Siwy zebrał się w sobie i opierawszy się na ramieniu Burgi powoli odzyskał rezon. W głowie się zakręciło kiedy pierwszy raz stanął, jednak znać po nim było że wartko siły odzyskiwał stracone. Nie dalej jak chwilę temu wychyliłbył solidną fiolkę bodaj najsilniejszego ziela leczącego jakie istniało na Orchii. Czuł jeszcze przyjemne ciepło bijące z żołądka, kiedy to ostatnie drobiny cudownej substancji rozgrzewały mu trzewia. Nie bez wpływu na cudowną poprawę stanu starego, była także magia jaką raczył go objąć świętobliwy kapłan Asteriusza. Rany nie były weteranowi pierwszyzną. Siwy powoli ruszył przed siebie, wpierw niepewnie na zewnątrz szopy a kiedy za pomocą gwizdka odnalazł swego Azora dalej, kędy spodziewał się znaleźć strumień. Dzień zapowiadał się nad wyraz słonecznie. Bystre światło rzucane przez wschodzącą kulę czerwieni już teraz grzało ziemię, docierając jasnymi smugami nawet w leśne ostępy. Chłodna woda ze strumienia i spokojna bryza powoli budziły starego gwardzistę do życia i dodawały animuszu jak za starych czasów wojaczki.
Tymczasem. Burga rozłożył ciała na ziemi jak mu rzeczono.
- Lepiej dajcie se spokój z tymi przebrzydłymi cyrkowacami. Znać że zatarg jakowyś musieli mieć stąd go rzezać chcieli. Po co w trupach się wam bebrać. Głupio zrobili cyrkowce, oj głupio - powiedział kupiec stojąc nad Burgą z ramionami na biodrach.
Półork zaś powoli i z nieukrywanym obrzydzeniem począł przeszukiwać martwych. Wpierw wziął się za tego co na rycerza nożem się zamierzał, jakoś łatwiej mu z nim zacząć było. Przeszukał ciało sprawnie i szczegółowo. Jedno znalezisko trafił. W pasie prócz ukrytej tam sztuki złota znalazł ruchomy guz z metalu. Kiedy pociągnął, z pasa wyszła niedługa metalowa linka, kilkukrotnie skręcana. Odrzucił na bok garotę niepospolitej roboty. Z niechęcią zerwał koszulę, bo jakoś tak obdzierać umarłego z odzienia nie przyjemnie mu było i obco. Na plecach mężczyzny, aż do prawego ramienia wił się prosty symbol kobry z rozpostartym płaszczem. Westchnął z odrazą zdając sobie sprawę, że teraz trza było mu zabrać się za tego drugiego.
Przełamał obrzydzenie. Zaczął od koszuli. Drugi zabójca posiadał identyczny tatuaż z tym wyjątkiem, że już na pierwszy rzut oka wydawał się w wykonaniu bogatszy w szczegóły. Przy pasie nie znalazł guza jeno, w części skórzanego pasa co pod krzyżem była, wszytą metalową blaszkę. Ostrą jak diabli i niewidoczną bo od strony ciała się chowała. Była przytwierdzona na stałe do pasa. Prócz niej w pasie znalazł wszyte jeszcze trzy sztuki złota. Półork poczynił też jeszcze jedno odkrycie, choć przypadkiem zupełnym. Kiedy już miał odchodzić spojrzał od spodu na but zabójcy. Coś mu nie podpasowało już na pierwszy rzut oka. Poruszał nieco obluzowanym obcasem, bo to on zwrócił uwagę Burgi. Kawałek obcasa w końcu odskoczył ukazując króciutkie, sprytnie zamaskowane ostrze.
- Na wszystkie piekła panteonów! - rzucił kupiec na widok tego co kolejno znajduje półork. Po czym nieco zdruzgotany przysiadł na kamieniu i długi czas marszczył tylko ciężkie krasnoludzie brwi jakby bił się z własnymi myślami.
W tym samym czasie wewnątrz szopy uwijały się dzierlatki. Poprawiały bandaże jak potrafiły. Ciepłą wodą z nastawionego nad ogniskiem gara zraszały co raz czoła rannym. Na efekt nie trzeba było długo czekać. Pisnęła jedna przerażona, kiedy z pomrukiem gniewu właściwym synom góry złapała ją za rękę mocarna dłoń krasnoluda. Ochroniarz przysiadł i półprzytomny od razu wokół siebie zaczął macać, topora szukając. Dłoni kobiety nie puścił. Dopiero kiedy przemówił do niego kupiec, zmarszczył brwi, wydął usta i zwalniając kobietę zażądał czegoś pienistego. Najlepszego specyfiku do przepłukania ciała z trucizny. I takoż na wszelkie inne przypadłości jakie się krasnoludom czasem w życiu trafiają.
