Dawidowi wyajśniającemu prostymi słowami status prawny obiektu. Zgadzał się z tym co do joty. Lepiej było stąd wyjść i zostawić wszystko policji, niż potem zostać posądzonym o zniszczenie śladów, które być może policyjni technicy chcieliby zabezpieczyć.

Przeżegnał się tylko w kierunku leżacego, pozbawionego głowy ciała zakonnicy, odamiawiając w myslach modlitwę za zmarłych.

: 04 października 2015, 02:05
autor: Suriel
Sanite, wschodnie skrzydło, 30 października, 5 godzin i 45 minut do północy.

Barczysta sylwetka Stahlera zdołała już zniknąć w ciemności korytarza. Jeszcze przez chwilę widać był jego zapalniczkę lecz nawet i ona zniknęła kiedy skręcił za załom korytarza.

- Jeszcze chwilę, muszę zebrać swoje graty żeby odpalić tą pieprzoną rozdzielnię, a w tej ciemności nic nie mogę znaleźć... - wymamrotał Camille przemykając to tu, to ówdzie już na zewnątrz tajemniczej komory. Po dłuższej chwili wychynął z ciemności ze skrzynką z narzędziami. - No, chyba wszystko zabrałem, możemy się stąd zabierać.

Wszyscy uszyli za Pascalem, który gadał jak najęty. Prowadził ich jak się zdawało do wyjścia którym przyszli. Lecz tylko do pewnego momentu.

- Zatrzymajmy się tutaj. Dalej jest załom a za nim klatka schodowa która przyszliśmy. Niestety w przypadku braku mocy wszystkie drzwi w budynku automatycznie się blokują. Ze względów bezpieczeństwa. Karty magnetyczne takie jak moja nie działają, trzeba mieć specjalny klucz...

Z dalszej części korytarza, przy klatce schodowej słychać było odgłosy szarpania za klamkę i stek przekleństw, w większości po hiszpańsku. Pascal zachichotał.

- Zaraz tu do nas dołączy. Okna w całym budynku są zakratowane na solidnie, ta niewielka ilość której nie zamurowano. Stąd się nie da tak łatwo wyjść Panowie. Właściwie to tylko przez hol główny albo przez... - przerwał mu pojawiający się blask zapalniczki Ervina.

- Spokojnie panie kierowniku. Tu jest zejście do piwnicy, gdzie jest główne zasilanie. Zaraz je włączymy i będzie Pan mógł sobie pójść, gdzie pan zechce. Hej, ale będziecie panowie mieli anegdotę do opowiadania w towarzystwie. Piwnica szpitala psychiatrycznego i to bez prądu... - uśmiechnął się wesoło - Zapraszam panów, serdecznie... - Mówiąc to pchnął ciężkie stalowe drzwi, które ze zgrzytem protestu się rozwarły.

[center]Obrazek[/center]

Mężczyźni ruszyli schodami w dół, za oświetlenie mając jedyne liche światło z komórek. W piwnicznym korytarzu wyraźnie czuć było wilgoć i ten trudny do opisania zapach stęchlizny mieszającej się z pleśnią.

- Uwaga, na kabel na podłodze. - powiedział Pascal przestrzegają przez grubym niebieskim przewodem położonym wprost na posadzce. - No i jesteśmy gdzieś pod tym nowy pomieszczeniem, mniej więcej...

- To tutaj. - Powiedział Camille. Podszedł do metalowej szafy i przez chwilę walczył z zamknięciem. - Ale stara... - powiedział zaglądając do środka - Nic z tego nie rozumiem. Licznik zapierdala a światła ni ma. I to jak zasuwa, spójrzcie na to... Kręci się jak głupi.

- Zdzwonię, zapytam się od czego. Cholera, nie ma tutaj zasięgu, muszę się cofnąć na schody... - Powiedział wpatrzony w komórkę Pascal oddalając się od grupy.
- Wszystko aż jest ciepłe. - kontynuował tymczasem diagnozę Camille - Nic dziwnego, że nam nie starczało jak takie ilości bierze szpital. Myślałem, że się zamykacie a wygląda jakbyście właśnie nową fabrykę otworzyli. Ejże, ktoś tu bierze straszne ilości mocy i to przez ten cholerny kabel co go mijaliśmy idąc. Spróbuję go odłą...

- Nie!! - wrzasnął z końca korytarza karzełek.

Było jednak już za późno, kabel odczepiono. Olbrzymi snop wyładowania przeskoczył na Camille tworząc w ciemności jasno-niebieski łuk. Ogromne ilości mocy rozeszły się po wilgotnej posadzce, powalając wszystkich mężczyzn. Utrata przytomności zaoszczędziła im olbrzymiego bólu, kiedy na chwilę ich serca przestały bić. Ogarnęła ich ciemność...
Rozpoczynamy od jutra Przebudzenia. Będzie kilka postów. Po ostatnim, zbiorowym opisującym pobudkę i sytuację ruszamy z akcją na poważnie. Jako, że tekstu jest do przygotowania jest naprawdę sporo proszę o cierpliwość i wyrozumiałość. Postaram się publikować jeden-dwa dziennie. Do środy powinienem się z tym uporać.

: 04 października 2015, 21:37
autor: Suriel
Baart deJong, w świątyni Pana.

Czy ja umieram? Czy to mnie zabiło? Usłyszałeś swoje własne pytania ale miałeś wrażenie jakby je wypowiadał ktoś obok, ten drugi ja. I poczułeś, że duch twój powoli zaczyna się wznosić w czymś w rodzaju tunelu na końcu którego jaśniało jakieś światło nieziemskie. Było tam też coś jeszcze, oprócz światła. Kiedy się zbliżyłeś zobaczyłeś, że wokół światła wirowało mrowie istot skrzydlatych.

[center]Obrazek[/center]

Podkład muzyczny:
https://www.youtube.com/watch?v=FWiyKgeGWx0

Uniosłeś się ponad tunelu i wzniosłeś wyżej, ponad anioły krążące wokół wylotu z tunelu. Widziałeś jak mieczami strącały część duchów wznoszących się w tunelu tak samo jak ty przed chwilą. Obok olbrzymiej ilości strażników niebios, których biel skrzydeł poruszała się jakby pod wpływem tchnienia zobaczyłeś nieprzebrane liczby ludzi, w białe szaty przyodziane. Wybrańcy stali jakby równinie. A byli tam starcy, którzy przy wierze gorliwej do końca swych dni zostali, i męczennicy za wiarę straceni, i dzieci które zabrały pomory albo wojny. Wszyscy oni zebrali się w miejscu świątynnym. I wszystkim po sprawiedliwości oddane było to, co zostało przez niegodziwość ludzką zabrane na ziemskim padole. Śpiewali oni donośnym głosem o sprawiedliwości w Losie jakim ich obdarzył Pan, a pieśń rozchodziła się donośnie w przybytku Jego.

