Strona 4 z 13

: 03 marca 2017, 06:21
autor: deliad
Półork wyrwał się z koszmarów w których to cyrkowiec jemu wraża w pierś sztylet, aż po rękojeść, a ostrze rycerza to jego rozplątuje miast zabójcy. Rozwarł zaczerwienione oczy i zmrużył je przed jasnością. Czuł nudności. Ulżył sobie wyrzucając treść żołądka na klepisko. Przetarł usta dłonią.

Dniało. Koszmar minionej nocy przemijał. Jednak szerokie plamy zaschniętej krwi i smugi po przeciągniętych gdzieś ciałach przypominało co się tu działo. Ognisko przygasało. Krasnolud pokrzykiwał.

Gdzie jest Siwy? Czy i on zobaczy świt nowego dnia? To zaraz, pierwej trzeba ocenić swój stan. Burga uniósł się na łokcie i zaczął powoli zsuwać zbroję. Zakręciło mu się w głowie i znów musiał zwymiotować. Powoli rozsznurował rzemyki i pozbyć się żelastwa. Na chudym, bladym i słabo umięśnionym torsie znalazł kilka ran. Ktoś się nimi zajął. Ich krawędzie co prawda się porozchodziły jak to w świeżych ranach, ale ich wnętrze wypełniały dziwnie znajome liście ziół. Już je kiedyś widział. Jego patron używał takich samych. Ciężko je znaleźć w tej części Orkusa. Musiały sporo kosztować.

Burga rozejrzał się za plecakiem i wyciągnął z niego gliniany garniec. Zerwał przylepioną na wosk przykrywkę i nabrał w dłoń półpłynną maź. To prezent pożegnalny od nauczyciela. Balsam na niedźwiedzim sadle. Wspaniale goi rany. Półork oszczędnie choć dokładnie oczyścił rany i wypełnił ziołem i balsamem. Nie było tak źle. Zbroja przejęła większość impetu. Jena rana na udzie, dwie cięte na torsie, jedno kłucie przy żebrach i zadrapanie na szyi. Obwinął się bandażami aby przytrzymały opatrunki na miejscu. Jakby mnie jakiś rzeźnik chciał sprawić. Ehhh. Czy nie lepiej było mi na Wyspie Mew?


No nic, nie można być niewdzięcznym. Trzeba podziękować. Burga podpełzł do ogniska do którego starzec wrzucał szczapę drewna.
Burga przyjął pozycję na klęczkach,przysiadł na piętach. Z ogniska wyjął pokrytą mchem kopcącą gałąź.

- Dzięki ci o Boginia za twą gwiazdę poranną, za nowy dzień i powietrze w płucach - mówił Burga zataczając kręgi gałęzią wokół, odymiając głowę - dzięki ci Sharami za płomień i za wiatr. Dziękuję ci za życie, tak jak będę dziękował ci za śmierć. - Wypowiadane mantry stały się bardziej monotonne. - Twoje tchnienie moim oddechem, Twój żar, żarem mego serca. Z prochu powstałem i w proch się obrócę.
Półork wciągnął dym głęboko w płuca i zamarł na dwadzieścia uderzeń serca. Po czym wypuścił dym i pokłonił się płomieniowi.

Podziękował bogom teraz czas na ludzi.

- Powiedz mi starcze co tu się działo, gdy mnie podstępna trucizna zmogła. Kto żyw będzie, a kto między trupami? Kto mi ratunku udzielił. Komu życie zawdzięczam?

Spoiler!
Co do ran i ich leczenia: Samouzdrowienie od półorka 2 pkt, zdolność 10 łowcy Przyspieszone zdrowienie - 8 ptk/8h czyli w sumie 10pkt/8h. I jeszcze efekt maści z niedźwiedziego sadła x 2. Czyli 20 obr/8h

: 03 marca 2017, 13:38
autor: dretch
Zwariowana paleta szarości i brązu zawładnęła oczami Siwego. Próbował je przetrzeć dłońmi lecz te tak samo jak jego ciało były niewładne. Choć umysł pracował na najwyższych obrotach, to zbrojny czuł się jak słup soli.

Błędnik wariował, a umysł wycinał fragmenty rzeczywistości z otoczenia i tworzył niesłychane kompozycje, porywająca Siwego do lotu.

W ten ciało na nowo było jego własnością z gracją sokoła obrócił głowę w kompletnych ciemnościach, rozłożył ręce i szybował jak drapieżny ptak szukając zdobyczy.

Błysk rozswietlil mu widok, ciemne macki w konwulsjach napędzały jego świat grubymi smugami.

Zatrważająca szybkość spadku wprawiała jego ciało w pikujacy ruch. Twarz zwrócona do ziemi rozcinała powietrze, ręce w beznadziejnych ruchach próbowały ratować sytuację - nadaremo. Co raz szybciej zbliżał się do białej świecącej plamy. Mrugnięcie oka przed rozstrzaskaniem się Siwy zobaczył postacie z jelenimi rogami tańczące wokoło ogniska, dziwne konstrukcje, boskie panteony, wiedział że na ziemi jego czas się kończył.

Jego ułuda wyobraźni zakończyła się z impetem kiedy Siwy oczekiwał spotkania z twardą powierzchnią. Wiedział że to jest jego koniec, rozstrzaska się i zostanie z niego czerwonaw breja.

Kiedy ponownie otworzył oczy dalej śnił, choć umusł przetwarzał sprzeczne sygnały wskazujące na swobodny spadek z dużej wysokości to ciało sanitariusza odczuwało coś zupełnie innego. Miał dłonie głęboko włożone w trzewia jakiegoś człowieka. Wokoło kotlowali się inni ludzie w kitlach, kobiety w hustach nosiły wodę w metalowych garnkach z której wydobywaly się kłęby pary, przez chwilę myślał, że był aktorem w jakimś przedstawieniu, ale po chwili doszło do niego że ponownie znalazł się w namiocie medyków pośród szalejacej bitwy, a na jego stole leżał generał Edgard.

Krew broczyła obficie, sącząc się w lekkim strumyku z otwartej rany.

Prawie ją mam - rzucił Siwy, podaj mi nici zaszyję jego trzewia.

Sen został przerwany tak szybko jak się zaczął, Siwy leżał pod ścianą. W kałuży swojej krwi. Życie do niego wróciło a jego zbawcą okazał się kapłan.

