PBF - Czarny Świt
-
dretch
- Reactions:
- Posty: 661
- Rejestracja: 07 czerwca 2010, 13:24
- Lokalizacja: Kraków
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 7 times
Kocie Miasto, przedmieście
Widok wrzucanych ciał do dołu na zawsze utki w głowie młodego Anabaptysty. Głuche odgłosy odbijające się od ścian ziemi ciąglę sprawiają, że ciarki powracają raz za razem.
Mijając gęste chaszcze, zarośla, wiszące plącza, wystające kły antycznej architektury borkanin czuł sie nieswojo. To co widział nie opisywały żadne księgi czytane pod precyzyjnym batem jego matki.
Widząc dziwne ogormne ilośći słupów wielkości kilku stotół w szerz i kilkunastu w górę z mrowiem prostokątnych dziur na scianach Gerard zdębiał i przerwał trwającą ciszę. Co to za budowle są? Dopiero teraz dosżło do niego że stoją przed otworem, które do złudzenia przypominał drzwi - gdzie znikneli mu dwaj bracia.
Więc tak żyli nasi przodkowie przed czystką. Demiurg pożarł ich serca, wypalił ich wszystkich poprzez Eshaton. Mówiąc to wyciągnął sztylet i zaczął dłubać w kamiennym murze, niewiadomo czego szukająć. Kawałki dziwnego czerwonego krużcu wypadły na gęsto porastający podłoże mech. Ta budowla jest wzniesiona z dziwnych czerwonych kamieni - sehen Sie! Powiedział z entuzjamem, trzymajać w garści płaski krwist kamyk. I można tym rysować ... was ist dast?
Widok wrzucanych ciał do dołu na zawsze utki w głowie młodego Anabaptysty. Głuche odgłosy odbijające się od ścian ziemi ciąglę sprawiają, że ciarki powracają raz za razem.
Mijając gęste chaszcze, zarośla, wiszące plącza, wystające kły antycznej architektury borkanin czuł sie nieswojo. To co widział nie opisywały żadne księgi czytane pod precyzyjnym batem jego matki.
Widząc dziwne ogormne ilośći słupów wielkości kilku stotół w szerz i kilkunastu w górę z mrowiem prostokątnych dziur na scianach Gerard zdębiał i przerwał trwającą ciszę. Co to za budowle są? Dopiero teraz dosżło do niego że stoją przed otworem, które do złudzenia przypominał drzwi - gdzie znikneli mu dwaj bracia.
Więc tak żyli nasi przodkowie przed czystką. Demiurg pożarł ich serca, wypalił ich wszystkich poprzez Eshaton. Mówiąc to wyciągnął sztylet i zaczął dłubać w kamiennym murze, niewiadomo czego szukająć. Kawałki dziwnego czerwonego krużcu wypadły na gęsto porastający podłoże mech. Ta budowla jest wzniesiona z dziwnych czerwonych kamieni - sehen Sie! Powiedział z entuzjamem, trzymajać w garści płaski krwist kamyk. I można tym rysować ... was ist dast?
Rudzielec z Koronapan o imieniu Gerard (Anabaptysta, Borka)
http://www.degenesis.com/character-en/i ... a6aa74c071
**
ECO - Stra?nik miejski Ostrogaru
http://www.krysztalyczasu.pl/nickpage.php?user=353
--
Je?eli pad?e?, szybko wsta?, bo jeszcze Ci dokopi?.
http://www.degenesis.com/character-en/i ... a6aa74c071
**
ECO - Stra?nik miejski Ostrogaru
http://www.krysztalyczasu.pl/nickpage.php?user=353
--
Je?eli pad?e?, szybko wsta?, bo jeszcze Ci dokopi?.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Kocie Miasto, centrum
- Kim oni są?
Leżący na wielkiej pryźmie gruzu Gerard szeptał tak cicho, że czający się tuż obok Yuran ledwie zrozumiał słowa anabaptysty. Nie odpowiedział też na pytanie towarzysza, samemu nie mając pojęcia, z kim właściwie miał do czynienia.
Dojście do zrujnowanej, ale wciąż wzbudzającej nabożne wrażenie wieży zajęło osadnikom więcej czasu niż początkowo sądzili. Wiele budynków nie wytrzymało erozji i runęło tarasując porośnięte drzewami ulice, wiele innych ulic zatkanych było przeżartymi rdzą wrakami pradawnych pojazdów. Dyskretne poruszanie się w takich warunkach było nad wyraz utrudnione, zwłaszcza w obliczu setek czarnych otworów po oknach i drzwiach w mijanych budowlach, mogących skrywać w swym mroku każdy bez mała rodzaj zagrożenia.
- Myślę, że to inni niż ci z mostu - odparł niemal bezgłośnie Nikodemus, a Yuran przytaknął mu ostrożnie ruchem głowy. Czterej leżący w chaszczach na stercie gruzu Koronapańczycy przyglądali się bacznie grupce pilnujących wylotu ulicy ludzi.
Kręcący się wokół zbudowanej ze złomu barykady obcy nie mieli na sobie wyprawionych ze zwierzęcych skór kaftanów, ale szyte z jakiegoś nieznanego materiału ciemne kombinezony. Nie sposób też było stwierdzić, czy tatuowali sobie na twarzach plemienne znaki, zakładali bowiem na głowy metalowe maski lub wielkie gogle. Sprawiali wrażenie spokojnych i skupionych na zwyczajnej wymianie zdań, ale uwadze osadników nie uszły ich badawcze spojrzenia słane co chwila we wszystkich kierunkach. Mieli też broń, która mimo swej toporności wyglądała o niebo lepiej od prymitywnego ekwipunku dzikusów zabitych na moście, zwłaszcza groźnie wyglądające ciężkie kusze.
- Pilnują wejścia na stację - syknął Yuran pokazując palcem na szerokie schody wiodące ku bryle częściowo zawalonego budynku na końcu ulicy, przykrytego popękaną szklaną kopułą - To musi być ta stacja, wygląda dokładnie tak jak to Markus opowiedział. Pięciu, ale w okolicy może ich być więcej.
Nim ktokolwiek z pozostałych mężczyzn skomentował słowa myśliwego, powietrze przeszył przeraźliwy wizg dobiegający od strony ruin stacji, jako żywo przypominający dźwięki towarzyszące przejazdowi parowego samojezdnika opodal nocnego obozowiska Koronapańczyków.
- Kim oni są?
Leżący na wielkiej pryźmie gruzu Gerard szeptał tak cicho, że czający się tuż obok Yuran ledwie zrozumiał słowa anabaptysty. Nie odpowiedział też na pytanie towarzysza, samemu nie mając pojęcia, z kim właściwie miał do czynienia.