A nad posłańcami skrzydlatymi, Archanioły dowodziły w zbrojach złotych i z chorągwiami w dłoniach mocarnych. Nieopodal nich zaś stały Zwierzchności w królewskie szaty odziane, każdy z berłem do rządzenia nad jednym z plemion ludzkich.

[center]Obrazek[/center]

A powyżej całe czarne niczym czeluść Władze, którym jedynie oczy płonęły ich krwistą czerwienią pod kapturami zasłaniającymi twarze. Pilnowały one wypełniania praw Jego, i siłę miały do poskramiania braci swych upadłych i złych duchów, mieczami ognistymi. Opodal stały Moce w ołowiane chmury przyobleczone, którym dano moc czynienia wszelkich cudów na ziemi. A obok nich niezłomne Panowania którym dano czas, przestrzeń oraz wszelkie inne prawa kosmosu i ciał niebieskich we władanie. A szaty ich jakby mgławic kosmicznych i z gwiazd i się składały.

A ponad nimi stały Trony dumne. Które najpokorniejsze z pokornych niczym lustra odbijały chwałę Jego na cały lud więżący. A od ludu i braci niebieskich modlitwy chwalebne, prośby i podzięki przynosiły.

A nad nimi cztery Cheruby z których każdy miał po cztery twarze: człowieka, wołu, lwa i orła. I każdy z nich miał po cztery skrzydła; dwa z nich przylegały wzajemnie do siebie, a dwa okrywały ich tułowie. Każdy z nich poruszał się prosto przed siebie; szły tam, dokąd duch je prowadził; idąc nie odwracały się. Przy każdym Cherubie były dwa koła żywe, jakby jedno w drugim, a kołom została nadana nazwa galgal. Ich całe ciało - plecy, ręce, skrzydła i koła u wszystkich czterech - było wypełnione dokoła oczami. I dane im było poznać mądrość całego stworzenia Pana.

A wyżej stały serafiny z płomienia bezdymnego, z czystej miłości złożone, każdy z nich miał po sześć skrzydeł; dwoma zakrywał swą twarz, dwoma okrywał swoje nogi, a dwoma latał. Gorejąc nieziemskim żarem nie przestawały śpiewać: Chwała, chwała, chwała...

A na tronie ponad dobrem i złem, ten przed którym zgina się każde kolano. Z sylwetki jakby człowiek przypominał a tren szat jego białych większą część świątyni wypełniał.

I usłyszałeś głos donośny od którego zadrżał przybytek cały i który dymem wypełnił świątynię całą.

- Któż będzie kolejnym komu dane będą klucze by otwierać Bramy Losów Ludzkich. Albowiem nie ma nieporządku ni przypadku, jest jeno wola Jego. - I poznałeś, że to Cherub pełny wiedzy boskiej wołał. I poczułeś jak żałość napełnia serce twoje.

- Ale ja nie jestem czysty! - mówiąc to cicho do siebie rozdarłeś swe szaty.

Usłyszałeś furkot skrzydeł jego kiedy w chwilę krótka zbliżył się do ciebie.

- Tam! - Rzekł Cherub i wskazał na kadź ze złota, którą czerwień najświętsza wypełniała. I padłeś na kolana i poczułeś jak łzy z oczu płyną ci strugami, bo zdałeś sobie sprawę do kogo należy, ta krew najmilsza, wszelki grzech zmywająca. Drżącymi dłońmi zaczerpnąłeś z kadzi i obmyłeś twarz i ciało słodką czerwienią. I ani kropla nie spadła zmarnowana, wszystko przylgnęło do ciała twego oblepiając je zupełnie.

- Ubierz białe szaty. Przeto wypisz swe imię na wieży sług Jego albowiem teraz czysty jesteś i godny by być wykonawcą Jego planu. I mówiąc to zerwał ze swych skrzydeł pióro jedno, jak noc czarne i podał byś na bielutkiej wieży z kości słoniowej krwią wypisał imię swoje.

A z każdą literą moc napełniał cię przedziwna i cudowna za razem. Czułeś jak odrywasz się od słabości swoich. Wzrok twój tajemnicę przeznaczenia plemion ludzkich widzi. I zrozumiałeś, że oto odtąd dane ci są klucze do nich. I władza by je zmieniać.

Obrazek

Kończąc pisać swe imię na białej jak śnieg wieży, czułeś jak krew która miałeś na twarzy miesza się z łzami szczęścia, spływa po policzkach, dostaje się do ust. Łzawiące oczy coraz mniej widziały, przetarłeś przeto je ręką, która wydała ci się bardzo ciężka. Kiedy otworzyłeś oczy swe na nowo okazało się, że leżysz na szpitalnej posadzce. W ustach nadal czułeś krew.
Inspiracje. 1) Biblia, księga Ezechiela, Księga Izajasza i oczywiście Apokalipsa Św. Jana 2). Pseudo Dionizy Areopagita, Hierarchia niebieska, t. II, tłum . M. D zielska, Znak, Kraków 2005r 3). "O, fortuna" z Carmina Burana Carla Orfa.
Spoiler!
Kropki w arkanach; dwie w Losie jedna w czasie, jedna w życiu i jedna do rozdysponowania dowolnie. Pora rozdać punkty wolne. Sugeruję wydać trzy punkty na gnozę i podnieść ją na 2, inaczej będziesz miał naprawdę trudności w używaniu arkan.
Jedną jeszcze ci wiszę ale dodam w trakcie gry. W kulminacyjnym momencie gry, lub gdy będziesz o krok przed śmiercią (zależy co pierwsze się stanie).

: 04 października 2015, 22:06
autor: Suriel
David Beltfort i najlepsza fucha na świecie...

Dawid zbliżał się z wielką prędkością do czegoś co mógłby określić jako obiektyw kamery albo aparatu. Musiał być olbrzymich rozmiarów, ponieważ mieścił w całości przelatującego Dawida. Od środka uznał, że jest stanowczo za długi na obiektyw i bardziej przypomina jakiś rodzaj tunelu ze światłem na końcu.

[center]Obrazek[/center]

Trochę klasyki jak z rozbiegówek w starych filmach o Jamesie Bondzie. Niezłe ale wyreżyserowałbym to znacznie lepiej. - pomyślał i wypadł z tunelu w bezkresną ciemność...