Dziękuję Ci co z Burga? Rozejrzał się szybko i zobaczył nieprzytomnego przy którym starzec już siedział i wcieral maść w ranę.

Podaj mi proszę torbę jest pod futrami, mam tam zioła które pomogą nam wszystkim.

Gotowy wyciągnąć sztylet z swojego brzucha , czekał tylko na cudowne zioła które pomogą jego ciału uzdrowić się.
Technicznie jestem na tel, nie mam łatwego dostępu do karty. Poproszę slepca o podanie torby lekarskiej, jest w niej skrzynka z ziołami, wyciagne dwie porcie które przywracają 100 zyw, zazywam jedną i przed zarzyciem powoli wyciągam nóż, to samo czynie z pół-orkiem. Jak już podkładem się do kupy. Następnie zobaczę kto zyw i co z Azorem ...

: 03 marca 2017, 23:26
autor: mastug
Po chwili zioło zaczęło działać, krew zakrzepła i przestała cieknąć po ręce starca. Oparł rannego o ścianę. Po czym wstał i ze złością krzyknął.

- Cisza! obelgi rzucać przestańcie! Nie czas na to - starzec wzburzonym głosem mówił do chama rugającego kobietę - zamiast tego gorącej wody nagotujcie byle bystro. Kocioł na ogień wstawcie i czyste szmaty gotujcie.

Po czym zwrócił się do kobiet

- A wy nie biadolić tylko do roboty się brać, pomóżcie kapłanowi rannych opatrywać, rany przemywać, co by się zaraza jaka nie wdała.

Na koniec odezwał się do pachołka

- Ty szybko leć i pajęczyny nazbieraj, tylko dużo. Pajęcza nić klejąca jest to rany pozlepia, naprędce wracaj.

Kiedy rozdzielił zadania i cisza nastała bo wszyscy zajęli się robotą, zagadał do kapłana. Ten pokrótce sytuację przedstawił , ale nie specjalnie mógł mówić bo własne rany opatrywał. Starzec nie gadał dalej co by go nie rozpraszać i przeszkadzać mu nie chciał.

Tedy usiadł przy ogniu i szczapy drewna wymacał po czym wrzucił je do ognia, żeby pośpieszyć gotowanie wody w kotle co ją krasnolud naszykował.

W tym właśnie czasie Borgo poruszył się a chwilę później zwrócił co zjadł. Torsje szarpały nim kilka razy. Na szczęście trochę później był już na tyle przytomny że modlitwę zaczął odmawiać. Musiał być lżej ranny niż się ślepcowi wydawało. Kiedy skończył , powoli wstał , zbliżył się do żebraka i odezwał w te słowa

- Powiedz mi starcze co tu się działo, gdy mnie podstępna trucizna zmogła. Kto żyw będzie, a kto między trupami? Kto mi ratunku udzielił. Komu życie zawdzięczam?

Żebrak uśmiechnął się a że twarz z jednej strony miał spuchniętą, jak by go osa użądliła lub ząb bolał , mówił półgębkiem:

- Życie zawdzięczasz matce i ojcu - po czym już poważniej - ale to z woli Gorlama i zacnego kapłana Eitharta jeszcze twój druch żyw. Krasnolud też żyje, ale z rycerzem chyba niedobrze. Kona zatruty jakimś jadem. Świętobliwy rany mu oczyścił ale czy przeżyje rzec nie umie.

Po czym rzucił

- Jakeś na nogach, rozeznać się bardziej ode mnie możesz. Powiedz mi co widzisz. Jak sprawy się mają?

: 04 marca 2017, 02:36
autor: Suriel
Burga rozejrzał się po szopie. Ujrzał jak krasnoludzki kupiec z niechęcią rozwiązuje pęta wpierw kobietom potem takoż i chłopcu. Ci szybko wzięli się do roboty spoglądając z ukradka na mężczyzn. którzy takiego spustoszenia narobili w szopie nocą późną. A było to widok straszliwy. U powały powoli zaczął się rozwiewać, gęsty oleisty dym, który nadal drażnił gardło, otępiał, powodował, że ogarniała senność. Przeto uwolnieni ruszyli nader ospale do wytyczonych przez ślepca obowiązków. Omineli dwa ciała zabójców, leżące nieopodal paleniska w wielkiej krzepnącej już powoli kałuży krwi. Jedno z ciał leżało na boku, ze straszliwie rozbitą czaszką, farfocle mózgu walały się po podłodze. Drugie niemal przepołowiono, tak że Burga widział środek człowieka takim jakim stworzyli go bogowie. Przypominało mu rozciętą tuszę świniaka, którą czasem dawało się zobaczyć na haku u rzeźnika. Na myśl zaś, że to on był owym rzeźnikiem...

Zabił, człowieka. Zabił żyjącą i myślącą istotę. Półork poczuł jak doznaje torsji. Żołądek dziwnie pracował. A może od ziół to? W powietrzu, od swych opatrzony ran. czuł znajomy zapach. Było to najwyraźniej roscor sor.. Musiało już na niego działać, czuł to w środku, było w krwiobiegu. Albowiem, drętwienie spowodowane paraliżem z trucizny na ostrzu ustępowało dając jasny znak, że stan Burgi się poprawiał z każdym uderzeniem serca. Kto jednak wtarł ziele? Starzec od którego rąk woń ta również zalatywała?

Ślepiec siedział nie opodal Burgi. Wielki purpurowy siniak zdobił bok jego głowy ale uprzejmy uśmiech na zmarszczonej od wieku twarzy mówił, że nie czuje się szczególnie źle. Z całą pewnością czuł się najlepiej ze wszystkich walczących, znać to było od razu po starym weteranie.

Jeszcze chwilę temu pełny życia, teraz zaś gwardzista wpółsiedział wpółeżał dwa kroki dalej starając się utrzymać prosto. Nakryty był kocami i pledami jakie się udało znaleźć. Życie wyciekło z niego wielką miarą, znacząc na podłodze szkarłatne, brązowiejące smugi szkarłatu. Był już przytomny ale wzrok miał jakiś taki mętny. Z trudem poruszał dłońmi. Ciałem gwardzisty co chwil kilka szarpał spazm zimna. To z jak nic z upływu krwi, pomyślał Burga.

