: 03 marca 2017, 06:21
Półork wyrwał się z koszmarów w których to cyrkowiec jemu wraża w pierś sztylet, aż po rękojeść, a ostrze rycerza to jego rozplątuje miast zabójcy. Rozwarł zaczerwienione oczy i zmrużył je przed jasnością. Czuł nudności. Ulżył sobie wyrzucając treść żołądka na klepisko. Przetarł usta dłonią.
Dniało. Koszmar minionej nocy przemijał. Jednak szerokie plamy zaschniętej krwi i smugi po przeciągniętych gdzieś ciałach przypominało co się tu działo. Ognisko przygasało. Krasnolud pokrzykiwał.
Gdzie jest Siwy? Czy i on zobaczy świt nowego dnia? To zaraz, pierwej trzeba ocenić swój stan. Burga uniósł się na łokcie i zaczął powoli zsuwać zbroję. Zakręciło mu się w głowie i znów musiał zwymiotować. Powoli rozsznurował rzemyki i pozbyć się żelastwa. Na chudym, bladym i słabo umięśnionym torsie znalazł kilka ran. Ktoś się nimi zajął. Ich krawędzie co prawda się porozchodziły jak to w świeżych ranach, ale ich wnętrze wypełniały dziwnie znajome liście ziół. Już je kiedyś widział. Jego patron używał takich samych. Ciężko je znaleźć w tej części Orkusa. Musiały sporo kosztować.
Burga rozejrzał się za plecakiem i wyciągnął z niego gliniany garniec. Zerwał przylepioną na wosk przykrywkę i nabrał w dłoń półpłynną maź. To prezent pożegnalny od nauczyciela. Balsam na niedźwiedzim sadle. Wspaniale goi rany. Półork oszczędnie choć dokładnie oczyścił rany i wypełnił ziołem i balsamem. Nie było tak źle. Zbroja przejęła większość impetu. Jena rana na udzie, dwie cięte na torsie, jedno kłucie przy żebrach i zadrapanie na szyi. Obwinął się bandażami aby przytrzymały opatrunki na miejscu. Jakby mnie jakiś rzeźnik chciał sprawić. Ehhh. Czy nie lepiej było mi na Wyspie Mew?
No nic, nie można być niewdzięcznym. Trzeba podziękować. Burga podpełzł do ogniska do którego starzec wrzucał szczapę drewna.
Burga przyjął pozycję na klęczkach,przysiadł na piętach. Z ogniska wyjął pokrytą mchem kopcącą gałąź.
- Dzięki ci o Boginia za twą gwiazdę poranną, za nowy dzień i powietrze w płucach - mówił Burga zataczając kręgi gałęzią wokół, odymiając głowę - dzięki ci Sharami za płomień i za wiatr. Dziękuję ci za życie, tak jak będę dziękował ci za śmierć. - Wypowiadane mantry stały się bardziej monotonne. - Twoje tchnienie moim oddechem, Twój żar, żarem mego serca. Z prochu powstałem i w proch się obrócę.
Półork wciągnął dym głęboko w płuca i zamarł na dwadzieścia uderzeń serca. Po czym wypuścił dym i pokłonił się płomieniowi.
Podziękował bogom teraz czas na ludzi.
- Powiedz mi starcze co tu się działo, gdy mnie podstępna trucizna zmogła. Kto żyw będzie, a kto między trupami? Kto mi ratunku udzielił. Komu życie zawdzięczam?
Dniało. Koszmar minionej nocy przemijał. Jednak szerokie plamy zaschniętej krwi i smugi po przeciągniętych gdzieś ciałach przypominało co się tu działo. Ognisko przygasało. Krasnolud pokrzykiwał.
Gdzie jest Siwy? Czy i on zobaczy świt nowego dnia? To zaraz, pierwej trzeba ocenić swój stan. Burga uniósł się na łokcie i zaczął powoli zsuwać zbroję. Zakręciło mu się w głowie i znów musiał zwymiotować. Powoli rozsznurował rzemyki i pozbyć się żelastwa. Na chudym, bladym i słabo umięśnionym torsie znalazł kilka ran. Ktoś się nimi zajął. Ich krawędzie co prawda się porozchodziły jak to w świeżych ranach, ale ich wnętrze wypełniały dziwnie znajome liście ziół. Już je kiedyś widział. Jego patron używał takich samych. Ciężko je znaleźć w tej części Orkusa. Musiały sporo kosztować.
Burga rozejrzał się za plecakiem i wyciągnął z niego gliniany garniec. Zerwał przylepioną na wosk przykrywkę i nabrał w dłoń półpłynną maź. To prezent pożegnalny od nauczyciela. Balsam na niedźwiedzim sadle. Wspaniale goi rany. Półork oszczędnie choć dokładnie oczyścił rany i wypełnił ziołem i balsamem. Nie było tak źle. Zbroja przejęła większość impetu. Jena rana na udzie, dwie cięte na torsie, jedno kłucie przy żebrach i zadrapanie na szyi. Obwinął się bandażami aby przytrzymały opatrunki na miejscu. Jakby mnie jakiś rzeźnik chciał sprawić. Ehhh. Czy nie lepiej było mi na Wyspie Mew?
No nic, nie można być niewdzięcznym. Trzeba podziękować. Burga podpełzł do ogniska do którego starzec wrzucał szczapę drewna.
Burga przyjął pozycję na klęczkach,przysiadł na piętach. Z ogniska wyjął pokrytą mchem kopcącą gałąź.
- Dzięki ci o Boginia za twą gwiazdę poranną, za nowy dzień i powietrze w płucach - mówił Burga zataczając kręgi gałęzią wokół, odymiając głowę - dzięki ci Sharami za płomień i za wiatr. Dziękuję ci za życie, tak jak będę dziękował ci za śmierć. - Wypowiadane mantry stały się bardziej monotonne. - Twoje tchnienie moim oddechem, Twój żar, żarem mego serca. Z prochu powstałem i w proch się obrócę.
Półork wciągnął dym głęboko w płuca i zamarł na dwadzieścia uderzeń serca. Po czym wypuścił dym i pokłonił się płomieniowi.
Podziękował bogom teraz czas na ludzi.
- Powiedz mi starcze co tu się działo, gdy mnie podstępna trucizna zmogła. Kto żyw będzie, a kto między trupami? Kto mi ratunku udzielił. Komu życie zawdzięczam?
Spoiler!
[/center]