Chłopiec siedzący tuż przy kapłanie drgnął nerwowo ale nie doszukując się reakcji u swego świętego opiekuna wrócił do obserwowania co z przyniesioną przez niego pajęczyną robił kapłan. Ręce Eitharta zaś pracowały miarowo, równo ugniatając na papkę znalezione ingrediencje.
Parsknięcie konia zwróciło na chwilę uwagę wszystkich wędrowców, wprawdzie niektóre dłonie powędrowały w kierunku przybocznie trzymanego żelaztwa jednak już moment później atmosfera się rozluźniła, bowiem w świetle drzwi stanęła sylwetka Siwego. Włosy miał mokre od wody lico i ubranie z krwi względnie oczyszczone.
- ...z niedaleka... ledwo co opuścił rodowe pielesze... - powtórzył parę razy kupiec jakby wypowiedziane jakiś czas temu zdanie cały czas spokoju mu nie dawało. - Czy wy mata w ogóle i w szczególe pojęcie, z kim wam opatrzność zetknąć się w tej szopinie kazała. Hę? Toż to Reinwaldowy syn, syn Reinwalda z Tobu. - powiedział wskazując na leżącego jakby oczekiwał, że słowa wywołają reakcję.
I wywołały. Jednakoż tylko w ślepcu. Te dwa słowa uruchomił w ślepca umyśle szereg wspomnień. Były to wspomnienia o barwie krwi, o dźwięku bezskutecznie błagających o litość oraz o zapachu palonych ciał.
[center]

[/center]
Ślepiec sięgnął w odmęty swej pamięci. Ród Reinwalda z Tobu nie bez kozery nosił miano "Psa u Wrót Gasty". Ponoć rodzina wieki temu za wierną służbę katańską kamieniste tereny w okolicy Gasty dostała. Jedni mówili, że w nagrodę a inni, że to właśnie do Gasty pilnowania byli tu zesłani. Gdyby miasto buntem kiedy wybuchło. Ród był to bowiem od zarania dziejów psio Katanom wierny. Ród krwawy, ród ludzki. Pierwszy do gaszenia buntów wszelakich. Zaś dla poddanych ponoć bardziej niźli ciężkie ramię mający. Lubowali się pono w zadawaniu bólu jak mało który szczep ludzki. Ludzie gadali, że okrutnością orkom nijak nie ustępowali. W umyśle ślepca błysnął przez chwilę obraz stryja Reinhardtowego, pośledniego wzrostem blondyna co szczególnie w tym rzemiośle przodował.
- Chcecie podzięki od jego rodu, dobrze. Beze mnie. - rzucił krasnoludzki kupiec przerywając rozmyślania starego - Nie słyszałem ja by ta rodzina podziękowała komuś inaczej jak w jeden sposób. Żelazem. Zimnym alboli gorącym. Reinwald z tego co wiem ma kilku synów, jednakoż nawet tego jednego pomści okrutnie. Za mniej liche sprawy całe wsie z dymem puszczał. Chcecie tu z nim zostać, świetnie. Problem mam z głowy. Ja ruszam. Zbieraj się ochroniarzu, jedziem jak tylko na kozła się będziesz mógł wdrapać - powiedział i szybko zaczął manatki swe pakować. - Nie dalej jak pół dnia drogi stąd jest kapliczka tam się cię na nogi postawi, na mój koszt. - Dodał na koniec z bólem.
To mówiąc co prędzej zaczął zbierać swe rzeczy by zapakować je na kupiecki wóz.
- Jedziem z wami. My takoż dzień drogi nadrobiłyśmy byleby po ich gościńcach się nie włóczyć. Tam wędrowcy samotni podobno dziwno znikają - rzuciła dziewczyna, rozmasowując swój nadgarstek.
- A i bo to nie tylko... - syknęła druga szeptem i ze strachem spojrzała na rycerza. - Ponoć Reinwald sam żonę swo pierwszo, o tak, za twarz złapał i z wieży sam wyrzucił. Tydzień później już z inną białką na ślubnym kobiercu stawał... - skończyła i zamarła zerkając na młodzieńca jakby mówić dalej się bała. Ten jednak leżał nieprzytomny, oddychał z trudem.
Jak widać odkąd Reinwald stał się NPCem lekko został zmodyfikowany, wraz z rodziną. Nieskromnie powiem, że wydaje mi się że nabrał charakteru... /EVILS/