Na kamieniu dalej siedział kapłan. Ubranie miał podwinięte a przez zawijany samodzielnie bandaż w jednym miejscu przesiąkała już karmazynowa plama. Tak to jest jak się ruszasz i sam siebie opatrujesz. Ale kto miałby mu pomóc, kto się zna?

Nieco dalej leżały dwie kolejne sylwetki: krasnolud i rycerz. Obaj jednakoż byli nie przytomni.
Bandażujący się kapłan spoglądał to na jednego to na drugiego troskliwie. Ku zdziwieniu Gorlamity stan krasnoluda był najlepszy z opatrzonych przez niego rannych. Mimo, że podbiegł do niego już jako drugiego od razu poznał, że rany jakie otrzymał były... co najmniej płytkie. Jednym problemem był paraliż. Ochroniarz miał jednak wiele szczęścia, gdyby organizm się nie wybronił, paraliż objął by w swym posiadaniu całe ciało. W tym lewą i prawą komorę serca, a wówczas... Silny krasnoludzki organizm zwalczał jednak objawy trucizny nader szybko, od razu znać było to dla każdego wprawnego w opatrywaniu.

W drugim przypadku było znacznie gorzej. Chrapliwy oddech poruszał piersią rycerza. Siła otrzymanych nakłuć była porażająca. Gorlamita zastanawiał się jakim cudem ten młody tur może jeszcze bronić się przed trutką zabójców. Jednak tak było. Reinhardt nie zamierzał się rozstać z życiem, choć głęboka agonia jaką czarem uastabilizował kapłan jawnie dowodziła, że stan był ciężki. Czas jego rekonwalescencji, będzie trwał bardzo długo, zapewne miną całe tygodnie naturalnego zdrowienia. A jeśli się go nieuważnie przemieści i nie daj bogowie urazi ranę... Zejdzie jak nic. Od cienkiej linii za którą była śmierć broniła go teraz, jakże wątła pajęczyna słabej magii utkanej naprędce przez Etharta kiedy się okazało, że brodacz jednak się bez niej obejdzie.

Obok rycerza leżała kupka gratów należąca do zabójców. W dużej mierze składały się na nią pasy i noże, które ktoś już pozbierał do kupy. Ale były tam też jakoweś inne szpargały.

Wzrok Burgi powędrował w palenisko. Ogień przyciągał wzrok, magnetyzował i przyzywał do siebie. Uspokajało go to zawsze, przeto i teraz. Torsje minęły mu jakby ręką odjęte. Półork miał tak odkąd pamiętał. Mógłby się patrzeć i ogień i patrzeć jakby świat nie istniał. Było to po części prawdą. Ostatecznie, przecież cały świat kiedyś spłonie. Tak mówiły mądre księgi Sharami, tak mówili jej wyznawcy i choć kapłani innych bogów na kres świata mieli swoje własne wizje, Burga zawsze czuł że to jednak ogień będzie przyczyną kresu dni ostatnich...

- Módlcie się by wyżył, inaczej wszyscy źle skończymy... - powiedział nader pochmurnie krasnoludzki kupiec, stając nad młodzieńcem. Z ust młodziaka wychynęła kolejna krwawa bańka i prysła jak ta tworzona poprzednim oddechem.
Krasnolud ma lekkie rany. Przyjął tylko solidną dawkę paraliżującej trucizny i to go wyłamało.
Nie wiem jak jest u innych MG ale u mnie informacja kto i jak szybko schodzi nie jest taka oczywista. Wiedza o tym w jakiej kolejności należy ratować poszczególne osoby to sytuacja, rzadka i komfortowa. Zwłaszcza kiedy walczyłeś i nagle musisz ocenić stan innych i ratować... I zaręczam, że tak samo rzadko występuje w realu. Stąd cały ten cyrk z poprzednim postem.
Tak prowadzę ale jesli bardzo mocno to wam nie pasuje, mogę zmienić. :/uklon

Pytanie, co robicie dalej panowie? Mamy czas. Nastęny wpis posuwajacy fabułę będzie jak się określicie co dalej tego dnia.

: 04 marca 2017, 07:43
autor: deliad
Starzec rzekł.
- Życie zawdzięczasz matce i ojcu - po czym już poważniej - ale to z woli Gorlama i zacnego kapłana Eitharta jeszcze twój druh żyw. Krasnolud też żyje, ale z rycerzem chyba niedobrze. Konna zatruty jakimś jadem. Świętobliwy rany mu oczyścił ale czy przeżyje rzec nie umie.

Mimo, że starzec zażartował Burgo zadumał się. Życie zawdzięcza matce i ojcu.... To była pięta Arturiusowa Burgi. Jego pochodzenie. Był owocem gwałtu. Jakiś ork zdybał matkę w lesie. Jakby sromoty było mało matka stała się brzemienna. On był tym dzieckiem. Matka wraz z ojczymem go wychowywała, choć wyśmiewali ich ukradkiem wszyscy w miasteczku. Kto był jego prawdziwym ojcem? Nigdy się nie dowiedział. Temat był zbyt drażliwy, żeby go poruszać. W dzieciństwie Burga lubił sobie wyobrażać, że był nim wielki i waleczny Uruk-hai.

Skąd te myśli? Nostalgia? Czy to balansowanie na krawędzie życia i śmiercie tak nastraja do dumania nad swoim życiem. Półork otrząsnął się z tych myśli jak mokry pies z wody.

- Wygląda na to starcze, że poza assesinami seta, wszyscy żyw są. Mniej lub bardzie. Idę prędzikem może moje oleum pomóc zdoła.

Burga wstał zabierając ze sobą otwarty niedawno garniec. Poszedł ku gorlamicie.

- Panie. Zacny Einharcie. Mam ja ci coś, co może pomóc poranionym. Nawet tym znacznie - jego wzrok podążyć ku rzężącemu rycerzowi - To balsam na niedźwiedzim tłuszczu uwarzony. Pięknie goi rany jeżeli ich za mocno nie nadwyrężać.

Burga nie zwlekając zabrał się do smarowania ran rycerza, kusznika i krasnoluda. W czasie odwijania, smarowania i zawijania ran zagaił rozmowę.