Dojście do zrujnowanej, ale wciąż wzbudzającej nabożne wrażenie wieży zajęło osadnikom więcej czasu niż początkowo sądzili. Wiele budynków nie wytrzymało erozji i runęło tarasując porośnięte drzewami ulice, wiele innych ulic zatkanych było przeżartymi rdzą wrakami pradawnych pojazdów. Dyskretne poruszanie się w takich warunkach było nad wyraz utrudnione, zwłaszcza w obliczu setek czarnych otworów po oknach i drzwiach w mijanych budowlach, mogących skrywać w swym mroku każdy bez mała rodzaj zagrożenia.
- Myślę, że to inni niż ci z mostu - odparł niemal bezgłośnie Nikodemus, a Yuran przytaknął mu ostrożnie ruchem głowy. Czterej leżący w chaszczach na stercie gruzu Koronapańczycy przyglądali się bacznie grupce pilnujących wylotu ulicy ludzi.
Kręcący się wokół zbudowanej ze złomu barykady obcy nie mieli na sobie wyprawionych ze zwierzęcych skór kaftanów, ale szyte z jakiegoś nieznanego materiału ciemne kombinezony. Nie sposób też było stwierdzić, czy tatuowali sobie na twarzach plemienne znaki, zakładali bowiem na głowy metalowe maski lub wielkie gogle. Sprawiali wrażenie spokojnych i skupionych na zwyczajnej wymianie zdań, ale uwadze osadników nie uszły ich badawcze spojrzenia słane co chwila we wszystkich kierunkach. Mieli też broń, która mimo swej toporności wyglądała o niebo lepiej od prymitywnego ekwipunku dzikusów zabitych na moście, zwłaszcza groźnie wyglądające ciężkie kusze.
- Pilnują wejścia na stację - syknął Yuran pokazując palcem na szerokie schody wiodące ku bryle częściowo zawalonego budynku na końcu ulicy, przykrytego popękaną szklaną kopułą - To musi być ta stacja, wygląda dokładnie tak jak to Markus opowiedział. Pięciu, ale w okolicy może ich być więcej.
Nim ktokolwiek z pozostałych mężczyzn skomentował słowa myśliwego, powietrze przeszył przeraźliwy wizg dobiegający od strony ruin stacji, jako żywo przypominający dźwięki towarzyszące przejazdowi parowego samojezdnika opodal nocnego obozowiska Koronapańczyków.
Dotarliście w pobliże stacji, a tu niespodzianka. Wejście od strony Waszej ulicy jest zatarasowane barykadą, której strzegą jacyś uzbrojeni ludzie. Nie przypominają w niczym dzikusów z mostu, ale też sprawiają groźne wrażenie. Jakieś deklaracje?
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
- Kurwości, alem się zląkł - szepnął cicho olbrzym, słysząc charakterystyczny gwizd, ale szybko się ogarnął. Z jednej strony niebezpiecznym było czekać tutaj, ale z drugiej Polanina zżerała ciekawość jak mogła wyglądać piekielna machina za dnia. Ostrożnie rozejrzał się na boki oceniając, czy łątwo będzie ich tu wypatrzeć, kiedy przyjedzie tu samojezdnik.
- Pewnie ten czajnik cośmy go nocą zwidzieli tu jedzie. Ani chybi ta drabina musiała aż tutaj prowadzić. Zaczekajmy i się w sytuacji rozeznajmy. Tylko po spokojności, co by nas nie zooczyli psubraty, bo będzie po nas. Nie wyglądają lechuje na takich co by chcieli z nami w pogawędki wchodzić. Potem mapę obejrzym, może jakie drugie wejście jest.
Ochronny strój i widoczne uzbrojenie wyraźnie dawały do zrozumienia, że grupka nie była tutaj przypadkiem, tylko całkiem prawdopodobne mogła pilnować dokładnie tego po co przybyli tu Koronapańczycy. Yuran przeklął w myślach. Domyslał się, że nawet jeśli dostaną się do środka, to nie będą mogli mitrężyć czasu i przebierać w bogactwach schronu. Należało zabrać najlżejsze i zarazem najwartościowsze rzeczy, a resztę zniszczyć, co by nie wpadło w łapska innych. Problem w tym, że Polanin nie bardzo wiedział co mogło być cenne, musieli się zdać na ocenę złomiarza.
Jeśli oczywiście tylko uda im się dostać do środka. Na tę chwilę, wszystko wskazywało, że może to byc bardzo trudne zadanie.
- Pewnie ten czajnik cośmy go nocą zwidzieli tu jedzie. Ani chybi ta drabina musiała aż tutaj prowadzić. Zaczekajmy i się w sytuacji rozeznajmy. Tylko po spokojności, co by nas nie zooczyli psubraty, bo będzie po nas. Nie wyglądają lechuje na takich co by chcieli z nami w pogawędki wchodzić. Potem mapę obejrzym, może jakie drugie wejście jest.
Ochronny strój i widoczne uzbrojenie wyraźnie dawały do zrozumienia, że grupka nie była tutaj przypadkiem, tylko całkiem prawdopodobne mogła pilnować dokładnie tego po co przybyli tu Koronapańczycy. Yuran przeklął w myślach. Domyslał się, że nawet jeśli dostaną się do środka, to nie będą mogli mitrężyć czasu i przebierać w bogactwach schronu. Należało zabrać najlżejsze i zarazem najwartościowsze rzeczy, a resztę zniszczyć, co by nie wpadło w łapska innych. Problem w tym, że Polanin nie bardzo wiedział co mogło być cenne, musieli się zdać na ocenę złomiarza.
Jeśli oczywiście tylko uda im się dostać do środka. Na tę chwilę, wszystko wskazywało, że może to byc bardzo trudne zadanie.
Jeśli nasza kryjówka jest bezpieczna, to zaczekajmy na rozwój sytuacji. Potem się pomyśli co dalej. Przejrzymy mapę, może jest jakieś tylne wejście.
-
dretch
- Reactions:
- Posty: 661
- Rejestracja: 07 czerwca 2010, 13:24
- Lokalizacja: Kraków
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 7 times
Kocie Miasto, centrum
Cholerny pomiot złego tam ma swe leże, tylko kim są Ci czarni bez twarzy? Gerard rozglądał się po towarzyszach.
Może jednak uda się wejść to w miejsce z innej dziury? Co pokazuje mapa Yuran?
Cholerny pomiot złego tam ma swe leże, tylko kim są Ci czarni bez twarzy? Gerard rozglądał się po towarzyszach.
Może jednak uda się wejść to w miejsce z innej dziury? Co pokazuje mapa Yuran?
Obserwuję maskoludzi, może jest jakas rutyna w tym co robią. A może zejdą do pieczary i znikną?
Rudzielec z Koronapan o imieniu Gerard (Anabaptysta, Borka)
http://www.degenesis.com/character-en/i ... a6aa74c071
**
ECO - Stra?nik miejski Ostrogaru
http://www.krysztalyczasu.pl/nickpage.php?user=353
--
Je?eli pad?e?, szybko wsta?, bo jeszcze Ci dokopi?.
http://www.degenesis.com/character-en/i ... a6aa74c071
**
ECO - Stra?nik miejski Ostrogaru
http://www.krysztalyczasu.pl/nickpage.php?user=353
--
Je?eli pad?e?, szybko wsta?, bo jeszcze Ci dokopi?.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Kocie Miasto, centrum
- Ludzi w tej dziczy jak mrówek, strach się bać - mruknął pochylony nad trzymaną przez Nikodemusa mapą Gerard - Człowiek siedzi w Koronapanie i myśli sobie, że wokół nic, tylko puszcza, a tu patrzcie, ilu obcych się wszędzie kręci.
