PBF - New Orleans by Night
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Klub Zaćmienie, Mardi Gras - luty 1994
Nosferatu właściwie zapomniał o swoim zamiarze. Słuchał śpiewaka z rozdziawioną ze zdziwnienia gębą, choć nikt nie mógł tego zobaczyć, bo maska młodego murzyna emanowała stoickim spokojem.
Kurde prawie jak Freddie Mercury... - oniemiały Westwood podrapał się po podbródku: - Nie, nie. To co innego Freddie i Silvio to dwa różne światy, ale trzeba przyznać, że degenerat śpiewa niczym Córa Kakofonii.
Zupełnie nieświadomie zaczął bić brawo artyście, łapiąc się na tym że uległ syndromowi stada. Wszyscy klaskali i wiwatowali na cześć Silvio a Westwood potulnie niczym owca zaczął robić to samo. Jak owca, takie wrażenie zrobił na nim występ. To było jak premiera Star Warsów na którą poszedł z ojcem jako młody chłopak. Wtedy też siedział z otwartymi ustami i jak w transie oglądał projekcję filmu Lucasa. Filmu, który szybko nabrał statusu kultowego. Westwood miał przeczucie, że Bertone też może swoimi wokalnymi popisami przejść do historii. Rozmyślania nad świetlaną karieią Toreadora przerwały słowa mężczyzny w drogim garniturze:
- Książę Marcel wzywa do swojej siedziby Bradley'a Westwood'a, Richard'a Spea'a, Silvio Bertone oraz Nicholas'a Bertrand'a. Proszę ze mną panowie, nie każcie czekać Księciu.
Oho... Chyba wieści o naszej małej przygodzie rozchodzą się szybciej niż plota nosferów. Cóż nie wypada odmawiać grzecznej prośbie Marcela.
Westwood wstał z krzesła i kiwnął na trójkę kainitów jaka była oprócz niego świadkami zajścia pod Żądłem, choć teraz domyślał się, że oprócz nich musiała tam być jeszcze co najmniej jedna para uprzejmych oczu.
Nosferatu właściwie zapomniał o swoim zamiarze. Słuchał śpiewaka z rozdziawioną ze zdziwnienia gębą, choć nikt nie mógł tego zobaczyć, bo maska młodego murzyna emanowała stoickim spokojem.
Kurde prawie jak Freddie Mercury... - oniemiały Westwood podrapał się po podbródku: - Nie, nie. To co innego Freddie i Silvio to dwa różne światy, ale trzeba przyznać, że degenerat śpiewa niczym Córa Kakofonii.
Zupełnie nieświadomie zaczął bić brawo artyście, łapiąc się na tym że uległ syndromowi stada. Wszyscy klaskali i wiwatowali na cześć Silvio a Westwood potulnie niczym owca zaczął robić to samo. Jak owca, takie wrażenie zrobił na nim występ. To było jak premiera Star Warsów na którą poszedł z ojcem jako młody chłopak. Wtedy też siedział z otwartymi ustami i jak w transie oglądał projekcję filmu Lucasa. Filmu, który szybko nabrał statusu kultowego. Westwood miał przeczucie, że Bertone też może swoimi wokalnymi popisami przejść do historii. Rozmyślania nad świetlaną karieią Toreadora przerwały słowa mężczyzny w drogim garniturze:
- Książę Marcel wzywa do swojej siedziby Bradley'a Westwood'a, Richard'a Spea'a, Silvio Bertone oraz Nicholas'a Bertrand'a. Proszę ze mną panowie, nie każcie czekać Księciu.
Oho... Chyba wieści o naszej małej przygodzie rozchodzą się szybciej niż plota nosferów. Cóż nie wypada odmawiać grzecznej prośbie Marcela.
Westwood wstał z krzesła i kiwnął na trójkę kainitów jaka była oprócz niego świadkami zajścia pod Żądłem, choć teraz domyślał się, że oprócz nich musiała tam być jeszcze co najmniej jedna para uprzejmych oczu.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Klub Zaćmienie, Mardi Gras - luty 1994
Odsuwając krzesło Nicholas zerknął w stronę Walcotta, ale starszy tytułem Tremere nadal ignorował podopiecznego oglądając w skupieniu swe karty do pokera. Zachowanie regenta było bardzo dziwne, na tyle nietypowe, by Bertrand potraktował je jako zamierzoną obojętność - to zaś mogło sugerować jakiś sprawdzian jego własnych kompetencji w obliczu spotkania z przywódcą Kainitów Nowego Orleanu.
Wstając ze swego miejsca Nicholas dopiął pożyczoną od Silvia jedwabną koszulę. Wcześniej zmiana poplamionego wampirzą posoką ubrania wydała mu się niepotrzebnym snobizmem, teraz jednak musiał w duchu podziękować swemu kompanowi za wysuniętą przezeń propozycję.
Przed obliczem księcia Marcela nie stawało się w pobrudzonym stroju.
Przez umysł Tremere przebiegło wiele luźno ze sobą powiązanych myśli, obracających się wokół powodu tej nieoczekiwanej audiencji. Po krótkiej chwili zniknęły wszystkie prócz jednej.
Dobór towarzystwa zdradzał jednoznacznie, że wezwanie przed oblicze księcia musiało się wiązać z niedawną napaścią opodal "Żądła".
Odsuwając krzesło Nicholas zerknął w stronę Walcotta, ale starszy tytułem Tremere nadal ignorował podopiecznego oglądając w skupieniu swe karty do pokera. Zachowanie regenta było bardzo dziwne, na tyle nietypowe, by Bertrand potraktował je jako zamierzoną obojętność - to zaś mogło sugerować jakiś sprawdzian jego własnych kompetencji w obliczu spotkania z przywódcą Kainitów Nowego Orleanu.
Wstając ze swego miejsca Nicholas dopiął pożyczoną od Silvia jedwabną koszulę. Wcześniej zmiana poplamionego wampirzą posoką ubrania wydała mu się niepotrzebnym snobizmem, teraz jednak musiał w duchu podziękować swemu kompanowi za wysuniętą przezeń propozycję.
Przed obliczem księcia Marcela nie stawało się w pobrudzonym stroju.
Przez umysł Tremere przebiegło wiele luźno ze sobą powiązanych myśli, obracających się wokół powodu tej nieoczekiwanej audiencji. Po krótkiej chwili zniknęły wszystkie prócz jednej.
Dobór towarzystwa zdradzał jednoznacznie, że wezwanie przed oblicze księcia musiało się wiązać z niedawną napaścią opodal "Żądła".
Takiemu zaproszeniu się nie odmawia!
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Nowy Orlean, Rezydencja Księcia Rubis d'le Nuit, Mardi Gras - luty 1994
Mężczyzna przedstawił się jako Frank i powiedział, że zabierze całą czwórkę do domu Księcia. Przeszli kawałek drogi pieszo, a następnie wsiedli do samochodu należącego do posłańca i ruszyli do celu.
Dom Marcela znajdował się przy River Road, kilka kilometrów na zachód od Destrehan Plantation, jednej z najstarszych i dalej istniejących plantacji w Luizjanie. Zbudowana w 1787 roku stała się popularną atrakcją turystyczną, która dała możliwość Marcelowi do absolutnej prywatności. W promieniu wielu kilometrów nie było żadnych budynków mieszkalnych, a całkowity brak jakikolwiek sąsiadów pozwolił Księciu na ukrycie wampirzej natury i dziwnych zachowań z nią związanych.
Richard doskonale wiedział, że budynek, który obecnie Książę zamieszkiwał, Rubis d'le Nuit, został wybudowany w 1805 roku przez dziadka Marcela. Ludzka rodzina Ventrue oprócz nieruchomości zbudowała tutaj plantację tytoniu oraz trzciny cukrowej, które mieściły się pomiędzy bagnami Luizjany. Przez wiele lat przed Wojną Secesyjną plantacje pozwoliły żyć całej rodzinie na bardzo wysokim poziomie i prowadzić wygodny styl życia. Po wojnie dziad zdecydował sprzedać część ziem. Obecnie tereny rodzinne oraz ogrody są pod ciągłą opieką ogrodników. Pola natomiast zostały porzucone i od wielu lat nic na nich więcej nie rośnie.
Główny dom leżał na końcu wiejskiej drogi, która prowadziła przez gęstą plątaninę obwieszonych mchem cyprysów i dębów. Jechali powoli po drodze usypanej z muszli po ostrygach, mijając dwa razy strumyk, który przepływał przez całą posiadłość. Bliżej domu drzewa zaczęły przerzedzać się, by ostatecznie niczym odsłaniająca się kurtyna - ukazać splendor majątku Artstokraty. Trawnik i ogród był perfekcyjnie utrzymany, a całość robiła niesamowite wrażenie.