- Miejcie mnie w łaskawości, mości Panie, ale czy najlepszym z naszych poczynań, nie byłoby wysłać tego tam szkraba ku włościom poranionego rycerza. Czyż on nie prawił, że jest z niedaleka, że ledwo co opuścił rodowe pielesze. Ojciec Pan wielce byłby na nas krzyw gdybyśmy tego zaniedbali. Tym bardziej, jeżeli jego syn... poczułby się gorzej.

[center]****[/center]

Leżące ciała setytów nie dawały spokoju Bugrowi. Jego wzrok cały czas podążał ku temu któremu wraził nóż w pierś ubiegłej nocy. Męczyło go pytanie. Czy to on go zabił. Czy raczej miecz kapłana. Zabójca żyw jeszcze był gdy spadł na niego miecz.... Trudna sprawa. Wymaga rozsądzenie przez bogi nie żywych. Przeto trzeba ich wysłać pod osąd Bogini. Borga ruszył w las zbierając chrust i większe szczapy drewna. Umieszczenie ciał na prowizorycznym stosie wymagało pomocy ze strony dwóch kobiet. Ale się udało. Półork podłożył ogień. Drewno opierało się dłuższy czas. Wczorajsza ulewa zmoczyła je dość mocno. Jednak z minuty na minutę rozpalało się coraz raźniej pochłaniając zachłannie kolejne gałęzie.

Półork przyklęk po zawietrznej i pogrążył się w modlitwie.
[center]
****[/center]
To po gwiazdkach opcjonalnie jeżeli nie ma sprzeciwu z waszej strony.
Spoiler!
Na razie technicznie ale plany na dzień są następujące:
- za porozumieniem z Eintharetem zastosować balsam u wszystkich potrzebujących
- wybadać kto wetknął mi zioło w rany
- przedyskutować z obecnymi plan wysłania młokosa do zamku z informacją o ciężkim stanie syna
- przygotować stos i spalić zwłoki zabócjów
- nie przeciążać się i wykorzystywać pomoc młodego od cyrkowców i kobiet

: 05 marca 2017, 11:01
autor: dretch
Spoiler!
technicznie:
- doprowadzić się do ładu,
- wstać na nogi,
- sprawdzić co z koniem i azorem,
- zajrzec do azora,
- zjeść i zaspokoić pragnienie,
- Zaproponowac przejazd do włości Rycerza, może uda sie korzystając z moich ziół utrzymać panicza przy życiu podczasw drogi?

: 05 marca 2017, 11:47
autor: mastug
Starzec przysłuchiwał się rozmowom i działaniom pozostałych towarzyszy. Usłyszał Borgo który najwyraźniej rozmawiał z Eithartem

- Miejcie mnie w łaskawości, mości Panie, ale czy najlepszym z naszych poczynań, nie byłoby wysłać tego tam szkraba ku włościom poranionego rycerza. Czyż on nie prawił, że jest z niedaleka, że ledwo co opuścił rodowe pielesze. Ojciec Pan wielce byłby na nas krzyw gdybyśmy tego zaniedbali. Tym bardziej, jeżeli jego syn... poczułby się gorzej.

Jak zwykle postanowił wtrącić swoje trzy grosze:

- Wybaczcie starcowi, że wtrąca się nie pytany. Niepokój mój w tym, że rycerza we śnie zabić chcieli. Nie napadli go na trakcie jak sam jechał a ino we śnie pomiędzy nami chcieli go ukatrupić. Tedy albo ktoś jeszcze pośród nas ofiarą miał być albo zrobili to po to aby łatwiej na nas podejrzenie paść mogło.

- Tedy warto ich przeszukać, może coś przy sobie mieli co nas na motyw ich działania naprowadzi - starzec mówił dalej głęboko pogrążony w myślach i drapiąc się po siwej brodzie - może inszą jeszcze niedoszłą ofiarę ujawnimy. Ja nic w tym nie pomogę bom ślepy ale jak przeszukiwać ich będziecie to na sekretne kieszenie i schowki co by w pasach, kołnierzach i zaszewkach być mogły. Może same ich ciała jakąś podpowiedź nam zdradzą. Jakieś zabliźnione rany czy znamiona ale przede wszystkim tatuaże i blizny po wypalonych pieczęciach. Jeśli to zabójcy z jakowejś gildii byli to taki znak mieć muszą, może pod stopą, może za uchem , może między palcami.

- Wiem, że umarłych ciał nie powinno się dotykać w innym zamyśle niż pochówek ale to ważna sprawa jeśli szlachcice winnych szukać zaczną.

: 05 marca 2017, 19:08
autor: dretch
Tak, trzeba zobaczyć co to za jedni. Odezwał się Siwy przełamując chwilę ciszy.

Skupił tym samym uwagę pozostałych podróżnych na sobie, ponieważ w ich myślach zdawał się być jednym z najgorzej rannych po ataku zabójców, a o dziwo zebrał się bardzo szybko.

Odkrył koc, pokazując cały zakrwawiony bok skórzni, na której skrzepła już krew. Widok otwartej rany, pulsującej przy każdym uderzeniu serca wywołał odrazę na obliczach kobiet kłębiących się w chatce.

Podniósł się na nogi chwytając jedną ręką rozpadające się drewnianą framugę drzwi, drugą zaś trzymał zakrwawiony bok tak jakby bał się, że zaraz kiszki zagraja mu marsza lądując na klepisku.

Jestem na to za stary - rzucił chłodno stajać na równe nogi.

Muszę umyć się w strumieniu, zobaczyć jak rana zejdzie się po leczeniu. Wyszedł na zewnątrz i zobaczył zgoła inny widok. Bura z pomocą jednej kobiety układał duży stos z drewna, chłopak patrzył na leżące ciała dwóch zabójców z twarzą tak bladą jak śnieg, który odwiedzał co zimę tereny Orkusa.

Burga, druhu dobrze Cię widzieć żywego - powiedział dość głośno i zamachał mu na powitanie.

Poczekaj proszę przed spaleniem ciał, chce je obejrzeć. Może przypomni mi się coś z dawnych lat.

Po tych słowach skierował się do konia. Jego droga była męczarnia, nogi powłóczyły mozolnie, rysując w błocie długie rysy. Przypomniał sobie, że słyszał jęk pas przed atakiem, oczekiwał że zastanie zdechłego kompana w kałuży krwi. Jednak ku jego uciesze, pas którym go przypiął został odgryziony.