David czuł jak coś go uciska. Obudził się w ciemny pomieszczeniu podobnym do małego archiwum z filmami, w którym kiedyś zatrzasnął się podczas stażu w telewizji. Właściwie to z zazdrości zatrzasnęli go specjalnie jego koledzy z roku. Dawid zawsze starał się być najlepszy z grupy. I tak przeważnie było. Lubił to uczucie przewagi nad innymi, dawało mu to pewną swobodę. Spróbował się poruszyć i do razu poczuł, że było jeszcze coś nie tak, jego ruchy były ograniczone jakby był czymś niewidocznym skrępowany. Z trudem dotarł do drzwi, miał wrażenie jakby się poruszał wspak. Kiedy w końcu dotarł do drzwi wyszedł na czerwony jak krew korytarz.

[center]Obrazek[/center]

Czerwone światło tego typu co na korytarzu przypominało mu miejsca w których wywoływało się fotografie. Po bokach korytarz miał liczne zasłony na których było coś wypisane w języku którego nie znał. Popchnął jedną z nich za nią znajdowało się profesjonalne pomieszczenie do kręcenia filmów. Również całe skąpane w czerwonym świetle. Przed nim aktorzy którzy jakby zamarli w czasie. Wszystko było na miejscu, rozstawione wprost idealnie do strzelania zdjęć. Brakowało tylko ekipy filmowej. Stał tam też pusty reżyserski rozkładany fotel. Zasiadł na nim bez chwili zastanowienia.

-Akcja! - krzyknął przez tubę. Jednym hasłem uruchomił aktorów a cała fabuła ruszyła. David nie znał jej treści ale fabuła wydawała mu się oczywista, nie wiedział tylko co ma reklamować. W ciepłej domowej kuchni małą dziewczynka, może sześcioletnia i jej mama. Mama nie patrzy na dziecko zajęta pracami kuchni. Dziewczynka sięga po coś z blatu. Stoją też tam noże kuchenne, cały komplet w dużym drewnianym stojaku. Dziewczynka sięgając potrąca komplet. Spadają. Jeden leci prosto w jej oko...

- Stop! - krzyknął David przez tubę. Akcja się zatrzymała, wszystko stanęło w miejscu jakby ktoś wcisnął pauzę. Noże wisiały w powietrzu. Wstał i podszedł do dziewczynki, była taka delikatna. Zrobiło się mu jej żal. Dotknął palcem wiszącego w powietrzu ostrza i przesunął o kilka cali z dala od jej oka, po czym wrócił na fotel.

- Akcja! - noże spadły nie czyniąc dziewczynce żadnej szkody. Scena zakończyła się happy endem. Opadła kurtyna a czerwień w pomieszczeniu jakby przygasła. Przez chwilę siedział zamyślony. Zdał sobie sprawę, że tym razem nie sprzedawał nikomu żadnego towaru. A przynajmniej nie materialnego. Tym razem był reżyserem ludzkiego losu. Tym razem kręcił spoty o ludzkim przeznaczeniu.

Wstał i ponownie wyszedł na czerwony korytarz. Wszedł do następnego pokoju gdzie była inna lecz równie dramatyczna scena. Tym razem nie było scenerii, była tylko krwista czerwień pomieszczenia. W tle był jedynie napis Redrum. Napis z błędem ortograficznym - przeleciała mu myśl przez głowę. Z przodu stały dwie kobiety, obie rudowłose. Jedna znacznie starsza czesząca szczotką młodszą. Młodsza w dłoniach miała toaletowe nożyczki. Z tyłu sceny stał mężczyzna odwrócony plecami. Jego twarzy nie dało się zobaczyć, była skryta w mroku. David czuł jednak bijącą od niego, trudną do określenia moc. Niepokoiło go to i powodowało, że wszystkie włoski na karku stawały mu dęba. Nie miał ochoty się zbliżać do tego człowieka. David nie bardzo wiedział co zrobić w tej scenie. Poczuł się jakby tym razem nie tylko on był reżyserem tej sceny. W końcu doszedł do wniosku, że jedyne co może zrobić to wytrącić nożyczki z dłoni młodej kobiety. Uruchomił akcję. Trwała krótko. Wyszedł stamtąd szybko, na korytarzu odetchnął z ulgą.

[center]Obrazek[/center]

W końcu odwiedził wszystkie pokoje za wyjątkiem ostatniego. W każdym z poprzednich poprawiały zmieniał rzeczywistość na lepszą. Przestawiał wiszące w powietrzu kule zanim kogoś trafią, zmieniał tory lotu przedmiotów, wytrącał z równowagi ludzi by się uchylili przed czymś. Czuł się jak w amoku. Wszędzie było coś do poprawienia, na lepiej, na gorzej, po swojemu.

Zajebiste! To była najlepsza robota jaką miałem. Chcę kontrakt na stałe.


Nacisnął klamkę w ostatnim pokoju czując żal, ze to już niemal koniec. Na scenie była jego Mary Ann, to była jakaś niewielka duszna kawiarenka w którym było niezwykle tłoczno. Podszedł do starszego mężczyzny i delikatnie go popchnął powodując, że stracił równowagę. Na planie brakowało tylko jednego aktora. David stanął w jego miejscu. - Akcja. - Powiedział cicho a potem w ułamku sekundy zadziało się wszystko. Starzec potrącił Mary Ann a ona wpadła na Davida z kubkiem kawy brudząc mu doszczętnie drogi garnitur. Zaczęła go przepraszać ale on nie reagował, tylko patrzył olśniony. A kiedy uśmiechnęła się i zobaczył jej urocze dołeczki wiedział, że przepadł bez pamięci. Pamiętał ten moment, tak właśnie się poznali.

Nagle wszystko zniknęło. Był sam, w świetle jupiterów przy jakiejś olbrzymiej nowoczesnej wieży z metalu i nieprzejrzystego szkła. Nie wiedział gdzie się znalazł ale miał wrażenie, że patrzą na niego. Czuł jakby jakaś niewidoczna widownia śledziła uważnie każdy jego najmniejszy ruch, jak bohatera jakiejś abstrakcyjnej gry na jednym z internetowych portali.