Z boku domu, kilkaset yardów dalej, stała niewielka elegancka altana. Pomalowana na biało, przyozdobiona w kilku miejscach kolorem ciemnoniebieskim, dodatkowo udekorowana przez rośliny zwisające z doniczek. Tuż za domem znajdował się garaż, zajmowany przez trzy samochody: czarny Lincoln Town Car, srebrny Mercedes i czerwone Ferrari - classic 1968 Daytona.
Kierowca zatrzymał się na parkingu przed domem.
- Marcel oczekuje was w środku - to powiedziawszy Frank przestał zwracać uwagę na Spokrewnionych. Wyciągnął papierosa z zamiarem zapalenia go.
W tym czasie pozostali wyszli z samochodu i udali się w stronę budynku. Richard był tutaj w nocy, w której przedstawiał się Marcelowi. Pamiętał, że dom ma 32 pokoje, różowe sztukaterie z przedstawiające francuski styl kolonialny. Gdy podeszli bliżej zauważyli, że dom ma wielkie gotyckie okna. Aktualnie były przykryte przez zrobione z brązowego drewna okiennice, przystosowane do ulew i burz. Styl typowy dla domów południowej Luizjany - pomyślał Silvio nie mogąc nacieszyć się pięknem tego miejsca. Para szerokich schodów prowadziła do podwójnych drzwi francuskich będących głównym wejściem. Na końcu schodów stało dwanaście kolumn, które wspierały balkon na pierwszym piętrze. Tuż nad drzwiami wisiał duży odkryty żyrandol. Wszyscy odnieśli wrażenie, że gdyby nie samochód jaki ich tutaj przywiózł, mogliby pomyśleć, że cofnęli się w czasie o sto pięćdziesiąt lat.
Gdy postawili swoje pierwsze kroki na schodach, drzwi otworzyły się ukazując dwóch podobnie ubranych, dobrze zbudowanych mężczyzn. Pierwszy otworzył skrzydło na oścież, a drugi gestem zapraszającym do środka powiedział:
- Rozgośćcie się na dole. Marcel niebawem się z wami spotka.
Gdy weszli do środka dwójka ochroniarzy gdzieś zniknęła. Wnętrze domu było świadectwem ekstrawaganckiego luksusu. Przepych i bogactwa Rubis d'le Nuit były nie do opisania, a młodzi Kainici szybko zrozumieli jak bardzo bogaty jest Książę Nowego Orleanu. Podłoga na parterze rezydencji łączyła kulturę południowej części Stanów Zjednoczonych z czasów Wojny Secesyjnej, z kulturą francuskiej prowincji. Dywaniki Aubusson oraz różnokolorowe dywany z wieloma wzorami, pochodzące z francuskich kolonii pokrywały prawie całą podłogę. Sofy Queen Anne dekorowały salon oraz kilka bocznych pomieszczeń, lecz w nich wszystkie zbudowane były z drewna o kolorze wiśni, tapicerowane pokruszonym aksamitem.
- Umeblowanie w stylu Chippendale - powiedział na głos Silvio nie mogąc oderwać wzroku od piękna jakie miało to miejsce.
Podszedł do stołu, by dotknąć jego faktury, lecz nagle ujrzał fotel Louis XVI. Był wspaniały, a Toreador nie mógł oderwać od niego wzroku. Przecież to jest genialne! - pomyślał patrząc na każdy detal starego fotela. Było jasno, albowiem każdy pokój oświetlony był przez kryształowy żyrandol.
Parter składał się z głównego salonu, biblioteki, pokoju przeznaczonego do relaksu, jadalni, czytelni, kuchni oraz trzech mniejszych salonów. Każde z pomieszczeń oprócz kuchni posiada swoje unikalne dzieła sztuki. Zdecydowanie gust Marcela zwracał się ku francuskiemu impresjonizmowi. Silvio szybko dostrzegł, iż na ścianach znajdują się tutaj obrazy namalowane przez lidera Toradorów jaki zamieszkuje miasto. Kryształowe i porcelanowe wazony, w tym jeden wazon z dynastii Sung stały na większości stołów okryte zdobionymi narzutkami. Oprócz wazonów na meblach stały małe posągi i inne dzieła sztuki.
Młodzi Spokrewnieni dostrzegli, iż nad kominkiem w głównym salonie wisi naturalnej wielkości obraz przedstawiający Marcela ubranego w oficerski mundur galowy Wojska Konfederatów. Na narzutce tuż pod obrazem znajdowała się wyblakła fotografia przedstawiająca Marcela ubranego w podobny mundur, trzymającego karabin na tle małego namiotu wojskowego. Spokrewnieni zdali sobie sprawę, że jedyne co odróżnia Księcia od obrazu i fotografii, jest fakt, że wtedy miał gęstą brodę. Obecnie jest zawsze gładko ogolony.
Książki w bibliotece były bardzo stare, przeważnie pierwsze edycje różnych popularnych dzieł opublikowanych w ciągu ostatnich stu lat. Wszystkie z tych książek znajdowały się w bardzo dobrym stanie, przechowywane na półkach za szczelnymi szklanymi drzwiami. Draperia nad wszystkimi oknami wykonana była z kruszonego aksamitu. Po jej zamknięciu podczas dziennych godzin, parter rezydencji z pewnością pogrążyłby się w niemal całkowitych ciemnościach.
Długi stół w jadalni z drewna tekowego przykryte przez misternie rzeźbioną szklaną taflę. Jadalnie mogła bez większego problemu pomieścić trzydzieści osób. Szafki po obu stronach pomieszczenia wypełniała chińska cienka porcelana i kryształowe szkła Waterford.
Mężczyzna przedstawił się jako Frank i powiedział, że zabierze całą czwórkę do domu Księcia. Przeszli kawałek drogi pieszo, a następnie wsiedli do samochodu należącego do posłańca i ruszyli do celu.
Dom Marcela znajdował się przy River Road, kilka kilometrów na zachód od Destrehan Plantation, jednej z najstarszych i dalej istniejących plantacji w Luizjanie. Zbudowana w 1787 roku stała się popularną atrakcją turystyczną, która dała możliwość Marcelowi do absolutnej prywatności. W promieniu wielu kilometrów nie było żadnych budynków mieszkalnych, a całkowity brak jakikolwiek sąsiadów pozwolił Księciu na ukrycie wampirzej natury i dziwnych zachowań z nią związanych.
Richard doskonale wiedział, że budynek, który obecnie Książę zamieszkiwał, Rubis d'le Nuit, został wybudowany w 1805 roku przez dziadka Marcela. Ludzka rodzina Ventrue oprócz nieruchomości zbudowała tutaj plantację tytoniu oraz trzciny cukrowej, które mieściły się pomiędzy bagnami Luizjany. Przez wiele lat przed Wojną Secesyjną plantacje pozwoliły żyć całej rodzinie na bardzo wysokim poziomie i prowadzić wygodny styl życia. Po wojnie dziad zdecydował sprzedać część ziem. Obecnie tereny rodzinne oraz ogrody są pod ciągłą opieką ogrodników. Pola natomiast zostały porzucone i od wielu lat nic na nich więcej nie rośnie.
Główny dom leżał na końcu wiejskiej drogi, która prowadziła przez gęstą plątaninę obwieszonych mchem cyprysów i dębów. Jechali powoli po drodze usypanej z muszli po ostrygach, mijając dwa razy strumyk, który przepływał przez całą posiadłość. Bliżej domu drzewa zaczęły przerzedzać się, by ostatecznie niczym odsłaniająca się kurtyna - ukazać splendor majątku Artstokraty. Trawnik i ogród był perfekcyjnie utrzymany, a całość robiła niesamowite wrażenie.
Z boku domu, kilkaset yardów dalej, stała niewielka elegancka altana. Pomalowana na biało, przyozdobiona w kilku miejscach kolorem ciemnoniebieskim, dodatkowo udekorowana przez rośliny zwisające z doniczek. Tuż za domem znajdował się garaż, zajmowany przez trzy samochody: czarny Lincoln Town Car, srebrny Mercedes i czerwone Ferrari - classic 1968 Daytona.
Kierowca zatrzymał się na parkingu przed domem.
- Marcel oczekuje was w środku - to powiedziawszy Frank przestał zwracać uwagę na Spokrewnionych. Wyciągnął papierosa z zamiarem zapalenia go.
W tym czasie pozostali wyszli z samochodu i udali się w stronę budynku. Richard był tutaj w nocy, w której przedstawiał się Marcelowi. Pamiętał, że dom ma 32 pokoje, różowe sztukaterie z przedstawiające francuski styl kolonialny. Gdy podeszli bliżej zauważyli, że dom ma wielkie gotyckie okna. Aktualnie były przykryte przez zrobione z brązowego drewna okiennice, przystosowane do ulew i burz. Styl typowy dla domów południowej Luizjany - pomyślał Silvio nie mogąc nacieszyć się pięknem tego miejsca. Para szerokich schodów prowadziła do podwójnych drzwi francuskich będących głównym wejściem. Na końcu schodów stało dwanaście kolumn, które wspierały balkon na pierwszym piętrze. Tuż nad drzwiami wisiał duży odkryty żyrandol. Wszyscy odnieśli wrażenie, że gdyby nie samochód jaki ich tutaj przywiózł, mogliby pomyśleć, że cofnęli się w czasie o sto pięćdziesiąt lat.