- Gadaj dalej, a jak cię usłyszą, będzie po nas wszystkich - odszepnął napominającym tonem sędzia. Leżący w górze sterty gruzu Dragan zerknął na swych towarzyszy, po czym powrócił do dyskretnej obserwacji ludzi w ciemnych kombinezonach.
- Głupi by pojął, żeśmy podeszli od złej strony - skomentował oględziny mapy Yuran - Jesteśmy od strony stacji, a Markus gadał, że bardziej niepostrzeżenie będzie tam zajść od strony tego hotelu, co ani chybi jest po drugiej stronie tej szklanej kopuły. Jak nie chcemy forsować tej barykady, trza będzie prześlizgnąć się okolicznymi ulicami na przeciwną stronę.
- Albo zaczekać na nadejście zmierzchu - zasugerował Nikodemus - Może o zmroku tamci odejdą? Albo przynajmniej zmniejszą liczebność warty? Nie wiemy tak naprawdę, ilu ich jest. Może tamci to wszyscy, jacy są w mieście?
- Słyszałeś ten piekielny świst przed chwilą? - zaoponował młody Hayte - Na stacji musi stać samojezdnik, a ja myślę, że on taki samojezdny to jest tylko z nazwy, na pewno ktoś nim kieruje. Znaczy się, będzie ich więcej.
- Jest problem - z góry dobiegł znienacka szept Dragana, który przyprawił dyskutantów o gęsią skórkę - Chodźcie tu szybko, coś się dzieje.
Nikodemus, Yuran i Gerard wczołgali się zwinnie na szczyt gruzowiska, przywarli do rozkruszonego budulca spoglądając w kierunku stacji. Na ich oczach do strażników przy barykadzie dołączyło ośmiu następnych osobników w strojach ze sztucznego tworzywa i spawalniczych maskach. Różnice we wzroście i kształtach nakazywały przyjąć, że przynajmniej niektórzy z przybyszów byli płci żeńskiej, ale przywleczeni przez nich więźniowie okazali się mężczyznami bez wyjątku.
- Nasi! - syknął Gerard widząc dwie ludzkie sylwetki o skrępowanych za plecami rękach, rzucane na kolana przy barykadzie i ożywionych znienacka strażnikach - Znaczy się, nie nasi... wiecie, o co chodzi!
Dwaj więźniowie mieli na sobie doskonale już Koronapańczykom znane kaftany z jeleniej skóry, jeden z nich nosił wciąż jeszcze charakterystyczny hełm z rogami. Otoczeni przez ludzi w maskach, dzicy próbowali ich kopać, co ściągnęło na głowy obu grad zadawanych pięściami i nogami ciosów. Jeden ze strażników odłączył się od reszty grupy i pobiegł w górę schodów stacji, najwyraźniej niosąc do budowli wieść o pojmaniu jeńców.
- Ludzi w tej dziczy jak mrówek, strach się bać - mruknął pochylony nad trzymaną przez Nikodemusa mapą Gerard - Człowiek siedzi w Koronapanie i myśli sobie, że wokół nic, tylko puszcza, a tu patrzcie, ilu obcych się wszędzie kręci.
- Gadaj dalej, a jak cię usłyszą, będzie po nas wszystkich - odszepnął napominającym tonem sędzia. Leżący w górze sterty gruzu Dragan zerknął na swych towarzyszy, po czym powrócił do dyskretnej obserwacji ludzi w ciemnych kombinezonach.
- Głupi by pojął, żeśmy podeszli od złej strony - skomentował oględziny mapy Yuran - Jesteśmy od strony stacji, a Markus gadał, że bardziej niepostrzeżenie będzie tam zajść od strony tego hotelu, co ani chybi jest po drugiej stronie tej szklanej kopuły. Jak nie chcemy forsować tej barykady, trza będzie prześlizgnąć się okolicznymi ulicami na przeciwną stronę.
- Albo zaczekać na nadejście zmierzchu - zasugerował Nikodemus - Może o zmroku tamci odejdą? Albo przynajmniej zmniejszą liczebność warty? Nie wiemy tak naprawdę, ilu ich jest. Może tamci to wszyscy, jacy są w mieście?
- Słyszałeś ten piekielny świst przed chwilą? - zaoponował młody Hayte - Na stacji musi stać samojezdnik, a ja myślę, że on taki samojezdny to jest tylko z nazwy, na pewno ktoś nim kieruje. Znaczy się, będzie ich więcej.
- Jest problem - z góry dobiegł znienacka szept Dragana, który przyprawił dyskutantów o gęsią skórkę - Chodźcie tu szybko, coś się dzieje.
Nikodemus, Yuran i Gerard wczołgali się zwinnie na szczyt gruzowiska, przywarli do rozkruszonego budulca spoglądając w kierunku stacji. Na ich oczach do strażników przy barykadzie dołączyło ośmiu następnych osobników w strojach ze sztucznego tworzywa i spawalniczych maskach. Różnice we wzroście i kształtach nakazywały przyjąć, że przynajmniej niektórzy z przybyszów byli płci żeńskiej, ale przywleczeni przez nich więźniowie okazali się mężczyznami bez wyjątku.
- Nasi! - syknął Gerard widząc dwie ludzkie sylwetki o skrępowanych za plecami rękach, rzucane na kolana przy barykadzie i ożywionych znienacka strażnikach - Znaczy się, nie nasi... wiecie, o co chodzi!
Dwaj więźniowie mieli na sobie doskonale już Koronapańczykom znane kaftany z jeleniej skóry, jeden z nich nosił wciąż jeszcze charakterystyczny hełm z rogami. Otoczeni przez ludzi w maskach, dzicy próbowali ich kopać, co ściągnęło na głowy obu grad zadawanych pięściami i nogami ciosów. Jeden ze strażników odłączył się od reszty grupy i pobiegł w górę schodów stacji, najwyraźniej niosąc do budowli wieść o pojmaniu jeńców.
Pod barykadę przyszedł z sąsiedniej ulicy silny patrol wlokący ze sobą parę więźniów, ani chybi członków bandy, której przedstawiciele napadli na Was na moście (a którzy wcześniej biegli za oddalającym się na południe samojezdnikiem). Tak sobie myślę, że jakbyście teraz zaatakowali i pokonali tych w spawalniczych maskach, to tamci dzicy byliby Wam wdzięczni i to mógłby być początek pięknej przyjaźni!
