Vanko uznał argumenty towarzyszy. W małych grupach dotarliście na statek.
Odpłynęliście do Asgalunu, gdzie dotarliście po jakimś tygodniu żeglugi.
Znaleźliście tawernę w jakiej macie oczekiwać margrabiego Ufilio.
Obecnie w niej czekacie popijając wino. 30 najemników Zoriana zostało na zewnątrz.
Kwestia czy ich rozpuszczacie, czy zatrzymujecie i ew. zwolnicie
Dotarliście do tawerny gdzie ma zaglądać margrabia Ulfilio. Przebywacie w niej. Poniżej wpis o samym Asgalunie w jakim obecnie jesteście
Asgalun leży nad małą zatoką, która wgryza się w wybrzeże Shemu. Jest jedynym dużym miastem portowym w tym pasterskim kraju, pozostałe osady to ledwie rybackie wioski. To miejsce barwne i pełne życia, jak wszystkie porty świata. Na niskich wzgórzach rozsiadły się wspaniałe siedziby bogatych kupców, otoczone pięknymi ogrodami i zadbanymi winnicami. Niżej, w samym mieście, stoją zwaliste kamienne magazyny i gospody, świątynie i kramy, które służą mieszkańcom i rozwojowi handlu.
Dalej mieszczą się nabrzeża. Tutaj można znaleźć ludzi, którzy wypracowują bogactwo kupców i książąt z posiadłości na wzgórzach i właścicieli miejskich kramów. Tutaj przebywają żeglarze władający wieloma językami i doświadczeni szyprowie, wywodzący się z różnych krain, których jedyną ojczyzną jest morze. Nikt nie buduje dla nich pięknych domów. Poza tym na samym wybrzeżu nie warto wznosić eleganckich budynków, przerażające sztormy bowiem, które nadciągają niespodzianie znad rozległych przestrzeni Morza Zachodniego, w ciągu paru lat i tak obróciłyby je w gruzy. Z tego powodu w nadmorskiej dzielnicy Asgalunu zobaczyć można jedynie drewniane chałupy, niewielkie magazyny, podrzędne gospody, nędzne kramiki, targowiska i żeglarskie spelunki. Ponieważ w Shemie mało jest lasów, niskie budowle wznosi się z drewna pochodzącego ze starych statków zniszczonych przez sztormy. Ten mocny, ale nasączony żywicą i smołą budulec jest tak łatwopalny, że co jakiś czas nabrzeża Asgalunu stają w płomieniach i obracają się w popiół.
Jedynie twardzi, otrzaskani w świecie ludzie zamieszkują takie miejsce. Tutaj więc kierują kroki ci, którzy poszukują osobników tego rodzaju.
Popijając wino obserwujecie wchodzących, widzicie to co poniżej, przed wejściem do tawerny ma miejsce poniższe zdarzenie:
Wszystkie tawerny są podobne powiedziała młoda kobieta.
Miała na sobie prostą suknię z niebieskiego jedwabiu. Złoty sznur otaczał jej smukłą talię pięć czy sześć razy, a jego końce, połączone wyszukanym węzłem i ozdobione frędzlami, sięgały prawie do kolan. Drobne stopy kobiety były obute w ciżemki wyszywane złotą nicią. Jednak to nie kosztowny przyodziewek przyciągał próżniaków i awanturników, tłoczących się w wąskich uliczkach portowej dzielnicy, tylko niezwykła uroda dziewczyny. Skórę miała białą jak śnieg, a ogromne oczy tak jasne, że prawie pozbawione barwy. Srebrzystobiałe włosy, sięgające do pasa, podtrzymywała jedynie złota opaska z opalem w złotej oprawie.
Zwykle kobieta tak atrakcyjna i tak bogato ubrana nie przeszłaby w tej dzielnicy nawet dziesięciu kroków bez narażania się na zaczepki, ale mężczyźni o łotrowskich spojrzeniach trzymali się z dala i nie próbowali jej niepokoić. Takie zachowanie nie wynikało bynajmniej z ich wrodzonej dobroci - po prostu kobieta nie była sama. Mężczyzna, który kroczył po jej lewej stronie, nie odstraszyłby nikogo. Ruchliwy, nerwowy człowieczek, który mówił dużo i szybko, żywo gestykulując. Nosił aquiloński strój podróżny z aksamitu i skóry oraz miecz, krótki, z wymyślnie wykutą gardą.