Siwy złapał go w dłoń i bacznie studiował, przyglądał się z każdej strony i ucieszył się bo Azor sam uwolnił się z smyczy. Nie widział też śladów krwi, dzięki temu jeszcze bardziej napawał się optymistycznymi myślami.

W sakwach konia odnalazł drewniany gwizdek który używał na polowaniach. Który pozwalał mu komunikować się Azorem na większe odległości niż pozwalał mu krzyk.
Nabrał w policzki powietrza i dmuchnął w gwizdek, a wysoki świst pomknął przez bor szukając uszów pół wilka.

Gwardzista zniknął po chwili w zaroślach, podpierając się na swojej włóczni schodził w dół leśnej doliny gdzie wszystko wskazywało na to, że będzie tam strumień.
Co kilka kroków dął w gwizdek w nadziei, że jego kompan go usłyszy.
Przywołać Azora,
Niedaleko postoju musi być strumień, w którym Siwy się obmyje.
Po doprowadzeniu się do ładu wróci do obozowiska przyjrzeć się zmarły.
Z Burgą ustali plan działania i zaproponuje przetransportowanie rycerza do jego włości.
Po tym wszystkim, będzie chciał znaleźć i obejrzeć nóż którym go zraniono.
Śmiało. Masz zielone światło na dalszy opis z burkiem, strumieniem etc. W tej części możecie śmiało dyskutować aż uradzicie. Moje wpisy tylko towarzysko, że się tak wyrażę.

: 05 marca 2017, 20:31
autor: deliad
- Siwy! Ty już na nogach. Chwała wszystkim bogom. Nie powinieneś nadwyrężać rany bo jeszcze się otworzy. Poczekaj - Burga podbiegł do kusznika i wsparł go swoim ramieniem.
- Dobrze prawicie dziadkowie. Pierwej przepatrzymy trupy, a później się ich spali. Stos i tak niezbyt chce się palić. Ułoży się go tak, żeby przynajmniej chrust podsechł.

Burga pomagał weteranowi w jego poczynaniach po czym wrócili do zwłok. No dziadki to od czego zaczynać.
Przeszukuję dokładnie rzeczy zabójców, a później ich ciała kierując się radami seniorów.

: 05 marca 2017, 21:51
autor: mastug
Trzeci pośród wojów którzy dzielnie stawali wobec napaści to "Siwy", zakonotował w pamięci starzec. Z rachuby ślepcowi wychodziło, że to jeden z najciężej rannych ale najwyraźniej mylił się w tym względzie, już po raz wtóry. Miano "dziadka" dodawało "Siwemu" lat więc ślepiec liczył na jego życiową mądrość. Doświadczenie Siwego i bystre oczy Borgo były niezwykle potrzebne w przeszukiwaniu ciał zabójców. Ten duet bez wątpienia poradzi sobie z tym zadaniem - pomyślał ślepiec - po czym wrócił do chaty.

Zamieszał w garze gotujące się strzępy starych ubrań, które po wysuszeniu miały być czystymi bandażami. Kiedy powrócił chłopak z pajęczyną odezwał się do niego:

- Daj pajęczynę kapłanowi, a potem powyciągaj zawartość kociołka i porozwieszaj tu, tylko bacz co by nie zabrudzić i żeby ziemi nie dotykało.

Gdy usłyszał, że chłopak zabrał się za robotę, usiadł niedaleko kapłana i zagadał:

- Co planujecie ? Wasz osąd tu najważniejszy. Co teraz trza nam robić El Eitharcie?

: 05 marca 2017, 23:16
autor: Suriel
Siwy zebrał się w sobie i opierawszy się na ramieniu Burgi powoli odzyskał rezon. W głowie się zakręciło kiedy pierwszy raz stanął, jednak znać po nim było że wartko siły odzyskiwał stracone. Nie dalej jak chwilę temu wychyliłbył solidną fiolkę bodaj najsilniejszego ziela leczącego jakie istniało na Orchii. Czuł jeszcze przyjemne ciepło bijące z żołądka, kiedy to ostatnie drobiny cudownej substancji rozgrzewały mu trzewia. Nie bez wpływu na cudowną poprawę stanu starego, była także magia jaką raczył go objąć świętobliwy kapłan Asteriusza. Rany nie były weteranowi pierwszyzną. Siwy powoli ruszył przed siebie, wpierw niepewnie na zewnątrz szopy a kiedy za pomocą gwizdka odnalazł swego Azora dalej, kędy spodziewał się znaleźć strumień. Dzień zapowiadał się nad wyraz słonecznie. Bystre światło rzucane przez wschodzącą kulę czerwieni już teraz grzało ziemię, docierając jasnymi smugami nawet w leśne ostępy. Chłodna woda ze strumienia i spokojna bryza powoli budziły starego gwardzistę do życia i dodawały animuszu jak za starych czasów wojaczki.

Tymczasem. Burga rozłożył ciała na ziemi jak mu rzeczono.

- Lepiej dajcie se spokój z tymi przebrzydłymi cyrkowacami. Znać że zatarg jakowyś musieli mieć stąd go rzezać chcieli. Po co w trupach się wam bebrać. Głupio zrobili cyrkowce, oj głupio - powiedział kupiec stojąc nad Burgą z ramionami na biodrach.

Półork zaś powoli i z nieukrywanym obrzydzeniem począł przeszukiwać martwych. Wpierw wziął się za tego co na rycerza nożem się zamierzał, jakoś łatwiej mu z nim zacząć było. Przeszukał ciało sprawnie i szczegółowo. Jedno znalezisko trafił. W pasie prócz ukrytej tam sztuki złota znalazł ruchomy guz z metalu. Kiedy pociągnął, z pasa wyszła niedługa metalowa linka, kilkukrotnie skręcana. Odrzucił na bok garotę niepospolitej roboty. Z niechęcią zerwał koszulę, bo jakoś tak obdzierać umarłego z odzienia nie przyjemnie mu było i obco. Na plecach mężczyzny, aż do prawego ramienia wił się prosty symbol kobry z rozpostartym płaszczem. Westchnął z odrazą zdając sobie sprawę, że teraz trza było mu zabrać się za tego drugiego.