Podkład muzyczny:
https://www.youtube.com/watch?v=L1v7hXEQhsQ

Multikolorowym sprayem, który przy psikaniu, oprócz barw i zapachów wydobywał z siebie także różne tony dźwięków wypisał na wieży swoje imię. Kiedy kończył czuł jakby z jego postrzeganiem rzeczywistości coś się zmieniło. Teraz w końcu widział świat w pełni takim jaki był naprawdę. Widział zapachy, kolory miały smak, widział barwy jakich nie ma na ziemi. Dotyk uruchamiał dźwięki jakich nigdy jego ucho nie słyszało. Nadal coś go ściskało, teraz jednak jego wzrok boskiego reżysera zobaczył co cały czas wlókł za sobą. Był to pól materialny łańcuch, który ktoś mu przytwierdził do szyi. Szarpnął i poczuł jak ogniwa pękają. Tym samym ostatnia kotwica ograniczająca jego świadomość puściła. Zalała go eksplozja doznań i bodźców wykraczająca poza ludzkie zrozumienie. Miał wrażenie, że teraz ma wszystkie zmysły boga.

[center]Obrazek[/center]

Nagle, zrobiło mu się niedobrze od nadmiaru bodźców, dławiły go. Obudził się głośno kaszląc, był na skraju zwymiotowania.
Inspiracje: 1) David Gilmour - Rattle That Lock, 2) Czerwona Loża.
Spoiler!
Kropki dostępne dla ciebie w arkanach od teraz: dwie w Losie jedna w umyśle, jedna w duchu i jedna do rozdysponowania dowolnie. Pora rozdać punkty wolne. Sugeruję wydać trzy punkty na gnozę i podnieść ją na 2, inaczej będziesz miał naprawdę trudności w używaniu arkan.
Jedną jeszcze ci wiszę ale dodam w trakcie gry. W kulminacyjnym momencie gry, lub gdy będziesz o krok przed śmiercią (zależy co pierwsze się stanie).

: 05 października 2015, 20:02
autor: Suriel
Ahmed Assad Omar. O tym jak księgowy zmieniał szefów.

Stał jakby w oku cyklonu gdzie panował zupełny spokój. Dookoła zaś, wirowały w gigantycznym tornado duchy. Setki tysięcy ludzi, zwierząt oraz różnorakich bytów, których nie potrafił przyporządkować ani nazwać, wirowało w tym tornadzie dusz unosząc się spiralnie coraz wyżej i wyżej. Ich jasna, półmaterialna poświata była jedynym źródłem światła w tej bezkresnej ciemności w jakiej się znalazł.

[center]Obrazek[/center]

Ahmed stał po środku tego cyklonu bytów, który zdawał się brzmieć tysiącem różnorakich głosów przypominającym buczenie niczym w olbrzymim ulu. Nagle poczuł, iż jakaś siła delikatnie odrywa go od podłoża i pcha środkiem wiru w górę, ku wylotowi. Czyli tam dokąd niosło i duchy. Wzbijając się coraz wyżej starał się przyjrzeć wirującym dokoła niego duchom ale tylko kilka zdołał odróżnić, tak bardzo były ze sobą ściśnięte w jedną duchową masę. W tej masie niematerialnych kształtów rozróżnił jakiegoś starca bez połowy twarzy i matkę kurczowo zasłaniające swoje dziecko, reszta była nierozpoznawalną plątaniną duchowych części ciała. Nagle uświadomił sobie, że im bardziej zbliżał się do wylotu tym bardziej nabierał prędkości w swym locie.
Wir wypluł go brutalnie, aż mu w oczach pociemniało. Leżał na posadzce czegoś co na szybko ocenił na jedną ze starych egipskich świątyń. Ciemność tego ponurego miejsca rozświetlały duże płaskie czary w których płynął płomień.

[center]Obrazek[/center]

Pośród nich stał mężczyzna o czarnej karnacji i idealnym atletycznym ciele natłuszczonym oliwką. Zamiast ludzkiej głowy miał łeb szakala. Ahmed poczuł zawrót głowy i zabobonny lęk. Stał nad jakimś pokrytym hieroglifami stole i wyrywał duszom serca wrzucając je do jednej z dwóch kadzi, czarnej bądź białej. Resztę, zrzucał w kąt skąd dochodziły odgłosy rozszarpywania, miażdżenia kości i mlaskania. Kilka warczących kształtów, przypominających Ahmedowi czarne jak noc szakale o płonących ślepiach walczyło ze sobą o ochłapy z ludzkiego ciała. Postać przerwała wykrawanie serc, jakby wyczuwając coś i obróciła gorejące w ciemności oczy w kierunku Ahmeda. W jednej chwili przeleciała przez głowę Ahmeda myśl; starzy bogowie istnieli!

- Ty, niewierny psie! - rzucił niskim głosem w staroegipskim gardłowym języku. Jego oczy zapłonęły wściekłością, po czym ruszył by zmiażdżyć Ahmeda, od którego był większy co najmniej dwa razy.

Ahmed poczuł jak ziemi zadrżała kiedy ruszył szybkim krokiem w jego stronę. Wiedział, że nie umknie bogu śmierci w jego własnej świątyni. Nie czekał jednak biernie na rozszarpanie, upadł na kolana i czołem dotknął ziemi oddając głęboki pokłon.

- Pozdrawiam was bogowie, którzy przebywacie w domu Dwóch Prawd; znam was i imiona wasze; nie pozwólcie mi upaść pod wasze mordercze ostrza; i nie przynieście mej słabości Ozyrysowi, bogowi któremu służycie...

- Wstrzymaj się synu, albo wiem to nie Ba do nas przybyło. To Sahu pchane mocą Hekau, którego uczniem jest ten oto śmiertelnik. Jego czas jeszcze nie nadszedł by trafić do krainy Duat. - powiedział ostry jak bicz kobiecy głos.

Ahmed spojrzał w stronę skąd doszedł go ratunek. Na tronie nieopodal siedział mężczyzna o szklistym surowym wzroku i bladym ciele na głowie zaś miał koronę atef, zdobną w pióra. Obok niego stała czarnowłosa piękna kobieta o mrocznym usposobieniu i sykliwych ustach. Oboje byli olbrzymi niczym Anubis i równie idealni w kształtach swych boskich ciał.

- Mimo, że świetlanym uczniem Hekatu jest, to nie dostąpi zaszczytu, nie utnę mu głowy i nie rzucę na pożarcie wężowi Settet-Fenurowi. Zbluźnił przeciw maat i nie przestrzega świętych praw bogów Egiptu. Nie pamięta, wyparł się! Jawnie mówi że innemu służy! Rozszarpię psa niewiernego! - Ryknął Anubis.

- Lecz mówi to nie Ab** lecz tylko usta jego. - Stwierdziła Neftyda podchodząc do klęczącego Ahmeda, który wciąż szeptał ciche modlitwy w próżnej nadziei, że go wybawią. Poczuł nagle jak boginka, stawia mu ciężką stopę na karku. Kręgosłup zatrzeszczał wołając o ratunek.