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
- Tędy nie przejdziemy - mruknął posępnie Yuran. Z początku miał jeszcze nadzieję, że obcy na warcie to tylko jakaś czujka lub zwiad i może znikną z czasem. Wszystko wskazywało jednak, że zbrojni nie tylko nie mają zamiaru stą zniknąć, lecz dodatkowo, mają na stacji, mn iej lub bardziej tymczasowe schronienie. Teraz zadanie wejścia do bunkra musiało pozostać nie tylko nie zauważone, ale i nie dosłyszane, bo polanin nie łudził się, że uda im się otworzyć zapewne starożytne wrota bezszelestnie:
- Widać, że ktoś tam urzęduje od tych lechujów w hełmach. Szkoda, że nie słychać co gadają...
Obecność rogaczy paradoksalnie dodawała Yuranowi otuchy. Wrogowie wrogów mogli zostać nawet przypadkowymi sprzymierzeńcami, lub narzędziami w rękach Koronapańczyków. Los złapanej dwójki był raczej przesądzony i polanin nie zamierzał ryzykować swojego życia dla mglistej możliwości ratowania ziomków tych, których przed paroma godzinami zakopali w jamie. Może gdyby nastąpiły bardzo sprzyjające okoliczności, to mógłby spróbować jakiejś akcji, ale w obecnej sytuacji mogli pozostać jedynie biernymi obserwatorami.
- Widać, że ktoś tam urzęduje od tych lechujów w hełmach. Szkoda, że nie słychać co gadają...
Obecność rogaczy paradoksalnie dodawała Yuranowi otuchy. Wrogowie wrogów mogli zostać nawet przypadkowymi sprzymierzeńcami, lub narzędziami w rękach Koronapańczyków. Los złapanej dwójki był raczej przesądzony i polanin nie zamierzał ryzykować swojego życia dla mglistej możliwości ratowania ziomków tych, których przed paroma godzinami zakopali w jamie. Może gdyby nastąpiły bardzo sprzyjające okoliczności, to mógłby spróbować jakiejś akcji, ale w obecnej sytuacji mogli pozostać jedynie biernymi obserwatorami.
Patrzymy i obserwujemy;)
-
namakemono
- Reactions:
- Posty: 1552
- Rejestracja: 26 października 2012, 07:18
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Kocie Miasto, okolice kolejowej stacji
Oczekiwanie na rozwój wydarzeń zdawało się ciągnąć bez końca. Spacyfikowani kopniakami dzicy ludzie uspokoili się i przestali atakować swoich ciemężycieli, ci zaś przestali więźniów karcić usatysfakcjonowani ich pokorą. Jakiś czas później na schodach stacji pojawiło się dwóch mężczyzn w długich skórzanych płaszczach narzuconych na porządne metalizowane zbroje. W przeciwieństwie do prowadzącego ich strażnika, uzbrojonego tylko w solidną metalową rurę, obaj mieli przypasane do boków kabury, z których sterczały rękojeści broni przypominającej z grubsza Glojki.
Nieznajomi podnieśli na czoła chroniące oczy ciemne gogle i wytężający wzrok Koronapańczycy ujrzeli w miejscu okularów zwyczajne męskie oblicza sprawiające wrażenie przynajmniej względnego ucywilizowania.
Strażnicy rozstąpili się przed przybyszami umożliwiając im dostęp do więźniów. Następnych kilka minut dwaj potencjalni przywódcy miejskiego klanu próbowali rozmawiać z jeńcami w jelenich kubrakach, gestykulując z ożywieniem i zadając jakieś pytania, których Koronapańczycy nie dosłyszeli, a sami brańcy najpewniej nie zrozumieli.
Jak Nikodemus od początku podejrzewał, konwersacja spełzła na niczym. Leśni ludzie wytrzymali w spokoju tylko krótką chwilę, po czym zgodnie ze swym zwyczajem zaczęli wściekle wrzeszczeć i wierzgać nogami w zamiarze kopnięcia gospodarzy. Zachowanie dzikich najwyraźniej wyczerpało cierpliwość obu sprowadzonych na barykadę mężczyzn. Jeden z nich odwrócił się na pięcie machając w wyrazie złości ręką, wspiął się po schodach z powrotem ku strzaskanej szklanej kopule. Drugi poszedł w ślad za towarzyszem wydawszy wpierw kilka poleceń członkom patrolu.
Obserwujący całą scenę Koronapańczycy nie musieli się długo zastanawiać nad sensem tych rozkazów. Pracując w świadczący o sporej wprawie sposób, strażnicy na barykadzie podnieśli więźniów pod pachy w górę, a potem zarzucili im na szyje pętle z giętkiego drutu i błyskawicznie obu udusili. Odczekawszy, aż obaj więźniowie definitywnie wyzioną ducha, złapali ciała za ręce i nogi i wynieśli gdzieś w głąb bocznej ulicy znikając z pola widzenia osadników.
- No cóż, ci się naprawdę nie pierdolą - wybąkał w końcu pozostający pod wrażeniem sprawnej egzekucji Gerard - Niko, mógłbyś się od nich sporo nauczyć.
- Wolałbym za długo nie pobierać tych nauk - odszepnął sędzia - Zrobimy jak mówił Yuran. Trzeba sprawdzić wszystkie dojścia do skrytki, zanim przyjdzie noc. Najpewniej będziemy mieli tylko jedno podejście, nie możemy tego spieprzyć.
Oczekiwanie na rozwój wydarzeń zdawało się ciągnąć bez końca. Spacyfikowani kopniakami dzicy ludzie uspokoili się i przestali atakować swoich ciemężycieli, ci zaś przestali więźniów karcić usatysfakcjonowani ich pokorą. Jakiś czas później na schodach stacji pojawiło się dwóch mężczyzn w długich skórzanych płaszczach narzuconych na porządne metalizowane zbroje. W przeciwieństwie do prowadzącego ich strażnika, uzbrojonego tylko w solidną metalową rurę, obaj mieli przypasane do boków kabury, z których sterczały rękojeści broni przypominającej z grubsza Glojki.
Nieznajomi podnieśli na czoła chroniące oczy ciemne gogle i wytężający wzrok Koronapańczycy ujrzeli w miejscu okularów zwyczajne męskie oblicza sprawiające wrażenie przynajmniej względnego ucywilizowania.
Strażnicy rozstąpili się przed przybyszami umożliwiając im dostęp do więźniów. Następnych kilka minut dwaj potencjalni przywódcy miejskiego klanu próbowali rozmawiać z jeńcami w jelenich kubrakach, gestykulując z ożywieniem i zadając jakieś pytania, których Koronapańczycy nie dosłyszeli, a sami brańcy najpewniej nie zrozumieli.
Jak Nikodemus od początku podejrzewał, konwersacja spełzła na niczym. Leśni ludzie wytrzymali w spokoju tylko krótką chwilę, po czym zgodnie ze swym zwyczajem zaczęli wściekle wrzeszczeć i wierzgać nogami w zamiarze kopnięcia gospodarzy. Zachowanie dzikich najwyraźniej wyczerpało cierpliwość obu sprowadzonych na barykadę mężczyzn. Jeden z nich odwrócił się na pięcie machając w wyrazie złości ręką, wspiął się po schodach z powrotem ku strzaskanej szklanej kopule. Drugi poszedł w ślad za towarzyszem wydawszy wpierw kilka poleceń członkom patrolu.