Przełamał obrzydzenie. Zaczął od koszuli. Drugi zabójca posiadał identyczny tatuaż z tym wyjątkiem, że już na pierwszy rzut oka wydawał się w wykonaniu bogatszy w szczegóły. Przy pasie nie znalazł guza jeno, w części skórzanego pasa co pod krzyżem była, wszytą metalową blaszkę. Ostrą jak diabli i niewidoczną bo od strony ciała się chowała. Była przytwierdzona na stałe do pasa. Prócz niej w pasie znalazł wszyte jeszcze trzy sztuki złota. Półork poczynił też jeszcze jedno odkrycie, choć przypadkiem zupełnym. Kiedy już miał odchodzić spojrzał od spodu na but zabójcy. Coś mu nie podpasowało już na pierwszy rzut oka. Poruszał nieco obluzowanym obcasem, bo to on zwrócił uwagę Burgi. Kawałek obcasa w końcu odskoczył ukazując króciutkie, sprytnie zamaskowane ostrze.

- Na wszystkie piekła panteonów! - rzucił kupiec na widok tego co kolejno znajduje półork. Po czym nieco zdruzgotany przysiadł na kamieniu i długi czas marszczył tylko ciężkie krasnoludzie brwi jakby bił się z własnymi myślami.

W tym samym czasie wewnątrz szopy uwijały się dzierlatki. Poprawiały bandaże jak potrafiły. Ciepłą wodą z nastawionego nad ogniskiem gara zraszały co raz czoła rannym. Na efekt nie trzeba było długo czekać. Pisnęła jedna przerażona, kiedy z pomrukiem gniewu właściwym synom góry złapała ją za rękę mocarna dłoń krasnoluda. Ochroniarz przysiadł i półprzytomny od razu wokół siebie zaczął macać, topora szukając. Dłoni kobiety nie puścił. Dopiero kiedy przemówił do niego kupiec, zmarszczył brwi, wydął usta i zwalniając kobietę zażądał czegoś pienistego. Najlepszego specyfiku do przepłukania ciała z trucizny. I takoż na wszelkie inne przypadłości jakie się krasnoludom czasem w życiu trafiają.

Chłopiec siedzący tuż przy kapłanie drgnął nerwowo ale nie doszukując się reakcji u swego świętego opiekuna wrócił do obserwowania co z przyniesioną przez niego pajęczyną robił kapłan. Ręce Eitharta zaś pracowały miarowo, równo ugniatając na papkę znalezione ingrediencje.

Parsknięcie konia zwróciło na chwilę uwagę wszystkich wędrowców, wprawdzie niektóre dłonie powędrowały w kierunku przybocznie trzymanego żelaztwa jednak już moment później atmosfera się rozluźniła, bowiem w świetle drzwi stanęła sylwetka Siwego. Włosy miał mokre od wody lico i ubranie z krwi względnie oczyszczone.

- ...z niedaleka... ledwo co opuścił rodowe pielesze... - powtórzył parę razy kupiec jakby wypowiedziane jakiś czas temu zdanie cały czas spokoju mu nie dawało. - Czy wy mata w ogóle i w szczególe pojęcie, z kim wam opatrzność zetknąć się w tej szopinie kazała. Hę? Toż to Reinwaldowy syn, syn Reinwalda z Tobu. - powiedział wskazując na leżącego jakby oczekiwał, że słowa wywołają reakcję.

I wywołały. Jednakoż tylko w ślepcu. Te dwa słowa uruchomił w ślepca umyśle szereg wspomnień. Były to wspomnienia o barwie krwi, o dźwięku bezskutecznie błagających o litość oraz o zapachu palonych ciał.

[center]Obrazek[/center]

Ślepiec sięgnął w odmęty swej pamięci. Ród Reinwalda z Tobu nie bez kozery nosił miano "Psa u Wrót Gasty". Ponoć rodzina wieki temu za wierną służbę katańską kamieniste tereny w okolicy Gasty dostała. Jedni mówili, że w nagrodę a inni, że to właśnie do Gasty pilnowania byli tu zesłani. Gdyby miasto buntem kiedy wybuchło. Ród był to bowiem od zarania dziejów psio Katanom wierny. Ród krwawy, ród ludzki. Pierwszy do gaszenia buntów wszelakich. Zaś dla poddanych ponoć bardziej niźli ciężkie ramię mający. Lubowali się pono w zadawaniu bólu jak mało który szczep ludzki. Ludzie gadali, że okrutnością orkom nijak nie ustępowali. W umyśle ślepca błysnął przez chwilę obraz stryja Reinhardtowego, pośledniego wzrostem blondyna co szczególnie w tym rzemiośle przodował.

- Chcecie podzięki od jego rodu, dobrze. Beze mnie. - rzucił krasnoludzki kupiec przerywając rozmyślania starego - Nie słyszałem ja by ta rodzina podziękowała komuś inaczej jak w jeden sposób. Żelazem. Zimnym alboli gorącym. Reinwald z tego co wiem ma kilku synów, jednakoż nawet tego jednego pomści okrutnie. Za mniej liche sprawy całe wsie z dymem puszczał. Chcecie tu z nim zostać, świetnie. Problem mam z głowy. Ja ruszam. Zbieraj się ochroniarzu, jedziem jak tylko na kozła się będziesz mógł wdrapać - powiedział i szybko zaczął manatki swe pakować. - Nie dalej jak pół dnia drogi stąd jest kapliczka tam się cię na nogi postawi, na mój koszt. - Dodał na koniec z bólem.

To mówiąc co prędzej zaczął zbierać swe rzeczy by zapakować je na kupiecki wóz.

- Jedziem z wami. My takoż dzień drogi nadrobiłyśmy byleby po ich gościńcach się nie włóczyć. Tam wędrowcy samotni podobno dziwno znikają - rzuciła dziewczyna, rozmasowując swój nadgarstek.