- Od teraz będziesz mym najgorszym niewolnikiem - powiedziała. - A kiedy się już tobą znudzę rzucę twe ciało na pieniek rzeźnicki mego syna. A teraz niewolniku, wypisz swe imię na wieży dusz! - mocne pchnięcie nogi przeturlało ciało księgowego po marmurowej posadzce świątyni. Nie stawiając oporu chwycił dłuto i podszedł do wieży przypominający olbrzymi przezroczysty kryształ. W jego świecącym wnętrzu duchy waliły o ściany błagając o wypuszczenie. Drżące dłonie zaczęły powoli wybijać imię, pieczętując wieczny pakt.

Ahmed poczuł jednak jak w jego wnętrzu budzi się jakaś inna siła. Inna wola, zdolna zmieniać duchowy ład. Poczuł jak ogarnia go moc zawarta w krysztale. Siła duchów tam zamkniętych pobudziła w nim jakąś cząstkę, która rozeszła się na wokół niego z prędkością sokołów.

[center]Obrazek[/center]

- Ten dureń, chce cię oszukać prostym Hekau matko! - ryknął Anubis, w tym samym momencie stado szakali przy stole ofiarnym, rzuciło się w stronę Ahmeda aby go rozszarpać. Ale nie zdążyły.

- Dosyć! Nie ma miejsca w Amenti dla żyjących. Powróć z Duat za Horyzont! - powiedział siedzący na tronie Ozyrys, po czym stuknął kosturem. Głuchy dźwięk stuknięcia zadudnił w świątyni, a Ahmed poczuł jakby zaczął spadać. Kotwica z ciała ciążyła mu ciągnąc go coraz bardziej w dół...

- "...niechaj będą obroniony przed nimi w dniu dopełnienia Udżat w Jenu. Jestem czysty, jestem czysty, jestem..." - wyszeptały usta Ahmeda kiedy się budził na twardej posadzce szpitalnej piwnicy.
Inspiracje. 1) Egipska Księga Umarłych. Fragment zaklęcia 125 tzw. Sądu nad umarłymi przekład własny z Janzen, W. "Old Testament Ethics" 1994 Westminster/John Knox Press. 2) . Księga umarłych kapłana pisarza Neferhotep, Papirus egipski Muzeum Czartoryskich w Krakowie przekład pobrany z tekstu Tadeusza Andrzejewskiego 3) podręcznik do systemu Mumia

* Hekau - egipski magiczny paradygmant
**Ab - serce człowieka

nie ma podkładu muzycznego, nic dobrego nie potrafiłem znaleźć :|
Spoiler!
Kropki w arkanach; dwie w Duchu , Dwie w Śmierci i jedna do rozdysponowania dowolnie.
Jedną jeszcze ci wiszę ale dodam w trakcie gry. W kulminacyjnym momencie gry, lub gdy będziesz o krok przed śmiercią (zależy co pierwsze się stanie).
Jako jedyny masz pojęcie co się tak naprawdę stało. Wygląda na to przeszedłeś przez tak zwany Horyzont, czyli wyrwę w rzeczywistości do wyższych światów. Podobno żaden śmiertelnik nie może tego dokonać samodzielnie. Wiesz to z okruchów wiedzy okultystycznej jakie zbierałeś latami.

: 05 października 2015, 21:39
autor: Suriel
Ervin Stahler, czyli Harleyem przez zaświaty.

Erwin poczuł jakby spadał, przez chwilę wszystko traciło swoją ostrość, a kiedy ją nabrało odnalazł siebie w pozycji horyzontalnej. Powoli podniósł się i rozejrzał. Znalazł się w jakimś tunelu, który wyglądał jakby był zrobiony z dużych betonowych kręgów, albo czegoś podobnego. Spokojnie mógł się wyprostować. Przypominało to przepusty techniczny jaki się czasem robi przy autostradach. Przy czym on sam, znajdował się w odległym od wyjścia zaślepionym końcu. Średnica co najmniej ze trzy metry, ocenił fachowym okiem budowlańca rozglądając się dookoła. Musiał służyć za jakieś schronienie dla gównażeri bo wszędzie było pełno zużytych prezerwatyw i różnokolorowych napisów wykonanych sprayem w języku, którego zupełnie nie rozumiał. Tunel był zajebany puszkami po kiepskim piwie, niedopałkami i pustymi butelkami po tequili. Śmierdziało moczem. Nie wiedział gdzie się znajdował ale na końcu tego cholernego tunelu było jakieś światło. Kiedy śmiało ruszył w stronę wylotu pod glanami zachrzęściło mu szkło z butelek po gorzale.

[center]Obrazek[/center]

Wyszedł z tego dziwnego tunelu pod nim rozpostarła się olbrzymia przestrzeń, jakby kanion. Okolica przypominała mu dolinę w której było starożytne Tenochtitlan stolica Azteków z których rodu zresztą pochodził.
Ale mam popierdolony sen. Pomyślał spoglądając na bezkresny kamienny labirynt pod nim. Przez chwilę stał przyglądając się pokrętnej budowli, która z wysokości przypominała mu zwoje ludzkiego mózgu. Po środku mrocznego labiryntu stała zaś strzelista czarna wieża. Niewiele się zastanawiając ruszył zbiegając w dół grani.

[center]Obrazek[/center]

Szedł już dobrych kilka godzin i cholera jasna, wydawało mu się że znów jest w tym samym miejscu co pół godziny temu. Całe to miejsce nie miało sensu, wydawało się jakby stworzył go jakiś pokrętny umysł. Nie dało rady go po prostu przejść i znaleźć wyjście. Przysiadł nieco zrezygnowany by przemyśleć sprawę. Nagle olśniło go. Z góry więzy będzie na pewno widać wyjście. Już miał ruszyć w prawo w kierunku wieży gdy nagle usłyszał z lewej chichot młodej kobiety. Ubrana była w białe zwiewne szaty ledwo zakrywające jej kształty. W dłoni miała butelkę najbardziej parszywej tequili jaką wyprodukowała Meksykańska ziemia.

To lubię. - Pomyślał Ervin. W jednym miejscu wszystko czego potrzebuję. Uśmiechnął się i ruszył w jej stronę.

Minęło parę godzi pościgów i gonitw. Miał tego dosyć. Stał oparty o ścianę i z trudem łapał oddech. Zasapany Ervin dał za wygraną to wszystko nie miało sensu. Zauważył, że im bardziej gonił za gorzałą i dziewuchą tym szybciej uciekała. I jeszcze jedno, im dłużej ją ścigał tym bardziej oddalał się od wieży.