Obserwujący całą scenę Koronapańczycy nie musieli się długo zastanawiać nad sensem tych rozkazów. Pracując w świadczący o sporej wprawie sposób, strażnicy na barykadzie podnieśli więźniów pod pachy w górę, a potem zarzucili im na szyje pętle z giętkiego drutu i błyskawicznie obu udusili. Odczekawszy, aż obaj więźniowie definitywnie wyzioną ducha, złapali ciała za ręce i nogi i wynieśli gdzieś w głąb bocznej ulicy znikając z pola widzenia osadników.
- No cóż, ci się naprawdę nie pierdolą - wybąkał w końcu pozostający pod wrażeniem sprawnej egzekucji Gerard - Niko, mógłbyś się od nich sporo nauczyć.
- Wolałbym za długo nie pobierać tych nauk - odszepnął sędzia - Zrobimy jak mówił Yuran. Trzeba sprawdzić wszystkie dojścia do skrytki, zanim przyjdzie noc. Najpewniej będziemy mieli tylko jedno podejście, nie możemy tego spieprzyć.
Zgodnie z Waszymi deklaracjami rozpoczynamy penetrację okolic stacji...
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Yuran spojrzał jeszcze na mapę ustalając w myslach marszrutę, która zdawała mu się najbezpieczniejsza. Chciał obejść stację łukiem, tak aby być bezpiecznym od porencjalnych czujek "ze stacji", ale nie nazbyt szerokim, bo nie wiadomo, kto i co mogło mieć schronienie w ruinach gigantycznej metropolii, a Polanin nie zamierzał się spotykać tu ani z niemiłymi mieszkańcami Stacji, ani z jeleniorogimi, ani z nikim innym. W końcu pokazał palcem przemyślaną trasę:
- Tak se dumam, żebymy tędy poszli, potem wzdłuż tego, a tutaj zakręcili i ruszyli w stronę stacji od zadu strony, tak jak Schiller przykazał nam wejść. Nadłożym kilka kilometrów, ale i w bezpiecznej odległości od stacji będziemy. Trzeba będzie jeszcze z tą maszyną wrócić, ale czasu chyba jeszcze mamy, co by zwiad zrobić i potem tu ją przytargać.
- Tak se dumam, żebymy tędy poszli, potem wzdłuż tego, a tutaj zakręcili i ruszyli w stronę stacji od zadu strony, tak jak Schiller przykazał nam wejść. Nadłożym kilka kilometrów, ale i w bezpiecznej odległości od stacji będziemy. Trzeba będzie jeszcze z tą maszyną wrócić, ale czasu chyba jeszcze mamy, co by zwiad zrobić i potem tu ją przytargać.
Poruszamy się powoli i ostrożnie. Teren nam jest znany tylko z mapy, także trzeba będzie uważać na potencjalnych mieszkańców.
Nie wiem ile mamy czasu do zmierzchu, ale jesli Yuran uzna, że nie będzie czasu na zwiad i powrót z generatorem, to zasugeruje rozdzielenie się. Bracia skoczą na zwiad, reszta przytarga generator w umówione miejsce.
Nie wiem ile mamy czasu do zmierzchu, ale jesli Yuran uzna, że nie będzie czasu na zwiad i powrót z generatorem, to zasugeruje rozdzielenie się. Bracia skoczą na zwiad, reszta przytarga generator w umówione miejsce.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Kocie Miasto, okolice kolejowej stacji
Dyskretna przeprawa przez zrujnowane miasto zszargała zwiadowcom do szczętu nerwy. Każdy dziwny dźwięk i zapach osadzały ich natychmiast w miejscu, zmuszały do przypadnięcia do ziemi w nerwowym wyczekiwaniu na zaalarmowane okrzyki obcych. Niezwykłe kształty budynków - częściowo zawalonych, pokrytych grubą warstwą sadzy po pożarach, straszących pustymi otworami okien - pobudzały żywą wyobraźnię obu braci, nie pozwalały przestać myśleć o dramacie jaki rozegrał się w Kocim Mieście w Dniu Sądu Ostatecznego.
Charakterystyczna głowica wieży widokowej górowała cały czas ponad bryłami mniejszych budowli, ułatwiając Polanom nawigację w całkowicie dla nich obcym otoczeniu. W głowach zwiadowców zrodziła się nawet przelotna idea, aby wspiąć się właśnie na nią zyskując dzięki temu doskonały widok na całe miasto, ale rozmiary iglicy skutecznie braci do tego zamiaru zniechęciły - solidnie pokiereszowany Yuran nie miałby dość siły, by pokonać choćby połowę drogi na szczyt wieży.
Co więcej, istniało spore prawdopodobieństwo, że na jej szczycie siedzieli już miejscowi obserwatorzy strzegący bezpieczeństwa stacji i świadomość takiego stanu rzeczy sprawiała, że obaj myśliwi bardzo się starali przemykać pod ścianami budynków w niepostrzeżony sposób.
Nadłożywszy sporo drogi przez betonowy labirynt, bracia wkradli się do ledwie stojącej zmurszałej kamienicy i wspięli się bezszelestnie na jej górne piętra wyzierając ostrożnie za parapety wybitych okien. Zaalarmowani już wcześniej dobiegającymi z sąsiedniej ulicy dźwiękami, przygotowani byli na oczywiste zaskoczenie, ale i tak nie zdołali powstrzymać zduszonych westchnień, kiedy ich rozbiegane oczy zatrzymały się na zabudowaniach kolejowego dworca.
Szklana kopuła zamykająca niegdyś od góry dworzec była częściowo strzaskana, ale resztki szkła i metalowych wsporników nie przeszkadzały w dostrzeżeniu wszystkich szczegółów ożywionego ruchu na peronach stacji. Stojący na jednym z torów parowy samojezdnik wyrzucał z siebie niewielkie kłęby białego dymu, otoczony przez gromadę ludzi w ciemnych strojach. Większość z nich kręciła się po peronach pozornie bez sensu, jedząc coś z drewnianych tacek, rozmawiając ze sobą, strofując dzieci albo drzemiąc na prymitywnych posłaniach. Niektórzy walili wielkimi młotami w element obudowy samojezdnika, kilku innych sprawdzało łączniki zadaszonych wozów ustawionych w szeregu na torze za samojezdnikiem.
- Co za potwór - stęknął cicho Dragan - Kto potrafi zbudować taką machinę, musi mieć za sobą potężne duchy przodków...
- Tu jest chyba z setka ludzi - Yuran starał się przemawiać rzeczowo, chociaż i na nim panorama dworca wywarła spore wrażenie - Dużo kobiet i dzieci. Uzbrojone straże na sąsiednich ulicach i dachach. Nie wychylaj się, zauważą nas. Tam, widzisz. Dwóch się czai i chyba mają rusznicę. Co to za jedni? Co za plemię? Dlaczego nikt nam o nich nigdy nie opowiadał?