- A i bo to nie tylko... - syknęła druga szeptem i ze strachem spojrzała na rycerza. - Ponoć Reinwald sam żonę swo pierwszo, o tak, za twarz złapał i z wieży sam wyrzucił. Tydzień później już z inną białką na ślubnym kobiercu stawał... - skończyła i zamarła zerkając na młodzieńca jakby mówić dalej się bała. Ten jednak leżał nieprzytomny, oddychał z trudem.
Jak widać odkąd Reinwald stał się NPCem lekko został zmodyfikowany, wraz z rodziną. Nieskromnie powiem, że wydaje mi się że nabrał charakteru... /EVILS/

: 06 marca 2017, 10:20
autor: 8art
Eithart przysłuchiwał się rozmowie oraz opiniom półorka i ślepca. Rozumiał, że w nim jako kapłanie rady szukają, bo taka kolej wszechrzeczy była, ale miał jeno ochote ręce bezradnie rozłożyć. Nie dlatego, że nie chciał, tylko bo kraina ta obcą dla niego była. I na jego ojczystym archipelagu orki rządziły twardą, acz sprawiedliwą ręką, ale zwyczaje insze były, ludziska bardziej zrozumiałymi dialektami mówili, a wielu bogom innym niźli na Orcusie się kłaniali.

Był nieco zagubiony ale nie mógł zawieść pokładanego zaufania w osobie kasty kapłańskiej. Rozważał w myślach, co czynić, bo w jego rodzimych stronach kilka razy by się zastanowił czy rannego takiego przykładowego warto było do domu zawozić. Wielu było satrapów, hazarów pustynnych, którzy nawet splunięciem by nie podziękowali, a na męki wzięli za przysługę zrobioną. Ale to były inne strony, dziksze, gdzie ludzie ludziom jako pustynne skorpiony byli. I kapłan rozważał pchnąć umyślnego co by rodzinę szlachcica powiadomić. Bał się tylko, że jeśliby im w międzyczasie szczeznął rycerz, a to po prawdzie jeno tylko w rękach bogów tylko było, to sami obwołańcami by się zapewne stali, bo kto wiarę by dał takiej zbieraninie. Przecie sami mogli i dwóch zabójców ubić dla pozorów stworzenia.

Takoż właśnie się to rysowało Eithartowi. Nieboszczyków dwóch hassasynów ubić miało rycerza, a dla śladów zatarcia podejrzanych zostawić. A za zabójstwo wysokourodzonego wszędzie się głowę dawało i to po mękach. Jeno na czyje zlecenie zabójcy mogli działać, w imię vendetty okrutnej opłaceni byli? może brat, krewniak jaki młodzszy pretendentów do fortuny się pozbywał?

Rozmyślania przerwał kupiec co się pomiarkował kim na marach leżący jest. Dobrze go mu instynkt podpowiadał, kiedy go zooczył po raz pierwszy, że bliżej rycerzowi do grasanta niźli do prawego paladyna.

Przeklął w myślach, bo teraz wiedział, że w srogie termina popadną jeśli wyzionie ducha Reinwaldowy syn. Coś musieli jednak uczynić, bo sumienie nie pozwoliłoby Eithartowi nawet takiego psubrata jak Reinchardt na śmierć ostawić. Nie godziło się po prostu tak czynić.

- Sumienie nakazuje, żeby umyślnego pchnąć do rodziny i o wydarzeniach dać znać. Rycerza nie ruszać stąd, bo jak nic może szczeźnie w podróży, a to jeno w większą sromotę nas wszystkich wciągnie.

- A wy panie kupiec zanim odjedziecie, to dług uregulujcie, bom spamiętał dobrze jak rzeście się złotem zaklinali co bym rękodajnego zratował. Ofiarę na zakup magicznego potencjału przeznaczę abym mógł inszych z tarapatów wyciągać. Nie ociągajcie się, gadają, że krasnoludzkie słowo nie wiatr, nie ulatuje.
Czemu ja gram prw-dbr?:o

: 07 marca 2017, 00:20
autor: mastug
Kupiec miał rację. Ród rycerza nie słynął z dobroci, ale dziwu w tym nie było żadnego. Połowa wysoko urodzonych za nic miała życie ludzkie a w nieszczęściu i cierpieniu poddanych, podłóg swej wiary, nagrody po śmierci upatrywało. Ojciec Reinhardta chociaż w tym jakiś cel miał i w swawolach swoich przez Katański nadzór był zniewolony. Widać też, że syn zbytniej łaski u ojca nie zaznał. Jechał sam bez obstawy, z jednym koniem bez zbytków i bez kobiet. Gdyby go co zeżarło albo bandyci ubili i na pastwę ścierwojadów zostawili to słuch o synu Reinwaldowym by zaginął i tyle. Widać ojciec nie baczył na życie syna w samopas go puszczając. Starzec miarkował jednak, że wieść o zabójcach, specjalnie przez kogoś nasłanych wzburzy krew w rodowej starszyźnie. Winnych szukać będą. Kwestią tylko jest tylko jak bardzo na prawdzie im zależeć będzie. Tak czy inaczej ślepiec nie zostawił by rannego rycerza na pastwę losu, więc tylko pokiwał głową i przytaknął kapłanowi:

-Słusznie prawice Panie Eithart, rodzinę powiadomić trzeba. Nie wiem tylko czy dwóch ludzi iść nie powinno, to niebezpieczne ziemie, szczególnie o zmroku.

Gdy Borgo wrócił do chaty wypytał go:

- Znalazłeś coś przy nich ? Mieli zapiski jakieś? A ciała obejrzałeś ? były poznaczone?

: 07 marca 2017, 08:10
autor: deliad
Po przeszukaniu ciał zabójców, Burga czuł się jak jakaś hiena cmentarna. Szybko wytarł ręce w mokrą jeszcze od wczorajszej ulewy trawę. Zawinął w płaszcz znaleziska i ... musiał chwilę powalczyć z nachodzącymi go torsjami. Co prawda od maleńkości zajmował się oprawianiem zwierzyny i zawartość wnętrza ciał zwierząt nie stanowiło dla niego tajemnicy, takoż jak i skórowanie, jednak przeszukiwanie ciał ludzkich zadziałało na niego piorunująco. Gdy tylko trochę się opanował ruszył do wnętrza szopki.

- Znalazłeś coś przy nich ? Mieli zapiski jakieś? A ciała obejrzałeś ? były poznaczone? - przywitało go pytanie niewidomego starca, który rozprawiał z zasępionym kapłanem.

Burga siląc się na lekki ton, nie zdołał ukryć swojej słabości, bo zdradzała go wielka bladość twarzy.