Nikt nie będzie mnie robił w bambuko.

Pomyślał i niewiele myśląc wsiadł na motocykl, który ni stąd ni zowąd się nagle znalazł obok niego. Silnik przyjemnie zawarczał, kiedy Ervin odpalił maszynę. Kątem oka zobaczył jak teraz to dziewczyna zbliżała, zachęcała wdziękami, potrząsała butelką.

Spierdalaj podpucho, miałaś swoją szansę.

Podkład muzyczny
https://www.youtube.com/watch?v=rMbATaj7Il8

Głośny ryk silnik Harleya zadudnił między kamiennymi korytarzami. Chwilę później Stahler mknął ile fabryka dała w kierunku wieży gdzie czuł, że znajdzie wszystkie odpowiedzi. Wiatr rozwiewał mu włosy. Czuł że w końcu jego umysł jest wolny od wszystkiego. Interesowało go tylko dotrzeć do wieży gdzie czuł, że znajdzie Prawdę.

[center]Obrazek[/center]

Na wieży były wydrapane imiona i nazwiska. Całe ich mnóstwo. Byli tam wszyscy ci których Erwin uważał za wielkich i ważnych. Wielki I nikt poza nimi. Ich imiona były wydrapane albo wypisane na wieży. Montezuma, Oscar de la Hoya, El Catorce Victoriano Ramirez*, Subcomandante Marcos**, Che Guewara i, o cholera... Bob Marley. W tym samym momencie zaczął doznawać olśnienia. Wszyscy ci buntownicy, rebelianci i wojownicy mieli sens bytu tylko wówczas gdy istniał system, z którym mogli walczyć. Obie strony stagnacji i buntu był sobie potrzebne i nie mogły bez siebie istnieć. Ci którzy się tutaj odpisywali zdawali sobie z tego genialnego porządku, który musiał nie być przypadkiem lecz ideą wymyśloną przez jakiś genialny umysł. Przez Logos. Ervin już był pewien, że skoro to sobie uświadomił to musi tam być i on a jak nie, to pies go srał, musi się koniecznie jakoś do nich dopisać choćby sam. Na ziemi znalazł gdzieś jakiś nóż*. Przez chwilę mu przyszło do głowy, że jeśli to jest faktycznie starożytne Tenochtitlan to ten nóż mógł służyć komuś do wycinania ludzkich serc. Szybko go podniósł i zaczął z mozołem wycinać swoje imię w kamieniu...

Wizja zaczęła się rozpływać w momencie kiedy Ervin zaczął ścierać ze ściany podpis Boba Marleya, który od samego początku go wkurwiał, ponieważ zwyczajnie nie pasował pomiędzy do grona tak genialnych osób. Wizję powoli zastępował tępy ból głowy jak po kacu gigancie.
Inspiracja zaczerpnięta z przypadkowo znalezionego w internecie zdjęcia tunelu, labiryntu wymieszanych z kubkiem wódki wychylonej pewną późną sobotnią nocą.
Nadal się zastanawiam jak to się stało, że postać która za przeproszeniem jest największym młotkiem w drużynie, ma najbardziej inteligentną sferę. No Koszal wyzwanie przed tobą, taka dychotomia bytu :P

* https://upload.wikimedia.org/wikipedia/ ... amirez.jpg
** https://upload.wikimedia.org/wikipedia/ ... omAfar.jpg- wiecznie z fają w zębach
Spoiler!
*** To ten nóż który chciałeś mieć za punkty wolne. Stamtąd go przytachałeś. Jest teraz w bucie.
Kropki w arkanach; dwie w umyśle, dwie w drugiej arkanie i jedna do rozdysponowania na umysł lub trzecią arkanę gdybyś zmienił zdanie. Pora rozdać punkty wolne. Sugeruję wydać trzy punkty na gnozę i podnieść ją na 2, inaczej będziesz miał naprawdę trudności w używaniu arkan.
Jedną jeszcze ci wiszę ale dodam w trakcie gry. W kulminacyjnym momencie gry, lub gdy będziesz o krok przed śmiercią (zależy co pierwsze się stanie).


: 05 października 2015, 22:04
autor: Suriel
Wskazówki co do dalszego odgrywania postaci po Przebudzeniu.

Do tej pory wydawało się, że w rzeczywistości którą postrzegasz, brakowało czegoś istotnego. Tak jakby do tej pory nie była widziana przez ciebie w pełni, a przez to wydawała się mało prawdziwa. Brakował w niej czegoś szalenie ważnego i nieuchwytnego za razem. Teraz masz przedziwne wrażenie jakbyś przez całe swoje życie żył bez jednego zmysłu i to tego najważniejszego. To trochę tak jakbyś przez całe życie był ślepcem a teraz nagle ktoś otworzył ci oczy na faerie barw, a konkretnie trzecie oko.

Gdyby poszukać pewnej metafory, można by powiedzieć, że do tej pory patrzyłeś na rzeczywistość jak na kolorowy dywan i to z pewnej odległości. Oglądałeś wzory jakie na nim były i tylko na tym koncentrowałeś całe swoje postrzeganie. Widziałeś zatem na przykład ludzi, zwierzęta i rośliny, ciała niebieskie, materię ale także w pewien sposób uczucia, upływ czasu itd. Słowem wszystko co się składa na dywan czyli rzeczywistość. Teraz widzisz, że tak naprawdę każdy z tych wzorów składa się z dziesięciu kolorowych nici. Nic to, że na jeden wzór składa się kilka nici a inny składa się tylko i wyłącznie jednej. Ważne, że absolutnie każdy skalda się z kolorów szpulki które widzisz i potrafisz rozróżnić bez wahania nadając im jedno z dziesięciu imion sfer.

Czujesz dziwną pewność, że ten nowo otwarty zmysł przez którego pryzmat będziesz od teraz postrzegał całą rzeczywistość już nigdy cię nie opuści czy tego chcesz, czy nie. Chociaż, nadal będziesz też widział wzór dywanu, który obserwują zmysły zwykłych śmiertelników już zawsze i we wszystkim będziesz dostrzegał te kolorowe nici, a wyjątkowo wyraźnie i mocno zwłaszcza jedną z nich. Tak, tą jedną rozumiesz i czujesz znacznie lepiej niż inne i bezwiednie rzutuje ona na całe postrzeganie. Czy to wszystko potraktujesz jak błogosławieństwo, czy jak przekleństwo to zależy tylko i wyłącznie od ciebie.

