Pokonawszy labirynt wyłożonych wapieniem ulic, starający się zachować spokój barbarzyńcy dotarli w towarzystwie wiodącego ich młodego Rzymianina do wielopiętrowego domostwa, otoczonego wysokim pobielonym murem. Okrzyknięci przez krzątającą się na rozległym dziedzińcu służbę, przybysze powitani zostali przez gromadę wyraźnie ucieszonych rzymskich obywateli, którzy jęli z miejsca ściskać Luciusa Corbulo i wymieniać z nim uwagi w łacinie tak wartkiej i silnie akcentowanej, że germańscy wojownicy nie pojęli z tej konwersacji niemal żadnego słowa.
Świadomi swego statusu, zarówno Germanie jak i czarnoskóry artysta trzymali się na uboczu śledząc uważnie wzrokiem scenę powitania i szacując jednocześnie majętność gospodarza domostwa.
- To musi być jakiś niebywale możny wódz - pozwolił sobie na cichą uwagę Karl, oglądając się znacząco na zdobiącą środek dziedzińca fontannę z gładkiego marmuru - Wielką ma rodzinę, znaczy się, potrafi ich wyżywić.
Dagobert prychnął w odpowiedzi z nutką sarkazmu, przestąpił z nogi na nogę czując narastające znużenie.
- Nie wszyscy są jego rodziną, większa część mu służy, nawet jako ludzie niewolni - objaśnił kolejny raz z rzędu swego towarzyszowi - Ale niezbicie to dowód, że to jakiś możny Rzymianin.
Skończywszy powitanie Corbulo wkroczył w towarzystwie innych Rzymian do wnętrza domostwa. Któryś z Germanów postąpił niepewnie śladem pryncypała, drogę zastąpił mu jednak natychmiast rosły płowowłosy mąż w skórzni, który wcześniej ociosywał na dziedzińcu jakiś drewniany pal.
- Pan Corbulo rzekł, żeście jego świtą - oznajmił płowowłosy, okropnie kalecząc germańską mowę - Pójdźcie za mną do kwater służby, tam odpoczniecie.
[/center]