Rezydencja Furstenhof; 22/11/14; Wieczór
Steinbach w napięciu czekał na kogoś, kto miał z dziecinną łatwością pozbyć się klątwy Czarnej Matki. W końcu drzwi uchyliły się. Za Rundstedtem do gabinetu weszła groteskowa postać.
A więc jednak, mogłem się tego spodziewać... - Thomas aż otrząsnął się.
Mężczyzna był sporo wyższy od Gerharda i nienaturalnie szczupły. Za odzienie służył mu idealnie spasowany, pyszny, purpurowy wams, pludry i jeździeckie buty. Na szyi nosił piękny krucyfiks na złotym łańcuchu, a przy boku stary miecz. Ale nie strój ani sylwetka stanowiły o tym kim był obcy. Twarz nieumarłego niemal zatraciła ludzkie oblicze. Była nienaturalnie wydłużona, przydając mu elfiego wyglądu. Tremere dostrzegał rzędy śnieżnobiałych kłów, gdy usta otowerały się w niemych gestach. Nos i czoło przykryte były kostną naroślą, której każdy skrawek pokryty był misternymi symbolami. Narośl z tyłu głowy przechodziła w cztery grube, pozwijane rogi. Najgorsze były oczy. Choć ich kształt był identyczny jak Rundstedta, to te obcego dawno zatraciły ludzkie oblicze. Były tajemnicze niczym piekielna głębia Abbysu, czarne jak noc i nieludzkie...
Steinbach wzdrygnął się drugi raz, gdy tylko spojrzał w oczy przybysza. Poczuł się jakby zerknął w bezdenną studnie, w której dostrzegł swoje koszmarnie wypaczone oblicze.
Co to jest? - zapytał sam siebie w myślach, choć dobrze wiedział, że stary diabeł, jaki zjawił się w domu był tym, który miał zdjąć klątwę. Steinbach jednak patrząc na Tzimisce wolałby zaufać pierwszemu napotkanemu Ravnosowi.
Nieumarły podszedł bez słowa do Steinbacha i obwąchał go niczym pies. Zaskoczony Thomas siedział bez ruchu, wodząc jedynie wzrokiem po obcym i dostrzegając coraz więcej tajemniczych symboli, które przewijały się nie tylko na czaszce potwora, ale też na jego okryciu i broni. W końcu diabeł zakończył swój dziwaczny rytuał i ignorując zupełnie obecność Thomasa odezwał się do Gerharda niskim, ponurym głosem:
- Na Świętego Idziego! Ośmieliłeś się mnie wezwać do przeklętego czarodzieja? Każę go Szlachcie pędzić przez śnieg i kańczugami traktować, a to co się ostanie psom rzucę. Będą chłeptać jego juchę.
- Nie śmiałbym. - Gerhard pokornie się ukłonił: - Sprawdź jego krew. Ona jest kluczem.
Stary Tzimisce bez słowa schwycił dłoń przerażonego Thomasa:
- Siedź spokojnie na rzyci. - rozkazał. Naciął przedramię pazurem. Pozwoliwszy skapnąć kilku kroplom na swoją dłoń oblizał ją. Twarz doabła zamarła w bezruchu kilkanaście centymetrów przed oczyma nieruchomego Steinbacha. Wieczność byłaby najlepszym określeniem tego, jak długo Tremere wpatrywał się w maskę i zamknięte powieki Tzimisce.
Bezdenne czarne oczy nagle spojrzały znów prosto w przerażone oczy Steinbacha, ale teraz czarodziej dostrzegł w nich tlące się pokłady człowieczeństwa:
- Na Świętą Maryję Pannę zawsze dziewicę, zaprawdę krew Rundstedtów płynie w twych żyłach. Ukaż swoją ranę młodzieńcze. Gerhardzie czy wszystko gotowe?
- Tak Ojcze. - Rundstedt podstawił tacę z kilkoma ptasimi piórami, bordowym inkaustem i martwym, białym, nieco śmierdzącym już szczurem.
Obcy zaostrzył pazurem i jedno z piór i zamoczył w inkauście. Spojrzał na Steinbacha:
- Nie trwóż się młodzieńcze. Będzie bolało, ale nic ci nie będzie...
Tzimisce zaczął mamrotać śpiewnym głosem słowa w nieznanym języku. Nostalgiczna pieśń uspokoiła Thomasa, nawet wtedy gdy ostre jak brzytwa pióro zaczynało nacinać delikatnie skórę wokół jątrzącej się rany. Spod wprawnej ręki przybysza, na skórze Steinbacha zaczęły wykwitać krwiste kaligraficzne symbole. W końcu niemal całą, bladą klatkę piersiową czarodzieja pokrywała purpurowa mozaika. Wtedy Tzimisce odrzucił pióro i sięgnął po truchło białego szczura. Niewiele myśląc wepchnął martwe zwierzę w ranę Steinbacha. Czarodziej zawył czując nagle, jak szczur zaczyna miotać się w jego wnętrznościach. Tzimisce przytrzymał go lewą ręką z łatwością z jaką ojciec przytrzymuje dziecko. Tzimisce znów zanurzył dłoń w ranie i wyciągnął z niej oblepionego czarną, ohydną substancją szczura, który konwulsyjnie rzucał się we wszystkie strony. Przyjrzał mu się przez krótką chwilę, a potem sięgnął przypasany miecz. Przez chwilę Tremere pomyślał, że to koniec, ale diabeł podrzucił szczura i rozpłatał go na pół szybkim cięciem.
- Rzecz skończona. Użyj vitae aby ranę zagoić.
Steinbach juz jest w zasadzie zdrów jak ryba. A jak się można domysleć tego osobnika widzieli wcześniej Achile i Xavier.
Wstrzymuje PBF do około środy. Suriela nie ma, Oggy wróci w połowie tygodnia. Koszal gdzieś przepadł znowu. A ja też do poniedziałku będę bez mozliwości pisania.
Wesołych świąt.