Czy chcesz, czy nie dostałeś też do ręki igłę i kilka kolorów nici (arkana) i gdybyś mocno opracował, to nie masz pewności ale może... może mógłbyś się nauczyć szyć ten dywan i pruć go wedle własnej woli. Czy to nie wspaniałe? Chyba tak, ponieważ w głębi duszy czujesz się w tym momencie wyjątkowy niczym jaki wybraniec.

Rzeczywistość wydaje ci się bardzo mało realna. Dużo bardziej rzeczywisty wydaje ci się sen który przed chwilą miałeś. Miałeś już tak kiedyś, prawda?
Budzisz się...

Jakiś nieznany doktor właśnie wyciągał igłę z ręki Ahmeda.
- Ostatni... możemy się zbierać - powiedział i podniósł głowę napotykając rozkojarzony wzrok Barta, który zaczął nabierać ostrości. Nie znał tego pucołowatego w białym kitlu. Ktoś głośno kasłał jakby krztusząc się wymiocinami. DeJong rozejrzał się wokoło i stwierdził, że byli nadal w piwnicy.

Ahmed po zastrzyku przestał szeptać a jego oczy otworzył się na całą szerokość. Momentalnie usiadł. Czuł na sobie brud starej posadzki. Nozdrza drażnił mu smród spalonego ludzkiego mięsa.

- Spokojnie kolego, bez wygłupów i nerwowych ruchów - powiedział Didier. Obok niego stał człowiek góra; Bezac. - Przechowam ci to na jakiś czas kolego*. - powiedział chowając rewolwer za pasek pod poły szpitalnego ubrania. Obserwowali przez chwilę reakcję Meksykanina, wypatrując jakiegokolwiek nerwowego ruchu. Gotowi do działania w każdej chwili.

- Jestem doktor Wiktor Markov. Macie szczęście, że Pascal po nas zadzwonił. No może nie wszyscy... - rzucił okiem na otulonego kocem Camille. Oddychał miarowo pod kocem, ale głośno i nieciekawie. - Jego stan jest stabilny. Już dzwoniliśmy po pogotowie. Panowie dostali po specjalnym zastrzyku na wzmocnienie, postawiłby na nogi konia. Ale proszę co najmniej do rana nie prowadzić pojazdów i unikać badań krwi... - zaśmiał się głupkowato, ale widząc że tylko jego to bawi, poprawił ciężkie oprawki okularów i już chłodno ciągnął dalej - Mogą wystąpić u niektórych działania uboczne. Halucynacje i napady lękowe, ale zdarza się to bardzo, bardzo rzadko. No i w żadnym wypadku nie należy mieszać z alkoholem albo środkami odurzającymi. Ale nie podejrzewam by któryś z panów...

- Dobra, my idziemy bo jest ciężki... - wysapał Didier, podnosząc nieprzytomnego Camille. Bezac obserwował bacznie Ervina, oddzielając go swoją osobą od Didiera.

Wszyscy w lepszym lub gorszym stanie zaczęli się zbierać z podłogi. Nikt nie miał ochoty na rozmowy, herkulesowym wysiłkiem było się zebrać do kupy i pokonać z głośnym sapaniem schody.

Kiedy wszyscy dotarli na górę schodów rozdzwoniły się komórki**. Snitariusze i doktor zaczęli je na raz odczytywać.

- To Cosme, mam szesnaście nieodebranych... - powiedział Markov

- Cholera, ja też...- powiedział Didier, jedną ręką kładąc ciało. Po czym od razu odebrał nadchodzące połączenie. - No, co tam...- jego twarz nabrała wyraźnego niepokoju. - Powoli Cosme bo cię nie rozumiem. Ale kto spierdolił dokładnie?!... Wyscy!! Co ty pier... Halo, halo! - krzyczał do słuchawki - Bezac, za mną, wszystkie bloki się otworzyły. Przez to zwarcie wszyscy wyszli!! - wykrzykując to pędem ruszył do bloku centralnego, który prowadził dalej, aż do zachodniego skrzydła... z otwartymi izolatkami.

- To wasza wina... - powiedział Bezac i rzucił się pędem za Didierem.

- Proszę tu zostać i się gdzieś zamknąć! - powiedział Markov i zabawnym truchtem ruszył korytarzem za pozostałymi, zostawiając białego jak ściana Pascala.

Mężczyźni coraz bardziej zaczęli dochodzić do siebie. Zastrzyk coraz bardziej zaczynał działać...
Dostaliście po solidnym zastrzyku, żeby wam się lepiej rozwiązywało przygodę. Możecie być pewni, że wewnątrz tego kolorowego koktajlu, który trafił przed chwilą w wasze żyły była cała tablica Mendelejewa. Na zdrowie! :)

* Tylko rewolwer ci zabrali, portfel i resztę jak zapalniczka itd. masz na miejscu.

** Wasze nie, wasze są zchajcowane przez ten woltaż który pomknął przez wasze ciała. Tylko komóra Davida świeci się zawieszona na amen, stał najdalej. Reszta ma czarne monitorki.

Ps. Można pisać posty. Co więcej, właśnie zamknąłem oś fabuły i teraz tylko odpisuję na poczynania graczy. Do samego końca. Jaki by nie był...
Teraz to ja się będę opier...

: 06 października 2015, 13:01
autor: Yarin
No to się porobiło - westchnął w myślach David, idąc za pozostałymi. Mieli znaleźć jakiś generator czy coś, nieważne jak to się nazywało ważne, że miało rozjaśnić ciemności. Śmieszne, ale mężczyzna powoli zaczął się przyzwyczajać do otoczenia bez światła - zupełnie jak kot mamy Mary, który nieopatrznie (taka jest oficjalna wersja) został zamknięty w ciemnej spiżarni.

Po schodach schodził ostrożnie, z jednej strony chcąc się czegoś chwycić, jednak z drugiej obawiał się, że natrafi na jakiegoś pająka, czy innego, niemałego owada. W sumie wolał zostać na zewnątrz, jednak lepiej w takiej sytuacji pozostać w grupie nawet, jeśli znajduje się w niej niezrównoważony meksykanin o wadze noworodka hipopotama. David stał nieco z tyłu, podczas gdy odpowiednie osoby zajmowały się przywróceniem zasilania. Beltfort sprawdził komórkę, miał jedną kreskę zasięgu. Po chwili minął go Pascal, a agent ruszył w dół, prawie dołączając do pozostałych.
- Nie!!...
Po tym krzyku Davida oślepiło. Runął na ziemię, tracąc przytomność.