Od północnego zachodu dobiegł znienacka narastający z każdą sekundą łoskot, charakterystyczny dla parowych machin obcych. Obaj Polanie stężeli natychmiast, skulili się za parapetem. Wśród ludzi tkwiących na stacji dźwięk ten również wywołał poruszenie, aczkolwiek nie przestrach. Wszyscy osobnicy nie sprawiający wrażenia wojowników porzucili swe zajęcia i łapiąc za złożone na ziemi manatki jęli pakować się do walącego kłębami pary samojezdnika.
- Coś się dzieje, bracie, coś się dzieje! - wystękał z dziką ekscytacją Dragan - Chyba jedzie drugi taki! Może się będą bić!

Dyskretna przeprawa przez zrujnowane miasto zszargała zwiadowcom do szczętu nerwy. Każdy dziwny dźwięk i zapach osadzały ich natychmiast w miejscu, zmuszały do przypadnięcia do ziemi w nerwowym wyczekiwaniu na zaalarmowane okrzyki obcych. Niezwykłe kształty budynków - częściowo zawalonych, pokrytych grubą warstwą sadzy po pożarach, straszących pustymi otworami okien - pobudzały żywą wyobraźnię obu braci, nie pozwalały przestać myśleć o dramacie jaki rozegrał się w Kocim Mieście w Dniu Sądu Ostatecznego.
Charakterystyczna głowica wieży widokowej górowała cały czas ponad bryłami mniejszych budowli, ułatwiając Polanom nawigację w całkowicie dla nich obcym otoczeniu. W głowach zwiadowców zrodziła się nawet przelotna idea, aby wspiąć się właśnie na nią zyskując dzięki temu doskonały widok na całe miasto, ale rozmiary iglicy skutecznie braci do tego zamiaru zniechęciły - solidnie pokiereszowany Yuran nie miałby dość siły, by pokonać choćby połowę drogi na szczyt wieży.
Co więcej, istniało spore prawdopodobieństwo, że na jej szczycie siedzieli już miejscowi obserwatorzy strzegący bezpieczeństwa stacji i świadomość takiego stanu rzeczy sprawiała, że obaj myśliwi bardzo się starali przemykać pod ścianami budynków w niepostrzeżony sposób.
Nadłożywszy sporo drogi przez betonowy labirynt, bracia wkradli się do ledwie stojącej zmurszałej kamienicy i wspięli się bezszelestnie na jej górne piętra wyzierając ostrożnie za parapety wybitych okien. Zaalarmowani już wcześniej dobiegającymi z sąsiedniej ulicy dźwiękami, przygotowani byli na oczywiste zaskoczenie, ale i tak nie zdołali powstrzymać zduszonych westchnień, kiedy ich rozbiegane oczy zatrzymały się na zabudowaniach kolejowego dworca.
Szklana kopuła zamykająca niegdyś od góry dworzec była częściowo strzaskana, ale resztki szkła i metalowych wsporników nie przeszkadzały w dostrzeżeniu wszystkich szczegółów ożywionego ruchu na peronach stacji. Stojący na jednym z torów parowy samojezdnik wyrzucał z siebie niewielkie kłęby białego dymu, otoczony przez gromadę ludzi w ciemnych strojach. Większość z nich kręciła się po peronach pozornie bez sensu, jedząc coś z drewnianych tacek, rozmawiając ze sobą, strofując dzieci albo drzemiąc na prymitywnych posłaniach. Niektórzy walili wielkimi młotami w element obudowy samojezdnika, kilku innych sprawdzało łączniki zadaszonych wozów ustawionych w szeregu na torze za samojezdnikiem.
- Co za potwór - stęknął cicho Dragan - Kto potrafi zbudować taką machinę, musi mieć za sobą potężne duchy przodków...
- Tu jest chyba z setka ludzi - Yuran starał się przemawiać rzeczowo, chociaż i na nim panorama dworca wywarła spore wrażenie - Dużo kobiet i dzieci. Uzbrojone straże na sąsiednich ulicach i dachach. Nie wychylaj się, zauważą nas. Tam, widzisz. Dwóch się czai i chyba mają rusznicę. Co to za jedni? Co za plemię? Dlaczego nikt nam o nich nigdy nie opowiadał?
Od północnego zachodu dobiegł znienacka narastający z każdą sekundą łoskot, charakterystyczny dla parowych machin obcych. Obaj Polanie stężeli natychmiast, skulili się za parapetem. Wśród ludzi tkwiących na stacji dźwięk ten również wywołał poruszenie, aczkolwiek nie przestrach. Wszyscy osobnicy nie sprawiający wrażenia wojowników porzucili swe zajęcia i łapiąc za złożone na ziemi manatki jęli pakować się do walącego kłębami pary samojezdnika.
- Coś się dzieje, bracie, coś się dzieje! - wystękał z dziką ekscytacją Dragan - Chyba jedzie drugi taki! Może się będą bić!
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Kocie Miasto, okolice kolejowej stacji
Odwracając głowę w kierunku, z którego dobiegał dźwięk nadjeżdżającej parowej karawany, Yuran uświadomił sobie znienacka zaskakującą czystość metalowych szyn na dworcu. Chociaż cały Cottbus dosłownie rozsypywał się w pył i ginął pod zieloną kopułą wszędobylskiej roślinności, torowisko wyglądało zupełnie inaczej zaświadczając swym stanem o trosce użytkowników stacji.
- Jedzie, jedzie! - Dragan wychylił się niebezpiecznie za parapet okna, ściągnięty natychmiast z powrotem przez czujnego brata - Ależ zionie dymem!
Spomiędzy pobliskich ruin wychynął spowity kłębami pary masywny kształt ciągnący za sobą kilka stalowych wagonów. Pokryta czarną sadzą lokomotywa zaczęła hamować z przeraźliwym piskiem, zatrzymała się na po przeciwnej stronie peronu zajmowanego przez bliźniaczą machinę. Z wagonów wysypali się natychmiast ludzie zdumiewająco podobni ubiorem i zachowaniem do osobników na zewnątrz, objuczeni tobołami, dźwigający jakieś elementy maszynerii. Instruowani okrzykami i gwizdkami kilku uzbrojonych pobratymców, wszyscy zaczęli się bez zbędnej zwłoki przesiadać do wagonów czekającego na stacji samojezdnika.
Fascynujący pod każdym względem spektakl przykuł w magnetyczny sposób uwagę polańskich myśliwych. Ledwie wcześniejszej nocy mieli sposobność pierwszy raz w życiu obejrzeć na własne oczy parowy pociąg, a teraz mogli podejrzeć skrycie całe parowe plemię, niewiarygodnie liczne i bogate i zaawansowane technologicznie w stopniu, który kojarzył się wyłącznie z potęgą samego legendarnego Wrocławia!
Kiedy pierwsza grupa pasażerów przesiadła się do czekającego na nich ewidentnie pociągu, z wagonów nowoprzybyłego składu zaczęto wynosić ludzi na noszach albo wspierających się na kulach, upstrzonych zakrwawionymi opatrunkami.