Gdy postawili swoje pierwsze kroki na schodach, drzwi otworzyły się ukazując dwóch podobnie ubranych, dobrze zbudowanych mężczyzn. Pierwszy otworzył skrzydło na oścież, a drugi gestem zapraszającym do środka powiedział:
- Rozgośćcie się na dole. Marcel niebawem się z wami spotka.
Gdy weszli do środka dwójka ochroniarzy gdzieś zniknęła. Wnętrze domu było świadectwem ekstrawaganckiego luksusu. Przepych i bogactwa Rubis d'le Nuit były nie do opisania, a młodzi Kainici szybko zrozumieli jak bardzo bogaty jest Książę Nowego Orleanu. Podłoga na parterze rezydencji łączyła kulturę południowej części Stanów Zjednoczonych z czasów Wojny Secesyjnej, z kulturą francuskiej prowincji. Dywaniki Aubusson oraz różnokolorowe dywany z wieloma wzorami, pochodzące z francuskich kolonii pokrywały prawie całą podłogę. Sofy Queen Anne dekorowały salon oraz kilka bocznych pomieszczeń, lecz w nich wszystkie zbudowane były z drewna o kolorze wiśni, tapicerowane pokruszonym aksamitem.
- Umeblowanie w stylu Chippendale - powiedział na głos Silvio nie mogąc oderwać wzroku od piękna jakie miało to miejsce.
Podszedł do stołu, by dotknąć jego faktury, lecz nagle ujrzał fotel Louis XVI. Był wspaniały, a Toreador nie mógł oderwać od niego wzroku. Przecież to jest genialne! - pomyślał patrząc na każdy detal starego fotela. Było jasno, albowiem każdy pokój oświetlony był przez kryształowy żyrandol.
Parter składał się z głównego salonu, biblioteki, pokoju przeznaczonego do relaksu, jadalni, czytelni, kuchni oraz trzech mniejszych salonów. Każde z pomieszczeń oprócz kuchni posiada swoje unikalne dzieła sztuki. Zdecydowanie gust Marcela zwracał się ku francuskiemu impresjonizmowi. Silvio szybko dostrzegł, iż na ścianach znajdują się tutaj obrazy namalowane przez lidera Toradorów jaki zamieszkuje miasto. Kryształowe i porcelanowe wazony, w tym jeden wazon z dynastii Sung stały na większości stołów okryte zdobionymi narzutkami. Oprócz wazonów na meblach stały małe posągi i inne dzieła sztuki.
Młodzi Spokrewnieni dostrzegli, iż nad kominkiem w głównym salonie wisi naturalnej wielkości obraz przedstawiający Marcela ubranego w oficerski mundur galowy Wojska Konfederatów. Na narzutce tuż pod obrazem znajdowała się wyblakła fotografia przedstawiająca Marcela ubranego w podobny mundur, trzymającego karabin na tle małego namiotu wojskowego. Spokrewnieni zdali sobie sprawę, że jedyne co odróżnia Księcia od obrazu i fotografii, jest fakt, że wtedy miał gęstą brodę. Obecnie jest zawsze gładko ogolony.
Książki w bibliotece były bardzo stare, przeważnie pierwsze edycje różnych popularnych dzieł opublikowanych w ciągu ostatnich stu lat. Wszystkie z tych książek znajdowały się w bardzo dobrym stanie, przechowywane na półkach za szczelnymi szklanymi drzwiami. Draperia nad wszystkimi oknami wykonana była z kruszonego aksamitu. Po jej zamknięciu podczas dziennych godzin, parter rezydencji z pewnością pogrążyłby się w niemal całkowitych ciemnościach.
Długi stół w jadalni z drewna tekowego przykryte przez misternie rzeźbioną szklaną taflę. Jadalnie mogła bez większego problemu pomieścić trzydzieści osób. Szafki po obu stronach pomieszczenia wypełniała chińska cienka porcelana i kryształowe szkła Waterford.
Czekacie na Księcia w salonie głównym na parterze, ale spokojnie możecie zajrzeć do opisanych powyżej pomieszczeń. Reakcję pozostawiam wam, jednak Silvio zostaje na dłużej przy fotelu Louis XVI. Wada klanowa Toreadorów działa silnie. Jeżeli Silvio będzie chciał się oprzeć, proszę info na PW o wykonanie testu na Samokontrolę.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Rezydencja Księcia Rubis d'le Nuit - luty 1994
W swoim śmiertelnym życiu Nicholas nie interesował się przesadnie sztuką, zaś po Spokrewnieniu stan ten wcale nie uległ zmianie pomimo częstego obcowania z bardziej wysublimowanymi kainitami. Jednak wnętrze rezydencji księcia robiło rzecz jasna wrażenie i nawet praktyczny z natury Bertrand musiał to w duchu przyznać.
Próbując wyobrazić sobie bogactwo Marcela Tremere poczuł ukłucie zazdrości. Mając do dyspozycji takie pieniądze Nicholas mógłby nadać ogromnego pędu prywatnym badaniom, w obecnej chwili z racji ograniczonych funduszy opatrzonym drugorzędną etykietą.
Przyjrzawszy się wystawionym w szklanych regałach książkom Tremere założył ręce za plecy i otaksował wzrokiem zauroczonego w oczywisty sposób Silvia.
- Walka z własnymi potrzebami ma sens w przypadku trzymania na wodzy Bestii - powiedział filozoficznym tonem - Lecz to jedynie fotel, mebel. Nie żałuj sobie, usiądź.
W swoim śmiertelnym życiu Nicholas nie interesował się przesadnie sztuką, zaś po Spokrewnieniu stan ten wcale nie uległ zmianie pomimo częstego obcowania z bardziej wysublimowanymi kainitami. Jednak wnętrze rezydencji księcia robiło rzecz jasna wrażenie i nawet praktyczny z natury Bertrand musiał to w duchu przyznać.
Próbując wyobrazić sobie bogactwo Marcela Tremere poczuł ukłucie zazdrości. Mając do dyspozycji takie pieniądze Nicholas mógłby nadać ogromnego pędu prywatnym badaniom, w obecnej chwili z racji ograniczonych funduszy opatrzonym drugorzędną etykietą.
Przyjrzawszy się wystawionym w szklanych regałach książkom Tremere założył ręce za plecy i otaksował wzrokiem zauroczonego w oczywisty sposób Silvia.
- Walka z własnymi potrzebami ma sens w przypadku trzymania na wodzy Bestii - powiedział filozoficznym tonem - Lecz to jedynie fotel, mebel. Nie żałuj sobie, usiądź.
Propozycja to czysta złośliwość, chęć odegrania się za zmanipulowanie przez Toreadora pod "Żądłem".
Włoch został zaskoczony nagłym zaproszeniem Marcela. Zależało mu na tym, żeby pokazać mu dzisiejszej nocy swój talent w Zaćmieniu, który, sądząc po reakcjach obecnych tam kainitów, zrobił spore wrażenie. W związku z tym zaczął się w duchu zastanawiać, czy przypadkiem Książę nie chce, bym powtórzył swój udany występ w jego posiadłości? A co, jeśli będą tam również inne, wpływowe wampiry? Jeszcze więcej osób pozna moją Sztukę! Silvio uśmiechnął się do siebie pod nosem na tę myśl wsiadając do samochodu.
Rezydencja Arystokraty wywarła na nim ogromne wrażenie. Od samego progu czuł się jak dziecko w swoje urodziny w sklepie z zabawkami. Nie wiedział, od czego zacząć podziwianie bezcennych dzieł i wodził wzrokiem po wszystkich elementach pomieszczeń, przez które przechodzili chłonąc ich piękno i przeżywając je wewnętrznie.
Lecz wszystko to okazało się być tylko mdłym cieniem wobec niego! FOTELA LOUIS XVI!
Kainita nie miał żadnych wątpliwości co do jego oryginalności. Wiedział jednocześnie, jak ciężko było go dostać, co czyniło go prawdziwie białym krukiem nawet na czarnym rynku. Każdy element absorbował jego uwagę całkowicie do tego stopnia, że podszedł do niego i począł wodzić palcem po jego krawędziach czerpiąc perwersyjną przyjemność z odbierania jego faktury. Wiedział, że nie wypada się w tak widoczny sposób napawać skarbami tego domu, jego degeneracka natura wzięła jednak górę.
Jeszcze tylko chwilkę, Marcela jeszcze nie ma... Jak tylko wejdzie do pomieszczenia, przestanę, ale teraz... Teraz oddał się całkowicie transowi, w euforii doświadczając czegoś, o czym wiedział, że nie dane było doświadczyć pozostałym wampirom w tym domu. A co, jeśli to jest TEN footel?
