Pisalem z MG. Ustalilismy zeby pisac w technicznym, a potem sie skleci jeden post z rozmowa wampirow.
Brujah, stał pewnie koło Lasombry i czekał na odpowiednią chwilę. Nieistotne czy rozmówcy domyślali się czy nie kim jest nadprogramowy towarzysz koterii, to i tak wypadało się przedstawić. Odczekał na stosowną pauzę, skłonił się lekko obecnym i przemówił gotów podeprzeć się uwierzytelniającym listem od Gitmalu:
- Jestem Sir Bernard John Wellington krwi Brujah, potomek Gitmalu, prawnuk Artahasisa, wnuk Ethrici Moriq, syn Williama Harveya. Przybyłem aby wspomóc koterię Czerwonego Mędrca w wykonaniu powierzonego mocą testamentu zadania. - Przedstawił się oficjalnym tonem, dodając po chwili:
- Rad jestem, iż spytałeś Książe czy możesz pomóc, rzadko bowiem w naszych czasach spotyka się taki altruizm. Koteria Artahasisa może cieszyć się wygraną w jakże prestiżowym gambicie, której Książe byłeś mecenasem, a którą z tak wspaniałym splendorem i meastrią zoorganizował Redondo. - Brujah skłonił się delikatnie obu wampirom: - Przyjmijcie proszę moje wyrazy uznania. Nieczęsto spotyka się taką chojność i organizację godną miana sztuki najwyższej próby. Skoro gra zakończyła się, wszystkie dramatis personae zajęły się swoimi sprawami, czy bylibyście tak łaskawi i przybliżyli koterii udział mojego pradziada, a koterii mocodawcy w owej pasjonującej rozgrywce?
- A więc jesteś potomkiem króla. Hmmm... Wybacz mą szczerość, lecz, ta partia zakończyła się. Król padł... - odezwał się spokojnie Kiasyd. - A jeśli chodzi o jego udział w grze... Cóż, Atrahasis dołączył do niej z rozpaczy. Twój Pradziad postradał rozum i popadł w Czarny Obłęd... W jego przypadku okazał się słabszy w oddziaływaniu, lecz czas niestety kruszy nawet najtwardszą stal.
- To niemożliwe... - wtrącił Terry.
- A jednak... - pokiwał głową Marconius - W końcu Red zajmował się coraz bardziej niebezpiecznymi sprawami. Właściwie to nie był w stanie wytrzymać chwili bez podjęcia ryzyka... - dodał spoglądając na Redondo.
Torreador ściskając fiolkę w dłoni zauważył spojrzenie Marconiusa, po czym odezwał się:
- Pan Marconius chciał również powiedzieć, o tym że Democritus i jego potomkowie należą do klanu Lasombra, których kiedyś wysłał do pewnego miejsca, aby znaleźli dla niego...
- Redondo! - wybuchnął Matuzalem, przerywając Toreadorowi niewygodną dla siebie wypowiedź. Na jego twarzy pojawiły się delikatne ciemnobłękitne żyły.
- Sekret za sekret... - ja skończyłem. Znajdziesz mnie w środku. A wy... - zwrócił się do koterii:
- Na pewno macie wiele pytań do Marconiusa. Żegnam - po czym używając Akceleracją oddalił się pospiesznie, nie tracąc przy tym nic, z przyrodzonej swemu klanowi gracji.
Redondo w mgnieniu oka znika wam z oczu. Po chwili usłyszycie zamykające się drzwi od biurowca.