- Ani chybi ranni - zauważył Dragan - Sporo ich, ponad tuzin. Muszą jechać z jakiejś bitki! Może walczyli z innym plemieniem? Może oni tymi parówami najeżdżają innych z zaskoczenia?
- Dużo kobiet i dzieci - odparł powątpiewającym tonem Yuran - Patrz, ich przywódcy.
Niezawodne oczy Yurana dostrzegły mężczyzn, którzy jakiś czas wcześniej próbowali przesłuchiwać przy stacji pojmanych dzikich. Uzbrojeni w glojki obcy wdali się z dłuższą rozmowę z kilkoma rannymi, sypnęli na prawo i lewo rozkazami, których ukryci w odległym budynku bracia nie dosłyszeli. Efekt stał się widoczny od razu. Mechanicy naprawiający coś wcześniej przy pierwszym samojezdniku wnieśli na pokład swej karawany wszystkich rannych, po czym wskoczyli do kabiny szynowego parownika.
Wydawszy z siebie wysoki gwizd stalowy potwór rzygnął kłębami dymu, po czym targnął się do przodu wprawiając cały skład w ruch. Początkowo bardzo wolno, z każdym metrem przyśpieszał opuszczając przy wtórze ogłuszającego hałasu stację i sunąc gdzieś pomiędzy ruiny wschodniego Cottbusu. Na opustoszałym peronie pozostało kilku uzbrojonych ludzi, którzy po dłuższej rozmowie z obsługą drugiego pociągu wycofali się pod kopułę stacji. Sam samojezdnik ruszył zaraz potem w przeciwną stronę, w kierunku, z którego wcześniej nadjechał - na północny zachód.
- I co teraz? - Dragan był tak podekscytowany niezwykłą przygodą, że bezwolnie wyłamywał sobie kostki dłoni - Rozjechali się w różne strony i co dalej? Yuran, co ty o tym myślisz?
Odwracając głowę w kierunku, z którego dobiegał dźwięk nadjeżdżającej parowej karawany, Yuran uświadomił sobie znienacka zaskakującą czystość metalowych szyn na dworcu. Chociaż cały Cottbus dosłownie rozsypywał się w pył i ginął pod zieloną kopułą wszędobylskiej roślinności, torowisko wyglądało zupełnie inaczej zaświadczając swym stanem o trosce użytkowników stacji.
- Jedzie, jedzie! - Dragan wychylił się niebezpiecznie za parapet okna, ściągnięty natychmiast z powrotem przez czujnego brata - Ależ zionie dymem!
Spomiędzy pobliskich ruin wychynął spowity kłębami pary masywny kształt ciągnący za sobą kilka stalowych wagonów. Pokryta czarną sadzą lokomotywa zaczęła hamować z przeraźliwym piskiem, zatrzymała się na po przeciwnej stronie peronu zajmowanego przez bliźniaczą machinę. Z wagonów wysypali się natychmiast ludzie zdumiewająco podobni ubiorem i zachowaniem do osobników na zewnątrz, objuczeni tobołami, dźwigający jakieś elementy maszynerii. Instruowani okrzykami i gwizdkami kilku uzbrojonych pobratymców, wszyscy zaczęli się bez zbędnej zwłoki przesiadać do wagonów czekającego na stacji samojezdnika.
Fascynujący pod każdym względem spektakl przykuł w magnetyczny sposób uwagę polańskich myśliwych. Ledwie wcześniejszej nocy mieli sposobność pierwszy raz w życiu obejrzeć na własne oczy parowy pociąg, a teraz mogli podejrzeć skrycie całe parowe plemię, niewiarygodnie liczne i bogate i zaawansowane technologicznie w stopniu, który kojarzył się wyłącznie z potęgą samego legendarnego Wrocławia!
Kiedy pierwsza grupa pasażerów przesiadła się do czekającego na nich ewidentnie pociągu, z wagonów nowoprzybyłego składu zaczęto wynosić ludzi na noszach albo wspierających się na kulach, upstrzonych zakrwawionymi opatrunkami.
- Ani chybi ranni - zauważył Dragan - Sporo ich, ponad tuzin. Muszą jechać z jakiejś bitki! Może walczyli z innym plemieniem? Może oni tymi parówami najeżdżają innych z zaskoczenia?
- Dużo kobiet i dzieci - odparł powątpiewającym tonem Yuran - Patrz, ich przywódcy.
Niezawodne oczy Yurana dostrzegły mężczyzn, którzy jakiś czas wcześniej próbowali przesłuchiwać przy stacji pojmanych dzikich. Uzbrojeni w glojki obcy wdali się z dłuższą rozmowę z kilkoma rannymi, sypnęli na prawo i lewo rozkazami, których ukryci w odległym budynku bracia nie dosłyszeli. Efekt stał się widoczny od razu. Mechanicy naprawiający coś wcześniej przy pierwszym samojezdniku wnieśli na pokład swej karawany wszystkich rannych, po czym wskoczyli do kabiny szynowego parownika.
Wydawszy z siebie wysoki gwizd stalowy potwór rzygnął kłębami dymu, po czym targnął się do przodu wprawiając cały skład w ruch. Początkowo bardzo wolno, z każdym metrem przyśpieszał opuszczając przy wtórze ogłuszającego hałasu stację i sunąc gdzieś pomiędzy ruiny wschodniego Cottbusu. Na opustoszałym peronie pozostało kilku uzbrojonych ludzi, którzy po dłuższej rozmowie z obsługą drugiego pociągu wycofali się pod kopułę stacji. Sam samojezdnik ruszył zaraz potem w przeciwną stronę, w kierunku, z którego wcześniej nadjechał - na północny zachód.
- I co teraz? - Dragan był tak podekscytowany niezwykłą przygodą, że bezwolnie wyłamywał sobie kostki dłoni - Rozjechali się w różne strony i co dalej? Yuran, co ty o tym myślisz?
Cała scena opisana w powyższych dwóch postach trwała około godziny. Od zachodu nadjechał pociąg z pasażerami, którzy przesiedli się do składu czekającego na stacji. Ten odjechał na wschód, a przybysz z powrotem w swoją stronę. Co to wszystko może znaczyć? Jest późne popołudnie, ekipa z generatorem czai się dwie ulice dalej.
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
- Ano se myślę... - zawiesił głos Yuran: - że jak by nas tak kto był na dworcu w ten czas jak wrota otwarte będą, to marny nasz los. Nas ubiją i wszystkie dobra ze schronu przygarną. Ty wiesz jak to by potęga wtedy była?
W głowie Polanina kiełkował pewien pomysł, ale ewentualne wprowadzenie go w zycie wymagało konsultacji ze złomiarzem. Werk miał wiedzę o paskudnych mechanicznych ustrojstwach, których arkana były dla olbrzyma tajemnicą.