Rezydencja Arystokraty wywarła na nim ogromne wrażenie. Od samego progu czuł się jak dziecko w swoje urodziny w sklepie z zabawkami. Nie wiedział, od czego zacząć podziwianie bezcennych dzieł i wodził wzrokiem po wszystkich elementach pomieszczeń, przez które przechodzili chłonąc ich piękno i przeżywając je wewnętrznie.
Lecz wszystko to okazało się być tylko mdłym cieniem wobec niego! FOTELA LOUIS XVI!
Kainita nie miał żadnych wątpliwości co do jego oryginalności. Wiedział jednocześnie, jak ciężko było go dostać, co czyniło go prawdziwie białym krukiem nawet na czarnym rynku. Każdy element absorbował jego uwagę całkowicie do tego stopnia, że podszedł do niego i począł wodzić palcem po jego krawędziach czerpiąc perwersyjną przyjemność z odbierania jego faktury. Wiedział, że nie wypada się w tak widoczny sposób napawać skarbami tego domu, jego degeneracka natura wzięła jednak górę.
Jeszcze tylko chwilkę, Marcela jeszcze nie ma... Jak tylko wejdzie do pomieszczenia, przestanę, ale teraz... Teraz oddał się całkowicie transowi, w euforii doświadczając czegoś, o czym wiedział, że nie dane było doświadczyć pozostałym wampirom w tym domu. A co, jeśli to jest TEN footel?
Mimowolnie używam na fotelu Nadwrażliwości podczas dotknięcia go palcami, by poznać lepiej jego historię.
Ostatnio zmieniony 29 marca 2016, 00:05 przez zmarly, łącznie zmieniany 1 raz.
---
If history is to change, let it change! If the world is to be destroyed, so be it! If my fate is to be destroyed... I must simply laugh.
If history is to change, let it change! If the world is to be destroyed, so be it! If my fate is to be destroyed... I must simply laugh.
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
[Nowy Orlean, Rezydencja Księcia Rubis d'le Nuit, Mardi Gras - luty 1994
Bradley nigdy nie był w pałacu Marcela. Przypomniał mu się pierwszy raz gdy stanął przed obliczem Księcia Nowego Orleanu. Dobre kilka lat temu wstecz wszedł do Le Petite Theatre. Westwood dopiero co przyjechał do miasta. Lało wtedy jak z cebra i taki zmoczony z niewielkim plecakiem przedstawił się Marcelowi
Wrócił do rzeczywistości. Nie mógł nie zwrócić uwagi na spuszczającego się nad fotelem żabojada Silvio. Podszedł do Toreadora i głośno wciągnął powietrze jakby węsząc. Potem stwierdził z filozoficzną zadumą:
- Ludwik XVI... Krół Słońce siedział tu swoim królewskim dupskiem... Czujesz? Jeszcze czuć jego arystokratyczne pierdy...
Potem z wrodzoną Nosferatu ciekawością zaczął myszkować po parterze dworku. Domyślał się, że książe nie da im zbyt wiele czasu na zwiedzanie, także Westwood chciał wykorzystać go maksymalnie. Ruszył do kolejnych pomieszczeń notując w pamięci co ciekawsze jego amatorskim zdaniem eksponaty.
Kurde niezły Wersal sobie Marcel urządził. Tylko Monalisy brakuje, chociaż kto wie? Dobrze, że nie ma wśród nas żadnego Ravnosa, bo niewiele by się tu ostało. Wyniósłby fotel Ludwika razem z Silvio pod kurtką
Gdy został na chwilę sam zrzucił maskę tysiąca twarzy wreszcie przyjmując swoje normalne oblicze. Miał zamiar to zrobić wcześniej, ale jakoś nie było okazji. Wizyta u Marcela była jak najbardziej odpowiednią sytuacją do tego. Nie wypadało przecież mamić księcia fałszywą mordą metroseksualnego młodzieńca. Nosferatu uśmiechnął się delikatnie, wyobrażając sobie konsternację pośród trójki pozostałych gości, gdy tylko ujrzą zwykłe oblicze Brada. Przez chwilę przeszło mu nawet przez myśl, aby oblec się w maskę Marcela i zrobić sobie niezłe jaja z kainitów, ale uznał, że stary Ventrue może nie poznać się na poczuciu humoru Westwooda.
Bradley nigdy nie był w pałacu Marcela. Przypomniał mu się pierwszy raz gdy stanął przed obliczem Księcia Nowego Orleanu. Dobre kilka lat temu wstecz wszedł do Le Petite Theatre. Westwood dopiero co przyjechał do miasta. Lało wtedy jak z cebra i taki zmoczony z niewielkim plecakiem przedstawił się Marcelowi
Wrócił do rzeczywistości. Nie mógł nie zwrócić uwagi na spuszczającego się nad fotelem żabojada Silvio. Podszedł do Toreadora i głośno wciągnął powietrze jakby węsząc. Potem stwierdził z filozoficzną zadumą:
- Ludwik XVI... Krół Słońce siedział tu swoim królewskim dupskiem... Czujesz? Jeszcze czuć jego arystokratyczne pierdy...
Potem z wrodzoną Nosferatu ciekawością zaczął myszkować po parterze dworku. Domyślał się, że książe nie da im zbyt wiele czasu na zwiedzanie, także Westwood chciał wykorzystać go maksymalnie. Ruszył do kolejnych pomieszczeń notując w pamięci co ciekawsze jego amatorskim zdaniem eksponaty.
Kurde niezły Wersal sobie Marcel urządził. Tylko Monalisy brakuje, chociaż kto wie? Dobrze, że nie ma wśród nas żadnego Ravnosa, bo niewiele by się tu ostało. Wyniósłby fotel Ludwika razem z Silvio pod kurtką
Gdy został na chwilę sam zrzucił maskę tysiąca twarzy wreszcie przyjmując swoje normalne oblicze. Miał zamiar to zrobić wcześniej, ale jakoś nie było okazji. Wizyta u Marcela była jak najbardziej odpowiednią sytuacją do tego. Nie wypadało przecież mamić księcia fałszywą mordą metroseksualnego młodzieńca. Nosferatu uśmiechnął się delikatnie, wyobrażając sobie konsternację pośród trójki pozostałych gości, gdy tylko ujrzą zwykłe oblicze Brada. Przez chwilę przeszło mu nawet przez myśl, aby oblec się w maskę Marcela i zrobić sobie niezłe jaja z kainitów, ale uznał, że stary Ventrue może nie poznać się na poczuciu humoru Westwooda.
Staram się oblecieć jak najwięcej, poznać rozkład pomieszczeń, sprawdzić, czy są tu jakieś dwudziestowieczne wynalazki, np modemy;)
[center]Rezydencja Księcia Rubis d'le Nuit, Mardi Gras - luty 1994[/center]
- Książę Marcel wzywa do swojej siedziby Bradley'a Westwood'a, Richard'a Spear'a, Silvio Bertone oraz Nicholas'a Bertrand'a. Proszę ze mną panowie, nie każcie czekać Księciu - zakończył po czym zaciągnął się dymem.
Te słowa wyrwały Richarda z czegoś niemal zbliżonego do transu. Arystokrata nie zatonął jednak w piosence Silvio na tyle głęboko, by jego uwaga i czujność nie mogła dosyć szybko wrócić do świata realnego. Okey, więc Marcel ma dla nas jakiś business. Let's check it out - stwierdził z typowym dla siebie przekąsem młody wampir. W mgnieniu oka jego umysł przeszedł w tryb drapieżnej, korporacyjnej bestii gotowej do wyzwań i trudnych negocjacji. Zastanawiał się, czy książę wiedział o zajściach dzisiejszej nocy czy sprawa, którą dla nich miał była czymś zgoła odrębnym. Dowiemy się na miejscu - kalkulował w głowie. Trzeba więc było opuścić przytulny klub - a już zaczynałem się tutaj relaksować, damn...
Wstał, poprawiwszy marynarkę, robiąc jednocześnie szybką rewizję swojego wyglądu. Hm, not that bad. Te spodnie z garderoby nie prezentują się tak niewyjściowo. Ostatnie rzut oka na klub, prowizoryczną scenę i kącik dla gentleman'ów i Ventrue był gotowy do drogi. Chciał zachować w swym oziębłym sercu tą magiczną chwilę, którą dane mu było wyrwać ze szponów nie-życia...