[center]po przebudzeniu[/center]

Beltfortowi pulsowały skronie, a dłonie momentalnie powędrowały do szyi, którą rozmasowywał. Odczuwał suchość w ustach, po za tym czuł się całkiem dobrze. Pierwsze, co pamięta to błysk, po którym osunął się na zimną posadzkę. Rozejrzał się wokół, aczkolwiek w tym samym momencie przed oczami stanęły mu sceny z zupełnie innej rzeczywistości. Zacisnął usta i przymknął oczy, starając sobie przypomnieć jak najwięcej. Sceny wracały do niego, niczym silny wiatr obijający się od jego policzków: raz z lewej, raz z prawej. David, w momencie powrotu do niezwykłego snu, czuł się wręcz wspaniale: głównie jeśli chodziło o możliwości, śmiało można powiedzieć: boga, i nieskrępowaną wyobraźnię artystyczną.
Spoiler!
Taki klimat odczuwał David w momencie przypominania sobie scen z 'wytwórni filmowej' https://www.youtube.com/watch?v=tYfN79Q26Vw
Minutę później poczuł ukłucie, a raczej uczucie tuż po nim. Starał się podnieść i usiąść - zobaczył, że oprócz tych, którzy byli tutaj przed zemdleniem, są nowe postaci. Lekarz.
'A zatem jest źle' - pomyślał David.

Twarz tego, który przedstawił się jako Markov nabrała niezwykłych barw i jakby mikroskopijnych kształtów, które tańczyły w rytm tętna, tempa wypowiadanych sylab i oddechów. Niesamowita harmonia, którą odbierał David odczuwalna była każdym zmysłem mężczyzny. Głos lekarza odbijał się w głowie nowojorczyka, jednak nie miał on znamiona kakofonii - był niczym idealnie skomponowana symfonia muzycznego geniusza.

David rozszerzył usta i rozejrzał się. Wszystko było nadal w trójwymiarze, jednak jakby ktoś włączył FullHD.

Niesamowite.

Beltofort czuł się ogólnie dobrze, jednak nie do końca: zobaczył swój zniszczony garnitur i od razu pomyślał, że źle wygląda. Pewnie fryzura też dawała dużo życzenia. Chciał się odświeżyć jak najszybciej i zadzwonić do Ma...MARY! David szarpnął smartfona, jednak ten jedynie świecił się w najgorszym możliwym kolorze. Nie, nie w jednym kolorze, a w tysiącach odcieni białego, który pulsował, który pachniał, który żył. Po chwili wpatrywania się w zniszczonego Huawei';a P8, usłyszał coś, czego zupełnie nie brał pod uwagę, czegoś ze świata realnego.
- ... wszystkie bloki się otworzyły. Przez to zwarcie wszyscy wyszli!!...
- Co do chu... - opanował się David. - Co mi wstrzyknęliście? Jak to, wszyscy popaprańcy są na wolności, a my jesteśmy sami, bez ochrony?! Proces macie jak w banku! - wystawił palec w stronę Pascala.

Beltfort był opanowanym mężczyzną, jednak że teraz wybuchł. Zachłysnął się powietrzem i już chciał przeprosić, jednakże spojrzał po swoich towarzyszach:
- Czy, czy ta młoda, ruda dziewczyna przeżyła? - zapytał mimowolnie.

: 06 października 2015, 21:02
autor: Dobro
Assad wciąż przypatrywał się swoim brudnym dłoniom. Jego umysł powinien właśnie rozpaczliwie szukać jakiegokolwiek źródła czystej wody, a mimo to... koncentrował się jedynie na swoich wcześniejszych wizjach.

- To nie mógł być skutek uboczny tego środka... Zostałem najpierw porażony prądem, potem zaś... potem dopiero dostaliśmy to coś... moje wizje... Takie realne... Te dusze... gdybym tylko mógł nimi władać! Gromadzić je, niby w stare eksponaty w słojach z formaliną... gdybym tak... Mógł je wykorzystywać do moich celów... Neftyda... zostałem jej niewolnikiem! Stanęła w moje obronie, ona... Bogini śmierci. Z pewnością w jakimś celu... Nie! To wszystko nie trzyma się kupy... - Mężczyzna niezauważył, że stał właśnie w miejscu wpatrzony w swoje brudne dłonie.

- Policja zaraz się zjawi, to wyłapie obłąkanych... - wymamrotał. - Gdzie tu jest łazienka? Musze pilnie z niej skorzystać.

: 07 października 2015, 15:09
autor: 8art
- Słodki Boże... - wyszeptał de Jong jeszcze nie dostrzegając tego co działo się wokół. Był całkowicie pochłonięty namacalną wizją jakiej był udziałem. Świadomość i pamięć wracały do niego wraz z rosnącym bólem. Na razie myślami był niebie.

Kiedy to było? Przed chwilą czy całą wieczność temu? Przed oczyma zamajaczyło mgliste wspomnienie grupy ludzi schodzącej piętro niżej i czyiś krzyk:

- Nie!

Usta wypełniał smak krwi. Czy to była krew w jaką został przyobleczony? Cmoknął kilka razy i dotknął twarzy dłonią, która zdawała się mu niezmiernie ciężka. To była jego krew.

Pamiętał łuk elektryczny który przebiegł niczym chaotyczny piorun po ludziach. A potem stanął już na rozdrożu życia i śmierci. Wybrał życie i czuł każdą komórką swego ciała jak bardzo jest bolesne.

- Czy wszyscy żyją? - stęknął zdając spbie sprawę z idiotyczności takiego pytania.

Spojrzał najpierw zakrwawione dłonie. Dostrzegł, że jeden z palców jest niemal czarny. Pewno w tym miejscu łuk wskoczył na niego. O dziwo wcale nie bolał, czego nie mógł powiedzieć o reszcie ciała. Miał ochotę zemdleć, ale nie mógł. Nie miał na to czasu. Zwęglony palec przykuł całą uwagę Baarta. Teraz rozumiał czemu tak się stało i... wiedział jak to naprawić. Pomyśleć, że kiedyś pewno krzycząłby z bólu i zemdlał. Teraz wydawało mu się to tak dziecinne. Przecież rozwiązanie tego małego problemu było tak proste i cały czas w zasięgu ręki. Jak mógł to wcześniej przeoczyć? Rozejrzał się wokół zdzwionymi oczyma, tak jak dziecko, które po raz pierwszy odnajduje się w nowym dla siebie otoczeniu. Jeszcze nie potrafił wyjaśnić fenomenu, jaki stał się jego udziałem, ale był pod wielkim wrażeniem. Wyszeptał cicho:

- Bogu niech będą dzięki.

Teraz wiedział, że musi pomóc innym. Mogli mieć mniej szczęścia niż on sam.