To drugi mężczyzna, który podążał za nimi, zapewniał kobiecie bezpieczeństwo. Był bardzo wysoki, nieco wychudzony, ale proporcjonalnie zbudowany, z długimi, potężnie umięśnionymi kończynami. Miał dużą głowę osadzoną na masywnym karku, a jego twarz pokrywał złocisty zarost. Pomimo gorącego dnia nosił aksamitną koszulę z długimi rękawami i kremowe rękawice z pięknie wyprawionej skóry. Jeśli miał jakąś zbroję, to ukrytą pod skórzaną tuniką, za to miecz był doskonale widoczny. Potężny, wykonany przez aquilońskiego płatnerza miał ostrze długie i szerokie, masywny jelec, głowicę wykutą na podobieństwo głowy gryfa. Rękojeść, wystarczająco długa, by złapać ją oburącz, wyłożona była skórą rekina. Niegdyś szorstka i perłowoszara po latach intensywnego używania wytarła się i nasiąknęła potem. Sam wygląd wygładzonej i prawie czarnej rękojeści mówił doświadczonym zabijakom, że lepiej omijać właściciela tego miecza.
Tutaj! powiedział mały mężczyzna. Albatros! Widzicie? Tam nad drzwiami jest rysunek ptaka w locie. To stworzenie pochodzi z krain południowych. Pełne wdzięku w powietrzu i niezdarne na ziemi. Wróży powodzenie każdemu okrętowi, któremu raczy towarzyszyć, a kroniki starożytnego Acheronu podają, że nagłe pojawienie się tego ptaka w głębi lądu jest znakiem...
Kobieta się uśmiechnęła.
Tak, wiem o tym, Springaldzie, lecz przybyliśmy tutaj w poszukiwaniu ludzi księcia Unguriusa, nie wiedzy. A poszukiwani powininni być tutaj, po drugiej stronie tych drzwi.
Wejdę pierwszy, dziecko oświadczył wysoki mężczyzna.
Jego palce zacisnęły się na rękojeści miecza. Schylił się w niskim wejściu jak człowiek doświadczony w walce. Nie zgiął się w pasie, co odsłoniłoby bezbronny kark komuś, kto w złych zamiarach mógłby się czaić za drzwiami. Zamiast tego ugiął kolana i wyprostował się natychmiast po wejściu do środka. Omiótł czujnym wzrokiem pomieszczenie, po czym ruchem ręki wezwał towarzyszy.
Wielka izba miała dwa poziomy. Tuż za drzwiami po prawej stronie całą długość ściany zajmował szynkwas, po lewej znajdowały się schody wiodące na pięterko. Podest przy wejściu miał może sześć kroków długości, a z niego po czterech szerokich stopniach wchodziło się na dolny poziom, zastawiony licznymi stołami i ławami. Za okrągłymi oknami, przez które wlewało się słońce, rozciągał się widok na roziskrzone wody zatoki.
Z powodu wczesnej pory, w gospodzie znajdowało się nie więcej niż tuzin mężczyzn i kobiet. Karczmarz przyjrzał się bacznie przybyszom. Na widok ich bogatego odzienia żywo wyskoczył zza szynkwasu, wytarł ręce o fartuch i skłonił się nisko.
Szlachetni panowie, szlachetna pani, czym mogę wam służyć?
Szukamy pewnych ludzi. Jeden z nich jest Cymmerianinem, dwóch to Akwilończycy i ktoś z Dalekiego Wschodu oraz ktoś z Zamory. Słyszeliśmy, że można ich tutaj znaleźć. Wysoki Aquilończyk mówił krótkimi zdaniami, jakby znał wartość swoich słów i nie cierpiał ich marnować.
Aha mruknął z rozczarowaniem w głosie karczmarz.
Chodzi wam pewnie o tych obcych co przybyli niedawno. Siedzą tam, przy stole obok okna.
Doskonale odezwała się kobieta. Bądź tak dobry i przynieś do tego stołu dzban najlepszego wina i szklanice.
Już się robi, pani.
Mężczyzna zniknął za szynkwasem.
Przyjrzeliście się przybyszom. Stanowili niezwykły widok w takim miejscu, jak tawerna Pod Albatrosem. Ich ubrania wskazywały, że pochodzą z Aquilonii. Mały człowieczek sprawiał wrażenie roztrzepanego i nerwowego, ale przeczuwaliście, że swoim krótkim mieczem włada lepiej, niż można by się spodziewać. Wysoki mężczyzna wyglądał imponująco. Jego świetne odzienie nie było krzykliwe, tylko bogate jak szaty wielmoży. Oczywiście, że człowiek ten należy do wojskowej arystokracji, a zachowanie i miecz wskazywały, iż jest nie byle jakim wojownikiem. Kobieta stanowiła zagadkę. Jej ubranie pochodziło z Aquilonii, obaj towarzysze byli Aquilończykami, lecz tak niezwykłą karnację Conan widywał jedynie wśród Hyperborejczyków. Zobaczyliście, że karczmarz skinął w waszym kierunku i trójka obcych skierowała się do stołu, przy którym siedzicie. Być może los się do was uśmiechnie.
Zatrzymali się przy nim.
Wy jesteście ludźmi księcia Unguriusa? zapytał wysoki Akwilończyk.