[center]***[/center]
Droga do posiadłości Marcela przebiegła raczej w ciszy. Ventrue oczarowany przez show Toreadora co rusz wracał do występu w klubie, to raz do nadchodzącego spotkania z Księciem. Nieco nieobecnym wzorkiem spoglądał przez szybę na majaczące się w ciemności kształty mijanych drzew. Odkąd zjechali z głównej drogi, towarzyszył im chrzęst kół toczących się po wysypanej muszlami drodze, co raczej wbijało w stan bezmyślności, niż rozmyślań. Dojechawszy na miejsce, przypomniał sobie wygląd doskonale utrzymanej posiadłości Rubis d'le Nuit. Cenił sobie jej niemal perfekcyjny porządek jeżeli chodzi o tereny okalające dom, lecz nie mógł zrozumieć marnotrawstwa pozostałych ziem leżących odłogiem. Krew Ventrue w żyłach księcia utraciła swą esencję. Na jego miejscu wybudowałbym na części ziem kurort i hotel, maybe some funfair.
Czwórka bohaterów wysiadła z samochodu, skierowawszy swe kroki do wejścia do domostwa.
- Rozgośćcie się na dole. Marcel niebawem się z wami spotka - usłyszeli od służących ghouli.
Chwilę po przekroczeniu progów rezydencji, uzmysłowił sobie czemu Marcel nie musiał zagospodarowywać pozostałych gruntów. Skala bogactwa, jaką przepełnione było wnętrze, dawała jasny przekaz, że właścicielowi pieniędzy nie brakuje. Choć był tu już niegdyś i kojarzył nieco wygląd domu, jego wystrój robił na nim duże wrażenie. Jako koneser rzeczy drogich, w drugiej kolejności zaś ładnych, potrafił docenić ile papieru kosztowało to i owo.
Dystyngowanym i pełnym godności krokiem zaczął przemierzać salon i rozglądać się po wyposażeniu pokoju. Niespiesznie jednak zmierzał do biblioteczki, gdyż ponad wrażenia wizualne przedkładał wiedzę. Ciekaw był też, jakie to pozycje posiada na swych półkach książę. Nie chciał ponadto wyglądać jak parweniusz onieśmielony przepychem i splendorem miejsca, stojący niemal w tym samym miejscu, w którym pozostawiła go służba. Pamiętał jednak, aby być czujnym i w razie usłyszenia kroków na schodach, taktownie przemieścić się do głównego salonu. Always classy, always stylish - pomyślał Richard i czarujący uśmiech automatycznie zagościł na jego ustach.
Urządzenie biblioteki przypadło do gustu Spear'owi. Lubił wnętrza z klimatem, umeblowane w klasycznym stylu. Ciężki kotary przy oknach dodawały mu powagi i dawały wrażenie przytulności, niemal odseparowania od świata. Krążąc od regału do regału, odczytywał tytuły kolejnych woluminów w oczekiwaniu na pojawienie się księcia.
- Książę Marcel wzywa do swojej siedziby Bradley'a Westwood'a, Richard'a Spear'a, Silvio Bertone oraz Nicholas'a Bertrand'a. Proszę ze mną panowie, nie każcie czekać Księciu - zakończył po czym zaciągnął się dymem.
Te słowa wyrwały Richarda z czegoś niemal zbliżonego do transu. Arystokrata nie zatonął jednak w piosence Silvio na tyle głęboko, by jego uwaga i czujność nie mogła dosyć szybko wrócić do świata realnego. Okey, więc Marcel ma dla nas jakiś business. Let's check it out - stwierdził z typowym dla siebie przekąsem młody wampir. W mgnieniu oka jego umysł przeszedł w tryb drapieżnej, korporacyjnej bestii gotowej do wyzwań i trudnych negocjacji. Zastanawiał się, czy książę wiedział o zajściach dzisiejszej nocy czy sprawa, którą dla nich miał była czymś zgoła odrębnym. Dowiemy się na miejscu - kalkulował w głowie. Trzeba więc było opuścić przytulny klub - a już zaczynałem się tutaj relaksować, damn...
Wstał, poprawiwszy marynarkę, robiąc jednocześnie szybką rewizję swojego wyglądu. Hm, not that bad. Te spodnie z garderoby nie prezentują się tak niewyjściowo. Ostatnie rzut oka na klub, prowizoryczną scenę i kącik dla gentleman'ów i Ventrue był gotowy do drogi. Chciał zachować w swym oziębłym sercu tą magiczną chwilę, którą dane mu było wyrwać ze szponów nie-życia...
[center]***[/center]
Droga do posiadłości Marcela przebiegła raczej w ciszy. Ventrue oczarowany przez show Toreadora co rusz wracał do występu w klubie, to raz do nadchodzącego spotkania z Księciem. Nieco nieobecnym wzorkiem spoglądał przez szybę na majaczące się w ciemności kształty mijanych drzew. Odkąd zjechali z głównej drogi, towarzyszył im chrzęst kół toczących się po wysypanej muszlami drodze, co raczej wbijało w stan bezmyślności, niż rozmyślań. Dojechawszy na miejsce, przypomniał sobie wygląd doskonale utrzymanej posiadłości Rubis d'le Nuit. Cenił sobie jej niemal perfekcyjny porządek jeżeli chodzi o tereny okalające dom, lecz nie mógł zrozumieć marnotrawstwa pozostałych ziem leżących odłogiem. Krew Ventrue w żyłach księcia utraciła swą esencję. Na jego miejscu wybudowałbym na części ziem kurort i hotel, maybe some funfair.
Czwórka bohaterów wysiadła z samochodu, skierowawszy swe kroki do wejścia do domostwa.
- Rozgośćcie się na dole. Marcel niebawem się z wami spotka - usłyszeli od służących ghouli.
Chwilę po przekroczeniu progów rezydencji, uzmysłowił sobie czemu Marcel nie musiał zagospodarowywać pozostałych gruntów. Skala bogactwa, jaką przepełnione było wnętrze, dawała jasny przekaz, że właścicielowi pieniędzy nie brakuje. Choć był tu już niegdyś i kojarzył nieco wygląd domu, jego wystrój robił na nim duże wrażenie. Jako koneser rzeczy drogich, w drugiej kolejności zaś ładnych, potrafił docenić ile papieru kosztowało to i owo.
Dystyngowanym i pełnym godności krokiem zaczął przemierzać salon i rozglądać się po wyposażeniu pokoju. Niespiesznie jednak zmierzał do biblioteczki, gdyż ponad wrażenia wizualne przedkładał wiedzę. Ciekaw był też, jakie to pozycje posiada na swych półkach książę. Nie chciał ponadto wyglądać jak parweniusz onieśmielony przepychem i splendorem miejsca, stojący niemal w tym samym miejscu, w którym pozostawiła go służba. Pamiętał jednak, aby być czujnym i w razie usłyszenia kroków na schodach, taktownie przemieścić się do głównego salonu. Always classy, always stylish - pomyślał Richard i czarujący uśmiech automatycznie zagościł na jego ustach.
Urządzenie biblioteki przypadło do gustu Spear'owi. Lubił wnętrza z klimatem, umeblowane w klasycznym stylu. Ciężki kotary przy oknach dodawały mu powagi i dawały wrażenie przytulności, niemal odseparowania od świata. Krążąc od regału do regału, odczytywał tytuły kolejnych woluminów w oczekiwaniu na pojawienie się księcia.
Ostatnio zmieniony 30 marca 2016, 01:11 przez Mystic, łącznie zmieniany 1 raz.
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Rezydencja Księcia Rubis d'le Nuit, Mardi Gras - luty 1994
Silvio dalej pozostawał w transie, kompletnie zapominając w jakim celi przybył do tego niesamowitego domu. Chłonął piękno fotela nie pamiętając o całym świecie obok. Dotknął ręką i postarał się skupić na odczuciach... Jednak finezyjny sposób w jaki wił się florystyczny ornament zdobiący mebel, skutecznie odciągnął jego uwagę. Wzór miał w sobie niebywałą lekkość, a zarazem zdawał się niezwykle bogaty. Sugestia zaklęta w delikatnych wąsach dzikiego wina i stylizowanych liściach bluszczu rozwijała się swobodnie, emanując w kolejne efemeryczne, kwietne wzory. Całość tętniła witalnością, czuł jej elektryczną pieszczotę na skórze, gdy przesuwał dłoń po jedwabistej miękkości obicia. To było nieziemskie doznanie. Ornament wciągał go bez reszty,m zdradzając mu swe tajemnice, bawił się nim i uwodził... Wszystko te elementy zdały się nagle Torreadorowi tak doskonale dopasowane, niczym tony jego ukochanych piosenek. Przesuwając dłonią po delikatnych liniach, czuł przez chwilę czystą, niewysłowioną radość. Miał ochotę śpiewać, wyrazić ten stan tonami opisującymi kolejne zwoje tego najdoskonalszego ze wzorów. Wąchał się jednak z wyborem piosenki., choć w jego głowie pojawiały się i gasły kolejne nuty melodii bez słów.
Nicholas zdążył w tym czasie zorientować się jakie pozycje leżą na półkach w bibliotece. Był pod wrażeniem kolekcji. Zauważył, że Marcel przywiązywał sporą uwagę do szczegółów oraz klasy posiadanych przedmiotów.