- Czy coś znalazłem? A juści. Dobrze prawiłeś starcze jeszcze raz potwierdzając, że gdzie siwizna głowę zdobi tam i tęgi od mądrości umysł się skrywa. Gdy tylkom zzuł ubrania morderców, aż żem zdrętwiał. Zdało mi się, że po ich ciele pełzną zjadliwe wężyska, a to jakoż się okazało, wielkiej misterności farby pod skórę wpuszczone, nieznanym mi sposobem ale w kształty kobry się układające. Szczególnie dokładnie uczynione u tego na którym jego świętobliwość miecz poszczerbił. Znak to być musi przynależności do jakowejś sekty. Wydawać by się mogło, po tym, że wzywali Seta przed mordunkiem, że to jego wyznawcy - zabójcy. W ich odzieniach też same dziwy. Patrzajta.

Półork rozwiną na klepisku niesiony pod pachą zwinięty w rulon płaszcz ukazują skrywaną w jego zwojach zawartość.

- Po pierwsze, majątek wielki - Borga z lubością podniósł wyżej, ku oczom, złote monety - Widzita? Nawet nie skrawane katańskie pyski. Jak ja bym miał taki majątek tobym se życie ułożył, a Ci, ehhh. Patrzajta dalej. Jeden w pasie miał skryty taki cienki elastyczny drut, nie mam ja pewności co czego, ale intuicyja podpowiada mnie, że do mordunku. Takoż tak samo to. Taka ostra i giętka blacha, aż mnie ciarki przechodzą na samą myśl, że mi to po szyi mógł przeciągnąć. No i ten but. Niby zwyczajny skórzany podróżny but, a tu niespodzianka - Borga odsunął cholewę prezentują ukryte w nim ostrze - dziwne mi się jeno zdaje, że żadnych trucizn przy nich nie było. Skoro nie mieli większego zapasu, jak i żadnych podróżnych klamotów, świadczyłoby to, że tu w jednym przemyślanym celu trafili...

Burga zamilkł na chwilę po czym zebrał się w sobie, kopnął klepisko i starając się nie patrzyć w oczy Einharta prawił.

- Myśmy zaś jak śliwki w kompot z chlupotem w te całe guano wdepnęli. Albo to zły traf, albo zrządzenie bogów, które życie rycerza miało poratować. I w ten sposób dodzieramy do sprawy najważniejszej. Co nam dalej należy czynić z tan poharatanym Reinhardtem. Jak na mój rozum, wieźć go do zamku rodzinnego, to ryzyko nielada, bo resztek życia łatwo w ten sposób będzie można z niego wytrząść. Nie powiadomić o złej przygodzie rodzicieli, to jak powrósło kręcić na włsny stryczek. Dlatego, żem myślał i myślał, aż żem wymyślił rozwiązanie wydawać by się mogło tchórzliwe ale przecie nie ma co moszny wkładać między młot a kowadło.


Burga zaczął kręcić cholewą buta w klepisku, jakby chciał się do jakowegoś świętego źródła dokopać. A uwagi temu tyle poświęcał, że w twarz kapłana Gorlama nijak był patrzeć.

- My chamy, my się przed oczy wielkich Tanów pchać nie powinniśmy. Nasza robota niczym korników, robić swoje w ciszy i ukryciu. Dlatego ja, Siwy i Ślepiec, któremu winie wdzięczność jestem zrobimy tak. Tego tam młodego co to z cyrkowcami Seta się układał, wsadzimy na grzbiet reinhardtowego konia i z wieściom do wielkiego Pana póścim, jaka to zła przygoda jego syna spotkała. Jegoż samego pod opieką tych dwóch dzierlatek pozostawim, co by mu się jaka krzywda nie zdarzyła. My zaś jako słabi duchem i odwagą. Wybacza panie kapłanie, aleśmy z inne stali wykuci, niż ty, coś się w niejednych ogniu hartował. My za swoje jawne tchórzostwo ruszym na pokutną pielgrzymkę do tej świątynki o której kobiety prawiły. Tam posypiemy głowy popiołem i ruszym w swoją stronę. Ja wiem, że świętobliwemu takie rozwiązanie może nie pasować, ale mnie i dwóm starcom, co już zbyt wiele zła za życia widzieli takież rozwiązanie najlepsze. Choć na owej pielgrzymce wsparcie duchowe by się przydało. Takoż rad byśmy byli, gdybyś z nami podążył.
My praworządnymi dobrymi nie jesteśmy :)

: 07 marca 2017, 09:33
autor: dretch
- Drogi kapłanie, Burga ma rację. Wybatorzą nas jak psy, a jak okaże się, co to młody rycerz miał gryźć ziemię przez zawiść rodziny, to nas zabiją bez litości. Co by świadkowie i słowa w świat nie poszły. Serce mówi uciekaj, ale umysł mój podpowiada że tak nie robi prawy człowiek. Pomóżmy mu zatem na tyle na ile możemy. Chłopaka wyślijmy i a z oddali możemy spozierać czy wrócą po niego.

Siwy długo zbierał w myslach kolejne słowa. Widział jak twarz Einharta roważa taką opcję, jednka jego chłodne oblicze nie wykazywąło emocji. Dlatego Siwy łagodząc propozycję ucieczki dodał.

- Einharcie, znam ich rodzinę. Walczyłem w bitwie pod Gastą razem z ich oddziałem dowodzonym przez samego ojca Reinharda. Nasz oddział kuszników został odcięty przez powstańców. Pluliśmy drewnianymi bełtami gdzie tylko mogliśmy. Przeżył co dziesiąty. Jaszczury chcieliśmy dobić, skrócić mękki, mniej poturbowanych wyleczyć i osądzić. Kazali nam nie bacząc czy żyw czy trup, Wrzuciać wszystkich do jednego dołu, alać oliwa i spalić. Serce musiało się lodem zakuć, bo widok spazm wijących się gastańczyków wbił pazury głeboko w pamięć.


Kończąć te słowa stary patrzył w ognisko, oczami wielkimi jak katańska moneta. Spojrzał na kapłana.

-Co więc możemy innego uczynić? Dom jego chyba nie daleko długo tu nie zabawimy. Wszyscy w drodze jesteśmy. Może las będzie nam łaskaw, zająca czy kure podarować, ale jedzenie się skończy a to źle wróży.


Usiadł na zdylu a do jego nogi przyczłapał wolno Azor, kładąc się tyż przy stopach. Wolno machając ogonem.