- Można by chyba jakoś zatrzymać taki samojezdnik. Paczaj Dragan, lechuje po tych drabinach jeżdżą tylko. Jakby tak zepsuć drabinę, to do dupy na raki by przyjechali a nie na stację. A tedy czasu by trochę byśmy zyskali na stacji. Nie wiadomo kiedy może następny samojezdnik przyjechać. Trza z Werkiem obgadać, jakby tu te tory uszkodzić.
W głowie Polanina kiełkował pewien pomysł, ale ewentualne wprowadzenie go w zycie wymagało konsultacji ze złomiarzem. Werk miał wiedzę o paskudnych mechanicznych ustrojstwach, których arkana były dla olbrzyma tajemnicą.
- Można by chyba jakoś zatrzymać taki samojezdnik. Paczaj Dragan, lechuje po tych drabinach jeżdżą tylko. Jakby tak zepsuć drabinę, to do dupy na raki by przyjechali a nie na stację. A tedy czasu by trochę byśmy zyskali na stacji. Nie wiadomo kiedy może następny samojezdnik przyjechać. Trza z Werkiem obgadać, jakby tu te tory uszkodzić.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Kocie Miasto, okolice kolejowej stacji
- Dwie parówki?
Bayer Werk nie potrafił opanować drżenia rąk, takie wrażenie wywarła na nim opowieść Yurana. Kucający obok Polanina mechanik spoglądał na zwiadowcę szeroko otwartymi oczami, oblizując bezwiednie rozchylone usta.
- Co najmniej dwie - wtrącił naprędce Dragan - I kupa chłopa, a wśród nich kobiety i dzieci. Mają rusznice i rannych, ale tych już gdzieś dalej wysłali samojezdnikiem, który pojechał na wschód.
- Obozują na stacji, parszywe lechuje - potrząsnął głową Yuran - To dla nas wielki kłopot, ale ja nie w ciemię bity, chytry obmyśliłem plan.
Werk westchnął odruchowo, wbił w Yurana rozgorączkowane spojrzenie.
- Te ich parówy jeżdżą tam i z powrotem po tych wkopanych w ziemię drabinach - oświadczył Polanin - Jakbyśmy im taką drabinę popsowali, to byśmy mogli odciągnąć zasrańców ze stacji i szybciorem obsmyczyć skrytkę, zanim tamci wrócą.
- Chcesz zablokować przejazd samojezdnika? - Werk wytrzeszczył oczy, a na jego twarzy w miejscu rozgorączkowania pojawił się grymas głębokiego zdenerwowania - Ale z której strony? Od nas, znaczy się Koronapanu czy od zachodu?
- Sabotaż to ciężkie przestępstwo - zaznaczył równie zdenerwowany Telibor - Ja nie mówię, że to zły pomysł, tylko jak nas złapią, pewnie obedrą ze skóry, na żywca i po kawałeczku. Nikodemusie, co ty o tym myślisz?
- Dwie parówki?
Bayer Werk nie potrafił opanować drżenia rąk, takie wrażenie wywarła na nim opowieść Yurana. Kucający obok Polanina mechanik spoglądał na zwiadowcę szeroko otwartymi oczami, oblizując bezwiednie rozchylone usta.
- Co najmniej dwie - wtrącił naprędce Dragan - I kupa chłopa, a wśród nich kobiety i dzieci. Mają rusznice i rannych, ale tych już gdzieś dalej wysłali samojezdnikiem, który pojechał na wschód.
- Obozują na stacji, parszywe lechuje - potrząsnął głową Yuran - To dla nas wielki kłopot, ale ja nie w ciemię bity, chytry obmyśliłem plan.
Werk westchnął odruchowo, wbił w Yurana rozgorączkowane spojrzenie.
- Te ich parówy jeżdżą tam i z powrotem po tych wkopanych w ziemię drabinach - oświadczył Polanin - Jakbyśmy im taką drabinę popsowali, to byśmy mogli odciągnąć zasrańców ze stacji i szybciorem obsmyczyć skrytkę, zanim tamci wrócą.
- Chcesz zablokować przejazd samojezdnika? - Werk wytrzeszczył oczy, a na jego twarzy w miejscu rozgorączkowania pojawił się grymas głębokiego zdenerwowania - Ale z której strony? Od nas, znaczy się Koronapanu czy od zachodu?
- Sabotaż to ciężkie przestępstwo - zaznaczył równie zdenerwowany Telibor - Ja nie mówię, że to zły pomysł, tylko jak nas złapią, pewnie obedrą ze skóry, na żywca i po kawałeczku. Nikodemusie, co ty o tym myślisz?
Pora porządnie się naradzić...
-
namakemono
- Reactions:
- Posty: 1552
- Rejestracja: 26 października 2012, 07:18
- Noooo... - filozoficznie odparł Nikodemus. - Hm... Zsabotażować prowadnice to niezły pomysł. Blokadę może jaką zrobić? Taka parownica pewnikiem swoją wagę ma. A jak się rozpędzi to taką blokadę rozdupczy w lechuj. Chyba, że kawałek takiej prowadnicy można by zdemontować. Zdemontować, a części skitrać, żeby długo szukali. No ale co dalej? Obiekt wydaje się być ważny, więc mocno pilnowany. Jak dokonamy oczywistego sabotażu, to straży nie zdejmą, a wzmocnić jeszcze mogą. Boję się, że jak spróbujemy się tam skrycie wedrzeć i nas wyłapią, to skończymy zaduszeni jak tamte rogate nieboraki. Ale chyba innego wyjścia nie mamy, zawrócić teraz nie możemy. Trza by pomyśleć jak to zrobić, żeby nie wyglądało na celową robotę. Ale jak?
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Pogadajmy o sabotażu. Najważniejsza sprawa to wybór nitki do uszkodzenia - dojazdowa od zachodu czy wyjazdowa na wschód (ta druga zakręca za Cottbusem na południe, biegnie pod mostem, na którym walczyliście z dzikimi). Do obu trzeba się będzie skradać, ale to wykonalne. Drugie pytanie o lokalizację dywersji: chcecie to zrobić jeszcze w ruinach miasta czy uszkodzić tory poza Cottbusem, w lesie?
Jeśli o same możliwości psucia idzie, po wyborze miejsca akcji trzeba tam będzie doprowadzić Werka, by ten oszacował dostępne opcje. Pewne proste narzędzia wozi na wózku, znajdą się tam młotek, klucz frankoński czy łopata.
Do nadejścia zmierzchu jakieś pięć, sześć godzin. Czy w dywersję będą zaangażowani wszyscy Koronapańczycy czy tylko Werk z wybraną obstawą?
Jeśli o same możliwości psucia idzie, po wyborze miejsca akcji trzeba tam będzie doprowadzić Werka, by ten oszacował dostępne opcje. Pewne proste narzędzia wozi na wózku, znajdą się tam młotek, klucz frankoński czy łopata.
Do nadejścia zmierzchu jakieś pięć, sześć godzin. Czy w dywersję będą zaangażowani wszyscy Koronapańczycy czy tylko Werk z wybraną obstawą?