Richard znał już rozkład pomieszczeń na parterze, dlatego skierował się również do biblioteki. Jej wcześniej poświęcił najmniej czasu, dlatego teraz nadszedł dobry moment na przyjrzenie się tytułom większość dzieł.
Po niecałych dwóch minutach do biblioteki wszedł ubrany w ciemnoszary garnitur blondyn. Dokładnie ten sam, który zaatakował Richarda w alejce. Nim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć mężczyzna rzekł stanowczym tonem:
- Witam panów. Wiec jednak znów się widzimy - nieznajomy zrobił krótką pauzę.
- Szkoda ze nie daliście doprowadzić się do Marcela po dobroci, tylko zaatakowaliście nas pod Żądłem. Chce wam jedynie przekazać, że wpadliście w poważne kłopoty. Szeryf jest już w drodze, a Marcel za zaatakowanie jego najwierniejszych sług ogłosi na was Krwawe Łowy.
Cisza, która zapadła po jego słowach miała swój własny ciężar.
Silvio dalej pozostawał w transie, kompletnie zapominając w jakim celi przybył do tego niesamowitego domu. Chłonął piękno fotela nie pamiętając o całym świecie obok. Dotknął ręką i postarał się skupić na odczuciach... Jednak finezyjny sposób w jaki wił się florystyczny ornament zdobiący mebel, skutecznie odciągnął jego uwagę. Wzór miał w sobie niebywałą lekkość, a zarazem zdawał się niezwykle bogaty. Sugestia zaklęta w delikatnych wąsach dzikiego wina i stylizowanych liściach bluszczu rozwijała się swobodnie, emanując w kolejne efemeryczne, kwietne wzory. Całość tętniła witalnością, czuł jej elektryczną pieszczotę na skórze, gdy przesuwał dłoń po jedwabistej miękkości obicia. To było nieziemskie doznanie. Ornament wciągał go bez reszty,m zdradzając mu swe tajemnice, bawił się nim i uwodził... Wszystko te elementy zdały się nagle Torreadorowi tak doskonale dopasowane, niczym tony jego ukochanych piosenek. Przesuwając dłonią po delikatnych liniach, czuł przez chwilę czystą, niewysłowioną radość. Miał ochotę śpiewać, wyrazić ten stan tonami opisującymi kolejne zwoje tego najdoskonalszego ze wzorów. Wąchał się jednak z wyborem piosenki., choć w jego głowie pojawiały się i gasły kolejne nuty melodii bez słów.
Nicholas zdążył w tym czasie zorientować się jakie pozycje leżą na półkach w bibliotece. Był pod wrażeniem kolekcji. Zauważył, że Marcel przywiązywał sporą uwagę do szczegółów oraz klasy posiadanych przedmiotów.
Richard znał już rozkład pomieszczeń na parterze, dlatego skierował się również do biblioteki. Jej wcześniej poświęcił najmniej czasu, dlatego teraz nadszedł dobry moment na przyjrzenie się tytułom większość dzieł.
Po niecałych dwóch minutach do biblioteki wszedł ubrany w ciemnoszary garnitur blondyn. Dokładnie ten sam, który zaatakował Richarda w alejce. Nim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć mężczyzna rzekł stanowczym tonem:
- Witam panów. Wiec jednak znów się widzimy - nieznajomy zrobił krótką pauzę.
- Szkoda ze nie daliście doprowadzić się do Marcela po dobroci, tylko zaatakowaliście nas pod Żądłem. Chce wam jedynie przekazać, że wpadliście w poważne kłopoty. Szeryf jest już w drodze, a Marcel za zaatakowanie jego najwierniejszych sług ogłosi na was Krwawe Łowy.
Cisza, która zapadła po jego słowach miała swój własny ciężar.
Dla Silvio: Z powodu wady klanowej nie jesteś w stanie użyć Dyscypliny. Piękno które dostrzegasz jest teraz dla Ciebie wszystkim. Podziwiasz je. Nie za bardzo zdajesz sobie sprawę z innych osób w tym pomieszczeniu, ponieważ nie zamierzasz pozwalać na to, by ktoś Cię dekoncentrował zabierając tą cudowną chwilę.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
[center]Rezydencja Księcia Rubis d'le Nuit, Mardi Gras - luty 1994[/center]
Na te słowa włos zjeżył się na głowie młodego Arystokraty. Nie takiego doing business spodziewał się jadąc tu tej nocy... Hard negotiation, tym razem grasz o swoje życie - pomyślał Richard.
Mieszanka gniewu, strachu i skonfudowania, dokładnie w tej kolejności, odmalowała się na twarzy młodego Ventrue.
- Sir, myślę, że zaszło tu jakieś nieporozumienie. Zasady etykiety i taktownego zachowania są mi znane, a do takich nie należało to, co zaszło w tej ciemnej uliczce. Szarpanie za rękę i przerzucenie przez ramię bez słowa wyjaśnienia członka Camarilli nie jest zwyczajowym sposobem informowania o audiencji. Co więcej, jak mniemam in your opinion gentleman, postrzał z pistoletu jest niezbędnym zabiegiem, by wampir mógł stawić się przed obliczem Księcia. Jestem pewien, że Książę Marcel zmieni swe zdanie, gdy wysłucha jak sprawy się mają i jak wyglądało całe zajście. Obawiam się też, że za swój profesjonalizm i atak na czterech Spokrewnionych, dwójka jego, do-dziś-jeszcze, służących ma szanse dostąpić zaszczytu przemiany w karmę dla psów - rzekł spokojnym, acz zdecydowanym głosem Richard.
Na te słowa włos zjeżył się na głowie młodego Arystokraty. Nie takiego doing business spodziewał się jadąc tu tej nocy... Hard negotiation, tym razem grasz o swoje życie - pomyślał Richard.
Mieszanka gniewu, strachu i skonfudowania, dokładnie w tej kolejności, odmalowała się na twarzy młodego Ventrue.
- Sir, myślę, że zaszło tu jakieś nieporozumienie. Zasady etykiety i taktownego zachowania są mi znane, a do takich nie należało to, co zaszło w tej ciemnej uliczce. Szarpanie za rękę i przerzucenie przez ramię bez słowa wyjaśnienia członka Camarilli nie jest zwyczajowym sposobem informowania o audiencji. Co więcej, jak mniemam in your opinion gentleman, postrzał z pistoletu jest niezbędnym zabiegiem, by wampir mógł stawić się przed obliczem Księcia. Jestem pewien, że Książę Marcel zmieni swe zdanie, gdy wysłucha jak sprawy się mają i jak wyglądało całe zajście. Obawiam się też, że za swój profesjonalizm i atak na czterech Spokrewnionych, dwójka jego, do-dziś-jeszcze, służących ma szanse dostąpić zaszczytu przemiany w karmę dla psów - rzekł spokojnym, acz zdecydowanym głosem Richard.
Po wygłoszeniu tego monologu, Spear wychodzi z biblioteki do głównego salonu, chcąc pokazać, że oczekuje na pojawienie się księcia i że wychodzi mu naprzeciw.
Dzisiejsze pisanie sponsorowane było przez Yeni Raki 
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Rezydencja Księcia Rubis d'le Nuit - luty 1994
Tremere zachował kamienną twarz, chociaż w głębi umysłu poczuł leciutki dreszcz towarzyszący przebudzeniu głęboko uśpionej Bestii. Oświadczenie jasnowłosego człowieka poruszyło Nicholasa bezmiarem swej absurdalności. Kainita przywołał naprędce wspomnienie zajścia pod spelunką, raz jeszcze przeanalizował wszystkie swe poczynania i skinął samemu sobie głową w bezwiednym wyrazie akceptacji dla własnych poczynań.
- Twój pan posiada niezrozumiałe dla mnie poczucie humoru, a przynajmniej taką żywię nadzieję - powiedział opanowanym tonem, wwiercając się jednocześnie spojrzeniem w oczy ghula - Gdyby jednak było inaczej, muszę nadmienić, że czasy konfederackiej chwały już dawno przeminęły.
Wzrok Tremere pobiegł wymownie ku portretowi księcia w mundurze armii Południa.
- Ogłoszenie łowów na zbiegłych niewolników nie jest tym samym, co wyrok krwawych łowów na członka Piramidy - w głosie Bertranda pojawiła się ostrzejsza nuta - Mam nadzieję, że Szeryf rychło się zjawi. Mam nadzieję, że wyjaśnimy to pożałowania godne nieporozumienie bez konieczności zwoływania Trybunału. I zawczasu chcę zastrzec, że gdyby sprawy zaszły aż tak daleko, a wyrok Trybunału nie byłby jednoznacznie neutralny, odwołam się poprzez mego regenta do opinii Komisji Weneckiej.
Nicholas położył szczególny nacisk na swe ostatnie słowa, po czym założył ręce za plecy i demonstracyjnie odwrócił do ghula plecami kontemplując wzrokiem obraz przedstawiający panoramę Mississipi na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego wieku.
Tremere zachował kamienną twarz, chociaż w głębi umysłu poczuł leciutki dreszcz towarzyszący przebudzeniu głęboko uśpionej Bestii. Oświadczenie jasnowłosego człowieka poruszyło Nicholasa bezmiarem swej absurdalności. Kainita przywołał naprędce wspomnienie zajścia pod spelunką, raz jeszcze przeanalizował wszystkie swe poczynania i skinął samemu sobie głową w bezwiednym wyrazie akceptacji dla własnych poczynań.
- Twój pan posiada niezrozumiałe dla mnie poczucie humoru, a przynajmniej taką żywię nadzieję - powiedział opanowanym tonem, wwiercając się jednocześnie spojrzeniem w oczy ghula - Gdyby jednak było inaczej, muszę nadmienić, że czasy konfederackiej chwały już dawno przeminęły.
Wzrok Tremere pobiegł wymownie ku portretowi księcia w mundurze armii Południa.
- Ogłoszenie łowów na zbiegłych niewolników nie jest tym samym, co wyrok krwawych łowów na członka Piramidy - w głosie Bertranda pojawiła się ostrzejsza nuta - Mam nadzieję, że Szeryf rychło się zjawi. Mam nadzieję, że wyjaśnimy to pożałowania godne nieporozumienie bez konieczności zwoływania Trybunału. I zawczasu chcę zastrzec, że gdyby sprawy zaszły aż tak daleko, a wyrok Trybunału nie byłby jednoznacznie neutralny, odwołam się poprzez mego regenta do opinii Komisji Weneckiej.
Nicholas położył szczególny nacisk na swe ostatnie słowa, po czym założył ręce za plecy i demonstracyjnie odwrócił do ghula plecami kontemplując wzrokiem obraz przedstawiający panoramę Mississipi na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego wieku.
Poczekajmy zatem na księcia, niech sam przedstawi nam te niedorzeczne zarzuty!
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Nowy Orlean, Rezydencja Księcia Rubis d'le Nuit, Mardi Gras - luty 1994
Nosferatu ze stoickim spokojem wysłuchał słów kainitów. Potem nie wytrzymał. Ryknął śmiechem, a maska młodego mężczyzny w garniturze opadła nagle, ukazując wynaturzone i straszne oblicze Nosferatu. Dla poniektórych mógł być to widok rodem z taniego horroru klasy B, ale Szury lubiły epatować swoją klanową wadą i siać zgorszenie swoim nieludzkim wyglądem. Westwood nie odbiegał od stereotypowego wyobrażenia o przedstawicielach klanu Nosferatu. Miał pociętą siatką zmarszczek głowę z wielką, ziejącą pustką dziurą zamiast nosa i czarnymi oczyma, całkowicie skrywającymi białka niczym u zwierzęcia. Zasuszone usta teraz wykrzywione w groteskowym uśmiechu odkrywały garnitur pożółkłych zębów. Koszmarne ciało kontrastowało ze strojem kainity skaładającym się z idealnie białego t-shirta z logiem Star Wars, trampek Converse i pary Levisów. Brad rechocząc i trzyamjąc się za brzuch niczym śmiertelnik chrapliwie wydusił z siebie:
- No nie mogę po prostu... Kurde... Żebyście siebie widzieli... Karmą dla psów i Komisją Wenecką w biedne bydło... No z grubej rury... Sorry panowie, wiem, nie przystoi w takim miejscu... Wybaczcie mój drobny żart... Ale kupa w gaciach była, nie? - Westwood z trudem opanowywał śmiech, po czym wszedł za Ventrue do salonu, gdzie Toreador wciąż wpatrywał się w krzesło, zupełnie ziignorowawszy wcześniejszą zaczepkę Bradley'a:
- Szkoda że drogi Silvio przegapił żart... Jak znam jego legendarną prędkość z jaką unika kłopotów, to pewnie już byłby w Zachodniej Wirginii...
Nosferatu ze stoickim spokojem wysłuchał słów kainitów. Potem nie wytrzymał. Ryknął śmiechem, a maska młodego mężczyzny w garniturze opadła nagle, ukazując wynaturzone i straszne oblicze Nosferatu. Dla poniektórych mógł być to widok rodem z taniego horroru klasy B, ale Szury lubiły epatować swoją klanową wadą i siać zgorszenie swoim nieludzkim wyglądem. Westwood nie odbiegał od stereotypowego wyobrażenia o przedstawicielach klanu Nosferatu. Miał pociętą siatką zmarszczek głowę z wielką, ziejącą pustką dziurą zamiast nosa i czarnymi oczyma, całkowicie skrywającymi białka niczym u zwierzęcia. Zasuszone usta teraz wykrzywione w groteskowym uśmiechu odkrywały garnitur pożółkłych zębów. Koszmarne ciało kontrastowało ze strojem kainity skaładającym się z idealnie białego t-shirta z logiem Star Wars, trampek Converse i pary Levisów. Brad rechocząc i trzyamjąc się za brzuch niczym śmiertelnik chrapliwie wydusił z siebie:
- No nie mogę po prostu... Kurde... Żebyście siebie widzieli... Karmą dla psów i Komisją Wenecką w biedne bydło... No z grubej rury... Sorry panowie, wiem, nie przystoi w takim miejscu... Wybaczcie mój drobny żart... Ale kupa w gaciach była, nie? - Westwood z trudem opanowywał śmiech, po czym wszedł za Ventrue do salonu, gdzie Toreador wciąż wpatrywał się w krzesło, zupełnie ziignorowawszy wcześniejszą zaczepkę Bradley'a:
- Szkoda że drogi Silvio przegapił żart... Jak znam jego legendarną prędkość z jaką unika kłopotów, to pewnie już byłby w Zachodniej Wirginii...
przepraszam za drobny żart zrobiony w porozumieniu z niecnym MG, który przyklasnął pomysłowi.
Ostatnio zmieniony 30 marca 2016, 17:40 przez 8art, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Rezydencja Księcia Rubis d'le Nuit - luty 1994
Nicholas obejrzał się ponad ramieniem słysząc głos Westwooda i stężał niezauważalnie porażony falą autentycznego wstrętu. Nosferatu zarzucił wreszcie swą iluzoryczną maskę odsłaniając prawdziwe oblicze. Widok ów przypomniał mu natychmiast o przerażającej naturze mrocznego dziedzictwa, które stało się jego udziałem. Dar nieśmiertelność pociągał za sobą straszliwą przemianę i klan Nosferatu stanowił jej namacalny dowód.
Bertrand wiedział doskonale, że w istocie rzeczy był żywym trupem, nienaturalnym drapieżnikiem żerującym na ciepłokrwistych istotach. Lecz na co dzień starał się spychać tę oczywistą prawdę w ciemne zakamarki nieumarłego umysłu, skupiając się przede wszystkim na rozlicznych zaletach swego odmiennego stanu egzystencji.
Widok prawdziwego oblicza Bradleya natychmiast obudził uśpione w podświadomości demony, pogarszając i tak już kiepskie samopoczucie Nicholasa.
Nicholas obejrzał się ponad ramieniem słysząc głos Westwooda i stężał niezauważalnie porażony falą autentycznego wstrętu. Nosferatu zarzucił wreszcie swą iluzoryczną maskę odsłaniając prawdziwe oblicze. Widok ów przypomniał mu natychmiast o przerażającej naturze mrocznego dziedzictwa, które stało się jego udziałem. Dar nieśmiertelność pociągał za sobą straszliwą przemianę i klan Nosferatu stanowił jej namacalny dowód.
Bertrand wiedział doskonale, że w istocie rzeczy był żywym trupem, nienaturalnym drapieżnikiem żerującym na ciepłokrwistych istotach. Lecz na co dzień starał się spychać tę oczywistą prawdę w ciemne zakamarki nieumarłego umysłu, skupiając się przede wszystkim na rozlicznych zaletach swego odmiennego stanu egzystencji.
Widok prawdziwego oblicza Bradleya natychmiast obudził uśpione w podświadomości demony, pogarszając i tak już kiepskie samopoczucie Nicholasa.
Mogę tylko podejrzewać, jakie emocje gęba Westwooda obudzi w estetycznym aż do bólu Silvio...
[center]Rezydencja Księcia Rubis d'le Nuit, Mardi Gras - luty 1994[/center]
Opuszczając bibliotekę, Richard usłyszał jeszcze za swoimi plecami kilka ciętych zdań rzuconych przez Nicolasa. W sumie w pełni się z nimi zgadzał i dodawało mu to nieco otuchy, ale zdawał sobie sprawę, że ten miserable mistake można wyjaśnić wyłącznie z księciem. Marna to pociecha, jeżeli jutro pojedziemy na dożywotni turnus wypoczynkowy w tutejszych bagnach - pomyślał Ventrue.
Wchodząc do salonu, zastał śpiewaka pogrążonego w dziwacznej fascynacji fotelem Louis XVI. What the... ?! - zaklął w myślach Arystokrata.
- Hey, Silvio, skończ proszę te wygibasy z fotelem. Mamy poważne kłopoty, a to co tu czynisz może tylko pogorszyć sytuację. Książę za chwilę się pojawi i zobaczy cię w orgazmicznym uniesieniu z jego zabytkowym meblem, c'mon...
Spear zaczął przemierzać salon krokiem zdradzającym podenerwowanie, a na pewno poruszenie, gdy zauważył wychodzącego z biblioteki przedstawiciela klanu Nosferatu. Tego jeszcze brakowało... Freak show. Zrezygnowany postanowił odgrywać postawę niewzruszonego, mieli przecież poważniejsze problemy niż Szczur w swojej naturalnej postaci. Wyuczone schematy zachowania wzięły górę i maska poprawności stężała na twarzy wampira.
Opuszczając bibliotekę, Richard usłyszał jeszcze za swoimi plecami kilka ciętych zdań rzuconych przez Nicolasa. W sumie w pełni się z nimi zgadzał i dodawało mu to nieco otuchy, ale zdawał sobie sprawę, że ten miserable mistake można wyjaśnić wyłącznie z księciem. Marna to pociecha, jeżeli jutro pojedziemy na dożywotni turnus wypoczynkowy w tutejszych bagnach - pomyślał Ventrue.
Wchodząc do salonu, zastał śpiewaka pogrążonego w dziwacznej fascynacji fotelem Louis XVI. What the... ?! - zaklął w myślach Arystokrata.
- Hey, Silvio, skończ proszę te wygibasy z fotelem. Mamy poważne kłopoty, a to co tu czynisz może tylko pogorszyć sytuację. Książę za chwilę się pojawi i zobaczy cię w orgazmicznym uniesieniu z jego zabytkowym meblem, c'mon...
Spear zaczął przemierzać salon krokiem zdradzającym podenerwowanie, a na pewno poruszenie, gdy zauważył wychodzącego z biblioteki przedstawiciela klanu Nosferatu. Tego jeszcze brakowało... Freak show. Zrezygnowany postanowił odgrywać postawę niewzruszonego, mieli przecież poważniejsze problemy niż Szczur w swojej naturalnej postaci. Wyuczone schematy zachowania wzięły górę i maska poprawności stężała na twarzy wampira.
W oczekiwaniu na księcia, Richard przenosił nerwowy wzrok z jednego antyku na drugi, oglądając je raczej powierzchownie i dla zabicia czasu.
Ostatnio zmieniony 31 marca 2016, 19:53 przez Mystic, łącznie zmieniany 1 raz.
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Rezydencja Księcia Rubis d'le Nuit - luty 1994
Silvio w końcu oderwał swój wzrok od fotela i pierwszy raz ujrzał prawdziwą twarz Westwood'a. Odczucie piękna jakiego przed chwilą doświadczył, w kontraście z widokiem klątwy Nosferatu było olbrzymim szokiem. Torreador stał więc przez chwilę bez ruchu nie wiedząc zupełnie, co powiedzieć.
W tym momencie do salonu wszedł Marcel. Ubrany był w ciemnoniebieski, doskonale dopasowany garnitur, który sprawiał wrażenie nie tylko najnowszego krzyku, ale wręcz wrzasku mody. Książę był dość okazałej postury, która mimo wszystko robiła wrażenie na młodszych Kainitach. Rzadko zdarzało się, aby Ventrue posiadał tak rozwiniętą muskulaturę, a przy tym był równie rpzystojny. Arystokrata miał ciemnobrązowe włosy oraz błękitne oczy, w których próżno można by szukać czegoś ludzkiego.
- Witajcie w moim domu. Mam nadzieję, że podróż minęła spokojnie i mogliście przez chwilę odpocząć. Przepraszam, że musieliście na mnie czekać. Usiądźcie - Książę powiedział uprzejmym, acz nieco chłodnym tonem.
Kilka chwil później siedzieli razem na sofach, czekając na dalsze słowa Marcela.
- Przejdźmy od razu do sedna sprawy. Dowiedziałem się o pewnym incydencie nieopodal klubu Żądło. Powiedzcie mi, co tam się wydarzyło? - pytanie zawisło w powietrzu.
Silvio w końcu oderwał swój wzrok od fotela i pierwszy raz ujrzał prawdziwą twarz Westwood'a. Odczucie piękna jakiego przed chwilą doświadczył, w kontraście z widokiem klątwy Nosferatu było olbrzymim szokiem. Torreador stał więc przez chwilę bez ruchu nie wiedząc zupełnie, co powiedzieć.
W tym momencie do salonu wszedł Marcel. Ubrany był w ciemnoniebieski, doskonale dopasowany garnitur, który sprawiał wrażenie nie tylko najnowszego krzyku, ale wręcz wrzasku mody. Książę był dość okazałej postury, która mimo wszystko robiła wrażenie na młodszych Kainitach. Rzadko zdarzało się, aby Ventrue posiadał tak rozwiniętą muskulaturę, a przy tym był równie rpzystojny. Arystokrata miał ciemnobrązowe włosy oraz błękitne oczy, w których próżno można by szukać czegoś ludzkiego.
- Witajcie w moim domu. Mam nadzieję, że podróż minęła spokojnie i mogliście przez chwilę odpocząć. Przepraszam, że musieliście na mnie czekać. Usiądźcie - Książę powiedział uprzejmym, acz nieco chłodnym tonem.
Kilka chwil później siedzieli razem na sofach, czekając na dalsze słowa Marcela.
- Przejdźmy od razu do sedna sprawy. Dowiedziałem się o pewnym incydencie nieopodal klubu Żądło. Powiedzcie mi, co tam się wydarzyło? - pytanie zawisło w powietrzu.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Nowy Orlean, Rezydencja Księcia Rubis d'le Nuit, Mardi Gras - luty 1994
Bradley w pierwszym momencie miał zamiar opowiedzieć cały przebieg zajść w zaułku, ale stwierdził, że po co ma się wychylać. Przecież był wśród nich Arystokrata, a ci zawsze pchali się jako pierwsi do przewodzenia grupie. Zważywszy, że Marcel też należał do tego samego klanu, najbardziej oczywistą personą do rozpoczęcia dialogu był nikt inny jak Richard. Zresztą Westwood czuł podświadomie, że zawisłe w powietrzu pytanie było skierowane do nikogo innego jak Arystokraty. Nawet jeśli Ventrue ze znanych tylko sobie powodów zdecydowałby się nic nie powiedzieć, to od czego byli złotouści Degeneraci i mocni w gębach Czarodzieje?
Pewno zaraz któryś się wyrwie z opowieścią. Już wyobrażam sobie Silvio jak przekuwa swoją paniczną ucieczkę w strategiczną wiktorię na miarę zwycięstw Rundstedta, ba! Napoleona albo Cezara! - pomyślał analizując różne scenariusze tego jak mógł brzmieć opis zdarzenia z różnych punktów widzenia.
Westwood był tylko szczurem, stojącym daleko w ogonie kolejki pchających się na piedestały spokrewnionych. Spojrzał tylko czarnymi, budzącymi odrazę oczyma na trójkę kompanów dając do zrozumienia, żeby któryś wreszcie się odezwał.
Bradley w pierwszym momencie miał zamiar opowiedzieć cały przebieg zajść w zaułku, ale stwierdził, że po co ma się wychylać. Przecież był wśród nich Arystokrata, a ci zawsze pchali się jako pierwsi do przewodzenia grupie. Zważywszy, że Marcel też należał do tego samego klanu, najbardziej oczywistą personą do rozpoczęcia dialogu był nikt inny jak Richard. Zresztą Westwood czuł podświadomie, że zawisłe w powietrzu pytanie było skierowane do nikogo innego jak Arystokraty. Nawet jeśli Ventrue ze znanych tylko sobie powodów zdecydowałby się nic nie powiedzieć, to od czego byli złotouści Degeneraci i mocni w gębach Czarodzieje?
Pewno zaraz któryś się wyrwie z opowieścią. Już wyobrażam sobie Silvio jak przekuwa swoją paniczną ucieczkę w strategiczną wiktorię na miarę zwycięstw Rundstedta, ba! Napoleona albo Cezara! - pomyślał analizując różne scenariusze tego jak mógł brzmieć opis zdarzenia z różnych punktów widzenia.
Westwood był tylko szczurem, stojącym daleko w ogonie kolejki pchających się na piedestały spokrewnionych. Spojrzał tylko czarnymi, budzącymi odrazę oczyma na trójkę kompanów dając do zrozumienia, żeby któryś wreszcie się odezwał.
Pozwolę się wypowiedzieć pierwszym tym wampirom od Public Relations;)